> km 350-399
| Dystans całkowity: | 8172.99 km (w terenie 2.50 km; 0.03%) |
| Czas w ruchu: | 155:42 |
| Średnia prędkość: | 18.93 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 73.00 km/h |
| Suma podjazdów: | 36507 m |
| Liczba aktywności: | 22 |
| Średnio na aktywność: | 371.50 km i 19h 27m |
| Więcej statystyk | |
O kolarzu, który jeździł koleją ;)
d a n e w y j a z d u
371.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Losowa fotka z Bratysławy
https://connect.garmin.com/app/activity/24167249118
https://connect.garmin.com/app/activity/24167257222
Do tego dochodzi dojazd/powrót z dworca w Krk, trochę po Brzecławiu itp.
https://photos.app.goo.gl/5H8ewBZtQvU88T6i8
Koniec sierpnia, być może ostatnie w tym roku upały i ciepłe
noce, trzeba pocisnąć gdzieś dalej. Na etapie planowania trasy pewnym
utrudnieniem jest zapowiadany front atmosferyczny. Ma on przejść w sobotę z
zachodu na wschód, i przynieść opady, burze i wiatr (start planuję na pt.).
Rozważam różne opcje: Praga, Budapeszt, Bratysława, Wiedeń? Czechy odpadają w
pierwszej kolejności, tam załamanie pogody ma być największe. Później na
celowniku jest Budapeszt. Kupiłem nawet bilet do Piwnicznej, ale zwróciłem. Ostatecznie
stanęło na Bratysławie, a jak będzie dobrze szło, można zmienić cel na Wiedeń.
Im dalej na południe tym front ma być słabszy, tak że jestem dobrej myśli.
Bilet kupiony do Czechowic-Dziedzic – stąd wystartuję.
Pobudka 5.00. Za oknami noc :D No coraz krótsze są te dni :(
O 5.15 siedzę już na rowerze i lecę na dworzec. Odjazd 6.15. Podróż mija
szybko i przyjemnie. Jakąś raptem godzinkę później jestem w Czechowicach. Obieram kurs na Czeską
granicę, dokładniej to na dawne przejście graniczne w Lesznej Górnej. Okolice z
początku płaskie, dookoła królują stawy rybne i piękne, dębowe (!) lasy. Na
wsiach mnóstwo zmyślnych instalacji dożynkowych, kilku z nich zrobiłem fotki.
Docieram do Skoczowa. Kawałek wojewódzką szosą, i znów skręcam w boczne drogi,
ku czeskiej granicy. W oddali majaczą wysokie szczyty Beskidu Śląskiego i
innych pasm górskich. Coraz bardziej zadupiastą i pagórkowatą drogą docieram do
dawnego przejścia granicznego. Czechy. Ahoj przygodo! Czeska kraina wita mnie
potężnym zjazdem w dolinę, do Trzyńca. W oddali widzę już hutę, kominy i cały
ten przemysł tonący w zielonej dolinie. Przejeżdżam przez miasto i
trzycyfrowymi drogami kieruję się ku słowackiej granicy. Bo Czechy to tylko
mały epizod tej trasy. Większość przygody to jednak Słowacja. Przynajmniej tak
mi się w tej chwili wydaje. Pod koniec opowieści wszystko się wyjaśni ;) Pogoda
petarda, 30 stopni i pełna lampa. Póki co nic nie zapowiada załamania pogody.
Regularnie zerkam na pogodowe radary.
Burze i deszcze są dopiero hen daleko na Niemcami. Z czeskich miasteczek mijam
jeszcze Jabłunków i Mosty koło Jabłunkowa. Około godziny 13tej melduję się na
słowackiej granicy. Dawne wielkie przejście graniczne, pełno opuszczonych
budynków i innych zabudowań. Cóż za zmiana krajobrazu ;) Asfalt zmienia z
gładkiego na morze dziur i łat. Latarnie krzywe i pordzewiałe. W małym
zagajniku pełno chusteczek higienicznych. Te kilka drzewek pełni bowiem funkcję
toalety ;) No Słowacja tak już ma, przestrzeń publiczna, drogi, chodniki to
trochę trzeci świat. W rowach pełno śmieci. Cestą nr 11 dociaram do Cadcy. W Tesco robię duże i chyba niedrogie
zakupy. Jak chodzi o picie i suchy prowiant, powinno mi go wystarczyć do rana
:) (wystarczy aż do Bratysławy ;) ). Kieruję się dalej ku Żylinie. Ale nie
główną szosą nr 11. Jadę idącą równolegle do niej, po drugiej stronie rzeki,
boczniejszą drogą. Tu też jednak duży ruch, i wszechobecne roboty drogowe,
ciężarówki, tumany kurzu i zwężenia. Kawałek fajną trasą rowerową, mijam
Kysuckie Nowe Miasto. Boczną drogą zaliczam nieplanowany podjazd. I wreszcie
zjazd do Żyliny. Na celowniku mam już od pewnego czasu McDonald. Wciągam tam jakiś
zestaw, poprawiam drugą Colą, i to by na tyle było ze zwiedzania Żyliny. Nie ma
czasu, nie ma siły ani chęci. Wbijam na krajową drogę nr 61. Jeszcze tylko
niebezpieczny odcinek, gdzie drogą dzieli się na starą 61kę i na autostradę nr
D1. I już jestem na starej, przyjemnej drodze nr 61, która jak po sznurku
zaprowadzi mnie do Bratysławy. Circa 200km. Tak mówią tablice kilometrowe przy
szosie. Dochodzi 19ta, a więc powoli zapada zmrok. W ostatnich jasnościach
wieczoru, docieram do Powazskiej Bystrzycy. W centrum jakiś koncert, festyn
itp. kupa ludzi i hałasu. Kolejnym checkpointem, większym miastem, będzie
dopiero Trenczyn. Za jakieś 50km. Póki co mijam kolejne senne miasteczka i
miejscowości. Belusa, Ilava, Dubnica… Znam te okolice doskonale, jechałem tą
drogą na Bratysławę wiele razy. Dziś jest jednak pewna odmienność, stosunek: czas/kilometraż.
Jestem bowiem w tych miejscach dużo wcześniej niż zwykle. Co za tym idzie
zachód Słońca, noc, wschód łapią mnie w zupełnie innych miejscach w trasie. W
takim dajmy na to Trenczynie jestem o pierwszej w nocy. Podczas gdy zwykle
bywam tu dużo później, o świcie lub wręcz rano/przed południem. W Trenczynie
znów jakaś impreza, śpiewy i gwar na ulicach. Symbol Trenczyna to rzecz jasna
zamek na charakterystycznej skale. Jest on ładnie iluminowany, zanim jednak
zdążyłem zrobić fotę, iluminacja zgasła. W zamian za to zdjęcie skały, na
której stoi zamek, z jakąś płaskorzeźbą. To by było na tyle ze zwiedzania
Trenczyna, trzeba lecieć na Bratysławę. Jakieś 150km. W środku nocy pogoda
niesamowita. 20 stopni i ciągle rośnie! 22, 24, 25… Najwięcej zaobserwowałem 25,5’C o godz. 2 w nocy!!! Do tego ciepłe podmuchy wiatru. Niesamowite rzeczy
dzieją się też za górami po prawej. Za górami czyli na zachodzie, nad Czechami.
Błyska się tam potężnie. Patrzę na radar burzowy i wszystko jasne. Równolegle
do mnie, z pł-zach na płn-wsch idzie front burzowy. Właściwie to całe Czechy to
jedna wielka burza i deszcz. Jak to dobrze że nie zdecydowałem się na Pragę… Ja
tymczasem podziwiam sobie ten niesamowity spektakl z bezpiecznej odległości.
Tam mi się przynajmniej wydaje. W ogóle nie słychać bowiem grzmotów, więc jestem (chyba) bezpieczny. Jednak po pewnym czasie zaczyna się błyskać i grzmieć centralnie
przede mną. Wg map jakaś (mała) komórka burzowa uformowała się również na SK,
centralnie na mojej drodze. Zapinam blat i pędzę ile wlezie, żeby się gdzieś
schronić. W ostatniej chwili dopadam wiadukt kolejowy. Chowam się pod spodem.
Okazało się jednak że burza nie była zbyt silna, popadało z 10 minut, kilka
razy błysko/zagrzmiało i to by było na tyle. Można jechać dalej. Dalej chyba
mocniej walnęło deszczem, bo koleiny na drodze całe toną w wodzie. Przy okazji
ochłodziło się do przyjemnych 20 stopni. Gdy noc ma się ku końcowi, nadchodzą
jeszcze inne zawirowania pogodowe. Wzmaga się potężny wicher, i znowu zaczyna
trochę padać. Wykorzystuję to na małą drzemkę na przystanku. Wiatr napiera na
stalową wiatę, aż trzeszczy! Padać szybko przestaje, ale potężna wichura duje
dalej, akurat w sprzyjającym kierunku. Będzie jeszcze przez chwilę mnie
wspomagać ;) Po płaskim 50km/h chwilami leciałem :) Śladem po przejściu frontu
atmosferycznego, a raczej muśnięciu Słowacji przez ten front, są wszechobecne
chmurzyska. Te brzydsze, bardziej groźne zostawiam za plecami, a tam gdzie jadę
chmury wyglądają na niegroźne, i niedeszczowe. Dość szybko wyjrzy spoza nich
Słońce, a wiatr stopniowo je rozwieje ponad bezkresnymi równinami południowej
Słowacji. W międzyczasie upada temat Wiednia. Plan na dziś to po prostu
Bratysława. Dalej wieje, tym razem z zachodu, dodatkowe 70+km, nie mam siły, po
prostu brak mi ambicji. Mam też co chwila powracający kryzys związany z bólem
dłoni od kiery. Na szosówce zrobiłem w tym raptem 3,5tys km i pewnie dlatego
tak, brak przyzwyczajenia do barana. Zmiany chwytów co pół minuty nie
pomagają, jak bolało tak dalej boli. Tankuję się energolem i bagetą na małym Slovnafcie, tym co zawsze. Aby tylko dotrzeć do McDonalda w Trnavie. Na
horyzoncie na wschodzie majaczą już chłodnie kominowe elektrowni atomowej, to
znak że do celu już blisko. W Trnacie jestem o poranku, i mój chwilowy plan na
teraz to McDonald :) Dwa hamburgerki z omletem i boczkiem. Mniam :) Z Trnavy
wychodzę na przedostatnią prostą, do stolicy SK jakieś 50km. Przerwa w Macu
pomogła nie tylko na głód, ale i też na dłonie :) Odpoczęły i chwilowo nie
bolą. Ostanie km to już jazda niemal jednym ciągiem, na autopilocie, na
tempomacie, jak zwał tak zwał. W międzyczasie podejmuję bowiem decyzję, że
wracam pociągiem dziś, o 15.58. Następne sensowne połączenie jutro o 6 rano –
tym pociągiem wracam zwykle do domu. Do Bratysławy dotrę bowiem koło południa,
nie mam siły na 18h zwiedzania miasta. Z jednej strony będę za wsześnie, z
drugiej za późno. Bo za wiele nie pozwiedzam za te 4h. W zasadzie to plan mam
taki: jak najszybciej dojechać do Bratysławy –> szybka kąpiel w Złotych
Piaskach ew. Vajnorach –> przebierka w czyste ciuchy –> zakupy –>
hlavna stanica –> pociąg. I kilka byle jakich fotek po drodze. Senec mijam
tranzytem, zdjęć brak. Ostatnie 20km. Widać już wieżę TV na wzgórzu Kamzik.
Zaraz potem dobrze mi znane zielone jeziorka przy drodze. Do stolicy SK
docieram o godz. 12 minut 38. Szybka fotka tablicy, i siup na Vajnory (jezioro). Będzie bliżej niż na Zlate Pesky (zalew po drugiej stronie drogi). Chlup
do wody. Trochu zimna ale nie ma tragedii. Ekspresowa przebierka w czyste
ubrania. Jest koło 13tej, do pociągu niecałe 3h. Kurs na hlavną stanicę. W zasadzie
jadę prawie że na pamięć. Bratysławę znam dość dobrze, często tu bywam. Jakieś
tam szybkie fotki tylko przy okazji, po drodze. Na dworcu jestem po 14tej,
prawie 2h czasu żeby coś zjeść, kupić bilety itp. Powrót dwoma pociągami,
przesiadka w Brzecławie. Powrót w zasadzie zaczyna komplikować się już tutaj,
choć jeszcze nie zdaję sobie wtedy z tego sprawy. Pociąg przyjeżdża opóźniony o
jakieś 15 minut. Mniej więcej tyle ile czasu jest na przesiadkę w Brzecławiu. Myślę
sobie że nawet jak mój pociąg się spóźni to ten drugi poczeka, na pewno są
skomunikowane (yhy). Nerwowo obserwuję pozycję GPS obu pociągu w specjalnej apce.
Początkowo idą dość równo w stronę Brzecławia. Po chwili jednak ten którym jadę
zaczyna mocno odstawać. Jestem gdzieś w Kutach, czyli zaraz przed czeską
granicą. Drugi pociąg już stoi na stacji w Brzecławiu. Nadchodzi 7.16 (godzina
odjazdu), 17.17, 17.18… I sku*wiel odjeżdża!!!
*&%(**&^%^
No nie poczekał je*anych 10 minut. Nie było skomunikowania.
Tak więc jest sobota, godzina 17.30, a ja jestem w totalnej dupie. W Brzecławiu, małym miasteczku na południu Czech, niedaleko Austriackiej granicy.
Badam w wyszukiwarce pociągów inne możliwości powrotu. Kupuję nawet w apce
bilet na inny międzynarodowy, do Katowic, odjazd 19.10. Jednak nie ma
możliwości przewozu roweru – miejsca wyczerpane. Idę do kasy, tam też się nie
dokupić. Co robić? Wsiadać na przypale i jakoś to będzie? (&*%%$(* Zwracam
ten cholerny bilet przez neta, nawet nie wiem czy mi przyszły pieniądze za niego. Są inne pociągi w nocy, tzw. Euronighty, sypialne. Ale w nich o przewozie
roweru można zapomnieć. To jest ten jeden jedyny typ pociągów, w których roweru
kategorycznie przewieźć się nie da. Myślałem nawet o patencie jaki stosowałem
przed laty, tj. rozebrać rower na kilka części, owijać workami na śmieci, taśmą
i przewieźć jako bagaż. Ale nie mam worków, nie mam taśmy, nie ma otwartych
sklepów i nie mam siły na takie akcje. Różne inne pomysły mi chodzą po głowie,
burza mózgów, w zasadzie to jednego mózgu. Intensywność procesów myślowych zachodzących
w mojej głowie jest jednak tak duża, że 3 osoby można by nimi obdzielić, i
każda by intensywnie myślała. Najgorszy scenariuysz – kibluję w tym Brzecławiu
do rana, na następy Eurocity do Krk/Katowic. Rozważam opcję podjechania do
innego miasta rowerem, i stamtąd pociąg. Brno, Żlin a może jakieś inne miasto?
Dystanse rzędu 60-80km, więcej raczej nie biorę pod uwagę. Szukam pociągów
odjeżdżających z tych innych miast, ale to bez sensu. Kolejna próba walki z
wyszukiwarką, i EUREKA! Wpadam na pomysł, że będę przybliżał się w stronę
polskiej granicy, w stronę domu za pomocą pociągów regionalnych! W nich nie ma
żadnych rezerwacji, rower można przewieść bez problemu. Jest po 18, czyli
jeszcze nie noc, i sporo regio jeszcze jeździ. Nawet wyskoczył mi w apce plan
jazdy czterema regio, z 3 przesiadkami. Teoretycznie przed północą można nimi
dotrzeć do Buhumina, czyli pod Polską granicę! Ale nie wiem czy ten plan jest
dobry, czas na te przesiadki to znowu kilka-kilkanaście min. No nic, na
razie pędzę z powrotem na ten dworzec, i wpadam kilka minut przed
odjazdem do pierwszego regio z listy, do Prerova. Nowiutki EZT, przemiła
czeska konduktorka pomaga mi kupić bilet w automacie w środku. Po tych
wszystkich kurwach i wkurwach chwilowo jestem dobrej myśli :) Przybliżam się w
stronę Polski, i to całkiem sprawnie, bo pociąg pędzi nawet pod 150km/h :)
Oczywiście nie oglądam widoków za oknem, cały czas główka pracuje, telefon mi
zaraz wybuchnie. Wstępny plan powrotu tymi 4 regio mam, ale kombinuję dalej.
Szukam generalnie pociągów które przybliżać mnie będą w stronę Polski, ale nie
odbijać gdzieś w bok typu Ołomuniec. Analizuję kolejne miasta – pod kątem,
co będzie gdy kolejny pociąg ucieknie, czy są, a jeśli tak to ile, kolejne
pociągi stamtąd tego wieczora. Stanęło na tym, że z Prerova podjadę kawałek kolejnym
regio do Hranic na Morave. W Prerovie jestem 20.22, przeskakuję do drugiego
pociągu, odjazd 20.30. Pociąg bliźniaczo podobny, lśniący nowością EZT. Ale
obsługa w nim jakże inna. Nie mam biletu, nie kupiłem przez apkę, bo mam dość
zmarnowanych biletów, żeby mi znowu pieniądze nie przepadły. Szukam automatu w
pociągu, ale nie ma. Lecę zatem do konduktora że chce kupić listok na siebie i
na kolo (rower po czesku). A ten z ryjem do mnie że jest pokładnica (chyba kasa
biletowa?) na dworcu. No kurwa wiem że jest ale jest 20.27 a odjazd za 3
minuty. Naprawdę nie ma możliwości kupienia jebanego bileta u konduktora w
pociągu? Muszę sprawdzić ten temat, bo to druga taka sytuacja w tym roku że
mnie odsyłają do kasy na dworcu. Wydupcam z tego pociągu, już wiem nic z tego
nie będzie. Ale! Na tablicy odjazdów znajduję interesującą opcję! 20.40, Regiojet do Bohumina!!! To chyba ten opóźniony z 20.25, bo w wyszukiwarce nie
znalazłem tej pozycji wcześniej. Pędzę do kasy kupić bilet. Zapłaciłem za
siebie i za rower, ale patrzę a na bilecie nie ma biletu na rower. 3 minuty
przed odjazdem podbiega do mnie kasjer, i przeprasza że zapomniał, i daje mi do
ręki 50 koron, żebym dokupił bilet na kolo u konduktora. Pakuję się do pociągu, ciekawy skład, trochę stary, wagonowy, z bufetem, gazetami do poczytania itp. Tu
znowu dla odmiany konduktor miły, bez problemu dokupuję bilet na rower. Jadę.
Udało się :) Znów sprawnie przybliżam się do polskiej granicy. W Bohuminie będę
dużo wcześniej niż w tym pierwszym planie z 4x regio, bo około 21.30! Kolejna
burza w mózgu, kolejne poszukiwania. Patrzę na radar z pociągami i są pewne
szanse że tym Regiojetem w Bohuminie dogonię ten pierwszy pociąg, EC do Katowic
(ten który odjeżdżał z Brzecławia 19.10, ale nie było miejsc na rowery). Patrzę
bowiem na apkę Intercity, i od Bohumina miejsc na rowery już jest w nim dużo
wolnych. A może poczeka ten EC na Regiojeta, może są skomunikowane? Dotarł bym
nim do Katowic po 23, pozwiedzał sobie miasto, i pierwszym porannym regio
wrócił do Krk. Dupa tam. EC mi odjeżdża na GPSie, już po wszystkim. Tak że już
nie jestem w ciemnej dupie, tylko w dupie :) Bohumin, miasto kilka km od
polskiej granicy, godzina – dochodzi 22ga. Pierwsze pociągi którymi można wyruszyć
stąd w stronę PL raczej nad ranem. (są te wspomniane Euronighty, ale z rowerem
tam nie wsiądę). Jest jeszcze jedna szansa. Niewielka ale jest. Na tablicy
odjazdów widnieje Leo Express do Krakowa! Planowo 21.30 ale przez megafony
mówią że opóźniony chyba 70 minut. W ogóle tych Leo Expresów więcej stąd jeździ
do Krk, będą jeszcze kolejne tej nocy. Nie widziałem ich na wyszukiwarce
pociągów. Pokładnice (kasy) zamknięte, próbuję kupić bilet przez @, ale lipa,
przy każdym z tych pociągów wyświetla się komunikat, że albo nie przewozi
rowerów, albo wszystkie miejsca zajęte. Mam zatem plan taki, że podjadę z tego
Bogumina rowerem do jakiegoś miasta w PL. Może do Rybnika? 30+ km. Ale patrzę
że najbliższe miasto z którego jedzie coś w stronę górnego Śląska, to Wodzisław
Śl. Raptem 20km z Bogumina. Stamtąm jest regio Kolei Śląskich o 4.20 do
Katowic. Wskakuję zatem na rower, przez Stary Bogumin, starym mostem na Odrze opuszczam Czeską ziemię. W Orlenie na Chałupkach tankuję się energolem i dwoma
hot-dogami. Wskakuję na krajową 78kę. Noc jest chłodna. Raptem ze 12 stopni. Jakże
odmienna od poprzedniej tropikalnej nocy na południowej Słowacji! Jest koło
23ciej. O tej porze powinienem być już w domu, i kłaść się do wyra. A ja jadę zimną
nocą na tym jebanym rowerze przez jakieś śląskie zadupia i marznę. Mam też
lekkie halucynacje – różne przedmioty, słupy, drzewa kosze na śmieci itp.
przypominają mi postacie i zwierzęta. W ogóle się tym jednak nie przejmuję, to
standard. Druga nieprzespana noc w trasie często daje takie atrakcje, miałem to
wiele razy, ultrakolarze też mają często halucynacje. W oddali na horyzoncie
majaczą czerwone światła kominów elektrowni i fabryk - Górny Śląsk. W sumie to
już nie jestem wkurwiony tylko mi się to podoba :) Przygoda jak za starych
dobrych czasów. Druga nieprzespana noc w trasie, zimno, halucynacje, uciekające
pociągi, kolejne puchy energola… Znam to dobrze :) Kiedyś to było, kiedyś to
się jeździło :) Tymczasem coraz bardziej pagórkowatą szosą docieram do Wodzisławia. Dobrze że wziąłem długie spodnie na przebranie, przydadzą się.
Jest północ, do odjazdu 4 godziny. Muszę te 4 godziny jakoś tu przekiblować,
nie zamarznąć itp. Na przedmieściach jest McDonald ale chyba właśnie go
zamykają. Nie jestem bardzo głodny, na razie jadę obadać dworzec. Stary,
pięknie odremontowany ceglany budynek. Z przeszklono – ceglaną dobudówką, z
windą i klatką schodową. Perony też nowiutkie, a przy nich stoi już nowiutki
biało-niebieski Impuls (EZT), który zawiezie mnie do Katowic. Właściwie to dwa obok siebie stoją, więc jeden z nich. Niestety oczywiście zamknięte, nie
ogrzeję się w środku. Poczekalnia na dworcu też zamknięta, otwierają o 5.00…
Ależ to cieszy oko, taka wstająca z ruin kolej w peryferyjnych małych
miasteczkach, w Polsce „B”. Ta jedna tylko rzecz mi nie pasuje, to różni tą
moją dzisiejszą nocną przygodę z przygodami sprzed lat. Dawniej szwędałem się
nocą po zasyfiałych, zardzewiałych obszczanych dworcach, a nie takich pięknych
jak ten. Wracałem starymi „kiblami” a nie Impulsami. Na razie nic tu po mnie, jadę
pozwiedzać miasto. Pusty i senny Wodzisław (z małymi wyjątkami), zagubiony
wśród dębowych lasów, na zadupiach przy południowej granicy. Obadałem rynek, a
potem przekimałem się chwilę na ławce koło jakiegoś pomnika. Ubrane dwie kurki
i jeasny, ale dalej zimmmmnoo. Trochę jadę, trochę prowadzę rower (spacerkiem
się tak nie marznie). JEST OTWARTY KEBAB! A ZARAZ OBOK DRUGI!!! Kupuję małego
boxa. W smaku średni, ale da się zjeść. Tzn. dało by się zjeść, gdyby nie był
tak ogromny (a kupiłem mały!). Do środka wpada też wesoła rozwrzeszczana ekipa
ze stuningowanej starej BMKi z wielkim napisem MARLBORO na tylnej szybie. To
jest właśnie ten „mały wyjątek” w śpiącym mieście ;) No cóż młodzież w małych
miasteczkach nie ma wiele możliwości nocnego imprezowania. Mają w całym mieście
w nocy dwa otwarte kebaby i dwie stacje benzynowe, i tyle. To bawią się tak jak
mogą :) Dopiero trzecia dochodzi, jeszcze godzina szwendania się, marznięcia i
halucynacji. Jadę jeszcze raz na dworzec, spaceruję po peronach. Kupuję bilet
przez neta. Pijany kulawy chłop mnie zaczepia, jest mocno „zmęczony”. Pyta
gdzie tu jest stacja benzynowa żeby się napić. Pytam czy chodzi o alkohol, ale
nie. Chodzi o piwo ;) No to mu znajduję CircleK na mapie i mówi gdzie iść. Ja
też idę na stację , ale inną, na Orlen, i kupuję, nie piwo a jeszcze jednego
energola, żeby dotrwać. Dochodzi 4ta czekam na tym peronie razem z 3 innymi
podróżnymi. OTWIERAĆ TEN EBANY POCIĄG, ZIMNO I SPAĆ SIĘ CHCE. Ledwo stoję, a
ławki mokre od rosy. 4.00 wreszcie cieć pilnujący zestawu wychodzi ze środka i
otwiera drzwi. Siadam, łeb opieram na ręce, rękę opieram na rowerze i idę spać,
nara. Budzi mnie konduktorka do kontroli. Za oknami ciągle ciemna noc. Dalej
idę spać. Budzę się przed Katowicami. Zaczyna świtać. I już wiem że ucieknie mi
jeszcze jeden pociąg :) W Kato przyjazd miał być 5.44. Regio do Krakowa o 5.48,
i to taki fajny regio, którym dojadę nie tylko na Krk Głowny, ale na Prokocim,
prawie pod sam dom. No i znowu w pizdu, i wylądował, i cały plan w pizdu.
Opóźnienie 8 minut złapaliśmy, skomunikowania oczywiście brak, bo po co. Regio
do Krk odjechał. Sprawdzam na apce jakiś IC, miejsca zajęte. Ale jest TLK! Znad
morza do Krk. Odjazd 6.13. Tu są wolne miejsca! Tym pojadę. Na dworcu kupuję
energola za 10zł i pączka za 10zł :D Nadjeżdża dłuuuugachny TLK, pakuję się do
środka i idę spać. Budzę się w Krakowie, przed dworcem głównym. Jest 7.30.
Zaczyna się gorąca, piękna niedziela a ja turlam się powoli do domu i kończę
swoją niesamowitą rowerowo-kolejową przygodę :) Albo raczej kolejowo-rowerową
:D W domu o 8.15. Czyli circa 10 godzin później niż pierwotnie planowałem. A powrót
pociągami zajął mi 16h zamiast 6h. Ile pieniędzy więcej wydałem? Nie wiem, i
nie wiem czy chcę to liczyć. Część niewykorzystanych biletów udało się pozwracać
(te przez apki) a część nie (te kupione w kasie w Bratysławie).
Przygoda jak za starych dobrych czasów, gdy się jechało dwie noce pod rząd w trasie :) Dawno nie miałem takich halucynacji drugiej nocy :) Z wniosków:
- nie można ufać w połączenia z przesiadkami, lepiej poczekać na bezpośredni pociąg
- trzeba było jechać rowerem do Rybnika, raptem 30km zamiast
20, a byłbym w nocy w dużym fajnym mieście, z większą ilością miejsc do
ogrzania się i do pozwiedzania
- wyszukiwarka połączeń kolejowych której używam nie pokazuje wszystkich pociagów, jest dużo więcej pociągów Leo Express / Regiojet.
5.15 (pt) - 8.15 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Budapeszt :)
d a n e w y j a z d u
384.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:38.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8
https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963
Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na
Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej
Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie
pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może
być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie
uprzedzajmy jednak faktów.
Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się
orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy.
Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc
docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest
bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja
ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie
ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na
granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny
zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz
widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz.
Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza
gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma
zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a
zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie
płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem,
i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B.
Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę
pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z
tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na
niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak
szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie
„niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam
Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór
słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie
znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy
przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś
zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne
kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka
wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa
rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać
:) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i
potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga
gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym
chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija
remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej
„TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli,
w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko.
Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się
ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym
elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie
wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na
przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :)
Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i
pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika,
ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz
wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się
więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie
porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą
już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są
tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków.
Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w
krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś
na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie
drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej
szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam
wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek.
Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest
pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej
będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na
ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I
to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka.
Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z
tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już
robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno
ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska
spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po
horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi
robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z
filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w
miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica
kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba
nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego
wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum
Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni
w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim
krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka
niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max
po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne
litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane,
jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są
niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z
ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie
jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa
tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle
myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła
Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co
zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd
podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd
do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na
dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na
pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i
schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że
ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super
trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu
Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i
promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu,
i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o
19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie
można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić
się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię
się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim
nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką
rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY.
Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na
drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju
:) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem
na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram
na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest
taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w
wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę
musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie.
A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak
zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na
wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla
pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju
podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej
ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj.
Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny,
a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo
przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się
ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę
niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno
najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały
budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek
nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A
Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego
też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz
przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania
wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na
ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte
po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną.
Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie
odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi
jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i
potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do
jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny
upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś
pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam
biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa.
Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją
przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob
(odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie
Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po
słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że
to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja
bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę
mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut
a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka
grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko
do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym
pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu
pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część
do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale
to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną
siłą ;)
Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt
pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie
przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby
zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle
to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad
i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić,
i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu
miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?
7.30 (pt) - 15.25 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Budapeszcik :)
d a n e w y j a z d u
383.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/QuY41AL3LbDEw9WL8
https://connect.garmin.com/modern/activity/20011298720
https://connect.garmin.com/modern/activity/20011343407
Tak więc wielkimi krokami nadchodził ten dzień. Dzień w
którym miało wrócić lato po lipcowych zimnicach i słotach. Wg prognoz piątek 8
sierpnia (zgodziło się). Na ten dzień zaplanowaną miałem wycieczkę rowerową na
Węgry. Budapeszt i/lub Balaton. Niestety w środę 6 sierpnia obudziłem się z
zatkaną prawą dziurką nosa/uchem oraz bólem gardła. O_o. No nieźle się
zdziwiłem. Nie wiedziałem że da się złapać jakąś infekcję w środku lata ale
jednak tak. Da się. Przy czym nie była to raczej mimo wszystko wina chłodu a musiałem
złapać jakiegoś syfa, w trakcie pracy kuriera. Gdzie każdego dnia naciskam
dziesiątki klamek + dziesiątki guzików na domofonach taka sytuacja jest
możliwa. Może covid? Najnowszy, najmodniejszy wariant do Nimbus. Wycieczka
zaplanowana na piątek i nie chcę ruszać tego terminu, gdyż chcę zobaczyć
rozświetlony w nocy Parlament, a ten już wiem że nie świeci w nocy
poprzedzające dni powszednie. A za tydzień to lato może się skończyć i znowu być 15 stopni. Do czwartku nie polepszyło się a raczej
pogorszyło, katar przeszedł do lewej dziurki. Jechać? Nie jechać? W czw. wieczór kupuję bilet PKP do Piwnicznej.
Miało być do Nw. Targu ale „brak miejsc na rowery”… Może to i lepiej. Nowy cel to Budapeszt krótszą
drogą, ok. 320km. Balaton skreślam z listy, z taką formą nie da rady. Jechać czy nie? Oto jest pytanie.
Zadaję je sobie jeszcze w piątek rano. Może zwrócić bilet, i pojechać jednodniową
przejażdżkę po Wale Wiślanym?
Jednak ryzykuję. Jadę na ten pociąg. Będę zdrowiał po drodze
:D Biorę zapas Paracetamolu, Cholinexu i spray do nosa. W najgorszym razie albo
zrobię jakąś zastępczą pętelkę po SK lub podwiozę się kawałek pociągiem do tego
Budapesztu. Przyśpieszonym Regio dojeżdżam do Muszyny o 11tej. Stąd boczną,
pozarywaną przez rzekę drogą przekraczam
Słowacką granicę. I tu obieram główną szosę no 68. Dawno tą drogą nie
jechałem ale jedno przypominam sobie dobrze. Będzie zaraz podjeździk, oj będzie
;) Na przełęczy
Vabec melduję się zmęczony, czyli już wiem że lekko nie będzie.
Infekcja ma niestety pewien wpływ na formę. Póki co staram się tym jednak nie
przejmować. Z miejsca tego rozpościera się ciekawy widok na Tatry (Wysokie). Widać
tu mianowicie wschodnią końcówkę tego pasma. Szary potężny masyw zjeżdża tu
stromo w dół, i kończy się w polach i lasach. Zdjęcie wyszło
słabe. Z przełęczy
zlatuję do Lubowli, i rozstaju dróg 68/77. I obieram tą drugą, na Poprad. Gorąc narasta, ale na razie nie ma żadnych większych podjazdów więc jako tako się
kulam. Widok na potężny masyw Tatr, od wschodniego profilu, towarzyszył mi
będzie długo. Tu fotki wyszły
lepiej :) Przez Kieżmark docieram do największego
miasta w tej okolicy – Popradu. Jest 16ta, i tym razem nie zapominam zrobić
zakupów w Lidlu - zapasów na noc na słowackie bezludzia. Jakieś tam małe
zwiedzanko, festyn w
centrum i wylatuję główną szosą na południe. Zaraz będę w
znanej mi, niesamowitej miejscówce. Podjazd za miastem z którego rozpościera się fenomenalna
panorama Tatr z zachodu na wschód. Przesłonięta częściowo przez blokowiska Popradu,
które są na pierwszym planie. Przypomina się też że niestety zaczyna się mocno
górski odcinek przez Niżne Tatry. (To „niestety” dotyczy tylko dzisiejszych
okoliczności, gdyż jestem osłabiony. Ogólnie bardzo lubię podjazdy). Póki co
droga tonie w chłodzie leśnej
doliny, no a potem zaczyna się mozolna wspinaczką
na ponad 1000m n.p.m. Co kawałek spadam z roweru żeby dychnąć. Masakra. Pewnym
pocieszeniem jest nowy gładziutki asfalt na szosie. Prace budowlane jeszcze tak
właściwie trwają – Panowie malują najciaśniejsze zakręty na zjeździe na
czerwono. No i jest jakaś tam przełęcz, nawet nie chce mi się sprawdzać jaka. Wyłania
się też ogromna góra z nadajnikiem na szczycie. Jej sprawdzać nie muszę, znam
ją dobrze ;) To
Kralova Hola (1934m n.p.m.) Byłem na niej na rowerze w 2017
roku, i jest to mój nie pobity rekord wysokości :) Bo wyżej się prostu nie da w
tej części Europy. Wyżej to w Alpy trzeba. Na zjeździe cieszy mnie głównie
gładki asfalt, bo chłód już nie. Żeby się bardziej nie załatwić. Krzyżówka,
jeszcze jeden mały podjazd… i zjazd do Telgartu. Jest tu bardzo ciekawy wiadukt
kolejowy. Na
fotce mało co widać bo już nadchodzi noc. Jeszcze tylko rzut oka
na Kralovą –
maszt na szczycie już świeci czerwonym światłem. Trochę poniżej widać
światło białe – jakiś śmiałek zapewne zdobywa tą górę nocą! Pieszo lub na
rowerze. Zjazd jest ciekawy. Na zmianę atakuję mnie raz zimne, a raz rozgrzane
powietrze. Tak działają inwersje w górach. Gdy wyrasta kolejny znak „
podjazd 12%” mam już dość. Nie żeby tam te 12% gdzieś było, bo pewnie jest 8, max 10%.
Ale jestem prostu chory i słaby!!! Zjeżdżam do Tisovca, i to już koniec
podjazów w tej trasie. Jeszcze tylko pagórki przed Budapesztem mnie czekają. Wreszcie
jadę z przyjemnością. Księżyc nawala tak że można by bez lampki ciąć te ciemne
Słowackie bezludzia :) Jest magicznie. Z większych miejscowości mijam Hnustę, a
z ciekawostek wszędzie te cholerne pomniki i tablice pamiątkowe z czerwoną
gwiazdą. Przy jednym nawet
radziecki towarzysz sobie stoi... No wypadałoby by coś z tym wreszcie zrobić. Ale chyba na Słowacji nikt nie ma do
tego jaj. Docieram do Rymawskiej Soboty. O bliskości do Węgierskiej
granicy informują mnie dwie wersje nazw miejscowości na tablicach, po słowacku
i węgiersku. Robię mały skok w bok aby zwiedzić Sobotę. Jakiś tam rynek,
kościół, wszyscy śpią, cisza, nic ciekawego, standard. Na przedmieściach
drzemię na przystanku aby oszukać organizm i zwalczyć senność. A w międzyczasie
zaczyna się
przejaśniać, noc w sierpniu ciągle krótka. Noc zaczynała się w wysokich górach, i
iglastych lasach, pomiędzy 2000m szczytami Niżnych Tatr. A kończy się w
ciepłych równinach południowej Słowacji, wśród akacjowych lasów i słonecznikowych
pól po horyzont. Taka jest właśnie ciekawa zmiana stref klimatycznych w tym
niewielkim kraju, na bardzo niewielkim dystansie. Dociągam do
Łuczeńca. To
ostatnie większe miasto przed Węgrami. Wypada być kupić wreszcie coś ciepłego
do jedzenia, lub minimum suchy prowiant kupić. Ale jakoś przeleciało mi się
miasto, i nic nie kupiłem. Został mi raptem litr wody z zapasów. Trzycyfrową
szosą docieram do miejscowości Raros, w której przekroczę węgierską granicę.
Pierwszy raz w tym miejscu. Ładny zabytkowy
mostek graniczny, nad rzeką
Ipel/Ipola (SK/HU). Węgry witam po godzinie 9tej. Kilka km ciągnę wzdłuż tej
granicznej rzeki. No i zaczyna się ta cholerna, rozpalona węgierska patelnia :D
Żar z nieba, akacjowe gaje, spalona na wiór trawa, pola cholernych
słoneczników. Węgierskie miasteczka, choć widać że również nie za bogate, to
bardziej zadbane od Słowackich dziur. Bardzo spodobała mi się obsadzona
potężnymi,
ciemnoczerwonymi kwiatami droga w jednym z nich. W większej
miejscowości, Szecseny, dopadam wreszcie Szuper Diskont (supermarket) gdzie
robię zakupy. Głównie słodki prowiant, ale dobre i to. Przy okazji łapię kapcia
na tyle (szkiełko). Szukam kawałka cienia, rozbebeszam rower z sakw żeby dętkę
zmienić. Przy okazji
rozdupca się też pompka – pęka plastikowy pierścień wokół
otworu do pompowania… Jakoś zaciskam to paluchem i dobijam ile da radę. A da
radę nie za wiela, na oko ze 3 bary… Wypadało by mieć z 5 atm. Na razie jadę na
takim niskim ciśnieniu, i uważam na dziury, żeby snejka nie zaliczyć, bo tą
pompką to sobie już nie popompuję. Wypatruję stacji z kompresorem. Do
Budapesztu realnie jakaś stówa z hakiem. Myślę życzeniowo, i wmawiam sobie że
do granic miasta to będzie raptem 90. A może tylllllko 85????!! Trzeba jakoś podnosić sobie morale. Zalegam w cieniu akacji. Wbijam sobie wielki akacjowy kolec w dłoń.
Rower z lasu
WYNOSZE a nie wyprowadzam bo JAK SE WBIJE TAKI KOLEC W OPONE TO SE
DENTKI JUŻ NIE NAPOMPUJE!!!
W mieście o długiej i dziwnej nazwie dopadam
wreszcie OMVkę (stację benz.) Coś tam kupuję do picia, żeby nie było że za
darmo wszystko chcę. Dwoma kliknięciami
pistoletu dobijam ciśnienie w tylnym
kole do pożądanych 5 atmosfer :) Co za ulga, przynajmniej sprzęt jest ok :) Męczę dalej te kilometry po
rozpalonej węgierskiej patelni. Od cienia do cienia. Dojeżdżam do znanego mi
ronda, gdzie droga nr 22 łączy się z drogą nr 2 na Budapeszt. Dobrze znane mi
miejsce, z tym że zawsze docieram tu od innej strony. Oznacza to że do
Budapesztu ostatnia już prosta. Tablica przy drodze pokazuje że
65km… A ja
dalej oszukuję sam siebie, i myślę sobie że 40, może 45 ;) Znam tą drogę
dobrze, to nią najczęściej wjeżdżałem do Budapesztu. Trzeba się przebić przez
kilka wzgórz. Choć niewysokie to jednak dają w kość, gdyż nie dysponuję swoją
pełną mocą. W końcu jest wymarzony, upragniony zjazd w dolinę Dunaju, do Vac.
Widoki z niego są przednie, zwłaszcza wielka fabryka na tle panoramy miasta,
ale szkoda stawać na fotki. Nakręciłem za to bardzo trzęsący się
filmik (kamera
na kierownicy + chropowaty asfalt). W końcu jest
Vac. A to oznacza koniec
męczarni (przynajmniej w teorii). W miasteczku tym zaczyna się trasa rowerowa
do Budapesztu. „Trasa” to dobre określenie, nie żadna tam „ścieżka”. Jest
perfekcyjnie oznaczona. I albo wiedzie gładką asfaltową alejką, albo kluczy
bocznymi uliczkami miasteczek (gdzie zaznaczone jest na asfalcie lub
tabliczkami gdzie trzeba skręcić). I pomyśleć że pierwszy raz, zanim ją
odkryłem, ciągnąłem do Budapesztu równolegle idącą szosą nr 2, razem ze stadami
tirów, w pełnym Słońcu ;) A tu asfaltowa alejka wiedzie w chłodku, brzegiem
Dunaju, pośród zarośli i ogromnych platanowo/topolowych
lasów. Co do drzew to
chyba niedawno przeszedł brzegiem Dunaju jakiś huragan. Wielka ilość ogromnych
topoli połamana jak zapałki, i właśnie trwa wycinka i wywózka drewna. Platany i
np. dęby okazały się odporniejsze, przeżyły kataklizm w lepszym stanie niż
pogruchotane topole. Alejka zalicza też wały rzeki czy dociera do dzikich
plaży, porcików, przystani rzecznych. No jest tu bardzo
pięknie :) Ale ja
jestem bardzo zmęczony, i ledwo jadę. O 20tej jestem powiedzmy że prawie w
Budapeszcie (tak naprawdę to w Dunakeszi, ale ja myślę życzeniowo). Dopadam
Burger Kinga, wciągam duży zestaw który stawia mnie trochę na nogi, i
podładowuję tel. W końcu ta ostatnia-ostatnia prosta, czyli ścieżka rowerową
wzdłuż drogi nr 2, którą już naprawdę wjeżdża się do stolicy. Tablicę
„
BUDAPEST” osiągam o godz. 20.25. Stąd do centrum jakieś 15km, żeby nie
powiedzieć że 20 :) W centrum-centrum Budapesztu jestem tak naprawdę koło 21.30.
Dopadam MANNA 24 (całodobowa sieć sklepów) i wciągam 3 Helle o
ciekawych smakach. Wciągam te 3
energole na raz żeby nie zasłabnąć zanim dojadę do centrum-centrum-centrum,
czyli pod Parlament ;) Nie wiem czy to zasługa tych energoli, czy ciągłego
dmuchania nosa, czy tego że o 21szej jest temperatura 30 stopni, ale leje mi
się krew z nosa. Pewnie wszystko po trochu :D Tamuje krwawienie, a gdy nieco
ustępuje toczę się dalej. Nie ma miękkiej gry :D Powietrze jest gorące, ciężkie
i gęste. Nieprzyjemne. Plan zwiedzania ustalam na bieżąco. Dojechałem w ciekawe miejsce,
możliwe że pierwszy raz.
Szent Isvan Basilika, czyli Bazylika Świętego Stefana.
Najbardziej Świętego ze Świętych Węgrów. Jest naprawdę potężna i imponując, i
dlatego zasłużyła aby stać się tytułowym zdjęciem. Nie musi być zawsze tylko
Parlament i Parlament. Kulam się dalej wśród innych imponujących gmachów i
budowli, i wreszcie jest. Rozświetlony
Parlament, Most Małgorzaty, Most
Łańcuchowy. Czyli samo serce Budapesztu. Jest też oczywiście potężny zamek na
wzgórzu po drugiej stronie Dunaju, ale nie, tam dziś nie dotrę. Nie mam siły, ochoty
ani chęci na ŻADNE PODJAZDY, NAWET NAJMNIEJSZE!!! Zaliczam inne rzeczy które
zaliczyć można jadąc po płaskim. Na wyspę Małgorzaty wjeżdżam innym wielkim mostem, na
północnym jej końcu. Jak tu przyjemnie – wyspa otoczona jest wodami Dunaju, i zamiast 30 jest tylko 25 stopni :) Zaliczam wielki park pełny ogromnych
platanów, wyjeżdżam mostem Małgorzaty. Zaliczę jeszcze obowiązkowo Most Łańcuchowy, i następny
na południe od niego. Ogólnie 4 mosty zaliczone – wynik dobry. Kupuję przez
internet bilety. Stanęło na pociągu o 8.12. Bezpośredni (teoretycznie – o tym
później) do Krk, przyjeżdża o 17tej (!). Objeżdżam jeszcze rozimprezowane
centrum. Weekendowa noc w Budapeszcie taka jaką ją zapamiętałem sprzed roku. Czyli Need for Speed na ulicach. Normalne regularne wyścigi samochodowe/motocyklowe na ulicach miasta. Stawanie na tylnym kole, strzelanie z wydechu w tunelu pod zamkiem, palenie kapcia na światłach... Ścigają się drogie bryki, jak i zupełne gruzy. I policja która udaje że nic nie widzi. To chyba taki węgierski, budapesztański sport narodowy i jest po prostu na to przyzwolenie. Wciągam kebsa, trochę kimam na ławeczkach, trochę się kręcę po mieście, trochę dmucham nos…I tak wita mnie
nowy dzień. Chwilowo jest jak na
Węgry rześko, raptem 20 stopni ;) Dokańczam zwiedzanie, robię dodatkowe fotki,
w tym obowiązkowa –
Ja na tle Parlamentu. Z ciekawostek dostrzegam wodowskaz
który pokazuje aktualny poziom wody w Dunaju.
245cm. Kulam się raz jeszcze na
Wyspę Małgorzaty aby w krzakach na brzegu dokonać ablucji. Tj. zmyć z siebie
część potu/brudu/moczu/much/(…) aby w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Za pomocą
mokrych chustek. Jest to standardowa procedura w długich letnich trasach, gdy
nie ma możliwości wykąpania się w zbiorniku wodnym typu rzeka/zalew. Wciągam
jeszcze burgera, kupuję zapasy na 9h (!) podróż pociągiem. I na Budapest
Nyugati, dworzec. Kilka fotek ciekawych loków oraz imponującej
zabytkowej hali,
autorstwa samego Gustava Eiffla. Ładuję się do pociągu. Wpieprzam rowerowy złom na stojak a swoje
zwłoki na fotel. Zamykam oczy i idę spać. Coś się tam zdrzemnąłem. Ale podróż
nie będzie luksusowa. Obłożenie duże, nie można wybrać miejsca, tylko przy
stoliku, gdzie po 2 fotele są zwrócone do siebie przodem. I nie ma miejsca na
nogi. Najwidoczniej KTOŚ ZAPROJEKOWAŁ WAGON DLA LUDZI BEZ NÓG. Po prostu nie
wiem co mam zrobić z tymi nogami żeby nie bolały. Zmęczony jestem nie tylko ja,
zmęczyła się też klimatyzacja. Termometr w liczniku pokazuje 29stopni (a on
trochę zaniża)… Okna nie otwierane. Męczę się, pocę, dmucham nos, doszedł kaszel, bolą mnie
podkurczone nogi, podróż nie jest przyjemna. W dodatku pociąg wlecze się
miejscami 30-40km/h, przez rozpaloną Słowacką, a potem Czeską patelnię.
Bratysława, Brzecław, Bogumin… Tu po 14tej wysiadko-przesiadka. W Boguminie, zaraz przez
Polską granicą, spotykają się bowiem dwa pociągi: jeden z Pragi, i drugi z
Budapesztu. I wymieniają się wagonami. Potem jeden jedzie na Warszawę, a drugi
sformowany skład – przez Krk na Przemyśl. W założeniu jest to po to, aby można
było bez przesiadki dojechać z Budapesztu do Warszawy ORAZ Przemyśla i z Pragi
tak samo – do Wawy i do Przemyśla. Czyli 4 pociągi zamiast 2. Przesiadać się mają w założeniu tylko
lokomotywy i wagony ;) Założenie założeniami ale wielu ludzi, w tym ja i tak musi się przesiąść z
wagonu do wagonu, bo wybrało złe miejsce lub nie było odpowiednich i system ich
przydzielił byle gdzie. Na szczęście jest na to dużo czasu, bo jakieś pół godziny
czasu, a konduktor mówi które wagony gdzie jadą. I na szczęście trafił mi się
wygodny pustawy wagon, z działającą klimą :) I wreszcie sobie odpocząłem, na
tych ostatnich dwóch godzinach podróży PKP przez Polskę. W Krk koło 17.30, czyli
podróż trwała 9,5h :)
Mimo trudności wycieczka udana. Pierwszy raz dojechałem
przeziębiony do Budapesztu, jest to swego rodzaju rekord :)
7.05 (pt) - 19.00 (ndz)
Zaliczone szczyty:
Góry Lubowelskie (SK):
Sedlo Vabec 760
Niżne Tatry (?)
Vernarske Sedlo 1053 - miałem już to zaliczone, ale nie było w tabelce
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Przesilenie
d a n e w y j a z d u
369.32 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Rabka - Pieszczany - [ZSSK] - Bratysława - [ZSSK] - Trzciana - Rabka
https://photos.app.goo.gl/NQRNzDVjN8bcNqj46
https://www.alltrails.com/pl-pl/explore/map/przesilenie-851ddf5?u=m&sh=qek9hh
Do Rabki przyjechałem w piątek wieczór. Trzeba startować
zaraz w sobotę, żeby zdążyć przed załamaniem pogody, które zapowiadane jest na
początek przyszłego tygodnia. Nie miałem za bardzo pomysłu na wycieczkę. Stanęło
zatem znowu na Bratysławie.
Przygotowuję kanapki z nadprogramowymi parówkami które mi
się ugotowały oraz dżemikiem i ruszam. Żar z nieba leje się coraz większy. Pytanie o
burzę brzmi nie „czy” a „kiedy i gdzie” mnie złapie. Wspinaczka na przeł.
Spytkowicką, Jabłkonka. Próbuję uspokajać się że najbardziej nieciekawe chmury
są za moimi plecami oraz nad Babią Górą, ale to jest myślenie życzeniowe.
Chmury są wszędzie wokół mnie. W końcu w Trzcianie robi się ciemno jakby był wieczór. Radar burzowy nie pozostawia złudzeń – z zachodu idzie front rozciągający
się od Krakowa po B. Bystrzycę. Więc nawet nie próbuję jechać dalej, tylko
pozostały do kataklizmu czas przeznaczam na poszukiwanie najoptymalniejszego
schronienia. Zabunkrowałem się w Lidlu i czekam. I czekam. I? I z dużej chmury
mały deszcz. Popadało tylko trochę. Wg radaru akurat w Trzcianie była mała luka
we froncie. Tak że można ruszać dalej. Z plusów to ochłodziło się znaczenie, z
33 do 23 stopni i jedzie się fajnie. Dobijam do rzeki Oravy i za jej biegiem
docieram do mojego ulubionego zamku w Oravskim Podzamoku. W Dolnym Kubinie
przejazd moją ulubioną, zadaszoną kładeczką. Z tyłu znowu kłębią się wysokie
chmurowe grzyby… Malowniczą drogą wijącą się doliną Wagu docieram do
Martina. Skręcam w lewo do centrum, które niedawno odkryłem. Centrum miasta
oraz centrum handlowego. Zakupy w Billi. Hamburger w Macu. Przypomniałem sobie
dlaczego nie chodzę do Maca. Co z tego że są fajne dotykowe ekrany,
klimatyzacja w lokalu i zabawki dla dzieci. To jedzenie nic sobą nie
reprezentuje. Mam na myśli cena/ilość jedzenia. Dno, w przysłowiowej budce „u
Pani Zosi” można kupić dosłownie 3x większego burgera za takie same pieniądze.
Ja wiem że są większe burgery w Macu, ale to już cena idzie w dziesiątki zł…
Słońce powoli zachodzi a ja powoli zajeżdżam do Żyliny. Jakieś tam zwiedzanko
przejazdem. I dalej, Cestą 61 na Bratysławę, jeszcze 200km. W trakcie drzemki
na przystanku budzi mnie ruszające się „coś” w krzakach. Okazuje się że to owieczki tam siedzą. Wygląda na to że znowu jestem na linii frontu burzowego.
Ten wg radaru sięga od Krakowa po Bratysławę :) Jechać, nie jechać? Jeśli
jechać to jak długo? Oto jest pytanie. Marsova-Rasov. Tutaj kończę bieg i
szukam schronu. Jest. Miejscówka pod mostem. Miejsce stojące, z widokiem na
cmentarz. Nooo od biedy mogło by być, ale szukam czegoś lepszego. I znajduję :) Wielka altana restauracji. Pełno stołów, ławek, z dwóch stron osłonięta murem, z
jednej grubą folią. Światło i gniazdko 230V. Super, nawet tel. podładuję :)
Czekam bezpiecznie na nadejście żywiołu. Tym razem z dużej chmury był duży
deszcz. Prawie 2 godz. straciłem zanim się całkiem uspokoiło. Totalnie
rozwalają mi trasę takie przerwy. Do tego senność, drzemki po przystankach.
Idzie to bardzo niesprawnie. Przynajmniej wita mnie efektowny wschód Słońca nad cementownią, którą zawsze mijam w nocy. O skali opóźnienia świadczy, że w Trenczynie zamiast być w nocy, jestem 9ta rano… Plus taki, że można hamburgera
wciągnąć, bo gastro otwarte. Temperatura szybko wzrasta, znowu zaczyna się
upał. Oraz wiatr w twarz. A ja mam ździebełko dość tego wszystkiego. Fajną DDR-ką wzdłuż Wagu docieram do Piestanów. Jest 14ta. Bez komentarza. Do
Bratysławy 80km. A moim marzeniem na tą chwilę jest zanurzyć się w ciepłej
wodzie zalewu (Złote Piaski i/lub Vajnory). Jak będę dalej jechał tym tempem to
zanurzę się, ale w zimniej wodzie, w nocy. Tak więc wstyd straszny, ale
podejmuję decyzję o zakończeniu tutaj jazdy. Resztę podjadę ZSSK. Wciągam
pizzę. Przy okazji dostrzegam że Pieszczany to bardzo ładne, turystyczne miasteczko.
Miałem inny jego obraz. Zawsze bowiem przejeżdżałem przez nie tranzytem,
krajową cestą. Wokół mnie były tylko zardzewiałe blaszane ogrodzenia oraz
magazyny. Jadę na Stanicę, wsiadam w pociąg (pośpieszny) i teleportuję się do
stolicy Słowacji. Dokładnie to na stację Bratislava-Vinohrady. Zwiedzę sobie
stację, oraz dzielnicę o takiej nazwie. Poza tym z tej stacji najbliżej na
Vajnory. Ale syf :) Polepione z asfaltowych łat chodniki, z dziurami i
chwastami. Zardzewiałe latarnie, czy słowacki hit, 20cm krawężniki przy przejściach dla pieszych
(!!!). Opuszczone ruiny zakładów chemicznych. Dlatego tak mi się tu podoba, w
Polsce nie ma takich klimatów. (no chyba że w Łodzi ;) ). Zanim zatopię się w
ciepłej wodzie zalewu, wciągam kebaba. I jestem gotowy na wodowanie :) Siedzę w
wodzie po szyję przez godzinę. To był główny mój cel, gwóźdź programu tej
wycieczki. Wyłażę gdy zbliża się wieczór. Pociąg mam wybrany o północy. Czyli
kilka ładnych godzin na zwiedzanie. Kusi mnie ta wieża TV na wzgórzu. Nigdy tam
nie byłem. Trzeba jechać. Pod górę, jak do Hlavnej Stanicy. Stamtąd do
dzielnicy Koliba. Droga wspina się na wzgórze, po bokach domy, wille, pomiędzy
którymi prześwituje w dole co jakiś czas rozświetlone centrum miasta. Szosą
wspinają się również trolejbusy. Noc jest bardzo ciepła, i jak zwykle w nocy w Bratysławie towarzyszy
mi koncert świerszczy. Mijam pętlę trolejbusów „Koliba” a węższa droga wjeżdża
w las. Parking, serpentyna, i jest! Televizna veza na Kamziku. Wzgórze 439m
n.p.m., a wieża dodatkowe 200m. Robi wrażenie. Jej kształt to jakby dwa
połączone ze sobą podstawami ścięte ostrosłupy. Jakieś tam fotki, i trzeba
wracać. Skręcam w jakąś ścieżkę do wieży widokowej, ale niestety zgubiłem drogę
i na wieżę nie trafiłem. Zjechałem za bardzo w dół i nie chce mi się wracać.
Ledwo mi starcza hamulców na ten zjazd, na dole już siły hamującej mało. Zwykłe szosowe hamulczyki mam, na jednym pivocie, a ważę prawie stówę. Jakaś
tam rundka przez centrum, pałac prezydencki, zakupy, i na dworzec. W pociągu
zajmuję się głównie spaniem. Mam dość. Przesiadka w nocy w Kralovanach. Jak
zwykle 1,5h czasu na nocne zwiedzanie wioski, w której nie ma za bardzo co
zwiedzać. Najciekawsze są chyba automaty z napojami/jedzeniem na stacji. Nadjeżdża
rozklekotany spalinowy wagon motorowy. Będzie rok 2050 a na Słowacji/w Czechach
dalej będą jeździły te pojazdy z socjalistycznego ustroju ;) Za to wieszaki na
rowery mają porządne, marki PRO!! Ryk diesla w żaden sposób nie przeszkadza mi
spaniu. Budzę się gdy zaczyna świtać, w zupełnie innej rzeczywistości. Zamiast
upałów dżdży deszcz. W Trstenie, pod polską granicą, po 6tej rano. Na szczęście
mżaweczka taka, że nawet nie ma potrzeby zakładać p/deszczowego nieprzepuszczalnego
ubrania p/deszcz. na siebie. W Polsce deszcz ustaje, tak że toczę się do Rabki
w zupełnie przyjemnej pogodzie. Ale mi się nie chce. Wynagradzam sobie tą
męczarnię cheeseburgerem w Rabce. 18zł, kładzie na łopatki syf z McDonalda. Na
kwaterze koło południa.
Przesilenie. Tak można nazwać tą trasę. Przedobrzone, na
siłę, nie chciało mi się, miałem dość. Spowalniały mnie burze, wiatr w twarz i
upał. Ale z drugiej strony coś tam pojeżdżone, 370km wpadło. Coś tam nowego
zobaczyłem: wieżę na Kamziku, centrum Pieszczan, dzielnice Koliba i Vinohrady w
Bratysławie. Wykąpałem się porządnie w Złotych Piaskach! Kilka hamburgerów
zjadłem ;) Tak że ogólnie było fajnie. A nie czuję specjalnie potrzeby żeby
cokolwiek komukolwiek, czy sobie, udowadniać. Przejechałem mnóstwo ciężkich
tras, i mnóstwo ciężkich tras jeszcze przejadę.
Zaliczone szczyty:
przeł. Spytkowicka 709 (x2)
Kamzik 439 (Małe Karpaty)
9.00 (sb) - 11.45 (pn)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem, Rabka 2023
Bratysława
d a n e w y j a z d u
387.77 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/12-14-08-2023-bratislava-45645a2?u=m&sh=qek9hh
https://photos.app.goo.gl/FqycCMrCfzhwsCHKA
Nieuchronnie zbliżający się długi weekend oznaczał
nieuchronnie zbliżający się długi trip. Problemy jednak były dwa: po pierwsze
jakaś infekcja, zatkany kinol, osłabienie, ogólnie organizm chodził mi na 3
cylindry, brakowało mocy. Może to sprawka Eris? Najnowszy waria(n)t Kovida,
gdyby ktoś nie był na bieżąco z wariantami wirusów. Drugi to to, że 15
sierpnia chciałem pojechać na defiladę do Warszawy. Ostatecznie wyszło tak, że
słaby organizm nie stał się wymówką dla długiej trasy, a na defiladę niestety
zabrakło miejsca w grafiku. A zaatakować postanowiłem Bratysławę, jako że
ostatnio nie udało mi się tam dotrzeć. Mając na uwadze ww. infekcję
postanowiłem skrócić nieco trasę - podjechać PKP i wystartować z New Targu. Tak
naprawdę miałem jeszcze plan B, polegający na tym, że zaoszczędzone 60km na
starcie pozwoli wydłużyć nieco trasę. I że z Bratysławy polecę na Wiedeń. Lub
przed Bratysławą zaliczę jeszcze Gyor (HU) - jeszcze nie byłem. Yhy. Polecę.
Zaliczę. Nom. Ledwo doczołgałem się do Bratysławy :D Tzn. nie czołgałem się
przez 390km. Przez pierwszych 300 jakoś to szło, była przyjemność z jazdy.
Potem odcięło mi moc, tak że tylko ostatnich 90km było wymęczone, siłą woli.
A wycieczkę zacząłem dość wcześnie jak na mnie, budzik
obudził mnie o 6.00. Tak żeby wyruszyć o 6.20, pociąg o 6.50. Na szczęście
zorientowałem się że pociągi Krk-Zakopane zatrzymują się na bliższej mi,
niedawno wybudowanej stacji Kraków-Podgórze. Bo już chciałem wstawać 5.00 i
dymać na Krk Główny na pociąg o 6.30 :D Gdy nadjechał pociąg, przypomniałem
sobie że jazda pociągiem do Zakopanego w początek długiego weekendu nie jest mądrym
pomysłem. Opóźniony i nabity na full. Udało się wepchać po sprawdzeniu 3 czy 4
drzwi. No nie da się ukryć że tłok generowali w dużej mierze rowerzyści, a
dokładnie to ich rowery ;) W okolicach jednego tylko wejścia Pani Konduktor
naliczyła ich 26 sztuk! W całym pociągu mogło być ze 3 razy tyle. Co jednak
najważniejsze ludziom nie brakowało dobrego humoru, i z uśmiechem na twarzach podawali górą rower, ponad morzem rowerowego złomu, gdy ktoś potrzebował wysiąść :D Gdy
jednak ktoś chciał iść to toalety to już tak różowo nie było. Trzeba by
przenosić ludzi ponad tym rowerowym złomem :D A może to nazwa pociągu tak
poprawiała humor całemu towarzystwu? „Luxtorpeda” tak zwie się ów połączenie.
Ani to lux, ani torpeda :D Syryjscy imigranci w takich warunkach podróżują żeby
się dostać do Francji. W New Targu pół godziny opóźnienia, tak że 100km z
hakiem trasa zajęła Luxtorpedzie 3 godziny :) Ogólnie to założenie jest też dziś
takie, żeby pojechać do tej Bratysławy trochę innymi drogami. Bo zawsze jeżdżę tam jedną i tą samą trasą,
Chyżne – D. Kubin – Żylina – Trenczyn – Trnava. Tak więc na początku w New
Targu muszę odnaleźć początek słynnej trasy rowerowej do Trzciany. Wstyd
przyznać, ale jeszcze nią nie jechałem, i zawsze cisnę krajową 7ką na Chyżne.
Początek trasy zlokalizowałem, widzę go za zamkniętą bramą. Jakiś wieśniak pewnie
zagrodził, żeby ludzie mu nie jeździli prywatną drogą, w jego prywatnym
mieście, w jego prywatnym świecie. Tak więc ze 3km musiałem nadłożyć naokoło. Sama
ścieżka rowerowa to naprawdę extraklasa, jak w Austrii jakiejś. Idealnie gładka
asfaltowa alejka, płynnie i zwinnie poprowdzona przez pola, lasy, wzgórza Nowotarsko
– Orawskiej krainy. Jest pewien haczyk – dlatego jest tak pięknie, równo i gładko bo idzie ona
śladem zlikwidowanej linii kolejowej… No to już nie jest fajne. Brakuje tego
połączenia kolejowego N. Targu z Trzcianą. Po prostu idzie po dawnych nasypach
i wiaduktach kolejowych. W jednej z dawnych stacyjek urządzone jest natomiast bistro dla rowerzystów. Dużo różnej klasy bikerów, w tym również tych
niedzielnych oraz rodzin z dziećmi, których zapewne cieszy brak ostrych podjazdów. Widoki piękne,
pogoda takoż, ale jakoś niemrawo mi ta jazda idzie. Po chwili uświadamiam sobie
dlaczego. Dzięki temu łagodnemu wyprofilowaniu można nie dostrzec że do granicy
PL/SK cały czas delikatnie wspinamy się do góry. Po przekroczeniu granicy, gdy
leci się bez wysiłku 40ką, wszystko się wyjaśnia. W każdym razie polecam ten
odcinek, muszę więcej pojeździć trasami VeloCośTam. Na pewno jest to ciekawa
odmiana od moich „ścieżek rowerowych”, o dwu- lub trzycyfrowych numerach (drogi
krajowe/wojewódzkie po prostu). Od Trzciany póki co jadę starym szlakiem,
ścieżką rowerową nr 59 ;) Również bardzo fajna, meandruje ona pomiędzy górami doliną
rzeki Oravicy, a potem rzeki Oravy. Fotka mojego ulubionego zamku w Oravskim
Podzamczu, dwa niewielkie podjazdy i już Dolny Kubin. Pora zrobić tanie mniej
drogie zakupy, bo skończyły mi się kanapki i picie. Oraz zaaplikować drugi raz
krem z filtrem, bardzo ważne żeby o tym pamiętać. Mijam Kralovany - dobrze
znane mi miejsce, za sprawą częstych tutaj przesiadek na stacji kolejowej. Tutaj
też rzeka Orava wpada do Wagu. A ja zwykle jadę za biegiem Wagu, do Bratysławy.
Tym razem jednak zrobię inaczej. Skręcę na Martin i polecę pojadę przez
Prievidzę, Topolczany. Chyba jeszcze nie jechałem przez te miasta, a ilość km
podobna jak przez Żylinę i Trenczyn. W międzyczasie się zobaczy czy prosto do
Bratysławy czy jakiś skok w bok, np. na ten Gyor. W Martinie udaje mi się nie
zapomnieć o zakupach przed nocą. Oraz wciągam wreszcie ciepły posiłek - zasłużonego
kebaba. Na scenie na rynku jakaś impreza. Rozbawianiem ludzi zajmują się
głównie trzej żule, tańczący w rytm muzyki :) Powoli zbliża się noc. Nie
zapowiada się ona tak ciepło, jak w czasie lipcowych upałów. Jazda z gołą klatą
raczej odpada. Zastanawia mnie co ubiorę na głowę bo zapomniałem czapki pod
kask. Do wyboru mam: koszulki, majtki, materiałową siatkę, foliowe worki i kąpielówki. Stanęło na tych ostatnich. Czapka to to nie jest, ale zapewnia
jakąś ochronę głowy i uszu przed pędem zimnego powietrza. Krajobraz płynnie,
ale zmienia się. Docieram wszak na południe Słowacji. Tak że najwyższe szczyty
górskie zostawiam za plecami. Mniejsze (pa)górki towarzyszyć mi będą prawie do
końca, ale głównie tylko jako widoki na horyzoncie, droga będzie coraz to bardziej płaska. W
okolicach Prievidzy jedna z ostatnich, niewysoka górka, przełęcz. Po drodze
ciekawostka. Na zupełnym odludziu, w niczym niewyróżniającej się wiosce
wyremontowany przystanek autobusowy (to jeszcze można zrozumieć), oraz zasilaną
energią słoneczną „automat”. Z gniazdkami do ładowania wszy-stkie-go. Jest USB
5V 1/2A, jest zapalniczka 12V i gniazdo 230V niczym w domu. I to wszystko razy
dwa, i akumulatory też chyba dwa. I elektryczna pompka, i jakieś turystyczne komunikaty głosowe (nieaktywne). Najciekawsze jest natomiast z tyłu automatu.
Automatyczny defibrylator! Na pewno uratuje niejedno życie, gdy ktoś dostanie
zawału akurat na tym przystanku, akurat w tej wiosce. Ja z defibrylatora jednak
nie korzystam, jeszcze jako tako jadę. Korzystam natomiast z USB, i w czasie odpoczynku
dobijam telefon o 10%, obniżając napięcie w aku automatu z 13,1 na 12,8V.
Prievidza, Partizanskie, Novaky. Takie mijam miasta, ale mało co z nich
zapamiętałem. Ogólnie dość przemysłowe okolice, sporo kominów i buchających
parą wodną chłodni kominowych. Z jednego takiego obłoku kropił nawet mały deszczyk. Utkwiła mi tylko w pamięci, oraz również na
zdjęciu jakaś płaskorzeźba/pomnik, zapewne z poprzedniego ustroju. Chyba
w Prievidzy. Gwieździsta sierpniowa noc oznacza spadające gwiazdy. Jedną
widziałem, i pomyślałem sobie pewne życzenie (tajemnica jakie). Przed świtem
chłód taki, że zakładam na wierzch drugi kurtalon. Do Topolcanów dojeżdżam o
poranku, tak że niewysokie tempo spada coraz bardziej. Coraz więcej odpoczynków i drzemek na
przystankach. Temperatura szybko wzrasta, dzień zapowiada się upalny. Za to
pogoda 100% stabilna, prognozy zgodnie mówią o 0% szans na burzę. Gyor jak i
inne plany wydłużenia trasy dawno odchodzą w niepamięć. Celem jest dowlec się
do Bratysławy i nie skonać po drodze. W
Topolczanach szukam jakiegoś gastro, ale dziura straszna, w niedzielę wszystko
pozamykane. Zbieram siły leżąc pół godziny nad rzeką w cieniu, a jakże, topoli, ale niewiela to daje. Ewidentnie trzeba zjeść coś ciepłego. Mija doba od wyjazdu, a na liczniku raptem 250km… Katastrofa, moja norma to 300+
w ciągu pierwszej doby. Ale j/w, jakaś infekcja mnie męczy, śpiki i ropa z
zatok. Zamiast Węgier odbijam w prawo, na Hlohovec. Można było tam pojechać
krótszą drogą, trzycyfrówką, ale nie byłem zdecydowany co do dalszej trasy, i
teraz muszę trochę nadłożyć. Przed Hlohovcem trzeba wciągnąć mały podjazd, na
tej cholernej, rozgrzanej patelni bez drzew. Hlohovec to również przemysłowe
okolice. Wielkie zakłady chemiczne, a niedaleko widać chłodnie kominowe
elektrowni, jeśli się nie mylę – atomowej. W końcu jest jakieś otwarte bistro. Wciągam dużego burgera i równie dużego Monstera. Pani przygotowuje mi posiłek, po czym zamyka lokal, i odjeżdża swoim starym BMW. A teoretycznie ciągle otwarte, do wieczora. Tak że szczęście mi dopisało. Hamburger stawia mnie na nogi na parę kilometrów, ale ogólnie to nie jest to TdF. Za Hlohovcem dobijam do znanej mi
ścieżki rowerowej szosy nr 61, którą zwykle jeżdżę na Bratysławę. Zaraz jest
też znana mi skądinąd Trnava ;) Odpoczynek w cieniu drzew. Wychodzę na ostatnią
prostą, ~30km, ostatnie miasteczko Senec, i Bratysława. Trochu przyspieszam,
ale już nie siłą mięśni a raczej siłą woli. Chcę po prostu jak najszybciej
zanurzyć w ciepłej wodzie Złotych Piasków (zalewy na przedmieściach miasta).
Jak będę się tak wlókł to mnie noc zastanie, i woda będzie zimna. Tylko ta woda
mi w głowie. Zrzucić przemoczone od dwudniowego potu szmaty i wskoczyć do wody.
Tylko to mnie teraz napędza. Ostatnia drzemka na poboczu drogi, Senec, wyblakła
od Słońca tablica „Bratyslavski samospravny kraj”. Reanimacja na stacji OMV za
pomocą energetyka i lodów, tylko to jestem w stanie teraz przełknąć. Bratys…. A
nie. Ku*wa nie. Jak człowiek ma trochę sił jeszcze to drogowcy postanowili
remont tera robić i jest parę km zradełkowanej nawierzchni. Bratys…. tak, Bratysława :) Dochodzi 18ta. 330km w 32h. Średnia ok. 11km/h
brutto. Czem prędzej w prawo, na Vajnory. Tak się nazywa tak naprawdę zalew po
prawej, ten bardziej dziki. Złote Piaski to ten po lewej, bardziej urządzony
pod turystów. Znajduję wolne zejście, bez ludzi nad wodą. Zanurzam się ciepł…
chłodnej już jednak wodzie. Chyba zdążyłem w ostatniej chwili z tą kąpielą.
Trzeba wchodzić powoli, żeby nie dostać szoku jakiegoś. Co za ulga. Znowu
podgląda mnie ciekawska, zboczona kaczka. Zawsze gdy się tu kąpie podglądają
mnie kaczki. Nie wiem dlaczego. Tyle dobrze, że nie kaczory. Przebieram się w
czyste ciuchy, czas ustalić plan zwiedzania/plan powrotu pociągiem. Ale nie,
jednak nie. Nie mogę sobie odpuścić. Jeszcze druga kąpiel, w drugim zalewie, we
właściwych Złotych Piaskach :) Tam jest też plaża nudystów. Czyli starych
grubych 60-letnich dziadów i pomarszczonych 70-letnich bab, którym odbija i nie
mają co ze sobą zrobić, i łażą na golasa. Umyłem też łeb robiąc fryzurę „na podróżnika rowerowego”. Gdy zażyłem po raz drugi ochłody, czas ruszać do
centrum. W sumie na razie to kierunek dworzec, hlavna stanica. Bo przez neta
nie da się kupić biletu na rower. Jest niedziela wieczór, powrót raczej jutro o
świcie. Pewną opcją powrotu jest pociąg o północy do Kralovan, potem kolejny, i
o świcie w Trzcianie. Z Trzciany do New Targu 40km znowu tą fajną ścieżką
rowerową, i ostatni pociąg New Targ-Krk. Ale odpuszczam, nie mam siły na te
40km. Chcę też sobie na spokojnie pozwiedzać Bratysławę. Zwiedzam na razie przejazdem,
blokowiska, osiedla domków, wielkie parkingi centrów handlowych. W zasadzie
jadę na pamięć na ten dworzec, GPS nie potrzebny. W końcu jest
charakterystyczny podjazd pod stanicę. Na górze równie charakterystyczny budynek dworca (z poprzedniego ustroju), a przed nim wielka pętla autobusowa/trolejbusowa/tramwajowa.
Cała zastawiona czerwonym taborem komunikacji miejskiej. Zanim kupię bilety
ewidentnie muszę kupić coś do jedzenia. Niedziela wieczór nie daje wielkiego
wyboru. Ulubiona buda z burgerami na dole, przed podjazdem pod dworzec
zamknięta. Zadowalam się taką sobie bagetą z szynką, tak sobie podgrzaną w
mikrofalówce. Kupuję bilety, o 6.20 pociąg do Żyliny, i potem drugi do Bogumina
(Czechy, zaraz koło polskiej granicy). Ostatni bilet, z Bogumina (lub Chałupek,
po drugiej stronie CZ/PL granicy) zostawiam sobie na potem. I to był dobry
wybór. Byłbym ponad 100zł w plecy, a tak będę „tylko” kilkadziesiąt zł w plecy.
Dlaczego – o tym potem. Na razie zajmijmy się zwiedzaniem. Na pierwszy ogień,
póki jeszcze trzymam się na nogach – wzgórze zamkowe. Trochę jest do
podjechania. Jakieś tam fotki zamku i wielkiej flagi Słowacji, ale nie mało co
z nich wyszło… Jak się oszczędza i kupuje telefon za 650zł to potem zdjęcia są
jakie są. Ze wzgórza, pełnego bogatych willi i posiadłości pięknie widać też
panoramę miasta, pełną coraz większej ilości wieżowców. Na zdjęciu widać mało co. Strooomy zjazd w dół. Fotka na tle słynnego mostu SNP, drugiego obok zamku
symbolu Bratysławy. Przejeżdżam tymże na drugą stronę Dunaju. Poza centrum
gdzie jest niewielki zgiełk (noc ndz/pon) to Bratysława jest cicha i spokojna,
rozbrzmiewa tylko koncert chrząszczy. To z czym kojarzy mi się nocna Bratysława i
Wiedeń to właśnie te grające chrząszcze. Widocznie taki klimat że tyle ich tu
jest. Zawsze też ciekawią mnie też rosnące tu drzewa z liśćmi na długich pędach. Jest to gatunek niespotykany w Polsce, lub spotykany bardzo rzadko.
Park, drzemka. Powrót z powrotem na północny brzeg starym mostem, tym
chyba jadę pierwszy raz. Znowu na drugą stronę Pristavnym Mostem. Ten właśnie
most, a nie SNP, robi na mnie największe wrażenie. Bo jest po prostu ogromny.
Na górnym poziomie jezdnia 2x3 pasy, na dolnym 2 tory kolejowe i z boku kładka
dla pieszych/rowerzystów. Pomiędzy dwoma poziomami ogromna kratownica, wysoka
na chyba z 8 metrów. Cały most chyba z 25 metrów ponad rzeką/zaroślami na
brzegach. Tak że konstrukcja sięga koron
drzew. A z obu stron prowadzą na niego plątaniny gigantycznych, betonowych estakad wspartych na wielkich filarach. Do tego wyrastające z zarośli 30m słupy z bill-boardami, tak żeby było je widać z jezdni mostu. A pomiędzy belkami
kratwonicy widok na żurawie portu na Dunaju, i wieżowce centrum miasta. Lubię
jeździć tym mostem. Pozwiedzałem jeszcze centrum z wspomnianymi nowiutkimi
wieżowcami, podrzemałem na ławeczkach. Km za wiela nie zrobiłem, może ze 40 w
ramach zwiedzania miasta. Bo już autentycznie opadałem z sił. Tak że ostatnich
kilka km po prostu zrobiłem spacerkiem. Wsparty o kierownicę roweru, niczym
100-letni dziad o swój balkonik :D Doczłapuję na dworzec, ciepła noc dobiega
końca, wstaje nowy dzień. Robię ostatnie fotki, resztką sił wnoszę rower po schodach.
Wrzucam rower do pociągu, konduktorka zamyka go w „komórce” na rowery i bagaże,
zwalam się na fotel i idę spać. W Żylinie wytaczam się na dworzec. Pół godziny
do odjazdu. I numer ten co kilka lat temu, gdy wracałem z ataku na Wiedeń.
Spier&)#$^ mi pociąg. Jak? Nie wiem. Był na tablicy że odjeżdża z
nastupiste (peronu) pierwszego o 8.34. Minęła 8.34, pociąg nie nadjechał.
Zniknął za to z wszystkich tablic, tych wewnątrz dworca też. Jakby był opóźniony
to by wisiał dalej na tablicach z godz. 8.34 i podanymi minutami opóźnienia.
Być może była zmiana peronu, o czym powiadomili przez głośniki po słowacku, a
ja nie słuchałem uważnie… Zresztą cały dworzec jest w remoncie i jakieś komunikaty
o zmianach w peronach i odjazdach. W ten sposób przepadło mi kilkanaście Euro.
Następny jest Leo-Express. Odjazd 9.02, +55minut opóźnienia, czyli o 10tej. Kupuję
bilet przez neta. Tym razem pociąg mi nie uciekł, słuchałem uważnie
komunikatów. Przynajmniej pierwszy raz przejechałem się Leo-Expressem. Prywatny
czeski przewoźnik który obsługuje trasy charakterystycznymi, czarnymi składami.
No to jest to poziom wyżej, niż polska LuxTorpeda :) Szerokie fotele, mnóstwo
miejsca, konduktor jest też „kelnerem” i roznosi gorące napoje i różne
przekąski. Jest też „security”, czyli ochroniarz który zajmuje się głównie
sprzątaniem i noszeniem wielkich worów ze śmieciami. Jakby nie patrzeć - ochrania pociąg przed brudem. Do Bogumina docieram o 11.25. Mam na celowniku pociąg do Krakowa o
11.34. Zdążam z zapasem, bo ten też opóźniony, o 25 minut. Kupuję bilet w
pociągu – to właśnie tutaj NIE STRACIŁEM drugi raz 50zł. Nie kupując biletu na
wcześniejszy, inny pociąg, na który bym nie zdążył. Jadę zaś expresem Porta Morawica
z Grazu (A) do Przemyśla. Załapuję się na miejsce siedzące w wagonie I klasy.
Tj. miejsce siedzące na podłodze, w przedsionku wagonu I klasy ;) W sumie nawet
komfortowe – austriacki luksusowy wagon z panoramicznymi oknami zachodzącymi na
dach, więc nawet w przedsionku jest miękka wykładzina na podłodze. Większy
komfort niż w klasie II na fotelu. Bo tam nie działa klima. A tu wystarczy leniwie
ruszyć nogą i fotokomórka automatycznie otwiera drzwi od luksusowego przedziału
I klasy, i wpada trochę chłodnego powietrza :D Komunikat o pożarze na stacji w
Rybniku czy gdzieś tam, nie wiadomo kiedy pojedziemy dalej… Na szczęście tylko
+15minut opóźnienia. Do Krk EKSPRES dowlókł się koło 15tej…
Udana wycieczka. Pomimo słabości udało się osiągnąć cel
minimum, tj. Bratysławę. Zaliczyć nowe drogi, nowe miasta, coś tam pozwiedzać,
wykąpać się, nie zasłabnąć, nie usnąć na rowerze, przejechać się LeoExpressem.
Jak na ironię objawy ustąpiły dzień po trasie, we wtorek. Bratysława zawsze
spoko.
6.20 (sb) - 15.35 (pon)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Trnava
d a n e w y j a z d u
377.29 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/P8TUjRMmaaPmfdsf6
https://www.alltrails.com/explore/map/trnava-21-22-07-2023-b93f118?u=m&sh=qek9hh
(Na rowerze: Rabka - Bahoń
Pociąg: Bahoń - Trnava
Rower: zwiedzanie Trnavy
Pociąg: Trnava-Kralovany-Trstena
Rower: Trstena-Rabka (45km)
Dlatego ślad ma 320km, a we wpisie jest prawie 380.)
Budapeszt zajął mi niedzielę-poniedziałek-wtorek, tak więc
plan jest taki że środę i czwartek przeznaczę na regenerację, i zostaje mi
piątek-sobota na jeszcze jeden dłuższy trip. Założenie jest takie, że ma to być
trasa z jedną nocką, i powrót w
sobotę wieczorem. W niedzielę muszę wracać do Krakowa. Stanęło na
Bratysławie, powinienem zdążyć (yhy). Upały się (gwałtownie) skończyły, a
prognozy pogody zapowiadają spore zachmurzenie i możliwe burze oraz przelotne
opady deszczu. Natomiast im dalej na południe tym prezentuje się to lepiej.
Czyli muszę po prostu jak najszybciej napierać na południe :)
Ambitny plan startu o 6 kończy się jak zwykle, tj. startem o
wpół do ósmej. Trochę czasu zajęło mi przygotowanie eksperymentalnych bułek z
twarogiem, kalarepą i ogórkiem surowym/kiszonym (po prostu z tym co mi zostało
w lodówce). Poranek zgodnie z prognozami jest pochmurny, z małymi
przejaśnieniami, ale ciepły. Zlatuję do Rabki, wciągam śniadanie w postaci ww.
bułek, po czym wspinam się do ronda na starej Zakopianki, i obieram kurs DK7 na
Chyżne. Zachmurzenie ciągle duże. Wygląda na to że obejdzie się bez klajstrowania się
kremem z filtrem :) Przynajmniej w piątek. Wspinam się na przeł. Spytkowicką,
gdzie jak to zwykle bywa Krokodylki w swym ciemnozielonym busiku prowadzą
polowanie na ciężarówki. Rzut oka na Babią Górę, potem na Tatry. Nad Tatrami nieciekawie, ciężkie i ciemne chmury, nie chciałbym być teraz na Tatrzańskim
szlaku. Na Słowackiej granicy melduję się po 10tej. W Twardoszynie przerwa na
burgera/frytki, w cieniu ogrooomnych topoli. Przed Oravskim Podzamokiem staje
się to co stać się musi, czyli dopada mnie spory, ale przelotny deszcz.
Przeczekuję na przystanku. Obowiązkowa fotka mojego ulubionego zamku. Potem
pada raz jeszcze, oczywiście przestaje w momencie przyodziania się w ubranie
p/deszcz ;) W Dolnym Kubinie, żeby nie przejechać tylko tranzytem, w ramach
zwiedzania przejeżdżam przez charakterystyczną, drewnianą kładeczkę nad rzeką
Oravą. We Vrutkach oględziny pomnika-armaty, pamiątki po tutejszym powstaniu. Podobnie
jak ostatnio rezygnuję z górzystego objazdu trzycyfrówką przez Terchovą, i
ryzykuję jazdę nieciekawym kiedyś odcinkiem krajówki Strecno-Terchova. I to był
dobry wybór. Okazuje się że remont już zakończony, nowy gładki asfalt, i ktoś
poszedł wreszcie po rozum do głowy. Zamiast drogi 1+2, z kierunkami ruchu
rozdzielonymi separatorami i bez poboczy, zrobili szosę 1+1 z szerokimi,
asfaltowymi poboczami :) Wreszcie rower przestaje tu być zawalidrogą na
dystansie kilku km i można go wyprzedzić. A rowerzysta, w tym przypadku ja,
może jechać bezstresowo. Wreszcie można spokojnie podziwiać piękno „kanionu”
rzeki Wag. Rzeka meandruje tu w głębokiej kotlinie, po obu stronach strome
zbocza gór, porośnięte soczyście zielonym lasem. Droga i linia kolejowa
przyklejone są do z trudem wyszarpanego przyrodzie skrawka zbocza, po lewej
stronie rzeki. Przyroda upomina się o swoje i jest miejsce, w którym nowo
wyremontowana droga osunęła się do rzeki. Wreszcie też dostrzegam, że na
wzgórzach obok jest nie jeden, a dwa (może nawet 3? nie pamiętam) zamki/ruiny
zamków. Na fotce zdjęcie tego najciekawszego, stojącego na skale, która
wsparta jest betonowym wzmocnieniem. Na wjeździe do Żyliny dostrzegam ciekawy pojazd
– wiertnicę na 6-osiowym podwoziu Tatry, niestety nie ma jak podjechać żeby
obadać z bliska. W ramach zwiedzania przejażdżka przez centrum Żyliny. Zjeść
coś ciepłego niestety zapomniałem. Za miastem wskakuję na „ostatnią prostą”,
tj. 61 na Bratysławę. „Ostatnia prosta”, bo choć to równe 200 kilosów, to
jednak do samej stolicy prowadzić mnie będzie jedna droga, number 61. Bez
patrzenia na drogowskazy, tylko na tablice kilometrowe. Pod wieczór rozpogadza
się wreszcie, a Słońce na dobre wychodzi zza chmur. Za chwilę oczywiście schowa
się za górami. Cisnę ile wlezie i zdążam 10 minut przed zamknięciem Kauflanda w
Povazskiej Bystrzycy. Udaje mi się zrobić niedrogie mniej drogie zakupy na noc.
W tym przypadku ledwo zdążyć a prawie zdążyć robi wielką różnicę. To prawie jak
być albo nie być. Przetrwać noc na Słowackich zadupiach albo skonać z głodu.
Ew. zbankrutować na zakupach na nielicznych całodobowych stacjach benzynowych. W
miasteczku załapuję się też na jakiś koncert, festyn. Bardziej jednak niż grane
utwory interesują mnie obiekty gastronomiczne ;) Wciągam kubełek frytek.
Obładowany zakupami i najedzony mogę ruszać w kolejne km nocnej podróży. Ta
odbywa się bez przygód. W Trenczynie tylko dopada mnie mocny, ale przelotny
deszcz, ostatni już w tej trasie. Poza tym noc jest nadspodziewanie ciepła,
można jechać z gołą klatą. Oraz krótka, zaraz wita mnie nowy dzień. Wraz z porankiem
zaczyna się senność i lekkie zamulenie, spowolnienie. Na szczęście przystanków
od groma. Aż że nie zawsze kompletne? Dach mi teraz nie potrzebny, wystarczy
ławeczka. Krajobraz się zmienia, góry zostawiam daleko za plecami. Zaczyna się
płaska naddunajska nizina, a po horyzont pola uprawne. W tym całe łany
słoneczników, prawie jak na Węgrzech. W ogóle zawsze gdy jadę daleko na południe,
na Węgry, czy do Bratysławy, widać że wjeżdża się tutaj w trochę inny już,
cieplejszy klimat. Widać to po roślinności: kończą się lasy iglaste a
coraz więcej jest akacji, pojawiają się też inne, rzadko spotykane w Polsce gatunki. Nawet rosnące przy szosie
chwasty są trochę inne niż w Polsce. Nie zrobiłem fotki, ale droga z obu stron
obrośnięta jest chaszczami pełnymi ogromnych, wysokich na ponad 2m ostami. Coraz większa ilość
linii WN świadczy o bliskości wielkiej elektrowni. Widzę ją zawsze na
horyzoncie po prawej, gdy jadę do Bratysławy. Jedna z dwóch słowackich atomnych elektrostancji. Trzeba by ją kiedyś obadać z bliska, ale ewidentnie NIE
DZISIAJ. Dziś założeniem jest:
„trasa z jedną
nocką, i powrót w sobotę wieczorem”
Nie ma szlajania się na rowerze dwie noce pod rząd, nie tym
razem. A idzie coraz wolniej, i wolniej. Drzemki, głód i narastający upał.
Trzeba włączyć wreszcie krem z filtrem. Co kawałek przeliczam czas do odjazdu
pociągu i wygląda to coraz gorzej. Tym bardziej że chciałbym wykąpać się w
Złotych Piaskach (zalew na przedmieściach Bratysławy). Pierwotnym planem był
pociąg o 13.27, wtedy w Rabce koło 22giej. Jestem w stanie zaakceptować ten o
15.27, wtedy w Rabce o północy. Kolejny, 17.27, to już za późno. Dowlekam się
do Trnavy. Czas czasem, ale zjeść coś muszę. Wciągam niedużego i takiego sobie
kebaba. Więcej surówek niż mięsa. Zwiedzanie rzecz jasna tylko przejazdem. Za miastem przez jakieś 2km jadę dosłownie po setkach rozciapkanych na asfalcie na płasko
trupach myszy, czy innych małych gryzoni! Pocieszam się że ja to w sumie nie
mam tak źle w porównaniu do nich, ja jestem tylko zmęczony. Docieram do kraju
(w sensie województwa) Bratyslavskiego. Samospravnego. Jeszcze 20km. Pora
wreszcie zainteresować się kwestią biletu. Już wiem że celuję w pociąg o 15.27.
Wchodzę na stronę ZSSK, i… brak wolnych miejsc na rowery. Nie ma ani w pociągu
o 15.27, ani o 17.27. Są tylko w tym o 13.27, na który na pewno nie zdążę. I co
ja mam teraz zrobić? Mam dość. Kupuję bilet na ten najwcześniejszy, i zawracam
do Trnavy. Ale nie chce mi się jechać wstecz te kilkanaście km. Akurat zaraz
jest stacja BAHOŃ. Pośpieszne tu nie stają, tylko regionalne. Wrócę do Trnavy
regio, zaraz ma być. Opoźniony, ciągle nie nadjeżdża. Z hukiem za to dosłownie
prze-la-tu-ją dwa ekspresy, pewnie ze 140 na godzinę :O Aż wiatą zatelepało, a uszy przytkało, taka zmiana ciśnienia. W
końcu jest regio. Ciekawy, piętrowy skład. Przeciskam się przez połowę pociągu
żeby kupić bilet za 0,80 Euro. Rower za free. Chyba bez potrzeby, bo to raptem
jeden przystanek, 10 minut jazdy, nikt tego biletu nie sprawdzi. Trnava Hlavna
Stanica, prezentuje się dość okazale. Są 4 perony i nawet „wieża kontroli lotów" niczym na lotnisku :) W Trnavie mam
ponad godzinę czasu do odjazdu. Zwiedzam jakiś park, myję się mokrymi chustkami
w krzakach, żeby śmierdzieć trochę mniej. Wolał bym kąpiel w Złotych Piaskach.
Wciągam hot-doga z pieczoną kiełbasą, i daję jakieś drobne nachalnej cygance, żeby się
odpierdoliła. Wchodzę na peron, nadjeżdża mój ekspress Bratislava-Kosice. A ja
uświadamiam sobie że jestem głupi. Na każdym wagonie rysuneczek rowerka, i
symbol 3+, 4+, itp. No tak. Tyle lat jeżdżę pociągami i zapomniałem.
Zapomniałem, że na Słowacji są dwa rodzaje miejsc na rower. Są bilety z
miejscem na rower w zamykanej „komórce”, pod opieką konduktora. I te faktycznie
były wszystkie wyprzedane. Oprócz nich są też zwykłe miejsca na rower, stojaki, pod opieką pasażera. I
ilość tych jest chyba nie ograniczona, jeśli tylko rower fizycznie się zmieści. 3+, 4+, czyli co najmniej 3, co najmniej 4 miejsca na rowery na wagon. Podobnie z rezerwacją
miejscówki. Nie jest ona obowiązkowa, tylko trzeba ustąpić siedzenia gdy zgłosi
się ktoś z rezerwacją. Czyli byłem 20km od Bratysławy i nie dojechałem tam przez własną głupotę. Ale w sumie to mam to w dupie. Bo to ma być:
„trasa z jedną
nocką, i powrót w sobotę wieczorem”
I będzie. W Bratysławie byłem nie raz, i jeszcze nie raz
będę. To czy bym tam dojechał wiele nie zmienia, i tak popędziłbym prosto na
dworzec. Pociąg coraz bardziej napchany ale udało się znaleźć miejsce siedzące,
i trochę przespać. SPAĆ PRZEZ POŁOWĘ DROGI. W Kralovanach przesiadka na bardzo
klimatyczny regio do Trsteny. Skład ze starych, czechosłowackich zapewne,
spalinowych wagonów motorowych. 100km huku diesla pod podłogą, przerywanego
tylko na sekundę, przy zmianie przełożenia. 100km szarpania na zakrętach po
nierównym torze. Po prostu 100km klimatycznej podróży :) (bez klimatyzacji). W
Trzcianie po 18tej. Trzeba jeszcze wymęczyć 45km do Rabki. Tu nie chodzi nawet o
zmęczenie, tylko że po prostu nigdy nie chce mi się jechać tego odcinka.
Przygoda się już zakończyła, i marzę tylko o tym żeby wskoczyć pod prysznic, i
do łóżka. Albo do łóżka, bez prysznica. A nie męczyć 45km krajówką. W Chyżnem
kupuję w foodtrucku "zboczka" (hamburger tak się nazywa). Męczę podjazd na przeł. Spytkowicką.
Na zjeździe z przełęczy dokręcam do 60-70km/h. W Rabce wczołguję się zakosami
na podjazd pod kwaterę. W łóżku o 23ciej :)
Pomimo że nie dotarłem do Bratysławy, to wycieczkę oceniam jako udaną. Najważniejsze założenie -
„trasa z jedną nocką, i powrót w sobotę wieczorem”
- zostało spełnione. Poza tym udało mi się też wziąć prysznic przez walnięciem się w wyro, z czego również jestem dumny :)
7.25 (pt) - 22.20 (sb)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709 x2
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem, Rabka 2023
Praha 2
d a n e w y j a z d u
354.19 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/16-18-10-2022-praha-80b0c85?u=m
https://photos.app.goo.gl/pjZBerQG8zh1zv8k7
5.40 (ndz) - 14.10 (wt)
Nowe gminy:
Dolnośląskie: 14
Kąty Wrocławskie
Kostomłoty
Udanin
Wądroże Wielkie
Mściwojów
Jawor
Męcinka
Świerzawa
Wojcieszów
Jeżów Sudecki
Jelenia Góra
Stara Kamienica
Piechowice
Szklarska Poręba
Śląskie: 1
Krzyżanowice
Zaliczone szczyty:
Góry Izerskie:
Przeł. Szklarska 886
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Deutschland
d a n e w y j a z d u
370.36 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
W piątek po robocie do Berlina, odwiedzić Olafa oraz Juzusa w Świebodzinie.
Brama nie świeci, zabrakło prądu. To zdjęcie jest niczym pewien symbol, pewien znak... Początek końca Niemieckiej potęgi.
https://www.alltrails.com/explore/map/8-9-10-2022-berlin-0c836be?u=m
https://photos.app.goo.gl/vJtkWT3EobE8RYfh8
Od po pracy w piątek
do godz. 00.50 w pon.
A do pracy też w pon., na 9.00 :)
Nowe gminy:
Wielkopolskie: 6
Tarnowo Podgórne
Dopiewo
Buk
Opalenica
Nowy Tomyśl
Zbąszyń
Lubuskie: 8
Zbąszynek
Babimost
Szczaniec
Świebodzin
Lubrza
Łagów
Torzym
Rzepin
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Gwóźdź programu - Budapeszt
d a n e w y j a z d u
386.02 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/GkaARr7sTy2QXrHM8
https://www.alltrails.com/explore/map/21-23-08-2021-budapest-d1588e6?u=m
9.00 (sb) - 4.15 (pon)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709 x2
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem, Rabka 2021
Brno
d a n e w y j a z d u
350.81 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/3-4-07-2021-brno-a279094?u=m
https://photos.app.goo.gl/Wta9vhWRnSWYX8FL7
8.05 (sb) - 00.30 (pon)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem





























