Terenowo
| Dystans całkowity: | 17666.79 km (w terenie 1373.55 km; 7.77%) |
| Czas w ruchu: | 832:38 |
| Średnia prędkość: | 16.91 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 75.30 km/h |
| Suma podjazdów: | 159774 m |
| Liczba aktywności: | 180 |
| Średnio na aktywność: | 98.15 km i 5h 30m |
| Więcej statystyk | |
Jak za starych dobrych czasów
d a n e w y j a z d u
153.42 km
7.50 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://www.alltrails.com/explore/map/10-09-2023-obidza-3905972?u=m&sh=qek9hh
https://photos.app.goo.gl/zKFkoFLfF2VXF5N17
Czyli 147km piłowania asfaltu na 2,2” oponach, żeby pośmigać
7km po Beskidzkich szlakach ;) Czyli jak za starych, dobrych czasów :) A było
to tak. Potężny atak lata tej jesieni postanowiłem wykorzystać na jednodniową
wycieczkę na MTB. Zamiast dziabnąć jak zwykle Turbacz, tym razem postanowiłem
zagrać nieco ambitniej: PKP do Piwnicznej, i stamtąd przez Obidzę, Szczawnicę,
Krościenko, Pasmo Lubania, przeł. Knurowską i Turbacz do Rabki/ew.
Niedźwiedzia. YYYhy :D Udało się zrealizować może 1/4 planu.
Startuję lekko mglistym i chłodnym, wrześniowym porankiem i
na buczących kołach od traktora toczę do stacji Kraków-Bieżanów. Mam pewne
obawy co do napełnienia składu (rowerzystami), i jak się potem okaże,
niebezpodstawne. Na razie jest OK. Odjazd 7.57, w pociągu (nowy EZT) luźno. Do
Tarnowa spoko, potem, gdy pociąg skręca na południe, w stronę gór, zaczyna się
dziać :) W New Sączu jedna Pani ledwo weszła z rowerem, musiałem postawić rower
na koło, żeby się zmieściła. W Rytrze zaś są już zamieszki. Dostać do pociągu
próbuje się grupa kilku rowerzystów. Jednak w przedsionku do drzwi uparcie
przyklejona jest pewna rodzinka, z trzeba bąbelkami i pyskatym tatusiem. Nie
przesuną się dalej, w głąb pociągu, bo tam jest niebezpiecznie, dzieci nie będą
miały się czego trzymać i zginą gdy pociąg zahamuje. (Za to stanie przyklejonym
do drzwi jest bardzo bezpieczne). Tatuś mówi żeby rowerzyści sobie weszli
głębiej (nie celowe). Jedni się nie przesuną, drudzy są pewni że tym pociągiem
pojadą. Konduktor wzywa przez telefon posiłki, tj. żeby na którejś następnej
stacji dopięli drugą jednostkę. Wg mnie druga jednostka to powinna być dopinana
w Tarnowie, przecież ten pociąg jedzie przez prawdziwe turystyczne zagłębie,
Piwniczna, Muszyna, Krynica… W końcu sytuację rozwiązuję JA! Nie, nie spuszczam
wpierdolu pyskatemu tatusiowi ;) Po prostu wychodzę z pociągu robiąc trochę
miejsca dla rowerzystów. Jak potem zauważyłem, żaden rowerzysta nie został na
peronie. Scenariusza wydarzeń mogę się tylko domyślać, ale prawdopodobnie tatko
został zbombardowany w stylu: „patrz chłopie, pan wyszedł z pociągu wcześniej
żeby inni się zmieścili, a ty nie możesz odkleić tych swoich bąbelków od tych
cholernych drzwi?!”. A ja tak naprawdę miałem w tym swój bardzo ważny interes:
z Rytra do Piwnicznej jest raptem kilka km, a jak by mnie tam zawalili kilkoma
rowerami, to byłoby mega zamieszanie żebym się wydostał ;). W każdym razie po
kilku km buczenia oponami po asfalcie krajówki, jestem w Piwnicznej. I jest
godz. 11ta, i jest BARDZO gorąco. Piwniczna i inne turystyczne miejscowości nad
Popradem są po prostu PIĘKNE, uwielbiam te okolice. Odnajduję szosę na
Kosarzyska, i z doliny Popradu zapuszczam się, póki co asfaltem, w głąb GÓR.
Coraz bardziej wąska asfaltowa droga coraz bystrzej wznosi się ku górze. Z plusów
dochodzi chłód lasu i płynącego wąwozem potoku. Za parkingiem (wg tabliczki
600m n.p.m.) zaczyna się rzeźnia, tj. nachylenia po kilkanaście, a miejscami
pewnie po 20+%. Nawierzchnia zmienia się z asfaltu na nowiutki, gładziutki betonik. Który ciągnie się, i ciągnie. Na poboczu ciągle samochody, i
samochody. SUV za SUVem. Na zjeździe mija mnie… szosowiec! No to pięknie. Może
zabetonowali całe góry, i dojadę po betonie do Szczawnicy?! Wyjeżdżam z lasu na
otwarte przestrzenie. Teraz wyjaśnia się po co ten beton. Mnóstwo domów,
pensjonatów, nawet jakiś hotel, powyżej 800m n.p.m. Żar leje się z nieba. W
końcu beton kończy się, kawałeczek po dziurawych betonowych płytach i wreszcie
wjazd na szlak. Okazuje się że na przeł. Obidza można wjechać na szosówce :D Przynajmniej
od strony Piwnicznej, bo od Szczawnicy to już inna bajka. Czerwony szlak jak na
moje zdolności jest OK, w raz sam. Trochę gładkiego, trochę kamieni, trochę
błota i wiecznych kałuż. Nachylenia na zjeździe rozsądne. Docieram do wielkiej
polany z kapitalnymi widokami! Pieniny w roli głównej. Drogowskaz na samotnym,
uschłym modrzewiu nieco mnie myli, i wjeżdżam w las. Wycofka, czerwony to druga
w lewo. Po kamyczkach myk w dół, potem po łące, po hali, znowu kamyczki i
jestem w Jaworkach. Fajnie było, ale trochę za krótko. Buczę oponami w dół,
przez Szlachtową do Szczawnicy. Szukam jakiegoś gastro. Wciągam wielkie KORYTO kapsalona, mogę buczeć oponami dalej. Krościenko. Wszystko pięknie, ale z
czasem stoję SŁABO. Dochodzi 16ta, ale jestem w dupie, tj. pod Słowacką
granicą. Do domu ponad 100km, wypadało by być najpóźniej koło północy bo w pon.
rano do roboty. A tu jakieś kilkanaście km szlakiem przez Lubań, i potem
kolejne kilkanaście przez Turbacz? I potem 70km asfaltu? Nie, to się nie uda.
Nie widzi mi się to W OGÓLE. Trzeba znaleźć jakiś PLAN B. O pociągach można
zapomnieć, znowu ROZPIERDOLILI linię do Zakopanego i KOLEJ wozi ludzi
AUTOBUSAMI (a rowerów NIE WOZI). Planem B jest przeł. Wierch Młynne, a potem
kto wie, może GORC? Yhy. Bardzo fajną DDR Velo Dunajec buczę oponami do skrętu
na Ochotnicę. Skręcam. Potem mylę drogę i bez potrzeby zaczynam wdrapywać się
21% ścianką… Nie, to NIE TA DROGA. Na Młynne kawałek dalej. Szukam jakiegoś
sklepu bo słabo stoję z piciem. Niedziela wieczór, wszystko pozamykane. Jest
budka z lodami, kupuję picie i lody. Skręcam wreszcie na Młynne. Jest 18ta, a
ja jestem w dupie, tj. w środku Gorców :) Z plusów zaczyna się przyjemny
chłodek. Na Młynnych (jak to odmienić?) jestem wpół do 19tej, czyli j.w., w
dupie. Z Gorca i wieży widokowej nici, nie ma szans. Zostaje buczenie oponami
po asfalcie do Krakowa. 80km buczenia. Extremalnie stromy zjazd do Zasadnego,
potem szybki zjazd do Szczawy. Zachodzi zmrok. Przeł. Przysłop Lubomierski wciągam zupełnie sprawnie. Zjazd do Mszany elegancki, przyjemnie się buczało :)
Potem to już niby formalność. Jechałem ten odcinek dziesiątki razy, gdy
wracałem z gór, i z jednej strony lubię powroty znaną na pamięć tą wojewódzką
szosą. Z drugiej strony trochę mi się nie chce już… Remedium na to jest nie
myśleć za wiele, tylko pedałować szybciej. I tak też robię. Na tankszteli w
Kasinie wspomagam się nie wiem którym
już energolem, oranżadą i 7-daysami. Nawijam przełęcz Wielkie Drogi,
zaraz potem przeł. Wierzbanowską. Noc jest przepięknie gwieździsta, i ciągle
dość ciepła - w ogóle nie wzuję kurtalona aż do samego domu, do pierwszej w
nocy! Z przeł. Wielkie Drogi jak zawsze piękny widok na majaczące kilkadziesiąt
km dalej światła wielkiego miasta – Krakowa. Gdy tak patrzę nocami lubię
zgadywać czym są widoczne w oddali czerwone światełka. Tu jestem pewien, że
jeden wysoooki rząd malutkich czerwonych lampek to niemal 300m maszt w
Chorągwicy. Słabo widoczne światełka na samym końcu to prawdopodobnie kominy w
hucie i/lub EC Łęg, w Krakowie. Zjazd, raz dwa, i są Dobczyce. Nawet nie
zajeżdżam do centrum, tylko mielę oponami na obwodnicę i nowy most. Potem
jeszcze kilka hopek pogórza Wielickiego do wymęczenia. Dziekanowice,
Raciborsko, Rożnowa, ależ to się wlecze. W końcu zjazd finalny, zjazd zjazdów,
i jest WIE-LICZK-KA. Na tablicach 20’C :) Po północy, we wrześniu. Szpula
prosto dwupasmówką, przez węzeł drogowy w Bieżanowie, bo droga pusta. Do domu dowlokłem się
przez 1szą.
Tak jak pisałem, no nie jest to za mądre. Tyle bieżnika
zostawiać na asfalcie żeby kilka km po Beskidach pośmigać :) Normalny człowiek
jedzie autem, śmiga po Beskidach cały dzień, i wraca autem. Ale ja nie jestem
normalny, nigdy nie byłem. Można było ruszyć dupę wcześniej, na pociąg o 6tej.
Wtedy wszystko przyspieszyło by się o 2 godziny, i zdążyłbym na ten Gorc, a
może kto wie, nawet na Lubań? Co nie zmienia faktu, że i tak było fajnie, było
tak jak kiedyś. Naszła mnie po tym tripie ochota na więcej. Ostatnią myślą
jest, że kiedyś to się ogarniało takie tematy:
W Górach od wschodu do zachodu Słońca | Droga jest celem - blog rowerowy Pidzej.bikestats.pl
A teraz to… Ja nie wiem jak ja takie rzeczy robiłem, jak mi
to tak sprawnie szło. Dziś w jeden dzień to wjeżdżam na jedną górkę, a kiedyś
orałem całe pasma. Myślę że kwestia może być w mojej masie ciała. Wtedy ważyłem
70kg, dziś ważę 100 ;)
7.30 - 0.45
Zaliczone szczyty:
Przeł. Obidza 930
Przeł. Przysłop Lubomierski 750
Przeł. Wierch Młynne 750
Przeł. Wielkie Drogi 562
Przeł. Wierzbanowska 502
Kategoria Powrót pociągiem, Terenowo
Turbacz 2
d a n e w y j a z d u
109.56 km
24.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://photos.app.goo.gl/8ks4xDxSZJQ5R1m16
https://www.alltrails.com/pl-pl/explore/map/4-08-2023-turbacz-2-71f6278?u=m&sh=9unefr
Biorę wolne na piątek aby zdążyć z tym Turbaczem przed
zapowiadanym weekendowym potopem. Myślałem czy by tak jak zwykle nie podjechać
Regio do New Targu i stamtąd wystartować, ale nie chce mi się wstawać o wpół do
siódmej rano. Tym razem wjadę od strony Koninek. Wyruszam grupo po ósmej.
Zachmurzenie pełne, pogoda niestabilna, możliwe przelotne opady deszczu i
burze. Gdy za Dobczycami z 45minut siedzę na przystanku żeby przeczekać deszcz
zastanawiam się czy to w ogóle był dobry pomysł. Może trzeba było założyć
wielką zieloną torbę i pojeździć po McDonaldach? Gdy przestaje padać ruszam
dalej. Powoli to idzie, może wprowadzić plan B, i za Wiśniową w prawo, na
Lubomira? Nie, jednak nie. Turbacz. W Wiśniowej zakupy w Biedrze. Gdy docieram
do Mszany pięknie się rozpogadza, i wychodzi Słońce. Wciągam solidnego i
niedrogiego (14zł) hamburgera. Skręcam na Niedźwiedź, Porębę i Koniki. Już wiem skąd
nazwa Poręba Wielka. Wysoko piętrzące się składy desek, sterty bali i zapach
świeżego drewna z wszechobecnych tartaków mi to wyjaśnia. Zanim zdążę dotrzeć do Koninek,
znowu zachmurzyło się, i to całkowicie. Tak że na szlak wjeżdżam pełen obaw.
Godzina jest 15ta, tak że bez komentarza… Na Turbaczu będę pewnie o 17tej
(yhy…) Szlak rowerowy (narciarski?) to bardzo przyjemna, równa, twarda leśna
droga z wbitymi w ziemię drobnymi kamieniami. O sensownych nachyleniach, tak że
wysokość nabiera się całkiem sprawnie. Ileś zakrętów i metrów przewyższenia
dalej, docieram do wyciągów krzesełkowych na Tobołów. Do tej pory szlak
bezludny, na Tobołowie wreszcie spotykam pierwszego turystę, a może lokalsa?
Czarnego kota ;) Tutaj obieram szlak zielony. Niebo znów staje się błękitne (na
chwilę). Zaliczam Tobołczyk/Tobołów, polna droga bez błota. Chciałem obejrzeć obserwatorium na Suchorze, ale jakoś je ominąłem, pewnie zarosło lasem i nawet go nie zauważyłem. Aby ominąć ekstremalnie stromy odcinek zielonego szlaku,
jadę objazdem „kopaną drogą”. Pierwsze duże dawki błota :) Do czerwonego
dobijam między Starymi Wierchami a Obidowcem. Znowu zachmurzenie pełne. Atakuję
Turbacz, odpędzam od siebie myśli o jakimś skróceniu trasy. Kto jechał ten wie
jak piękny jest GSB na tym szczytowym odcinku Gorców. Miejscami szlak cały
tonie w różu kwiatów. Zaczynam myśleć o drodze powrotnej. Gdybym chciał zjechać do
Rabki, i potem męczyć asfalt do Krakowa, to pewnie wróciłbym między 1 a 2 w
nocy. Jeśli zjechałbym po śladzie do Poręby i Mszany to pewnie nie wiele
wcześniej. Średnio mi się to widzi, dzisiejsza trasa ma mieć charakter
wycieczki lekkiej, przejażdżki. Sprawdzam temat pociągów. Jest TLK z New Targu
o 20.29. I chyba w ten pociąg będę celował. Na razie jedynymi utrudnieniami na
ubitym szlaku są "wieczne kałuże", dziś większe niż zwykle. Kawałek dalej
zaczyna się natomiast stroma, pełna luźnych kamieni rynna i zaczyna się prowadzenie. Ale to
świadczy też że zbliżam się do szczytu. Na trasie nieliczni turyści. Docieram
do rozległych polan i szałasowego ołtarza, czyli tuż tuż. Sam szczyt Turbacza na
razie (jeśli nie w ogóle) pominę. Priorytetem są na tą chwilę piwko i naleśniki
w schronisku. Dlatego z czerwonego skręcam w idący nieco niżej niebieski/zielony/żółty. Szlak znów staje się przejezdny. Mym oczom ukazują się pierwsze
zabudowania, a zaraz potem ogromny budynek schroniska. Ruch jest, sporo
bikerów, ponad połowa na e-bikach… Ale z drugiej strony lepsze grube dziadki na e-bikach niż
terroryści na motórach krosowych. Znowu się rozpogadza. Kupuję bilet na pociąg (35zł)
oraz realizuję główny cel wycieczki, tj. piwko & naleśniczki (15+25zł) :) Na
szczyt i fotkę pod obeliskiem zabraknie dziś czasu. Jest po 18tej, mam dwie
godziny do odjazdu. Obieram żółty szlak, sprawnie wjeżdżam się nim do góry to w dół
powinno być jeszcze sprawniej. Tabliczki mówią o 2,5h pieszej wędrówki. No i
idzie szybko. Szybko też zaliczam wodowanie – tzn. prawy but ląduję w
wiecznej kałuży :D Potem odcinek tak błotnisty, mazisty i kleisty że nie
ryzykuję i kawałek sprowadzam. Głupio bym potem wyglądał w pociągu po takiej glebie w to błoto
;) Potem odbijam z żółtego w prawo, czerwony rowerowy. Szeroka leśna droga,
tutaj to już się po prostu pędzi. Nawet VW Polo dał radę się tu wdrapać. Do asfaltu docieram po 45 minutach od schroniska. Tak że zdążyłem jeszcze umyć
trochę koła w potoku, zjeść kebaba i kupić wodę. W pociągu szybko uświadamiam
sobie że jestem geniuszem. Pomysł powrotu pociągiem był zaiste genialny. Jakiś
ledwo żywy jestem i śpiący. Jak sobie wyobrażę że zamiast drzemać wygodnie oparty o plecak nawijał bym teraz
na 2,2” oponach podjazdy między Rabką a Krakowem to……… Sam pociąg za szybko nie
jedzie (choć w dalszym ciągu szybciej od roweru). 118km wg biletu w 2h 38min to nie jest rekord świata :D 45km/h
średnia brutto. W Krk po 23ciej. Zajeżdżam na myjkę DELIKATNIE opłukać oponki i
ramę, omijając łożyska. W domu po północy. Udana wycieczka, Turbacz zawsze spoko. Pogoda wytrzymała, piwko/naleśniczki weszły pięknie. Aż kusi żeby jakiś grubszy trip po górach zrobić, jak za starych dobrych czasów. Sezony 2012, 2013, 2015, 2016 - wtedy ostro katowałem się na Beskidzkich szlakach. Potem kupiłem szosówkę :D
8.20 - 00.20
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502
Gorce:
Tobołczyk 966
Tobołów 994
Obidowiec 1106
Rozdziele 1198
Bukowina Miejsca 1143
Piwusówka 1025
(sam szczyt Turbacza dziś niezaliczony, tylko schronisko pod szczytem)
Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo
Turbacz 1
d a n e w y j a z d u
107.31 km
30.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://photos.app.goo.gl/LmU71r6EmWadHs8SA
https://www.alltrails.com/pl-pl/explore/map/26-06-2023-turbacz-1-0f840be?u=m&sh=9unefr
Turbacz zawsze spoko :) Tym razem na PKP załapałem się na pewną zniżkę: z Płaszowa na Główny pojechałem za darmo, bo za duży tłok i nie było jak kupić biletu a z Głównego do New Targu bez biletu na rower, bo rowerów było ze 20 i system nie pozwalał na więcej biletów na rower. W New Targu o 11tej. Kebab, zakupy, i na szlak. Czerwony rowerowy/żółty pieszy. Szybko poszło, ani się obejrzałem a za którymś z zakrętów wyłoniła się wielka bryła schroniska. Piwko & naleśniczki to sprawa oczywista :) 15 & 25 PLN. Patrzę na radary burzowe ale tym razem nic nie nadciąga. W ub. roku na szlaku złapała mnie niezła burza. Zjazd do Rabki czerwonym (GSB). Również bardzo płynny, w życiu bym nie przypuszczał że taki ze mnie kolarz MTB i że zjadę prawie największe stromizny :) Może to zasługa nowych oponek? Ogólnie z 97% to jazda, 2,9% prowadzenie, 0,1% niesienie roweru. Też za szybko to minęło. Z Rabki do domu jedyną słuszną drogą: Mszana, Kasina, Wiśniówa, Dobczyce, Wieliczka.
7.05 - 23.15
Zaliczone szczyty:
Gorce:
Piwusówka 1025
Bukowina Miejska 1143
Turbacz 1310
Rozdziele 1198
Obidowiec 1106
Groniki 1027
Jaworzyna Ponicka 995
Bardo 948
Wierchowa 940
Maciejowa 836
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502
Kategoria > km 100-149, Terenowo
WTR, Puszcza, MTB na szosówce i inne ATRAKCJE
d a n e w y j a z d u
206.77 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
WTR pod most w Ispinie, drogi i bezdroża, miasta i wsie, Puszcza, Żubrostrada, noce i dnie, lasy i polany, a nawet i na piechotę przez las :) Apogeum ciepłej złotej jesieni, odczuwalna w okolicach 25 kresek.
Taki okaz znalazłem. Grzyb bułkowy czy jaki to gatunek?
https://photos.app.goo.gl/9eDTM9J2es8EzPyEA
Kategoria > km 200-249, Terenowo, WTR 2022
Lubomir 2 (po pracy)
d a n e w y j a z d u
103.18 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://photos.app.goo.gl/xGuEvTfayCBYQvLeA
Krk - Wieliczka - Dobczyce - Wiśniówa - Węglówka - Przeł. Jaworzyce | Szlakiem: Lubomir - Łysina - Kudłacze | Pcim - Myślony (Zarabie) - Borzęta - Gorzków - Koźmice - Wieliczka - Krk
16.15 - 1.15
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
Przeł. Jaworzyce 576
Lubomir 904
Trzy Kopce 894
Łysina 891
Kategoria Terenowo, > km 100-149
Turbacz 2
d a n e w y j a z d u
114.54 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://photos.app.goo.gl/nyQ2fBeQkGm9hnYG7
Krk -> PKP x2 -> New Targ - rowerowym, częściowo pokrywającym się z żółtym pieszym na szczyt Turbacza - zjazd czerwonym na Stare Wierchy - zjazd sprowadzenie zielonym do Obidowej - powrót asfaltem do Krk: Klikuszowa, zakopianka, zjazd Rdzawka - Ponice - Rabka, Mszana, Wiśniówa, Dobczyce, Wieliczka, Krk.
6.00 - 3.35
Zaliczone szczyty:
Gorce
Piwusówka 1025
Bukowina Miejska 1143
Turbacz 1310
Rozdziele 1198
Obidowiec 1106
Groniki 1027
Obidowa 865
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502
Kategoria Terenowo, Powrót pociągiem, > km 100-149
Turbacz
d a n e w y j a z d u
179.91 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:35.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

https://photos.app.goo.gl/4jFqiK9gFHwAzLeD7
Krk - Wieliczka - Dobczyce - Wiśniówa - Kasina - Mszana - Rabka - podjazd Ponice - Rdzawka - Klikuszowa - Obidowa - narciarskim Śladami Olimpijczyków na Turbacz - zjazd czerwonym przez Stare Wierchy, Maciejową do Rabki - Mszana - Kasina - Wiśniówa - Dobczyce - Wieliczka - Krk.
8.00 - 2.40
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562 x2
przeł. Wierzbanowska 502 x2
Gorce:
Piątkowa 715
Obidowa 865
Średni Wierch 1122
Solnisko 1181
Rozdziele 1198 x2
Turbacz 1310
Obidowiec 1106
Groniki 1027
Jaworzyna Ponicka 995
Bardo 948
Wierchowa 940
Maciejowa 836
Kategoria Terenowo, > km 150-199
Jak za starych dobrych czasów :)
d a n e w y j a z d u
150.30 km
20.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

Widząc że szykuje się kolejny weekend z rozgrzebaną szosówką wziąłem wolne na piątek (lepsze prognozy meteo) i znów dosiadłem Dziadka. Tym razem z myślą ataku na jaką Mogielicę a może i Turbacz. Jednak wyjechałem tak późno i szło tak powoli, że stanęło na Mogielicy. A i to się nie udało ;) Skręciłem z wojewódzkiej szosy na Szczyrzyc, Dobrą, Jurków i obrałem dobrze znaną (tak mi się wydawało) leśną drogę Półrzeczki - Szczawa. Zapomniałem jednak że tam są rozwidlenia, nie wszystko jest oznaczone, do tego masyw Mogielicy oplatają różne szlaki rowerowe i narciarskie. No i tak samo jak w 2012 roku pogubiłem się :) Zamiast dotrzeć na przełęcz, skąd kawałek szlakiem jest na Polanę Stumorgową, i potem na Mogielicę, zacząłem kluczyć drogami trawersującymi zbocze tej góry. Dotarłem nawet do znaku "Mogielica w prawo 1,5km" ale to była ścieżka nachylona chyba pod kątem 40 stopni... Odpada. Było jeszcze przenoszenie roweru przez budowę przepustu dla strumienia. Spotkałem jeszcze innego rowerzystę, pogadaliśmy, i przejechaliśmy jeszcze razem z 10km szlakiem narciarskim. Po czym każdym pojechał w swoją stronę: kolega dalej kręcić pętlę wokół Mogielicy a ja zjechałem do Słopnic i Tymbarku. Do domu wróciłem mniej znanymi drogami (częściowo nawet nieznanymi): Jodłownik, Góra Św. Jana, Zegartowice, Komorniki, Raciechowice, DW do Dobczyc, Gorzków, Koźmice, Siercza.
Choć nie dotarłem na Mogielicę, ani na Stumorgi, ani nawet na przełęcz pod Stumorgami, to i tak mi się podobało :) Coś czuję że w tym sezonie pojeżdżę trochę w terenie. Bo miałem ogromną przerwę, ostatnie MTB po Beskidach było w 2017 roku! Potem sama szosa!!!
https://photos.app.goo.gl/SZi8JsnYfyTFMJLu7
8.00 - 1.10
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502
(chyba tyle, choć pewien nie jestem)
Kategoria > km 150-199, Terenowo
Dziadek Cube znowu w Górach!
d a n e w y j a z d u
124.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg

No kto by pomyślał, że Dziadek Cube jeszcze zaszaleje! Po zakupie szosówki w 2019 i przejściu na szosową stronę mocy Cube stał za biurkiem w częściach, brudny, rozgrzebany, rozszabrowany... W 2020 wskrzeszony do żywych, jako zimówka, dojazdówka itp. Zresztą i tak tylko szosa mi w głowie była - trasy nad Morze i europejskie metropolie. Prawdziwe MTB w mojej karierze datuję na AD 2016. Ale w tym roku jakaś taka zajawka mnie złapała żeby coś w terenie pojeździć. No i tak sobie jeździłem, po Lasku Wolskim, wałach Rudawy, po łąkach za miastem. Aż wpadłem na pomysł żeby zaliczyć jakąś konkretną górkę. Lubomir. Ostatnio byłem chyba w 2016. Jak pomyślałem, tak też zrobiłem. Dobczyce, Wiśniowa, i w prawo, na przełęcz Jaworzyce. Myślałem że wciągnę na średniej, ale zmiękła mi rurka i zrzuciłem na młynek jeszcze na asfalcie :) Z przełęczy wąziutkim asfaltem pod pensjonaty. Szutrową, nasłonecznioną drogą z serpentynami jeszcze dało się jechać. Ale gdy tylko szlak wszedł w las zaczął się... śnieg i lód! No niby wiedziałem że można się spodziewać śniegu w górach pod koniec marca, ale nie że aż tyle!!! Na Lubomira więc głównie prowadziłem, uważając żeby nie wyjebać na tej śliskiej skorupie (miałem adidaski). Kawałek wolałem przez las, przez chaszcze, zamiast po tym lodzie. Bo ten cholerny śnieg/lód był głównie na drodze, w lesie mało co... Na Lubomirze wróciły wspomnienia z dawnego szwendania się po górach... Szlak Lubomir - Łysina - Kudłacze... Jak powyżej. To samo tylko więcej. Więcej śniegu, śniegolodu i lodu. Również większość prowadziłem/niosłem przez las. Wyprzedził mnie jeden piechur... Jechałem może 1/3 odcinka, zwłaszcza końcówka przed Kudłaczami, ta niżej położona i na zachodnim stoku była przejezdna. Na pełną turystów polanę na wleciałem na kołach, także wstydu na szczęście nie było ;) Potem to już tylko zjazd stromą szosą do Pcimia, i bokami wzdłuż Eski do Myślenic. Hot-Dogi w Żabce i w narastającym chłodzie pagórkami do Krk: Polanka, Siepraw, Rzeszotary Świątniki, Swoszowice. Dokręciłem jeszcze trochę po mieście.
Choć zamiast jazdy MTB było to raczej prowadzenie MTB, i to tak było fajnie :) Odżyły wspomnienia sprzed kilku lat, gdy każdy letni weekend ciorałem i obijałem się na rowerze po Beskidzkich szlakach. Na pewno w tym roku wrócę w Góry. Muszę tylko uważać, wybierać łatwiejsze szlaki i nie przeszarżować, żeby nie wyglebić jak na zjeździe z Lubania w 2017 roku (OTB przy 40km/h). Dziadkowi muszę zaś wymienić tarcze, tylna ma w najcieńszym miejscu max 0,5mm!!! Napęd i amor jeszcze wytrzymają.
https://photos.app.goo.gl/uwfYvqMdVbagAF1o9
https://www.alltrails.com/explore/map/lubomir-25-03-2022-d87aa42?u=m
7.50 - 22.05
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
Przeł. Jaworzyce 576
Lubomir 904
Trzy Kopce 894
Łysina 891
Kategoria > km 100-149, Terenowo
Coś lżejszego
d a n e w y j a z d u
234.59 km
7.00 km teren
12:32 h
Pr.śr.:18.72 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1300 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

https://photos.app.goo.gl/VDl6NjituY0geYDN2
Minął tydzień od długiego weekendu, czas wracać do
normalności, tj. startów z Krakowa. Koło ciągle nie zrobione, części w drodze.
Minimalne bicie z tyłu nie uniemożliwia jednak przecież jazdy. Jeśli objechałem
na tym kole Tatry to i do Opona uda się dojechać ;) Bo taki właśnie jest plan
na dziś - Opole. Niezbyt ambitny, by nie rzec że chillout-owy. Ale myślę że mi
się należy po dwóch górzystych trasach w odstępie 3 dni.
Trasy w ogóle nie planuję, bo co tu planować, to tylko
Opole. Którędy by się nie pojechało to się dojedzie. Startuję 20 minut po
północy (to już ostatni taki start, potem zmienię godzinę wyjazdów na poranne).
Już po wyjeździe podejmuję decyzję że na Śląsk pojadę wojewódzką, przez
Alwernię. Krajówką przez Krzeszowice już za dużo razy jechałem w tym roku, a
tędy jeszcze ani razu. Ciepła i pogodna noc sprzyja sprawnemu nawijaniu
asfaltu. Jako że w centrum Alwerni byłem tylko raz w życiu (w 2015r.) i
korzystając z niezbyt napiętego na dziś harmonogramu myślę żeby jeszcze raz tam
uderzyć. Tak też robię i odbijam boczną drogą w prawo, pod górę. Alwernia śpi.
Tylko jakiś jeden obłąkany rowerzysta siedzi na ławeczce. Widać że przyjezdny,
bo czyta tablice informacyjne. Przeczytał przeczytałem wszystko, i
zbieram się dalej. Niestety nie chciało mi się zerknąć na GPSa w telefonie,
wskutek czego źle skręciłem. Zamiast wrócić do wojewódzkiej wylądowałem na
bocznej drodze na Piłę Kościelecką. Kawałek nią ujechałem, zanim zorientowałem
się w błędzie. Nie chce mi się zawracać, w sumie to może i dobrze? Nigdy tą
drogą nie jechałem, więc sobie zwiedzę, a parę km więcej nie ma znaczenia gdy
celem jest Opole. No to jadę, wciągam dość stromy podjazd, a za chwilę już
zjeżdżam do Chrzanowa. Może być i Chrzanów, nie mam nic przeciwko. Tutaj
jeszcze noc. Pauzuję na rynku, na tym w odróżnieniu od Alwerni jakieś oznaki
życia są – kilku podpitych młodzieńców. No i ten rowerzysta jeszcze. Z
Chrzanowa na Libiąż, inną wojewódzką. W połowie drogi można już dostrzec oznaki brzasku, a w Libiążu już niemal świt. Uwieczniam na zdjęciu oldchoolowy dom
handlowy, lubię takie klimaty. W Chełmku już widno. Dzień zapowiada się
pogodnie, na niebie szczątkowe tylko ślady chmur. A taka maleńka „strefa mgieł”
tylko na przejeździe mostem nad korytem Przemszy. Mijam potężną basztę wieży
szybu KWK PIAST, po czym by ominąć kretyński i długo się ciągnący zakaz jazdy
rowerem, korzystam z idącej równolegle śmieszki rowerowej. Jakości takiej jak widać na zdjęciach, ale dziś aż tak bardzo mi to nie przeszkadza (lekka trasa)
a ciągnące się bokami szpalery soczyście zielonych drzew uspokajają nerwy ;) Koło
Bierunia ścieżkowy terror się kończy i można jechać jezdnią, jak Bóg przykazał
:) Mijam wielką fabrykę Fiata, a to oznacza że docieram do Tych. Słońca coraz
śmielej operuje na idealnie niebieskim nieboskłonie, i szybko pozwala zrzucić zbędną
już warstwę ubrań. Tychy omijam jednak tranzytem, dopiero w Gliwicach
odpoczywam na skwerku. A że Gliwice to już niemal granica Górnego Śląska, to tablica
powitalna województwa Opolskiego pojawia się szybko. Bardzo przyjemną,
prowadzącą głównie lasami wojewódzką dojeżdżam do Kędzierzyna-Koźla. Poza
wielkimi zakładami azotowymi miasto kojarzy mi się z historią z ubiegłego roku.
Wracając z Czech (z Pradziada), chciałem szukać pociągu w Koźlu. Miły Pan uświadomił
że Koźle to zabita dechami wiocha, i tu pociągów niet. Tzn. nie jeżdżą do
Koźla. Za pociągiem to trzeba jechać do miasta - do Kędzierzyna-Koźla! Bo to są
dwie odrębne miejscowości: Koźle i Kędzierzyn-Koźle, leżące na przeciwnych brzegach
Odry :) Przejeżdżam przez n-torowy przejazd kolejowy, i wewnętrzną jakby drogą
miedzy węzłem kolejowym a Zakładami kieruję się do centrum miasta. ZAKK
ogrodzone wysokim płotem, dużo drzew a instalacje daleko, więc jakichś
spektakularnych zdjęć zrobić niestety się nie da. Za małym laskiem jest już
właściwa część miasta. Bardzo zadbanego miasta, pewnie bogatego. Do tego
stopnia że nawet ścieżki rowerowe są asfaltowe i zdatne do jazdy! Podejrzewam
że to Azoty trują i w zamian dużo hajsiku łożą Kędzierzynowi. Z K.K. wojewódzką
na Gogolin. Lasy kończą się a zaczynają rozległe pola uprawne. Pośród których
majaczy potężna sylwetka (chyba) huty w Zdzieszowicach. Jest wczesne
popołudnie, a temperatura niewiele poniżej progu upału. Gdzieś tu orientuję się
że zaczyna uchodzić powietrze na tyle, i wkurwiać. Chciałem bowiem
przyoszczędzić i jednak załatałem i założyłem te rozcięte wskutek snejków na
Słowacji dętki. Będę dopompowywał co jakiś czas, zmieniać się nie chce. Centrum
Krapkowic i Gogolina omijam, przejeżdżam środkiem pomiędzy obydwoma. Do Opola
raptem 20km. A godzina młoda, ledwie 13ta. Zaliczam zatem dłuugą drzemkę na ławeczce nad brzegiem stawu. A potem aby urozmaicić sobie jazdę zjeżdżam z
wojewódzkiej w leśną drogę, odrobina MTB (a raczej „MTB”) nie zaszkodzi. Raptem
3km tego lasu a jaka odmiana. Do Opola natomiast wjeżdżam ekstremalnie szeroką
szutrówką. 15ta. Pociąg za kilka godzin, czyli trochu się pozwiedza :) Na
początek wjeżdżam w jakieś tereny kolejowe. Przeciskam się pod jakimiś wiaduktami, przez torowiska przenoszę, pewnie nie wolno tak. Kilka
spontanicznych skrętów na skrzyżowaniach później ląduję na skąpanej w cieniu
drzew ławeczce, na nadodrzańskich bulwarach. Trochę drzemiąc, trochę
przyglądając się niedzielnemu wypoczynkowi Opolan, utykam w tym miejscu na ładną
godzinę :) Jak chillout, to chillout :) W końcu zaczyna mi się tu nudzić, a
czasu ciągle mnóstwo. Jadę więc obadać gdzie tym bulwarem można zajechać.
Asfaltową alejką przejeżdżam obok urządzeń technicznych śluzy, następnie wzdłuż
terenów przemysłowych, i tym sposobem wyjeżdżam za miasto. Bulwar kończy się. A
właściwie to alejka zawraca i zakosami wspina się w górę, ponad dolinę rzeki. Zza
drzew zagajnika wyziera urwisko, a na jego dole - całkiem spory zalew. Okrążam
go, jest nawet plaża. Bardzo fajny teren rekreacyjny, w oddali na drugim brzegu
widać wystające ponad las co wyższe budowle miasta. Czas powoli, bo powoli, ale
jednak płynie, do odjazdu pociągu coraz bliżej. Główną drogą kieruję się wiec
ku dworcu. Robię jeszcze pętelkę po śródmieściu, zaliczam Rynek, i w końcu na
dworzec. Wsiadam w komfortowego (skład wagonowy, nie EZT) IC-ka, by dwie 2,5
godz. przyjemnej podróży później być już na Głównym w Krakowie. W domu po
22giej.
I tak minął ten leniwy, rowerowy dzień :) Czasem tak trzeba,
a nie tyle same Słowacje, Tatry, Węgry. Czasem trzeba lżej.
0.20 - 22.10
4,25l (w tym 1l energetyka)
Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 200-249, Powrót pociągiem, Terenowo





























