Lysa Hora
d a n e w y j a z d u
340.88 km
0.00 km teren
17:47 h
Pr.śr.:19.17 km/h
Pr.max:67.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3701 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
(na szczycie góry GPS zwariował)
Jako że sobota minęła pod znakiem niepewnej pogody i przechodzącego z zachodu na wschód frontu burzowego na weekendową wycieczkę została niedziela. Czyli wiadomo że żadnych szaleństw być nie może, w pon. na 8 do roboty. Tak sobie przeglądałem mapy i przypomniałem sobie że nie wiem jak to możliwe ale nigdy nie byłem w Cieszynie O.o Właściwie to miasto to kojarzy mi się tylko z pewnym bikestatsowym wymiataczem ;) Przesunąłem mapę nieco w lewo... a tam... Łysa Góra! Też nie byłem. Czyli plan na niedzielę już mam :) Sprawdziłem tylko dla pewności jaką w Czechach mają walutę. Byłem święcie przekonany że Euro, jak na Słowacji... A tu się okazuje że jakieś Korony O_o 22 w sobotę, kantory raczej zamknięte. Cóż, trzeba będzie kupić zapas płynów w kraju.
Zdrzemnąwszy się jakieś 1,5 godzinki wyruszyłem 10 min po północy, i obrałem kurs na Skawinę. Noc w miarę ciepła, kilkanaście stopni, najniżej do 13 chyba spadło. Na rynku w Skawinie coś w rodzaju śniadania. I dalej jak leci, krajową 44ką. Cóż, dojazd niezbyt fascynujący ale trasa długa się szykuje więc nie widziało mi się jechać przez Kalwarię, Kocierz czy Żywiec. W miarę płasko żeby było. Z drugiej strony takie nocne przeloty krajówkami też mają jakiś swój urok. Jedzie bardzo sprawnie a jako że nie za wiele widać można oddać się w całości z doznawania przyjemności jazdy rowerem :) Po prostu niesamowitej frajdy z całkiem sprawnego pokonywania sporych odległości wyłącznie siłą własnych mięśni. W Brzeźnicy natomiast skręcam w skrót, boczną drogę którą wyjeżdża się koło Wadowic. Tu już trochę hopek jest a nawet całkiem szybki zjazd z serpentynami. W Wadowicach, mieście "w którym wszystko się zaczęło" melduję się o 3ciej i chwilę odpoczywam, tak bardziej dla zasady niż z realnej potrzeby bo i nie ma po czym odpoczywać :) Kawałek krajówką i wita mnie Andrychowski samolocik, nawet nie wiedziałem że jest tak ładnie iluminowany. Z tego też powodu załapuje się on na dokumentacyjną fotkę z tej mieściny. Zauważalny już od pewnego czasu brzask przechodzi we wschód i w Kętach już jasno. Ciekawostka z tego miasteczka to bezpłatne WiFi na rynku. Takie, że aby z niego skorzystać trzeba zarejestrować się i podać imię, nazwisko, adres zamieszkania, nr telefonu a możliwe że i numer buta :) Zawsze mnie śmieszą tego typu systemy, turysta przyjeżdża do miasta, chce coś sprawdzić na Necie a tam takie kwiatki. Albo takie że aby móc skorzystać trzeba iść do urzędu miasta po jakieś hasło, bo i takie cuda widziałem :D Mniejsza jednak o to, w końcu przyjechałem tu na wycieczkę a nie żeby surfować po Internecie. Z Kęt boczną drogą, przez Kozy docieram do B-B. Bardzo ładne miasto, które darzę dużym sentymentem, bo to właśnie ono było celem mojej pierwszej 200ki, z 2011 roku. Przetoczyłem się po starówce zwiedzając centrum w locie, z poziomu siodełka i wyleciałem na Skoczów. Prowadzi tam całkiem przyjemna, mało ruchliwa droga. Prawdopodobnie stara krajówka zdegradowana do rangi drogi ruchu lokalnego po wybudowaniu ekspresowej S1ki. Słońce nieźle już przygrzewa, wobec czego na losowym przystanku zarządzam pierwszą aplikację kremu z filtrem UV. Jest i Skoczów. Niczym nie wyróżniające się na plus, jak i na minus niewielkie miasteczko. Z ciekawostek to tylko flaga Polski na rynku no i Wisła przepływająca nieopodal centrum. W końcu nie przez każde miasto przepływa Wisła :) Odcinek Skoczów - Cieszyn to ciąg dalszy tej całkiem przyjemnej drogi. Tu chyba jeszcze fajniejszej, bo trochę pagórkowatej. Zapomniałbym, na południu od długiego czasu ładne widoki na górki. Nie mam pojęcia jakie, w każdym razie ładne, jak to górki. Po drodze mijam kilku sakwiarzy / kolarzy / innych podobnych do mnie lajtowych turystów z którymi wymieniam pozdrowienia. W końcu przede mną wyrastają zabudowania Cieszyna. To już niemałe miasto, 35 tys. a jego Czeska część kolejne +25k. W ogóle ciekawa sprawa z takim miastem podzielonym na dwa kraje, pierwszy raz takie coś widzę. W Cieszynie to co zwykle: dla zasady zasiadam kilka minut na polskim a potem i czeskim ryneczku (tylko siadając kilka minut na ryneczku miasto można uznać za w pełni zaliczone ;) ). Kierując się linią wskazywaną przez GPSa różnymi bocznymi drogami powoli zbliżam się do celu wycieczki. Pogoda piękna, krajobrazy również. Mnóstwo rowerzystów, piękne, lipowe chyba aleje (na Czechach drzewa najwyraźniej nie są agresywne i nie rzucają się kierowcom przed maskę. Nie trzeba ich więc wycinać, wystarczy przybić im kawałek odblaskowej taśmy). Z nazw miejscowości to zapamiętałem tylko jedną - swojsko brzmiący Hnojnik (Gnojnik) :) Po drodze jeden cięższy nieco podjazd, na jakieś 500m n.p.m. Na jego szczycie po raz pierwszy mym oczom ukazuję się cel dzisiejszej trasy - wielki budynek nadajnika na szczycie Łysej Góry. Zanim do niej jednak dojechałem trochę minęło i nieco się zachmurzyło/ochłodziło. Na obskurnym blaszanym przystanku u stóp góry urządzam dłuższą pauzę i koło godz. 11.30 rozpoczynam uphill. Z początku ostrożnie, na młynku. Zachęcony jednak dobrą jak się okazuje formą i wyprzedzeniem kilku rowerzystów wrzucam na średnią tarczę i postanawiam trochę przycisnąć. Uciekam im mocno do góry i zastanawiam się nawet czy by nie wciągnąć całego podjazdu na raz. Zaczęło jednak tak grzać (na liczniku 30+ stopni) że wypadałoby się napić a tu nie ma jak (używam jednorazowych "bidonów" w postaci butelek pet z których napić można się tylko na postoju ;) ). W końcu, gdzieś w połowie podjazdu odpuszczam. Robię z 20 min przerwę połączoną z sesją foto. Nie przyjechałem tu się ścigać tylko na wycieczkę. Odnośnie samego podjazdu to taka klasa średnia bym powiedział. Do Kralovej nie ma startu :D Hehe teraz na wszystko patrzę przez pryzmat tej "górki" którą niedawno zaliczyłem ;) Ot 8-10-12% i nienajgorszy asfalt. Koniec końców na szczyt docieram kilka minut przed godz. 13, po drodze wyprzedzając ok. 10 rowerzystów. Mnie natomiast wyprzedziło dwóch: jeden szoszon i Pan po 60ce (na rowerze elektrycznym ;) ). Czyli chyba nieźle jak na te 165km w nogach i 20kg rowerek :) Na szczycie mnóstwo luda. Jak i infrastruktury. Czego tam nie ma... Budynek nadajnika z masztem, ze 3 schroniska (albo raczej hotele górskie), wyciąg narciarski, bar, inne budynki, ławeczki, obelisk, mnogość tablic, drogowskazów i innych tego typu obiektów. Ogólnie jednak na plus, tego typu góry też są potrzebne. Z godzinę tam zabawiłem i chwilę po 14tej przeżegnałem się ;) i puściłem w dół. Aj co tam się działo :) Kusiło żeby do tych 70ciu dokręcić ale rozsądek wziął górę i skończyło się na 67km/h. Wystarczy :) Po drodze rzecz jasna przeleciałem źródełko, a chciałem wody nabrać... I to był błąd, o czym później. Po drodze jedna przerwa na studzenie hamulców. Zjazd zajął kilkanaście minut ;) (podjazd 1,5h). No i skończyło się :/ Góra podjechana, posiedziane na szczycie, zjazd zjechany, teraz tylko mozolny powrót do domu... Nie ma czasu na jakieś eksperymenty (do pracy na 8mą, jak wspominałem). Wracamy po śladzie. Te same miejscowości, ten sam podjazd na 500m. Zmęczenia brak. Co się dzieje z formą w tym sezonie to nie wiem :) Pauza nad jakąś tam rzeką. Oczywiście ciągle upalnie a tu właśnie skończyło mi się picie... Wskutek czego do granicy dowlokłem się nieźle odwodniony (to o to mi chodziło z tym źródełkiem). Przeleciałem przez czeską część Cieszyna ostatkiem sił targając rower po schodach (przejście pod torami) i rzuciłem się na Lewiatana... Litr słodkiego, lodowatego i jakże mokrego gazowanego świństwa to to czego właśnie potrzebowałem :) Płyn ten życiodajny wlałem w siebie w jakimś obskurnym, zapuszczonym parku (ale koszy na śmieci tam było więcej niż ławek ;) ). Z 3 kwadranse trwała ta sjesta. I w drogę, to co rano tylko od drugiej strony. W Skoczowie też zajechałem na rynek, zrobić takie samo zdjęcie jak rano, tylko że z drugiej strony. Tak tylko, żeby nie było że mnie tam nie było. W Bielsku na rynek już nie zajeżdżam, w zamian zdjęcie randomowego kościoła. Jakieś tam zakupy, 1,5l innego słodkiego, tym razem nie gazowanego świństwa i nie mniej słodkie wafelki... Mam już dość tej słodyczy ale nic nie słodkiego i gotowego do jedzenia nie znalazłem. Z Bielska na Kęty, z Kęt na Andrychów. Z Andrychowa na Zator. Cóż więcej mogę napisać. Może tylko tak dla porządku: w Kętach zachód Słońca a z takich ciekawszych godnych odnotowania rzeczy: drogą Andrychów - Zator jak zawsze nie dało się jechać. Dało się tylko lecieć :) Ilekroć wracam tędy do domu to tu zawsze jakoś niesamowicie lekko się jedzie. Koło stawów przed Gierałtowicami z kolei istny koncert (tu w nocy zawsze tak)! Tysiące chyba kumkających / rechoczących żab O.o Naprawdę warto się tu na chwilę zatrzymać i tego posłuchać :) W Zatorze nic ciekawego, poza leniwie wylegującym się kotem (na zdjęciu). Odcinek Zator-Skawina-Kraków z kolei dłużył się strasznie. Nie żeby brakowało sił bo tych jest jeszcze sporo. Po prostu takie znużenie długą trasą i powrót setny raz tą samą drogą. Aż sobie puściłem radio (a nigdy nie słucham muzyki na rowerze), i od razu ciekawiej się pedałowało w rytm Budki Suflera :) Po drodze jakiś wypadek minąłem, mnóstwo policji i straży. W Skawinie jeszcze tylko szybki energetyk na BP (który to już? żeby tylko zawału od tego nie dostać...) i do domu. Wróciłem o 2.10 czyli trasa zajęła mi równe 26h.
Udana, bardzo spontaniczna (ze 30min planowanie zajęło) wycieczka: kolejny szczyt do kolekcji i to takiego raczej grubszego kalibru :) Oprócz tego Cieszyn i Skoczów zaliczone. Czech też kawałeczek liznąłem (pierwszy raz byłem). Jedyne co na minus to ten niezbyt ekscytujący dojazd i powrót. Ale co zrobić, na takie łakome kąski jak Łysa Góra trzeba sobie rzetelnie zapracować ;) To był dobry, rowerowy dzień 26 godzin :)
Zdjęcia tutaj: https://goo.gl/photos/5ebVwFe177ME3NQN9 Jak zwykle ostatnio tylko powywalane duplikaty i przepuszczone przez program graficzny... Nie ma czasu tego przeglądać nawet.
Nowe gminy:
Śląskie:
Jaworze
Jasienica
Skoczów
Goleszów
Dębowiec
Cieszyn
Zaliczone szczyty:
Lysa Hora 1324
NACHY SREDN: 3%
NACHY MAX: 13%
WYSOK MAX: 1278
0.10 - 2.10
7,25l
5 bułek z szynką, 5 bananów, 2 paczki delicji, 1 niecała paczka wafelków, 1 czekolada
Kategoria ^ UP 3500-3999m, > km 300-349
Działka
d a n e w y j a z d u
3.28 km
0.00 km teren
00:10 h
Pr.śr.:19.68 km/h
Pr.max:30.50 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: 15 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

A na działce roboty brukarskie ;)
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 2%
WYSOK MAX: 217
18.30 - 19.45
Kategoria > km 000-009, Działka
Tarnów przez Słowację
d a n e w y j a z d u
284.98 km
0.00 km teren
13:43 h
Pr.śr.:20.78 km/h
Pr.max:67.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2563 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

Zaległa trasa do opisania. Opisuję zatem, póki coś jeszcze pamiętam:
Po raz któryś tam nie miałem żadnego pomysłu na trasę, a pogoda miała być trochę niepewna, tzn. może padać. Pomyślałem więc: gdzieś niedaleko.
Wyjazd jak zwykle chwilę po północy. Niewiele się zastanawiając poleciałem na południe, jak to zwykle gdy planem jest brak planu. W Wieliczce taki gorąc, że musiałem się rozebrać... Inaczej niż na krótko jechać się tej nocy nie dało. Standardowo: pierwsze śniadanie właśnie tu, drugie w Wiśniowej. Noc gwieździsta i ciepła (ale to już chyba pisałem). Kompletnie nie mam pomysłu co więcej dodać, po prostu odcinek do Kasiny minął szybko i przyjemnie, bardzo lubię tą drogę. Przejdźmy może dalej, do Mszany. Bo to tu na ławeczce w parku wpadłem na dalszy plan trasy: Zabrzeż, Stary Sącz, Piwniczna, Stara Lubovna i przez Leluchów do Polski. Na razie tyle. Jak pomyślałem tak też zrobiłem, skręcam w DW968. Wschód zaraz po wyjeździe z miasta. Podjazd na przeł. Przysłop wszedł (jak zwykle ostatnio) gładko. Na zjeździe w dolinę Kamienicy (też jak zwykle) trochę zmarzłem - 9 stopni było, najzimniej dziś. Krótkie pauzy: w Szczawie, Kamienicy (wsi) i nad Kamienicą (rzeką). Tak tylko żeby nie przelecieć przez te bardzo ładne przecież okolice. W Łącku już ciepło a im dalej tym bardziej przygrzewa. Po wyjeździe ze Starego Sącza natomiast coś co zaczyna niepokoić: chmury. I to raczej takie deszczowe. Na razie na północy. Ja jadę natomiast na południe, a tam błękitne niebo, więc może nie ma się co martwić na zapas. Lecimy więc zgodnie z planem na Piwniczną. Tam dłuższy odpoczynek bo i jest przed czym, przede mną podjazd na przełęcz Vabec. Wiadomo że nie jest to żadne ekstremum ale ciągnie się ten podjazd i ciągnie, bo Piwniczna leży w dolinie rzeki. Jest bardzo gorąco. Gdy zbliżam się do szczytu powoli zaczynam dostrzegać co się święci. A na szczycie widzę to "coś" już w całej okazałości: stalowo-szare, granatowe i innych groźnych barw chmurzyska, jak okiem sięgnąć, nad całą Słowacją :O (Coś tam widać na zdjęciach). Gdybym nie miał ubrań przeciwdeszczowych to chyba bym zawrócił... Ale miałem więc nie było wymówki, trzeba jechać ;) Zjazd do Starej Lubovni, długi, prosty - pokładałem w nim wielkie nadzieje na jakiś rekord prędkości. A tu lipa, ze 60-kilka było. Dziury, przeciwny chyba wiatr i przełożenie 40-11 nie pozwoliły na więcej. Czasem to mam ochotę na włożenie korby trekkingowej z blatem 48. W Lubovni o wpół do 12. Zdjęcia z miasta brak bo źle na nim wyszedłem - zapomniałem wciągnąć brzucha ;) W zastępstwie jest to z wielką zieloną butelką czegoś tam %-wego. Odsłuchawszy graną co godzinę na rynku ładną melodyjkę (w południe) ruszyłem dalej. A im dalej w las (w Słowację) tym bardziej chłodno i pochmurno. Widać zresztą na zdjęciach. Na szczęście wiatr mocno wspomagał więc leciało się pięknie. Coś tam nawet zaczęło kropić ale przestało. W Lubotinie (fajne wiadukty drogowe/kolejowe nad rzeką - zdjęcie) na rozstaju "krajówek" 68/77 skręcam w tę drugą. Kawałek dalej żegnam się z bardzo przyjemnymi na rower Słowackimi głównymi drogami i skręcam w nie mniej przyjemną boczną drogę na Leluchów. Po Słowacji w ogóle bardzo przyjemnie się jeździ, ruch w porównaniu do Polski zerowy a drogi szersze. Na granicy jestem przed 14tą. Dawne przejście graniczne w Leluchowie raczej obskurne, w porównaniu do tego w Korbielowie to już w ogóle. W Muszynie zaczęło już nie tyle kropić co trochę padać. Na szczęście po chwili przestało. Ułożony po drodze plan zakłada Krynicę, Krzyżówkę i sięga na razie do Grybowa, a potem się zobaczy. Fajny odcinek wzdłuż rzeki/torów i jest Krynica. A w niej jakiś festyn/impreza, nie pamiętam z jakiej okazji. W każdym razie wspomnienie jakiegoś ważnego Pana związanego z tymże miastem. Znowu zaczęło padać. Gdy przestało ruszyłem dalej. Podjazd na Krzyżówkę. Znowu pada, coraz mocniej. Do tego stopnia że na przełęczy schowałem się na przystanku i przebrałem w ciuchy przeciwdeszczowe. Pierwszy raz je zakładam więc z 15 minut zeszło na dopasowanie ubioru. Po czym ruszyłem w dół, na Grybów. Nie dalej jak po 5 minutach zjazdu przestało padać a i droga zrobiła się sucha... I to tyle by było z deszczu na dziś, to se przetestowałem ubranie ;) W każdym razie zjechałem w tym wdzianku do Grybowa (po drodze remont mostu) i tu je zdjąłem, żeby się nie zagotować. Bo wypogodziło się i coraz cieplej. Przeliczyłem czas / kilometry i wyszło mi że jadę do Tarnowa na pociąg, odjazd 21.20. Nie chce mi się setny raz wracać przez N. Sącz, Limanową i Gdów. A z kolei inną drogą wrócił bym do Krakowa koło 1-2 w nocy a jutro poniedziałek. Co do dalszej to w skrócie mogę tylko napisać że bardzo jestem zadowolony z tegorocznej formy :) I na tym może zakończmy co by nie popaść w jakiś samozachwyt ;) Bobowa, Ciężkowice, Gromnik, Tuchów. W Tarnowie na dworcu 50min przed odjazdem. Czasu a czasu. W Płaszowie o 22.30, w domu o 23ciej.
Udana wycieczka, pomimo niepewnej pogody udało się trochę pokręcić. To był dobry, rowerowy dzień :)
Zaliczone szczyty:
Przeł. Wierzbanowska 502
Przeł. Wielkie Drogi 562
Przeł. Przysłop Lubomierski 750
Sedlo Vabec 760
Vabec 690
Przeł. Krzyżówka 745
Zdjęcia: https://photos.app.goo.gl/p198ylaU2eG8gMf82
NACHY SREDN: 3%
NACHY MAX: 9%
WYSOK MAX: 731
0.10 - 23.00
3,25l
5 bułek z pasztetem, 5 bananów, 2 paczki delicji, 2 czekolady
Kategoria ^ UP 2500-2999m, > km 250-299, Powrót pociągiem
Z buta
d a n e w y j a z d u
200.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Buty
Zbiorcze km z dojść do pracy za miesiąc czerwiec.
To akurat nie z drogi do pracy ale też z okolicy: zjedli już prawie cały komin :/
Takie cuda można zobaczyć na Stacji Kraków Prokocim Towarowy :O
Czarny Gagar!
Pusta jeszcze o wczesnej porze ławeczka
Po południu ruch już większy
Stonka z jakimiś odpadami na haku
Dzień jak co dzień nad Bagrami
Lazurowe Bagry o poranku
Jest tam bardzo ładnie :)
Kategoria Z buta
L.w.o.M.
d a n e w y j a z d u
20.38 km
0.00 km teren
00:59 h
Pr.śr.:20.73 km/h
Pr.max:47.50 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: 97 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 4%
WYSOK MAX: 224
20.30 - 21.35
Serwis: Smarowanie łańcucha, klejenie siodełka, pompowanie opon, regulacja sterów i inne drobiazgi
Kategoria > km 010-049, Serwis
L.w.o.M.
d a n e w y j a z d u
22.94 km
0.00 km teren
01:06 h
Pr.śr.:20.85 km/h
Pr.max:45.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:113 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

Takie tam
Rozkopana Basztowa
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 5%
WYSOK MAX: 224
20.25 - 21.40
Kategoria > km 010-049
L.w.o.M.
d a n e w y j a z d u
29.52 km
0.00 km teren
01:31 h
Pr.śr.:19.46 km/h
Pr.max:56.50 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:161 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 7%
WYSOK MAX: 251
20.20 - 21.55
Kategoria > km 010-049
Przemyśl przez Słowację
d a n e w y j a z d u
363.00 km
0.00 km teren
18:49 h
Pr.śr.:19.29 km/h
Pr.max:70.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:4042 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

Drugi atak na Przemyśl w tym sezonie, tym razem udany :) Pierwszy
wyglądał tak i nie powiódł się ze względu na ciężkie warunki i zbyt słabą jeszcze formę. Tym razem postanowiłem pojechać przez Słowację. Bo czemu by nie?
Zaspałem :o Wskutek czego wyruszyłem dopiero 10 po pierwszej... To bardzo późno. O tej porze mogłem być już w Gdowie. Początek standardowy: Wieliczka i fajna interwałowa DW966. Jest bardzo ciepło. Poniżej 15'C w nocy (pierwszej nocy ;) ) nie spadnie. W Gdowie pierwszy pit-stop: śniadanie i takie tam. Tym razem z trafieniem w boczną drogę przez Stare & Nowe Rybie problemów nie miałem, wgrałem ślad do GPSa. Fajny pagórkowaty kawałek i w Limanowej już po świcie. Po drugim śniadaniu uphill krajówką na Monte Litacz, całe 650m n.p.m.! Pogoda: coraz cieplej ale na razie jakoś tak pochmurno. Szalony (70 na chwilę wskoczyło) zjazd do New Sącza. Dla odmiany odpoczynek nie na rynku a pod ruinami zamku. Zwiedzanie miasta z poziomu siodełka i dalej krajówką, ku granicy. Po drodze wspinaczka na Krzyżówkę, najwyższy punkt dzisiejszej trasy. Tu zaczyna już przygrzewać, krem z filtrem wchodzi więc do użycia. Zjazd, Tylicz, podjazd na przeł. Tylicką i na granicy melduję się godz. 10. Kolejny zjazd, kolejna 70ka (około) na liczniku i dobijam do czegoś w rodzaju krajówki, droga nr 77 w każdym bądź razie. Do Bardejova jakaś dyszka co w połączeniu ze sjestą na rynku sprawia że z mieściny tej w dalszą drogę startuję koło południa. Można powiedzieć że zaczyna się upał, na liczniku w okolicach 30 stopni. W ogóle on jednak nie przeszkadza w czerpaniu całymi garściami z przyjemności z jazdy rowerem w takich ładnych okolicznościach przyrody :) No jest tu po prostu pięknie, co widać na zdjęciach. Delikatnie pagórkowata, pusta i gładka droga, dokoła jak okiem siegnąć pola, lasy i różnego kalibru pasma górskie. To właśnie lubię na Słowacji, nie jedzie się non-stop pośród dwóch rzędów domów jakiejś wsi, która przechodzi w następną i następną, potem zaczyna się miasto, znowu wieś i tak na zmianę. Jest tak trochę dziko. Żółte łany rzepaku już przekwitły ale porozrzucane po polach, soczyście czerwone maki godnie je zastępują :) Całą tą sielankę zakłóca tylko zderzenie z jakimś DUŻYM (sądząc po sile uderzenia, bo patrzyłem w drugą stronę) owadem , który postanawia mnie też ugryźć w szyję... Może szerszeń? W każdym razie długo bolało. Ani się obejrzałem a docieram do Świdnika, o czym informuje mnie ciekawie wyglądający monumencik z kształtem klucza oraz herbem z bucikiem na obcasie / skocznią narciarską wewnątrz. Raczej o to pierwsze chodzi. Kawałeczek dalej, po lewej stronie mym oczom ukazuje się natomiast jedna z większych dziś, atrakcja turystyczna. Mianowicie "Pamatnik Sovietskej armady".
Co tu dużo mówić :O Abstrahując zupełnie od kwestii tego komu i za co został on postawiony (nie wiem, nie znam się, nie interesuje mnie to): pomnik sam w sobie, jako pomnik jest imponujący, monumentalny i w ogóle. W zasadzie ów "pomnik" to mały park: z centralną reprezentacyjną aleją, 3 poziomami schodów, cokołem na którym stoi 37m obelisk z 3,5m gwiazdą na szczycie, przed nim 4m wysokości posąg salutującego żołnierza, dokoła mury i inne postumenty z nieco tylko mniejszymi rzeźbami / płaskorzeźbami, dwa XXX-mm działa na lawetach, do tego ławeczki i mnóstwo tablic z których próbuję coś swoją zapamiętaną z liceum znajomością rosyjskiego rosyjskiego rozczytać... No robi wrażenie, nie powiem. Trochę odpocząłem na tych ławeczkach, dopóki nie oblazły mnie wszechobecne tam mrówki. Wtedy wybrałem się na dalszą część zwiedzania, tj. zewnętrzną część ekspozycji Muzeum Wojskowego. Chyba z 10 obiektów typu: czołgi, inne pojazdy, działa i samolot, stojące jak gdyby nigdy nic na łące pod oknami bloku. Poczekałem aż ktoś się zjawi i w końcu trafiły się dwie miłe Ukrainki, które zrobiły mi zdjęcia na tle ów maszyn. W czasie odpoczynku na ławeczce spotkałem też parę motocyklistów z Polski, również przyjechali tu z Krakowa a zajęło im to 3 godziny (mnie 13 godzin :D). W dalszą drogę wyruszyłem za kwadrans trzecia. Na liczniku dopiero 180km, do Przemyśla drugie tyle... Jak to będzie? Ano tak jak zawsze, tzn. "jakoś". Jakoś to będzie ;) Kontynuuję zatem jazdę a na razie jedynym problemem spędzającym sen z powiek jest powoli kończące się picie. Wszystko pozamykane - w tygodniu sklepy spożywcze zamykają o 16 a co dopiero w sobotę... Ze Świdnika wyjeżdżam czymś w rodzaju obwodnicy - 2x2 pasy. To co charakterystyczne we wschodniej Słowacji to obecne w niemal każdej miejscowości różnej maści pomniki i tablice upamiętniające walki Armii Czerwonej. Następna większa miejscowość to Stropkov. Raczej typowa, zapadła Słowacka dziura. Jedynymi atrakcjami ratującymi sytuację są tu dwie ładne cerkwie - drugiej z nich zrobiłem zdjęcie. Teraz zauważyłem że jest tu też najniższy punkt trasy - zjeżdża się poniżej 200m n.p.m.! W mieście odbijam z krajówki w coś w rodzaju odpowiednika polskiej wojewódzkiej - drogę nr 575. Docieram do ciekawej, ale raczej tylko za sprawą nazwy wioski o nazwie Havaj O.o Z Hawajami to ona niewiele ma wspólnego, co nie znaczy że nie jest tu ładnie. Ławeczki może i z czasów komuny ale ciągle bardzo dobrze nadające się do siedzenia, w sam raz na mały popas :) W trakcie którego zupełnie kończy mi się picie. Jedyna nadzieja w stacjach benzynowych. Ruszam z nowymi siłami, które sprzydadzą się bo przede mną kolejna przełęcz. Niewysoka co prawda (~450m) ale poziom trudności podnosi ciągle utrzymująca się w okolicach 30 stopni temperatura. Szybki zjazd i są Medzilaborce. Tu już taki wschód że nazwy miejscowości są dodatkowo napisane cyrylicą. W mieście namierzam upragnioną stację benzynową, gdzie za chyba zdzierski pieniądz kupuję 1,5 l zimną Vineę i 0,473 l (?!) ciepłego RedBulla. Może się sprzydać (i sprzyda się ;) ). Niewielkie to miasteczko słynne jest z muzeum Andyego Warchola (zdjęcie). Że niby jakiś wielki artysta. No nie wiem. W każdym razie rozsiadanie gdzieś tu w centrum wydaje mi się mało bezpieczne (dużo Cyganów i Ukraińców). Konsumpcji zmrożonego (bezalkoholowego) gazowanego napoju winogronowego oddaję się więc na przystanku na obrzeżach miasta. Ciągle bardzo gorąco. Pora się zbierać, do granicy tylko kawałeczek, 10km boczną drogą. Kawałeczek nie kawałeczek, przede mną wyrasta kolejny podjazd, na przeł. Beskid nad Radoszycami. 684m n.p.m. Po drodze dla zabawy robię sesję zdjęciową rowerka na tle umocnień z kamieni i stalowej siatki. Na przełęcz wtaczam się o godz. 19tej minut 30ci. Znowu w Ojczyźnie :) Szzzzybki i chhhłodny zjazd i ląduję w Radoszycach a potem w Komańczy. Jeszcze jeden podjazd serpentynami na coś na wzór przełęczy. Zaczyna zmierzchać. Gdzieś tu rzuca się na mnie bardzo duży piesek... Który (wraz ze swoim mniejszym kolegą) okazuję się bardzo przyjacielski :) W coraz większym chłodzie i ciemnościach zjeżdżam do Zagórza. Raczej niczym nie wyróżniająca się mieścina, od razu kieruję się więc na Sanok. W Sanoku koło 22giej. Jeszcze jedne drogie zakupy na stacji, obowiązkowa fotka koło zakładów Autosana i zmierzam na rynek. Zjadam a właściwie próbuję zjeść coś w rodzaju energy bara ale ten okazuje się tak niedobry 3/4 wywalam do kosza i zadowalam się zwykłymi wafelkami. 23.00. Pora się zbierać, do Przemyśla droga daleka. Wg mapy 68km ale to nie będzie takie zwykłe 68km ;) To będzie prawdziwy odcinek specjalny: nocny przejazd przez Góry Słonne, z tych 68 pewnie z 50 w zupełnych ciemnościach, zadupiach i z rozgwieżdżonym niebem nad głową :) No i tak właśnie było, coś niesamowitego. Oprócz gwiazd świeciły też jakieś latające robaczki, zapewne świetliki. Ciągnący się w nieskończoność podjazd na przeł. Przysłup, a to przecież tylko 620m n.p.m. Na szczycie katastrofa, rower oparty o słupek przewraca się a lampka wypina i spada kawałek w dół, w pokrzywy :D Sporo czasu zajęło wydobycie jej, przy okazji wdepnąłem w kałużę. Potem jeszcze dwa podjazdy: na ponad 500 i niecałe 500m n.p.m. Odnośnie całego tego odcinka i drugiej nocy na rowerze: nie wdając się w szczegóły to trochę niebezpieczna była jazda w stanie w jakim się wtedy znajdowałem... Trzeba coś zmienić w tego typu trasach i już wiem co. Droga strasznie się dłuży, w końcu zaczyna świtać. Po lewej ukazuje się San i poranne mgły nad nim. Niestety nie ma czasu na kontemplowanie widoków: mogę nie zdążyć na pociąg o 4.25. Trzeba dać z siebie wszystko co najlepsze! I jakoś się udało, na dworcu 10 min. przed odjazdem a do pociągu wskakuję minutę zanim ten rusza... W Krakowie koło 8mej.
Udana wycieczka, trochę przeliczyłem się tylko z czasem i szkoda że na pociąg trzeba było tak cisnąć. Mimo wszystko to był dobry, rowerowy
dzień 27 godzin ;)
Zdjęcia tutaj:
https://goo.gl/photos/31Gyq4ZAxABwUoSm7 Jak zwykle znowu nieprzebrane i niepopodpisywane... może kiedyś (na ostatnim zdjęciu jest 359km bo zsunął się magnesik i licznik kilka zgubił).
Zaliczone szczyty:
Litacz 652
Przeł. Krzyżówka 745
Przeł. Tylicka 683
Przeł. Beskid nad Radoszycami 684
Dział 603
Majkowa Góra 346
Przeł. Przysłup 620
Tyrawskie 481
Krępak 475
Spława 501
Mordownia 472
Bobowiska 428
Olszańska 381
Nowe gminy:
Podkarpackie:
Zagórz
Sanok - obszar wiejski
Sanok - teren miejski
Tyrawa Wołoska
Bircza
NACHY SREDN: 3%
NACHY MAX: 12%
WYSOK MAX: 718
1.10 - 8.00
6,813l
5 bułek z szynką, 5 bananów, 2 paczki delicji, 1,5 paczki wafelków, czekolada, kawałek energy bara
Kategoria ^ UP 4000-4999m, > km 350-399, Powrót pociągiem
L.w.o.M.
d a n e w y j a z d u
27.07 km
0.00 km teren
01:32 h
Pr.śr.:17.65 km/h
Pr.max:36.50 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: 75 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 5%
WYSOK MAX: 214
19.55 - 21.35
Serwis: czyszczenie i smarowanie napędu, podmiana łańcucha na nr 2, mycie roweru, kontrola śrub, regulacja hamulców, pompowanie opon, klejenie siodełka
Kategoria > km 010-049, Serwis
L.w.o.M.
d a n e w y j a z d u
34.73 km
0.00 km teren
01:51 h
Pr.śr.:18.77 km/h
Pr.max:43.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:152 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
NACHY SREDN: 1%
NACHY MAX: 5%
WYSOK MAX: 242
19.30 - 21.35
Kategoria > km 010-049





























