Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Wpisy archiwalne w kategorii

> km 200-249

Dystans całkowity:19309.26 km (w terenie 175.20 km; 0.91%)
Czas w ruchu:612:14
Średnia prędkość:18.21 km/h
Maksymalna prędkość:74.00 km/h
Suma podjazdów:101622 m
Liczba aktywności:88
Średnio na aktywność:219.42 km i 12h 00m
Więcej statystyk

Jesio raz :)

d a n e w y j a z d u 200.08 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:17.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 18 kwietnia 2020 | dodano: 21.04.2020



https://www.alltrails.com/explore/map/map-cc42acc--5?u=m

W ten weekend ten sam zestaw obiadowy co w poprzedni. Z tą różnicą, że teraz najpierw danie główne, a potem przystawka, wtedy było na odwrót. Opisy można by przekopiować ctrl+c ctrl+v z tamtych wpisów, ale nie będę tego robił bo szkoda bajtów na serwerze. Jedyna różnica to chyba temperatura - w ten weekend było trochę chłodniej. Wiatr tak jak zawsze ostatnio - jeśli wieje, to wieje ze wschodu. To dobrze, bo jadę pod wiatr a wracam z wiatrem. Przynajmniej zestaw zdjęć jest nieco inny. (jest w sensie będzie, jak odrobię zaległości i je wrzucę).

https://photos.app.goo.gl/cnTwNofcE4cdwtW67

9.10 - 0.00


Kategoria > km 200-249

Dalej :)

d a n e w y j a z d u 202.11 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Niedziela, 12 kwietnia 2020 | dodano: 21.04.2020



https://www.alltrails.com/explore/map/map-cc42acc--5?u=m

No i jest "dalej" :) Po Wielkanocnym śniadanku poleciałem WTRką z myślą dotarcia do Szczucina. Wyszło by mi wtedy 125*2=250km. W Wietrzychowicach okazało się jednak że droga do Szczucina wiedzie przez prom, na Dunajcu. Który to prom w Wielkanoc nie pływa. Zresztą nawet jakby pływał i tak bym chyba odpuścił.  A co jak jakiś konfident podkabluje na Policję, że widział przybywającego z daleka turystę rowerowego z wypchaną bagażami sakwą? Skręciłem zatem w inną trasę: Velo Dunajec. To samo co WTR, tyle że po wale Dunajca. Dotarłem do jakiejś wioski, nazwy nie pomnę. W każdym razie charakterystyczny II-go Wojenny pomnik tam jest, na platformie nad korytem rzeki. Jako że trasa Velo zjeżdża tu w wioski, gdzie czuję się mniej bezpieczny niż na wale, a na liczniku była równa stówa - zakończyłem tu bieg. Odpocząłem nad brzegiem Dunajca, i wróciłem po śladzie du dom.

Ma swój urok ta WTRka. Piękne pejzaże wiślanej doliny, w której kilometry odliczane są nie kolejnymi miastami a raczej mostami, dopływami, charakterystycznymi obiektami wodno-inżynieryjnymi - to one są tu punktem odniesienia. Typowa dla mokro-nizinnych klimatów flora: wszelkiej maści wierzby i topole oraz wysokie trawo-szuwary. Z fauny: w dzień trzeba uważać na plątające się czasem po ścieżce udomowione, gospodarcze ptactwo (kury, gęsi itp.), wylegujące się na środku koty, no i psy na spacerze. W nocy zaś: wspólne z tego co w dzień to koty. Plus jeże, i przede wszystkim: sarny. Kilka przebiegło mi drogę podczas powrotu po zmroku. Zresztą w nocy to jest tu chyba fajniej niż w dzień. Pusto, cicho, miliony gwiazd na czarnej kotarze nieba przykrywającej te pustkowia. Nie licząc przejazdów przez wsie jedyne sztuczne światła to sodowe latarnie w oddali, na drugim, wysokim brzegu Wisły. Latarnie DK79 - "Sandomierki". Którą zawsze przyjemnie mi się sypało na Lublin :) Jeszcze sobie nią pojeżdżę. Muszę tylko trochę poczekać, aż morowe powietrze odpuści.

https://photos.app.goo.gl/zRVcFdCMHjWZ4EPy6

10.40 - 23.20

Nowe gimny: 1
Małopolskie: 1
Wietrzychowice - no kto by pomyślał że coś niecoś wpadnie :O


Kategoria > km 200-249

#Niesiedźwdomu

d a n e w y j a z d u 232.10 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:60.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 19 marca 2020 | dodano: 20.03.2020

Nie siedź w domu. Dużo jeździj na rowerze, zwiększaj odporność organizmu, nie daj się koronawirusowi.
(unikaj dużych miast, nie wracaj pociągiem, jeździj solo)



https://photos.app.goo.gl/KgDd9zfwckXa5Y3x7

Trasa mniej więcej:
https://www.alltrails.com/explore/map/map-e0e2b58?...

7.05 - 00.45

Zaliczone szczyty:

Beskid Wyspowy:
Przeł. Wielkie Drogi 562 x2
Przeł. Wierzbanowska 502 x2

Gorce:
Piątkowa 715

Beskid Żywiecki:
Przeł. Pieniążkowicka 709


Kategoria > km 200-249

Zdążyć przed koronawirusem

d a n e w y j a z d u 287.65 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 12 marca 2020 | dodano: 14.03.2020



Trzeba jeździć ile wlezie. Bo jak zaczniemy się potykać o trupy na ulicy, nie będzie się dało jeździć. Trzeba będzie jeździć slalomem między trupami.

Z ciekawostek to pierwszy raz w życiu jadłem paluszki Lubelli. Oraz wymieniłem wreszcie 9-letni kask :D Pierwszy i jedyny kask w życiu, z nalotem ~100000km. Na podobny model z Lidla.

https://photos.app.goo.gl/3nshV3yKmtkDLgAB7

Trasa (mniej więcej):
https://www.alltrails.com/explore/map/map-173f0f6--3?u=m

9.05 (sb) - 12.00 (ndz)


Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem

Chillout 2

d a n e w y j a z d u 229.11 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:1500 m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 6 lipca 2019 | dodano: 14.07.2019





https://photos.app.goo.gl/oXYt2HTRDY2A6b3N7

6.40 (6.07) - 10.40 (7.07)


Kategoria ^ UP 1500-1999m, > km 200-249, Powrót pociągiem

Chillout

d a n e w y j a z d u 215.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:35.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:1400 m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 15 czerwca 2019 | dodano: 19.06.2019





https://photos.app.goo.gl/DKvUkhLUdGSEUdmB6

7.10 (15.06) - 4.10(?) (16.06)
AVS 19,9


Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 200-249, Powrót pociągiem

Dziewiczy rejs

d a n e w y j a z d u 230.15 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:70.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2300 m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Niedziela, 17 marca 2019 | dodano: 21.04.2019





https://photos.app.goo.gl/6LSqKYzSR5urvdCj7

A więc tak. Niecałe 40km na szosce nakręcone. Wiem już jak trzymać barana i jak zmieniać biegi/hamować. Czasem się jeszcze pomylę i szukam klamki tam gdzie była w rowerze MTB. Pora na pierwszy daleki (powiedzmy) rejs. Sprawdzić jak moje plecy, dłonie i przedramiona zniosą pochyloną pozycję. Czy przy wąskim chwycie, ściskającym klatkę piersiową, nie braknie powietrza. Oraz sprawdzić czy, a jeśli tak (no raczej tak) to o ile wzrośnie średnia. Jakieś +-200km powinno być OK. Tym bardziej że do dyspozycji mam tylko niedzielę. Jako że wiatr gna z tego samego kierunku (choć słabiej) co tydzień temu, więc i kurs jest podobny: Kielce/Radom, ze wskazaniem na to drugie.

Wyjazd chwilę po 4tej. W lekkim chłodzie i ciemnościach dobiegającej końca marcowej nocy przelatuję najkrótszą drogą przez miasto. Na którejś tam z kolei hopce, których nie brak na północ od Krakowa, wita mnie nowy dzień. No właśnie, odnoście tych hopek. Mają one sobie tak max 7-8% nachylenia. Nie więcej. A mnie brakuje przełożeń :) Znaczy się przesadziłem kupując dwutarcz i kasetę 11-28. „Jedynka” to u mnie 36-28. Przełożenie 1,3 inaczej rzecz ujmując. Dla porównania w MTB miałem najlżej 22-36, czyli 0,6 :D Ale mam co chciałem, należało mi się. A chciałem klasyczny, piękny dwutarcz i malutką kasetkę, tak jak prosi ;) Cóż, najwyżej zmieni się kasetę na bardziej ludzką. Korby na pewno nie, jest za ładna ;) Albo nic się nie zmieni, tylko zamiast dookoła Tatr będę jeździł na Morze :) Na razie staram się tym nie przejmować, bo to nie tak że nie da się jechać. Jakoś tam jadę, tylko że siłowo przepycham korby, z kadencją 80-letniej babci. Martwię się bardziej że jeśli tu jest tak, to co będzie się działo w górach, np. na Słowacji… Sprawnie Mniej sprawnie niż zwykle łykam kolejne hopki Wyżyny Miechowskiej, czy jak jej tam. W Słomnikach robię fotkę ciekawego Nissanika. Im dalej na północ tym więcej przyjemnych, leśnych odcinków. A w tych coraz to więcej zielonych pączków, pierwszych kwiatów i innych oznak nadchodzącej wiosny. W okolicach Wodzisławia/Jędrzejowa zaczynają się pierwsze utrudnienia związane z coraz dalej sięgającą na południe ekspresówką. Tzn. dla kierowców ekspresówka to ułatwienie, dla rowerzystów niestety nie. W miarę możliwości staram się trzymać idących równolegle serwisówek. Ale z nimi jest taki problem, że nie zawsze zachowują ciągłość. A tam gdzie nie ma ciągłości (lub jest, ale trzeba kombinować, jeździć z jednej strony szosy na drugą, lub tłuc się gruntówkami) no to cóż ;) Testuję dolny chwyt i 52-zębny blat na gładkiej tafli szerokiego pobocza głównej drogi :) Bo nic o tym jeszcze nie pisałem ale to jest naprawdę potęga. Sztywność roweru szosowego, jego przyspieszenie, responsywność, aerodynamika, zapas ciężkich przełożeń itp. itd. Coś pięknego. W połączeniu z wiatrem w plecy trzeba pomnożyć razy dwa te wszystkie doznania. Tydzień temu, z kosmicznym wiatrem w plecy na niewielkim zjeździe miałem tu ponad 70. Z tym że tydzień temu byłem tu na MTB. Gdybym miał wtedy szoskę… Podczas jednego takiego poszukiwania alternatywnej dla Ski drogi nadkładam ze 2-3km, tłukąc się błotnistą drogą przez plac budowy i zajeżdżając ostatecznie nad brzeg Nidy… Nad głową most drogi ekspresowej i żadnej alternatywy, można tylko na nielegalu, tym mostem przejechać... Przynajmniej fajny dźwig zobaczyłem. Po tym incydencie przestałem już specjalnie szukać. Leciałem jak leci główną szosą, chyba że zjazd na lokalną drogę sam mi się napatoczył. Ostatnie km przed Kielcami to na szczęście wojewódzka i (chwilowy) koniec nerwów związanych z potencjalnym mandatem. Same Kielce tylko przelatuję, jakiś blokowiska i główne drogi. Żadnego zwiedzania, bardziej interesuje mnie dziś Radom a poza tym wypadałoby zdążyć na pociąg. Temperatura taka że popołudniu jadę zupełnie na krótko. Odcinek Kielce-Suchedniów-Skarżysko (w miarę ;) ) legalnie. Drogą ruchu lokalnego/starą siódemką. Niestety za Skarżyskiem powtórka z rozrywki. Nowowybudowany odcinek S-ki. Bez żadnego ostrzeżenia wyrastają znaki „Droga tylko dla pojazdów samochodowych”. Nie ma jak to zwykle bywa oznaczeń że zacznie się np. za 1000m, nie ma możliwości zjazdu lub zawrócenia (siatki, barierki). Tylko tak po prostu: mogę jechać legalnie na rowerze. Metr dalej, za znakami już nie mogę. Po obu stronach siatki a za nimi jakieś rozmiękłe błotniste drogi. No to nic, myślałem że jakoś przemknę tak jak wcześniej wiele razy i nikt nie zauważy. Niestety zauważył ;) Patrol Policji, 300m przed zjazdem :D 300m przed nimi był MOP, i szansa na ewakuację, zaczynała się tam bowiem boczna asfaltówka, ale nie zdecydowałem się. Rozmowa z Panami Policjantami była bardzo długa, chyba pół godzinna. Byli bardzo mili i zatroskani o moje bezpieczeństwo. Jeden był wręcz spanikowany że w każdej chwili może mnie tu zabić samochód. No może. Może mnie zabić również na krajówce, wojewódzkiej i osiedlowej uliczce. Jego też może zabić - przy prędkościach 100+ nie ma znaczenia rower, samochód, ciężarówka czy hulajnoga, to i tak jest zgon na miejscu. Oczywiście takie miałem tylko przemyślenia. Bo w rzeczywistości skomlałem o litość ;) Jak powiedziałem że znaki wyrosły ni stąd, ni zowąd a zawrócić się nie dało – to mi poradzili że powinienem zsiąść z roweru i prowadzić poboczem z powrotem. Tłumaczyłem się jak mogłem, choć wiedziałem że jestem na straconej pozycji, bo nie miałem prawa się tu znaleźć. Mandat zgodziłem się przyjąć. Panowie powiedzieli że nie będą się przesadnie starać z jego wysokością. Po sprawdzeniu okazało się że za taką przyjemność stawka jest stała, zryczałtowana. 250zł, żadnych widełek, możliwości pouczenia brak. Wsiedli jeszcze raz do radiowozu i dłuższą chwilę radzili. Uradzili że: „mandatu nie będziemy pisać”. :O Zostałem tylko odeskortowany do tego zjazdu za 300m i tu się rozstaliśmy. O_o. Może dlatego że byłem miły, i się nie kłóciłem, tylko próbowałem usprawiedliwić? Może dlatego że pochwaliłem się skąd dokąd jadę? A może po prostu policjant też człowiek? W każdym razie ten brak mandatu odniósł lepszy „efekt wychowawczy” niż jego wypisanie. Jak bym dostał mandat to bym nie jeździł po ekspresówkach i był wkurwiony na policję. A tak nie jeżdżę po ekspresówkach i bardzo wzrosła moja ocena tej służby mundurowej. Końcówka trasy już bez przygód. „Starym szlakiem” nie błądząc już docieram do Radomia. Zachód Słońca kawałek za Szydłowcem. W Radomiu mam jeszcze trochę czasu, zwiedzam więc przygnębiająco wyglądający (pusty, zaniedbany, nie ma nic) rynek i centrum miasta (to już OK). Dla porównania rynek w Kielcach, podobnym wielkością mieście jest dużo bardziej reprezentacyjny i całą noc tętni gwarem, życiem. Powrót jakimś tam TLK czy innym ICekiem, w domu przed północą.

Dziewiczy rejs z przygodą ale udany :) Co do roweru, to pisałem jakie mam odczucia. Zapierdala się. Po średniej tego nie widać ale średnia w moich trasach nic nie mówi i nie będę jej podawał we wpisach. Nic nie mówi bo to nie jest trening ani maraton po wyznaczonej asfaltowej prostej trasie. Czasem omijając korki przeturlam się przez pół miasta jakimś chodnikiem. Czasem toczę się skrótem gruntową lub piaszczystą/błotnistą drogą. Innym razem prowadzę rower po dworcu albo jakimś rynku i średnia spada na łeb na szyję. A licznika zdejmować mi się chce, poza tym jak zdejmę to ubędzie kilometrów. Plecy zniosły nową pozycję nadspodziewanie dobrze, bolą natomiast okolice łokci (?!). Jedyne co mnie jednak naprawdę martwi to ciężkość przełożeń, a raczej kolejne wydatki jakie trzeba będzie ponieść żeby je zmiękczyć.

AVS 21,8
4.10 - 23.55


Kategoria ^ UP 2000-2499m, > km 200-249, Powrót pociągiem

Ocenić szkody

d a n e w y j a z d u 225.19 km 0.00 km teren 12:22 h Pr.śr.:18.21 km/h Pr.max:74.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:2900 m Kalorie: kcal Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
Niedziela, 29 lipca 2018 | dodano: 12.08.2018





https://photos.app.goo.gl/LxkTZ2d5dctY3wjE9

Na dziś zaplanowałem sobie lżejszą (taki się wydawało), 200km traskę dookoła Gorców. Poza objechaniem dookoła mojego ulubionego pasma górskiego cel był jeszcze jeden – obadać jakie szkody poczyniły w górach ostatnie ulewy i powodzie. Te same które zafundowały mi w ostatniej trasie, do Siedlec dodatkową atrakcję w postaci wezbranej Wisły. A najbardziej podobno ucierpiała DW968, idąca doliną rzeki Kamienicy.

Harmonogram na dziś nie jest zbyt napięty (tzn. nie wydaję się taki), więc pozwalam sobie na późny start o godz. 7.00. Lecę standardowo, wojewódzką, na Kasinę. Pogodynki dzień zapowiadają upalny i jak najbardziej jestem im w stanie uwierzyć, bo już w Dobczycach jest gorąco. Z lekkim więc mozołem wciągam coraz to bardziej ciężkie kilometry DW 964, która wspina się na przełęcz Wierzbanowską. W zasadzie to podjazd zaczyna się już w Dobczycach, ale z początkowo jest niezauważalny, dopiero za Wiśniową zaczyna nabierać stromizny. Na przełęczy Wierzbanowskiej melduję się o godz. 10. Jak zwykle uwieczniam na zdjęciu panoramę Beskidu Wyspowego, jest ona tu wyjątkowa. Za niewielkim obniżeniem terenu zaliczam w biegu kolejną, sąsiednią przełęcz – Wielkie Drogi. Kilka km krajówką i już w chłodzę w cieniu, nad rzeką Mszanką, w Mszanie. Tu skręcam we wspomnianą, uszkodzoną DW968. Zaraz za miastem pojawia się pierwszy znak, że za 14km brak przejazdu. Ale w praktyce to pewnie samochodów dotyczy, rowerem zawsze się jakoś prześlizgnie. Te 14km wypada na przełęczy Przysłop, tam gdzie do drogi dołącza Kamienica, czyli wszystko się zgadza. Ileś tam chwil później, i ileś kropki potu więcej jest przełęcz. 750m n.p.m., czyli już nie tak mało. Jest też zagrodzona w poprzek droga. Jedne auta zawracają (pewnie przyjezdni), inne omijają blokadę – zapewne miejscowi, który wiedzą że da się przecisnąć. Zaczynam szybki zjazd do Szczawy. Na razie z drogą wszystko OK. Po drodze jest fajny parking, z atrakcją w postaci stawku pełnego roślin i różnych wodnych żyjątek. Pierwsze uszkodzenie, na razie niewielkie, dostrzegam zaraz jak droga zaczyna skręcać w prawo. Zapadła się tylko bariera, ale pewnie korpus drogi też ucierpiał, czego nie widać. Na poważniejszy obryw nie trzeba długo czekać. Pół jezdni leży w rzece :O Urwane niemal równo z podwójną ciągłą. Poza wygrodzeniami uszkodzone odcinki zabezpieczone są startami piachu. Pewnie żeby jakiś geniusz nie próbował przestawiać tych znaków, i „udrożniać” drogi. W Szczawie pierwszy zerwany most (mostek) – ale już chyba zaczęli odbudowę. Mijam jeszcze dwa, pomniejsze osuwiska. Zerwanych mostów (takich małych, duże przetrwały) i kładek nie zliczę. Drugie potężne urwisko, do połowy drogi, między Szczawą a Kamienicą. W Kamienicy pauza na skwerku w centrum. Dostrzegam tu pierwsze trochę niepokojące swym kształtem chmury. Kontynuując zjazd do Zabrzeży dostrzegam chmury niepokojące już nie tylko kształtem ale i barwą ;) Nad Sądeckim się kotłuje. Ja skręcam zaraz w prawo, może mnie ominie? Jadę wzdłuż Dunajca, do Krościenka. Niepokojące chmury zostają gdzieś z tyłu/z boku, tym samym przestając mnie niepokoić. Dunajec też musiał nieźle wylać, w Krościenku ławeczki i inna infrastruktura nad rzeką delikatnie uszkodzona/zawalona gałęziami, mułem, i innym dziadostwem. W studni na rynku tankuję 1,5l wody ze źródła, żeby się nieco odsłodzić od Coli czy innego Pepsi. Tyle razy jak tu byłem kupowałem wodę w sklepie zamiast za darmo mieć ;) Tzn. o tym źródełku wiedziałem, ono tu jest od zawsze. Ale mam jakieś dziwne opory przed piciem wody która leci z kranów czy innych ujęć. Pewnie dlatego że nie jest w ładnej butelce z etykietą ;) Dzisiaj się przemogę i wreszcie się jej napiję. Przeżyłem :) Czego dowodem jest ta relacja. Za Krościenkiem rozpoczynam wspinaczkę na koleją dziś przełęcz - Snozka (która to? na koniec podliczę). Po dłuższej chwili jestem na szczycie, na parkingu. Jako że trasa dziś lekka (?) wdrapuję się ścieżką pod słynny pomnik. Organy Hasiora. Intencja tego pomnika, jego historia, plany wyburzenia czy inne perypetie, to skomplikowana sprawa. Generalnie chodzi o coś związanego z poprzednim ustrojem, pomnik miał sławić jakichś komunistycznych bandytów. Nie znam się, więc może skupię się na aspektach techniczno-artystycznych: pomnik miał grać, gwizdać, gdy zawieje wiatr. Ale nigdy nie grał, tj. nigdy nie działał ;) Z tego powodu zawsze był obiektem różnych żartów i drwin. W czasie tej leniwej jazdy i zwiedzania aura zmienia się coraz bardziej. Na południu, nad jeziorem Czorsztyńskim już się błyska. A na północy, nad Gorcami chyba zaraz zacznie. Przyspieszam więc tempa, jakby co to w Nowym Targu będę bezpieczniejszy. Tak przyspieszyłem, że na jednym zjeździe niemal wyrównałem swój rekord prędkości :) 74 km/h było. (Rekord z 2012r: 75 km/h). W mieście jestem koło 19.30. Odpoczywam na rynku, i jestem bezpieczny no ale co dalej? Burza nad Tatrami mnie w tym momencie nie martwi, martwi mnie to co dzieje się na południu, nad Gorcami i Żywieckim. Burza co prawda to nie jest ale pogodnym niebem też bym tego nie nazwał. Wysoko kłębiące się, ciemne chmury. Mam pewne obawy, że do domu dziś suchy nie wrócę. Ale z drugiej jaką mam alternatywę? Wracać pociągiem?! Z New Targu?!!?! Wstyd trochę. Na liczniku ledwie 140km. Trzeba powoli toczyć się w stronę Krakowa, jednocześnie bacznie obserwując sytuację i szukać potencjalnych schronień. Z lekkim więc niepokojem wciągam podjazd Zakopianką na Piątkową. Na szczycie okazuje się że obawy były przesadzone – pogoda klaruje się, jakoś na zachód to wszystko poszło. Do Rabki zjeżdżam skrótem – boczną, strrromą drogą przez Rdzawkę (ładnych kilkanaście % jest w najstromszych miejscach). W Rabce już ciemno. Robię małą pętelkę po mieście, w tym fotkę DH Gazda - jednego z bardziej rozpoznawalnych sklepów. Droga powrotna bez przygód. Księżyc ładnie świecił na rozpogodzonym niebie. Mszana, Kasina, dwie przełęcze, Wiśniowa, Dobczyce, Wieliczka. To co na początku tyle że w odwrotnej kolejności, i w przyjemnym chłodzie nocy. W Dobczycach kupuję eksperymentalnego energetyka, firmowanego nazwą słynnego klubu. Jak zacząłem czytać skład to się przestraszyłem :D Smak też taki dziwny. Działa natomiast tak samo jak droższe marki, tj. dobrze. W domu o 3 w nocy, aż tak lekko jak mi się wydawało nie było. Mało ostatnio jeżdżę po górach.

Udana traska, pogoda wytrzymała, inspekcja DW968 dokonana, zaliczone 6 przełęczy + 1 górka.


7.00 - 3.00
8,25l (w tym 1,75l energetyka)

Zdobyte szczyty:
Przeł. Wierzbanowska 502 x2
Przeł. Wielkie Drogi 562 x2
Przeł. Przysłop Lubomierski 750
Przeł. Snozka 653
Obidowa 865


Kategoria ^ UP 2500-2999m, > km 200-249

Bez planu

d a n e w y j a z d u 203.89 km 0.00 km teren 10:37 h Pr.śr.:19.20 km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:1300 m Kalorie: kcal Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
Niedziela, 15 lipca 2018 | dodano: 12.08.2018





https://photos.app.goo.gl/yNZwTgmVuebwxiydA

Planem na dziś jest brak planu. Ot leniwa niedzielna przejażdżka. Coś jak tamto Opole. I gdy wyjeżdżałem też obrałem mniej więcej tamten kierunek, bo nawet jak nie planu to jakiś kierunek obrać trzeba. Tzn. na razie GOP, a Opole to się jeszcze zobaczy.

Wyjeżdżam wczesnym rankiem, o wpół do szóstej. Na Śląsk polecę standardowo, krajową 79. Z niestandardowych akcentów: odwiedzę rynek w Krzeszowicach, obejrzę nie pamiętam już gdzie jakąś starą stację trafo, a w Trzebinii uwiecznię na zdjęciu bardzo mądre hasło, takie, jak powyżej :D Tyle razy obok tego przejeżdżałem i nie zauważyłem. Pewnie dlatego że zawsze wyjeżdżałem wcześnie w nocy, i przez te okolice ciągle po ciemku jechałem. To kolejna zaleta wyjazdów o poranku: bardzo blisko Krakowa można odkrywać kolejne ciekawostki. W Chrzanowie przez rynek tylko przejazdem, bo to najkrótsza droga. Dwa razy przekraczam A4kę i jest Jaworzno, wraz ze swymi górującymi nad okolicą chłodniami elektrowni. Je też rzadko widywałem, tu też zawsze miałem noc.Postanawiam obejrzeć je z bliska, dziś jest czas na takie rzeczy, bo jak mówiłem, dziś nie ma planu. Dziś nie trzeba dojechać do Bydgoszczy, Warszawy czy innego Poznania. Dziś trzeba się po prostu przejechać na rowerze. Skręcam w boczną leśną drogę i po chwili jestem przy elektrowni. Tych chłodni jest tu 4, z czego 3 karłowate i jedna wielka :O Podaję z Internetów jej wymiary: wys. 181,5m, średnica u podstawy 144,5m. Druga największa w Polsce, po Kozienickiej, 185-metrowej. Czyli jest wysokości zbliżonej do najwyższych Warszawskich wieżowców, które mają +-200m. No i dobrze, jest to jakiś tam rekord, coś czym Jaworzno może się pochwalić. Dojeżdżam z powrotem do DK79, już miałem nią lecieć na Mysłowice, ale w ostatniej chwili się rozmyśliłem. Postanawiam obadać asfaltową ścieżkę rowerową, która odbija w las wraz z boczną drogą. Docieram nią do miejscowości Brzezinka, i jakichś hal magazynowych. Ale to ślepa uliczka, trzeba zawrócić. Nie patrząc na GPSa gdzie skręcam i jadąc na czuja zawracam w stronę Krakowa ;) Znowu A4ka. Trzeba to jakoś skorygować. Uj z Opolem, dziś po prostu pokręcę się po Górnym Śląsku. Koryguję odbijając na południe, do Imielina. I tu wpadam na idealny w swej prostocie plan: Jez. Goczałkowickie! Nie raz chciałem obejrzeć tamę, ale zawsze jakoś mi się nie udawało. Po prostu jadąc gdzieś dalej, nie było czasu na takie rzeczy. Dziś czas jest :) Więc jadę najpierw wojewódzką, a potem bokami, w stronę zalewu. Rzeczą o której zapomniałem wspomnieć jest, że wziąłem kremu z filtrem :/ Do tej pory to nie było źle, bo poranne Słońce raz chowało się a raz wychodziło zza chmur. Ale to kwestia czasu jak zacznie być źle: jest już wczesne popołudnie, temperatura zbliża się do 30 stopni i za chwilę moja skóra zacznie się palić. Filtr pilnie potrzebny. Tylko że jest niedziela niehandlowa, i w takich wioskach znalezienie sklepu z tym towarem nie jest łatwe. Koło Woli odkrywam kolejną ciekawostkę – kopiec. Nie za duży, do Krakowskich Kopców nie ma startu, ale to żadna ujma przegrać z nimi. Wchodzić na szczyt za bardzo mi się nie chce, bardziej o tym Jeziorze myślę. Tuż obok kolejne odkrycie – kopalnia „Piast II”. Wieża szybowa bliźniaczo podobna do „Piasta I”, pod Bieruniem, którego widziałem wiele razy. Jeziora jeszcze nie widać, za to na południowym horyzoncie widać masyw Beskidu Śląskiego. Z górniczych atrakcji jeszcze szyb wydechowy (czynny, huczący, z zakazem fotografowania ;) ). Krem p/słoneczny kupuję wreszcie w Goczałkowicach. W ostatniej chyba chwili, godzina 14, jestem już lekko przysmażony. Niezwłocznie aplikuję, w dużej ilości. I spokojny o zdrowie mojej skóry mogę jechać nad Jezioro. Ostatnia prosta to oblężony przez tłumy ludzi i samochodów ulico-deptak. Prawie jestem na tamie. Ale najpierw muszę chwilę odpocząć w cieniu. A do cienia prowadzi boczna dróżka w lewo. Płytowa, leśną droga idzie taką jakby groblą, po jednej jak i drugiej stronie woda. W końcu przysiadam na betonowym umocnieniu brzegu, w cieniu, ciszy i spokoju, z dala od zgiełku. Dłuższą chwilę tu odpoczywam, z nogami zwieszonymi nad wodami Wisły, a przy okazji gubię słuchawki. (O tym dowiem się dopiero w pociągu, ale to najtańsze Philipsy za 9,99, więc strata niewielka). Nieco schłodzony zawracam na tamę. Całkiem spora, tzn. długa, ze 2km. Wysokość nie jest może jakaś imponująca, ale to oczywiste, bo to nie góry. Sporo spacerujących turystów. Przejeżdżam na drugi brzeg. Na wschodzie się kotłuje. Zwiedzam jeszcze trochę las po drugiej stronie, znalazłem fajne zejście nad wodę. Po 16tej zbieram się. Knuję co prawda jakieś ambitne plany aby objechać jezioro dookoła. Ale przypominam sobie jednak że dziś nie ma być ambitnie. Ostatecznie wracam po tamie na północną stronę, i obieram kurs na Katowice (PKP). Pszczynę objeżdżam bokiem (byłem nie raz), zwiedzam za Czarków. Miejscowość ma jeden najbardziej zakręconych herbów jakie widziałem – Pana siedzącego w wannie O.o Za Czarkowem asfalt kończy się, ale to dobrze. Odrobina lekkiego MTB („MTB”) nie zaszkodzi. Kilku-km szutrowo-żwirową, przyjemną, leśną drogą docieram do Kobióru. Atrakcją na skraju tego lasu jest kładeczka nad rzeczką, i jednocześnie pod zabytkowym mostkiem kolejowym. Kolejnych kilka km pośród lasów, teraz już asfaltem. Okolice takie że można zapomnieć że to Śląsk. Wyjeżdżając z lasu wszystko wraca jednak do normy – tak, to Śląsk :) A dokładniej to w Tychach jestem. Nie żeby mi się tu nie podobało, czy coś. Bo bardzo kręcą mnie te klimaty, ten cały przemysł, kopalnie, zabytkowe familoki. Nic już dziś nie zwiedzam, spieszę się ostatni tani regio z Katowic. Potem to już tylko drogie dalekobieżne. Takie tylko, na szybko: Tyskie przedmieścia. Ostatnie 20km główną szosą, DK 86. Moc niesamowita mi się włącza, średnia z tego odcinka mogła być zbliżona do 30km/h. Tak że w Kato mam jeszcze trochę czasu aby kupić coś do jedzenia i przebrać w czyste ubrania, żeby w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Odjazd po 20, w Krk przed 23. Jeszcze tylko taka śmieszna fotka z pociągu: dredo-walizko-pies. Chodzi mi o tą uprząż. Normalnie właściciel chwycił go za tą rączkę na grzbiecie i wyniósł z pociągu niczym walizkę :D

Udana, niezobowiązująca traska. Pomimo że na początku nie miałem żadnego celu, to szybko ten cel znalazłem. I zwiedziłem miejsce, bliskie przecież od Krakowa, którego nigdy jeszcze nie widziałem.

5.30-23.20
4l (w tym 1l energetyka)

nowe gminy: 1

Śląskie: 1
Kobiór


Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 200-249, Powrót pociągiem

Coś lżejszego

d a n e w y j a z d u 234.59 km 7.00 km teren 12:32 h Pr.śr.:18.72 km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy:1300 m Kalorie: kcal Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
Niedziela, 13 maja 2018 | dodano: 03.06.2018





https://photos.app.goo.gl/VDl6NjituY0geYDN2

Minął tydzień od długiego weekendu, czas wracać do normalności, tj. startów z Krakowa. Koło ciągle nie zrobione, części w drodze. Minimalne bicie z tyłu nie uniemożliwia jednak przecież jazdy. Jeśli objechałem na tym kole Tatry to i do Opona uda się dojechać ;) Bo taki właśnie jest plan na dziś - Opole. Niezbyt ambitny, by nie rzec że chillout-owy. Ale myślę że mi się należy po dwóch górzystych trasach w odstępie 3 dni.

Trasy w ogóle nie planuję, bo co tu planować, to tylko Opole. Którędy by się nie pojechało to się dojedzie. Startuję 20 minut po północy (to już ostatni taki start, potem zmienię godzinę wyjazdów na poranne). Już po wyjeździe podejmuję decyzję że na Śląsk pojadę wojewódzką, przez Alwernię. Krajówką przez Krzeszowice już za dużo razy jechałem w tym roku, a tędy jeszcze ani razu. Ciepła i pogodna noc sprzyja sprawnemu nawijaniu asfaltu. Jako że w centrum Alwerni byłem tylko raz w życiu (w 2015r.) i korzystając z niezbyt napiętego na dziś harmonogramu myślę żeby jeszcze raz tam uderzyć. Tak też robię i odbijam boczną drogą w prawo, pod górę. Alwernia śpi. Tylko jakiś jeden obłąkany rowerzysta siedzi na ławeczce. Widać że przyjezdny, bo czyta tablice informacyjne. Przeczytał przeczytałem wszystko, i zbieram się dalej. Niestety nie chciało mi się zerknąć na GPSa w telefonie, wskutek czego źle skręciłem. Zamiast wrócić do wojewódzkiej wylądowałem na bocznej drodze na Piłę Kościelecką. Kawałek nią ujechałem, zanim zorientowałem się w błędzie. Nie chce mi się zawracać, w sumie to może i dobrze? Nigdy tą drogą nie jechałem, więc sobie zwiedzę, a parę km więcej nie ma znaczenia gdy celem jest Opole. No to jadę, wciągam dość stromy podjazd, a za chwilę już zjeżdżam do Chrzanowa. Może być i Chrzanów, nie mam nic przeciwko. Tutaj jeszcze noc. Pauzuję na rynku, na tym w odróżnieniu od Alwerni jakieś oznaki życia są – kilku podpitych młodzieńców. No i ten rowerzysta jeszcze. Z Chrzanowa na Libiąż, inną wojewódzką. W połowie drogi można już dostrzec oznaki brzasku, a w Libiążu już niemal świt. Uwieczniam na zdjęciu oldchoolowy dom handlowy, lubię takie klimaty. W Chełmku już widno. Dzień zapowiada się pogodnie, na niebie szczątkowe tylko ślady chmur. A taka maleńka „strefa mgieł” tylko na przejeździe mostem nad korytem Przemszy. Mijam potężną basztę wieży szybu KWK PIAST, po czym by ominąć kretyński i długo się ciągnący zakaz jazdy rowerem, korzystam z idącej równolegle śmieszki rowerowej. Jakości takiej jak widać na zdjęciach, ale dziś aż tak bardzo mi to nie przeszkadza (lekka trasa) a ciągnące się bokami szpalery soczyście zielonych drzew uspokajają nerwy ;) Koło Bierunia ścieżkowy terror się kończy i można jechać jezdnią, jak Bóg przykazał :) Mijam wielką fabrykę Fiata, a to oznacza że docieram do Tych. Słońca coraz śmielej operuje na idealnie niebieskim nieboskłonie, i szybko pozwala zrzucić zbędną już warstwę ubrań. Tychy omijam jednak tranzytem, dopiero w Gliwicach odpoczywam na skwerku. A że Gliwice to już niemal granica Górnego Śląska, to tablica powitalna województwa Opolskiego pojawia się szybko. Bardzo przyjemną, prowadzącą głównie lasami wojewódzką dojeżdżam do Kędzierzyna-Koźla. Poza wielkimi zakładami azotowymi miasto kojarzy mi się z historią z ubiegłego roku. Wracając z Czech (z Pradziada), chciałem szukać pociągu w Koźlu. Miły Pan uświadomił że Koźle to zabita dechami wiocha, i tu pociągów niet. Tzn. nie jeżdżą do Koźla. Za pociągiem to trzeba jechać do miasta - do Kędzierzyna-Koźla! Bo to są dwie odrębne miejscowości: Koźle i Kędzierzyn-Koźle, leżące na przeciwnych brzegach Odry :) Przejeżdżam przez n-torowy przejazd kolejowy, i wewnętrzną jakby drogą miedzy węzłem kolejowym a Zakładami kieruję się do centrum miasta. ZAKK ogrodzone wysokim płotem, dużo drzew a instalacje daleko, więc jakichś spektakularnych zdjęć zrobić niestety się nie da. Za małym laskiem jest już właściwa część miasta. Bardzo zadbanego miasta, pewnie bogatego. Do tego stopnia że nawet ścieżki rowerowe są asfaltowe i zdatne do jazdy! Podejrzewam że to Azoty trują i w zamian dużo hajsiku łożą Kędzierzynowi. Z K.K. wojewódzką na Gogolin. Lasy kończą się a zaczynają rozległe pola uprawne. Pośród których majaczy potężna sylwetka (chyba) huty w Zdzieszowicach. Jest wczesne popołudnie, a temperatura niewiele poniżej progu upału. Gdzieś tu orientuję się że zaczyna uchodzić powietrze na tyle, i wkurwiać. Chciałem bowiem przyoszczędzić i jednak załatałem i założyłem te rozcięte wskutek snejków na Słowacji dętki. Będę dopompowywał co jakiś czas, zmieniać się nie chce. Centrum Krapkowic i Gogolina omijam, przejeżdżam środkiem pomiędzy obydwoma. Do Opola raptem 20km. A godzina młoda, ledwie 13ta. Zaliczam zatem dłuugą drzemkę na ławeczce nad brzegiem stawu. A potem aby urozmaicić sobie jazdę zjeżdżam z wojewódzkiej w leśną drogę, odrobina MTB (a raczej „MTB”) nie zaszkodzi. Raptem 3km tego lasu a jaka odmiana. Do Opola natomiast wjeżdżam ekstremalnie szeroką szutrówką. 15ta. Pociąg za kilka godzin, czyli trochu się pozwiedza :) Na początek wjeżdżam w jakieś tereny kolejowe. Przeciskam się pod jakimiś wiaduktami, przez torowiska przenoszę, pewnie nie wolno tak. Kilka spontanicznych skrętów na skrzyżowaniach później ląduję na skąpanej w cieniu drzew ławeczce, na nadodrzańskich bulwarach. Trochę drzemiąc, trochę przyglądając się niedzielnemu wypoczynkowi Opolan, utykam w tym miejscu na ładną godzinę :) Jak chillout, to chillout :) W końcu zaczyna mi się tu nudzić, a czasu ciągle mnóstwo. Jadę więc obadać gdzie tym bulwarem można zajechać. Asfaltową alejką przejeżdżam obok urządzeń technicznych śluzy, następnie wzdłuż terenów przemysłowych, i tym sposobem wyjeżdżam za miasto. Bulwar kończy się. A właściwie to alejka zawraca i zakosami wspina się w górę, ponad dolinę rzeki. Zza drzew zagajnika wyziera urwisko, a na jego dole - całkiem spory zalew. Okrążam go, jest nawet plaża. Bardzo fajny teren rekreacyjny, w oddali na drugim brzegu widać wystające ponad las co wyższe budowle miasta. Czas powoli, bo powoli, ale jednak płynie, do odjazdu pociągu coraz bliżej. Główną drogą kieruję się wiec ku dworcu. Robię jeszcze pętelkę po śródmieściu, zaliczam Rynek, i w końcu na dworzec. Wsiadam w komfortowego (skład wagonowy, nie EZT) IC-ka, by dwie 2,5 godz. przyjemnej podróży później być już na Głównym w Krakowie. W domu po 22giej.

I tak minął ten leniwy, rowerowy dzień :) Czasem tak trzeba, a nie tyle same Słowacje, Tatry, Węgry. Czasem trzeba lżej.

0.20 - 22.10
4,25l (w tym 1l energetyka)


Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 200-249, Powrót pociągiem, Terenowo