> km 400-499
| Dystans całkowity: | 17219.17 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 178:35 |
| Średnia prędkość: | 18.86 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 406.64 km/h |
| Suma podjazdów: | 40659 m |
| Liczba aktywności: | 40 |
| Średnio na aktywność: | 430.48 km i 22h 19m |
| Więcej statystyk | |
Budapest
d a n e w y j a z d u
416.77 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-7fa732b--36?u=m
(na mapie nie ma błądzenia, zwiedzania Budapesztu i końcowego odcinka Trzciana - Jabłonka - Rabka 45km)
https://photos.app.goo.gl/W5AzrhbsE9vSRF6z5
(Opis jest w trakcie poprawiania, edytowania, wstawiania linków itp. na razie dojechałem z tym do Twardoszyna)
No
to z Wielkiej Piątki Zagranicznych Celów (TM Pidzej) został już tylko Budapeszt
:) Cel postanawiam zaatakować z Rabki, podczas urlopu. Wiem że to małe
oszustwo, kilkadziesiąt km mniej niż z Krakowa. Ale wiem też że lepiej zaliczyć
stolicę Węgier z takim ułatwieniem niż nie zaliczyć w ogóle, wystartować z
Krakowa i wymięknąć gdzieś po drodze. Bo forma ostatnio coś słaba, do tej Pragi
się ledwo dowlokłem a nad Morze tydzień temu nie dotarłem… Mam swoją hipotezę
na ten temat, ale o tym może potem.
Na
razie mamy piękny, słoneczny niedzielny poranek, i wg prognoz taka stabilna,
słoneczna, upalna pogoda ma się utrzymać przez najbliższe dni. Oczywiście jakaś
zabłąkana burza może się przytrafić wszędzie i w każdej chwili, na to się nic nie
poradzi. Startuję 7.05. Na luzie zlatuję do centrum Rabki, i wciągam podjazd na
dawną
krzyżówkę Zakopianki z krajówką na Chyżne. Wszystko się tu zmieniło - niebezpieczne i ruchliwe niegdyś skrzyżowanie świeci pustkami a ekspresowa Zakopianka
poprowadzona jest obok, z węzłem drogowym. DK7 na
Chyżne szybko zaczyna piąć się do góry, szybko wzrasta też temperatura. Jest
8-9 rano a już niezły skwar. Natomiast to czego się obawiałem, czyli forma,
wydaje się OK. Zresztą już dojazd do Rabki, te 70km w piątek wieczorem poszedł gładko i
przyjemnie, czułem moc w nogach. Moc czuję i dziś, będzie dobrze :) Docieram na przeł. Spytkowicką, oddzielającą Gorce od Beskidu Żywieckiego. Charakterystyczne miejsce, z
parkingiem dla TIRów, gdzie z jednej strony rozpościera się piękny widok na
Babią Górę, a z drugiej strony strony, w lesie,stoją trzy charakterystyczne
maszty. Po podjeździe, co oczywiste, następuje zjazd a potem trochę bardziej
płaskie km po Orawskiej równinie. Po mej lewej stronie piękne widoki na
Tatry,
a dalej w prawo – na niższe, słowackie pasma górskie. Babia też oczywiście ciągle obecna. Na granicy, na
charakterystycznym, położonym w dolinie przejściu granicznym Chyżne – Trstena
melduję się o godz. 10. Robię dłuższą pauzę w starej, drewnianej
wiacie/przystanku, którą zaszczycił swym
podpisem niejeden już turysta ;) Mój nos atakuje tu niesamowity zapach starego, przepalonego
Słońcem drewna. Sam bym się podpisał ale nie wziąłem nic do pisania a ryć w drewnie mi się nie chce. Wciągam kanapki
z wiejską kiełbasą, energetyczne żelki z Deca, smaruję się kremem z filtrem i
pełen sił i dobrych myśli jestem gotów na podbój słowackiej, a potem i
węgierskiej ziemi :) Gładkość i przyjemność pierwszych km po drugiej stronie
granicy mąci nieco remont mostu w Trzcianie. A właściwie to brak mostu w
Trzcianie, bo remont jest naprawdę konkretny. Jest co prawda jakiś objazd, ale
obawiam się że może on prowadzić ekspresówką. Znajduję za to nieopodal ukrytą w
zaroślach pomarańczową
kładeczkę. W Trzcianie ze 3 szybkie fotki i lecę dalej. Na tankszteli
między Trzcianą a Twardoszynem robię zakupy. Co prawda na Słowacji w niedzielę
część marketów jest otwarta, plus mam 2,5kg łańcuch żeby przypiąć rower ale
jakoś nie mam głowy do tańszych zakupów w normalnych sklepach. Kupuję na
stacjach, bo tak jest szybciej. Nie kupuję przecież na stacjach codziennie
żebym musiał się tym przejmować. Chwila moment i jest Twardoszyn. Tu zajeżdżam
nieco w głąb miasteczka, na rynek/plac. Ten skąpany w cieniu wielkich, starych
topoli wygląda bardzo efektownie. Za miastem zaczyna się typowy słowacki
„interior”, czyli skąpane w zieleni, górzyste odludzia z rzadka tylko
zurbanizowane małymi miasteczkami czy pojedynczymi zakładami przemysłowymi.
Sielanki i radości z trasy nie zakłócają podejrzanie wyglądające chmury za
plecami - bo jadę dokładnie w drugą stronę :) Po ~20 km wijącej się doliną
rzeki Oravy drogi na horyzoncie wyłania się bardzo charakterystyczny obiekt.
Przyklejony do strzelistej skały, wznoszący się ponad 100m nad lustrem rzeki
Zamek w Orawskim Podzamczu. Zawsze to piszę, napiszę i tym razem: mój number
one, jeśli chodzi o zamki (te które widziałem na żywo). Zawsze robię sobie pod
nim też zdjęcie,
zdjęcie jest i tym razem. (fajnie łydy wyszły – a nic nie było
napinane, pozowane ;) ). Jadę dalej i odliczam km do kolejnego checkpointu –
Dolnego Kubina. W tle towarzyszy mi piękny widok na - jeśli się nie mylę -
Wielki Chocz. Ponad 1600m szczyt. Przed Kubinem kolejny po przeł. Spytkowickiej
konkretniejszy podjazd. Który pomimo kosmicznego upału mnie tylko cieszy, bo
moc w nogach czuję potężną :) Nie ma śladu po słabościach sprzed 2-3 tygodni.
Do centrum Kubina nie zjeżdżam, bo nie po drodze. Lecę od razu główną szosą na
Rozumberok. Kolejny Slovnafcik, kolejne zakupy. Staram się popełnić często
popełnianego w CZ/SK błędu – pominięciu możliwości zakupów, i potem wleczeniu
się na odcięciu/odwodnieniu przez XX km. D. Kubin i Twardoszyn również
rozdzielone są przełęczą. Tu to już jest konkretna patelnia :)
Wyprzedzam paru
wystrojonych co najmniej jak na TdF zawodników na lekkich szoskach, nieziemsko
jednak zamulających, wręcz fioletowych z wysiłku. Niby nie ma się czym chwalić,
bo prostu trafiłem na słabszych kólarzy – ale jednak takie sytuacje podnoszą
morale, pewność siebie, wiarę w powodzenie całego przedsięwzięcia - dotarcie do
Budapesztu. Niczym nie wyróżniający się, żadnym ciekawym obiektem ani nawet
tablicą
szczyt, i szybki zjazd do Rozumberoka. Tu zahaczam o centrum,
starówkę, bo akurat jest po drodze. Wciągam lody, zwiedzam przejazdem
przedmieścia, i dalej, na Bańską Bystrzycę. I to właśnie między Rozumberokiem a
Bańską jest najfajniejszy „odcinek specjalny” tej trasy. Przeprawa niemal 1000m
przeł. Donovaly. Tu również nie popełniam błędu, i robię zakupy na „
Ostatniej stacji benzynowej przed przełęczy Donovaly”. Nie chcę po drodze umrzeć z
pragnienia. Nie chcę przesadzać ale ten najcięższy podjazd znów wchodzi lekko,
przyjemnie i z uśmiechem na twarzy. Częściowo jest to zasługa dobrej
dyspozycji, częściowo nie popełnianiu błędu polegającego na nie jedzeniu/nie
piciu, a częściowo tego, że droga idzie doliną potoku. Z którego to bije
przyjemny chłód, las daje przyjemny cień a całości dopełnia lekko pogarszająca
się pogoda, i coraz bardziej zachmurzone niebo. Na chwilę nawet zaczęło kropić,
wygląda mi to ogólnie na nadciągającą burzę. Droga w końcu wyjeżdża z doliny potoku, więc znów żar leje się z nieba. Przydrożna tablica mówi o 3,5km
pozostałych do jakiejś karczmy na Donovalach, więc i tyle podjazdu mi zostało.
Odliczam więc te pozostałe km, aż za którymś zakrętem wyłaniają się zabudowania
i turystyczna
infrastruktura na przełęczy. W tym dwie fajne kładki nad drogą,
to chyba takie dla narciarzy? Żeby zimą mogli sobie przejechać na nartach z
jednego stoku na drugi? W każdym razie kojarzy mi się to z jakimiś alpejskimi
kurortami narciarskimi. Wreszcie z pociemniałego nieba na zachodzie dochodzą
grzmoty. Trzeba spadać. Szybka tylko fotka przy tablicy, i zaczyna się.
Alpejski
zjazd ;) Nigdy nie byłem w Alpach ale podejrzewam że tam jest tak jak
tu, tylko że bardziej. Albo bardziej bardziej. Fotek ze zjazdu brak, nie potrafiłem przerwać tej
rowerowej ekstazy. Zrobiłem za to filmik ze zjazdu, z niego wytnę jakiś kadr.
O, proszę:
jest. Sam zjazd opisać słowami jest ciężko. Po prostu kwintesencja radości, jaką daje
jazda rowerem po górach. Nie wiem jaki xmax, licznik nawala i przy >60km/h
dzieją się cuda, gubi impulsy i prędkość skacze: 63-34-29-55 km/h… Przez to
pewnie też zjadł trochę dystansu tutaj, i na innych, szybkich zjazdach również :/ W każdym razie przypuszczam że
70km/h to tutaj było, i to lekutko. Ciekawostką ze zjazdu jest rampa ucieczkowa
dla samochodów, którym nawaliły hamulce. Poza tym co chwila swąd palonych
klocków od mijanych aut. Zjazd ciągnie się i ciągnie, coraz to bardziej
oczywiście wypłaszczając się. Można przyjąć że liczył on prawie 20km. Po tym
20km teleporcie rzecz jasna po burzy nie ma śladu, została daleko w tyle. W
palącym znów Słońcu docieram do „
Mesta Olimpijskuych Vitazow” - Bańskiej
Bystrzycy. Efektownym węzłem drogowym wjeżdżam do centrum. Na znanym mi już, podłużnym
rynku dominują ciekawa, zarośnięta mchem fontanna oraz obelisk z gwiazdą, ku
chwale naszych Towarzyszy ze wschodu ;) Na Słowacji ustawy dekomunizacyjnej to
chyba nie mają, całe mnóstwo jest tu tego typu pamiątek poprzedniego ustroju.
A im dalej na wschód Słowacji – tym więcej czerwonych gwiazd, sierpów, i młotów ;) Jest po 19tej, czyli wieczór. Zmywam
więc z siebie kilka nałożonych przez cały dzień warstw kremu z flitrem, w nocy
nie będzie potrzebny. I mam ogromną ochotę na coś jednocześnie niesłodkiego i
ciepłego. Na razie oprócz tony słodyczy i napojów gazowanych jadłem tylko
trochę niesłodkiego i nieciepłego. Punktów gastronomicznych mnóstwo ale nic
ciekawego nie znajduję. A to za duża kolejka, a to trzeba wchodzić do środka, a
to za eleganckie, a to nie mają tego co chcę. Nieważne, jeszcze nie rzygam
słodyczą, jeszcze trochę dam radę. Odwiedzam efektowną jak na
kilkudziesięcio-tys. miasto dzielnicę handlowo-biznesową,ze 100m
wieżowcem, ogólnie lśniącą nowością i
ładnie odpicowaną. W zachodzącym Słońcu opuszczam tę mieścinę. Jeszcze jedne,
słodkie zakupy, tym razem na Lukoil-u. Zawsze myślałem że ten LUKoil to coś z
Łukaszenką związane i Białorusią :D Teraz wreszcie sprawdziłem, okazuje się że
to sieć stacji benzynowych wielkiego rosyjskiego koncernu paliwowego ;) Główna
szosa łącząca Bańską ze Zwoleniem to ekspresówka. Muszę więc skorzystać z
objazdu bocznymi drogami. Wspinają się one na
wzgórze ponad miastem, potem
przekraczają ekspresówkę wiaduktem. Ciekawostkę, czyli niewielkie
lotnisko pod
Zwoleniem mijam już po zmroku. W coraz bardziej ciemniejącym niebie zdołam
jednak dostrzec coraz bardziej niepokojące chmury.
Chmury burzowe po prostu.
Centralnie tam gdzie jadę, czyli na południu. Na razie staram się tym jednak
nie przejmować. Cieszę się z kolejnego osiągniętego checkpointu: Zvolenia.
Dochodzi 22ga. Na rynku gwar i śmiechy, jakaś impreza, film wyświetlany na
dużym ekranie itp. itd. Wreszcie lokalizuję ciekawą pizzerię, kupuję 5 wielkich
kawałków różnych pizz. Zjadam tylko 3,5, część z tego była za ostra jak dla
mnie. Foto pod obciachowym
napisem do selfiaczków, i wychodzę na ostatnią
prostą. Ostatnią prostą przed węgierską granicą. Drogą nr 66 na Sahy. 70km do
granicy, potem drugie 70km i Budapeszt! Naprawdę sprawnie i przyjemnie to
idzie. Przynajmniej na razie. Bo po wjeździe na szosę na Sahy, zaczyna się
błyskać na horyzoncie. Coraz to bardziej, i bardziej
błyskać. Sprawdzam neta i
radar burzowy nie pozostawia złudzeń: przede mną jest burza. Aktualnie jedna
jedyna burza na całej Słowacji, akurat tutaj… Na razie same błyski, grzmotów nie
słychać, więc póki co jadę. Jest bardzo ciepło, 20’C w górach w środku nocy!
Taktykę na tą burzę mam taką: postój w większej miejscowości, rozeznanie
sytuacji, ciśnięcię do następnej miejscowości, znowu rozeznanie, odpoczynek, i
tak na zmianę. Zaliczam w ten sposób Dobrą Nivę i Babiny. Do błysków dochodzą
grzmoty, znaczy się jest coraz bliżej. Między Babinami a większą miejscowością
– Krupiną zaczyna się mokra szosa. Jest to wbrew pozorom jeden z lepszych
scenariuszy. Bo jeśli nie wjeżdżam w deszcz a na mokrą drogę, to znaczy że tu
już padało, i poszło gdzie indziej, w inną stronę. Nie zmierza to na mnie, w
najgorszym wypadku tą burzę gonię. Teoretycznie wystarczy nie jechać za szybko,
i tego armageddonu nie dogonię. Ale i tak się trochę boję. Rozpalona upałem
i schłodzona ulewą szosa efektownie paruje. Jest
Krupina. Albo jakiś
Azerbejdżan, Afganistan, Tadżykistan?! No dosłownie syf, kiła i mogiła. Pełna
zalanych wodą kolein i kraterów, zasypana piachem i tonąca w ciemnościach
zgaszonych latarni droga ;) Toczę się po tym czymś bardzo powoli, czasem to
wręcz wolę skorzystać z chodnika. Mam 25mm 100% slicki, więc o glebę na czymś
takim nietrudno. Można też zostać efektownie ochlapanym przez przejeżdżającą
ciężarówkę. Do tego tylny hamulec jakby przestał działać, zapewne za sprawą
zachlapanej wodą zmieszaną ze smarem z łańcucha obręczy. Szczęśliwie udaje mi
się tutaj nie zabić. W międzyczasie burza oddala się – grzmoty cichną, a błyski
są coraz mniej intensywne. Tak jak przewidywałem, poszło sobie. Mogę w spokoju
ciągnąć pozostałe do granicy kilometry. Ulewa musiała być konkretna, kawałem za
miastem w przydrożnych rowach
woda na styk, a nawet na jezdnię podchodzi! Jest
grubo po północy, do Sahów mniej niż 30km. Senności ani śladu, ciągle trzyma
mnie przy życiu kofeina plus entuzjazm długiej trasy. Po drodze są jeszcze
Dudince, ale nic z tej miejscowości nie zapamiętałem. Pamiętam tylko wielkie
zbiorniki z czymś tam, ale to już chyba Sahy. W Sahach pierwszy drogowskaz na Budapest :) Kurs od razu na (dawne) przejście graniczne. „Magyarorszag 1km”.
Emocje sięgają zenitu :)
Węgierską
ziemię zdobywam o godz. 4.00. Ciągle ciemno, noce coraz dłuższe. „
Family Friendly Zone” - głosi biała tablica, ten mniejszy niewyraźny na zdjęciu napisik. Czyli tak jak w PL ;) Nieśmiało rzuca się w oczy to co z pełną mocą
uderzy potem – może nie bieda, ale węgierski nieład i nieporządek. Na razie w
postaci lichego asfaltu szosy, z niespodziankami w postaci nie dziur a po
prostu kraterów ;) Nie byle jakiej szosy - głównej, krajowej drogi nr 2 /
korytarza transeuropejskiego E77! Na plus natomiast że nie dostrzegłem tu
zjawiska często opisywanego w necie: wszechobecnych na głównych drogach zakazów
dla rowerów (które podobno i tak wszyscy, włącznie z Policją mają w dupie). W
ogóle żadnego znaku z zakazem dla rowerów na Węgrzech nie znalazłem. Pod tym
względem więc jazda bezstresowa, nie licząc nielicznych, krótkich odcinków
ścieżek rowerowych niemal ciągle na legalu. Natomiast stresował nieco ruch na
tej trasie. Ciężarówka za ciężarówką, i tak będzie przez całe 70km do
Budapesztu. Główna trasa, no i jest już poniedziałkowy świt. Świt, który łapie
mnie na jednym ze
wzgórz. Tak – wzgórz. Podobno Węgry takie płaskie i równinne,
ale na pewno nie tutaj. Tutaj jak na Słowacji – góra za górą, podjazd za
podjazdem i zjazd za zjazdem. Krajówka bez asfaltowego pobocza ale na szczęście
na podjazdach przechodzi w dwa pasy pod górę więc nie tamuję ruchu. No a zjazdy
to tak 70km/h ;) Noc przetrwałem ale na jednym z pierwszych wzgórz senność
łapie mnie już konkretna. Wynajduję więc
ławeczkę w ustronnym miejscu,
przypinam rower łańcuchem, zakładam ciemne okulary i urządzam krótkie, 5-min
drzemki, w łącznie sumie ok. 45 minut. Lepsze są jednak wiaty autobusowe niż
same ławeczki. Bo można oprzeć głowę o szybę/blachę z tyłu. Bez tego w momencie
usypiania głowa opada – do przodu lub do tyłu. Teraz mi tak poleciała w tył, że
aż coś zakuło w szyi :D Chyba znak że trzeba ruszać dalej. Coraz więcej
śmiesznych, nic nie mówiących, węgierskich napisów, coraz bardziej gorąco,
coraz większy ruch, coraz konkretniejsze podjazdy/zjazdy, i coraz więcej
słonecznikowych łanów – słonecznik to chyba jeden z symboli Węgier. Tak w
skrócie można opisać kolejne km po węgierskiej ziemi. Węgry to dla mnie
egzotyka – przed tą trasą dwa razy tylko przekroczyłem węgierską granicę, i za
każdym razem raptem kilka km zrobiłem tylko po drugiej stronie. Teraz całą tą
egzotykę chłonę wszystkimi zmysłami. Za którymś z kolei, najwyższym chyba
szczytem, i najszybszym chyba zjazdem jest wreszcie
Vac. Jedyne większe miasto
przed stolicą. Przejadę przez centrum, obwodnica to chyba ekspresówka. Jeszcze
tylko efektowny widok na jakieś zakłady
przemysłowe, i jestem w dole, w Vac. No
i tu się zaczyna to o czym pisałem – ten cały Węgierski nieład. Tu nie ma
asfaltu. Na Węgrzech zjawisko "asfaltu" nie występuje. Tu jest
chropowata, pełna kraterów skorupa złożona z różnych gatunków
i różnej faktury, gradacji asfaltu, betonu, poszatkowana szczelinami i
pęknięciami z których wyrastają chwasty :D Widziałem podobne rzeczy na Słowacji
ale tu jest po prostu bardziej, dużo bardziej. Ten nieład, burdel nie dotyczy
rzecz jasna tylko nawierzchni dróg. To jest wokół, to jest wszędzie. To jest
zarówno w zardzewiałych latarniach pamiętających zapewne poprzedni ustrój, to
jest w chodnikach zasypanych suchymi liśćmi sprzed roku (bo skąd suche liście w
lecie?). To jest w
blokowiskach – które w 2020 roku wyglądają tak samo jak je
socjalistyczne ręce pół wieku temu zbudowały – nie ma żadnej termomodernizacji itp.
itd. Ale i tak bardzo mi się to podoba – to jest po prostu tak brzydkie że aż
ładne ;) A przeszkadza tylko
jakość jakoś nawierzchni. No a co do
samego Vac, to jest to zabytkowe miasteczko położone nad brzegiem rzeki. No właśnie rzeki. Nad brzegiem Dunaju :) Nie mogąc się doczekać widoku na rzekę nie czekam na
Budapeszt, nad
Dunaj zajeżdżam już tutaj. Widok na samą rzekę przyćmiewa inny
fajny widok – wieeelki
prom! Zabiera nawet ciężarówki – ciągnik z naczepą czeka
na wjazd. Takim wielkim to jeszcze nie płynąłem, muszę skorzystać. Promem na
drugi brzeg Dunaju, potem inną, trzycyfrową drogą na Budapeszt. Taki mam plan.
Brakuje mi tylko gotówki – forintów. Nie zdążyłem skołować przed wyjazdem. Nie
wiem czy można płacić kartą, ale chyba nie zapowiada się na to. Szukam
więc bankomatu. Objeżdżam kilka ulic zanim znajduję. Po złodziejskim zapewne
kursie wypłacam 19000 forintów (jedna z proponowanych kwot, dziwna trochę). To
będzie ponad 200zł pewnie - na wszelki wypadek, jakbym np. bilet za pociąg
musiał za gotówkę kupować. Na prom się spóźniam, jakąś minutę… 9.01 jest.
Odpływa. Może
trzeba było zaryzykować i kartą spróbować zapłacić? Albo euro? No nic, trudno,
prom innym razem. Następny o 10.00, godziny czekał nie będę. Jadę dalej jedną
stroną Dunaju. Chwilowo nie główną szosą, a jakąś ścieżką rowerową, która z
bulwaru wchodzi w szuwary i zarośla, lasy doliny rzeki. Byłaby całkiem
przyjemna, bo okoliczności przyrody są tu piękne – alejka tonie w zieleni, i co
chwila mija wielkie, pomnikowe drzewa. Tylko ten asfalt… Co kawałek uskok,
wyrwa, dziura. Do tego nie idzie najkrótszą drogą a kluczy, zakręca, wije się
pośród tej nadrzecznej doliny. Tak że po kilku km odpuszczam temat ścieżki rowerowej i wracam na ruchliwą
„dwójkę”. I nie w cieniu szuwarów, a w palącym Słońcu. Mijam miasteczko o
ciekawej nazwie „God” ;) Ze 20km jeszcze, zależy jak liczyć. Jak do granic
stolicy to może i tylko 10, jak do Parlamentu – może i być ze 30. Budapeszt to
wielkie, niemal 2-mln miasto, podobnie jak Wiedeń czy Wawa. W każdym razie
zaczyna iść opornie, muszę coś zjeść, odpocząć i przebrać się w czyste ciuchy.
Robię kolejne, słodkie zakupy na OMVce (plus wielka paczka mokrych chusteczek,
których mi bardzo brakowało). Siadam na ławeczce w cieniu, i w ciągu pół
godziny ogarniam się na tyle, że dalsza jazda znów jest przyjemna. Kolejnych
parę upalnych km, noooo i jeeeest :D Anno Domino 2020, sierpnia dzień dziesiąty,
godzina 11 minut 21. BUDAPEST ZDOBYTY!! 28h od wyjazdu, na liczniku nie
pamiętam ile km, ale pewnie ze 340. Toczę się dalej dziurawą szosą a kierowcy
coraz to częściej zaczynają trąbić, coś jest na rzeczy. No tak – ścieżka rowerowa. Po drugiej stronie jezdni więc chyba (?) nie muszę nią jechać, ale co
tam, poświęcę się, dla dobra ludzkości. Jestem tak szczęśliwy, że w niczym mi to nie przeszkadza. W
ogóle nic mi teraz nie przeszkadza. No, może mąci trochę umysł temat powrotu
pociągiem. Pociągiem wrócić z Budapesztu do Rabki, owszem, da się. Tylko że ten
pociąg jechał by przez Słowację, Zwardoń, Katowice, Kraków :D I tych pociągów
było by z 5, i jechałyby całą dobę. Plan powrotu mam więc taki:
1) vlak Budapest Nyugati >
Bratislava hl. st. (międzynarodowy)
2) vlak Bratislava hl. st. >
Kralovany (jakby Intercity)
3) vlak Kralovany > Trstena (regio)
4) ~45km rowerem Trstena >
Rabka
Gdzie punkt 2), 3) jak i 4) ;) to
nie problem, słowackie pociagi mam opanowane. Niewiadomą jest pkt 1). Chwila
grzebania na stronce ZSSK (koleje Słowackie) i już wiem że biletu przez tel. na
ten pociąg nie kupię – międzynarodowy. Próbuję przez stronkę węgierską
MAV-START, ale to jest z góry skazane na niepowodzenie – szybko odpuszczam.
Bilet muszę więc kupić w kasie. W związku z tym pierwszy cel jaki obieram to
dworzec. Budapest NYUGATI. Wg GPSa kilkanaście km. Kilkanaście km, w trakcie
których podziwiam i chłonę cały ten węgierski pierdolnik, o którym wspominałem
;) Bo w Budapeszcie to samo, nic się nie zmieniło ani w kwestii nawierzchni ani
w innych tematach. Piękne, lśniące biurowce kontrastują z zasyfionymi, zarośniętymi chodnikami i zapadniętymi na 10cm studzienkami na jezdni. Na zabytkowym,
kamiennym murze odnajduję zabytkowe źródełko. Skwapliwie z niego korzystam
myjąc włosy. Na szczęście wziąłem grzebień. Z innych ciekawostek to port/stocznia (?) na Dunaju. Jeszcze parę km tego rozgardiaszu i jest centrum. Jest i
NYUGATI. Próbuję kupić bilety. Główna hala jest w remoncie. Na zewnątrz ze 20
automatów biletowych, ale w nich biletu zagranicznego kupić się nie da.
Znajduję wejście do remontowanej hali, ale w pomieszczeniu jakaś zbiórka krwi
czy coś?! Albo test na koronę? Kto to wie :D Błądzę po przejściach podziemnych
w poszukiwaniu kas. Kasy są ale to chyba są kasy metra, nie kolejowe…
Węgierskie napisy niewiela mi mówią, tłumaczę w googlach co jest co :D No nie
powiem, jest lekki strach jak stąd wrócę. Tzn. mam plan B: z Budapesztu dociągnąć
kilkadziesiąt km do Słowackiej granicy, stamtąd z jakiegoś miasteczka
pociągiem/pociągami do Bratysławy, i potem pkt 2), 3) i 4) bez zmian. Wychodzę
na powierzchnię. Obchodzę halę dookoła i lokalizuję inne, boczne wejście.
Korytarzem docieram do niewielkiej, czynnej poczekalni i 4 czynnych kas. Uff. W
notatniku na telefonie napisałem po ang/hung. jaki bilet na jaki pociąg
potrzebuję. Z jednego okienka odsyłają mnie do drugiego, międzynarodowego. Za
~4000 forintów kupuję bilet ale coś mi w nim nie pasuje. Do trzeciego okienka odsyłam się więc sam. Tam siedzi kompetentniejszy od starszej Pani młodszy Pan
i dokoptowuje mi do ogólnego biletu na pociąg miejscówkę i bilet na rower. Za
+1700 forintów. Chyba jestem w domu :) Ale na 100% i tak nie jestem pewien czy to
jest właściwy bilet. Tylko tak na 90%. Napisy na biletach są po węgiersku i po
niemiecku... W razie czego można chyba dokupić w pociągu jakby czegoś brakowało?
W każdym razie bilet jakiś mam, a jak mam zły to nie celowo, tylko wskutek
pomyłki. Z godzinę straciłem na te bilety, jadę zwiedzać miasto. Zdjęć dworca nie zrobiłem, byłem zbyt pochłonięty tematem biletu. Zrobię jak będę kończył zwiedzanie. Cele typu must
see mam dwa, no może trzy:
1) Parlament :)
2) Most Łańcuchowy
3) Dunaj – ale to się zobaczy przy
okazji.
Nie jest daleko z dworca do Parlamentu,
szybko go więc lokalizuję. No i jest :O Okazały i odpicowany jest nie tylko sam
gmach ale i jego otoczenie – plac i najbliższe ulice. Jakże odmienne od
typowego węgierskiego pierdolnika ;) Kilka pozowanych fotek. Podczas
poszukiwania słynnego Mostu docieram nad Dunaj. Imponująca panorama miasta, Most Łańcuchowy też już widzę. Oprócz tego kilka solidnych statków
wycieczkowych. Bulwar – typowo węgierski, piaszczysto – żwirowa wydeptana
ścieżka. Zabytkowym mostem przeprawiam się na drugi brzeg. „Łańcuchy”
przypominają trochę ogólną konstrukcją, budową, łańcuch rowerowy. Płaskowniki
pospinane wielkimi sworzniami. Robię jakieś tam fotki. Ale jest taki upał, że
mam wrażenie że jeszcze 5 minut dłużej na tym Słońcu i zejdę na zawał, albo na
wylew. I nie będzie wpisu na BS, i nikt się nie dowie że zdobyłem Budapest :o Plan mam więc taki, że jeszcze jedna (tytułowa) fotka Parlamentu, z drugiego brzegu
Dunaju i chowam się w zacienionych wielkimi gmachami uliczkach. I szukam czegoś
do picia (zimnego) i do jedzenia (ciepłego, NIESŁODKIEGO). Robię fotkę, i z
cieniem sprawa jest prosta, znajdzie się. Wielkich gmachów i ciasnych uliczek w Budapeszcie pod dostatkiem. Jedzenie też znajdę ale trochę
później. Ze zwiedzania zaliczam jeszcze dwa inne, niezabytkowe już mosty oraz
wyspę na Dunaju. Wyspę – park, pełną fotnann, placów zabaw i innych atrakcji.
Np. takich pięknych, okazałych platanów. Z nietypowym pokrojem pnia –
rozgałęzionym tuż przy ziemi. Jeszcze trochę jakichś tam fotek, wiele z nich w
trakcie jazdy, bez zatrzymywania się. I jadę na dworzec, ogarnąć jedzenie,
odpocząć i odszukać właściwy peron. W
przejściu podziemnym kupuję pizzę. „ONLI KESZ” - mówi dziewczyna. Czyli sprzydały się forinty i tak :)
I z powrotem na dworcu. Godzina czasu ponad, ale mam dość atrakcji, muszę
odpocząć. Peron odnajduję, a pozostały czas poświęcam na podziwianie
węgierskiego pierdolnika, tym razem na dworcu. Więc może jeszcze kilka zdań na
ten temat. Budapest Nyugai to podobno jeden z 3 dużych dworców w stolicy.
Rozplanowany w ciekawym układzie – nie
przelotowy, tylko końcowy, ze ślepymi torami. Główna hala w remoncie, więc
ocena jej mogłaby być nieobiektywna. Ale. Na przykład: zadaszenie peronów. Część peronów
przykryta nowoczesnym, stalowo – szklanym zadaszeniem. Inne ze starymi,
granatowo-żółtymi wiatami pamiętającymi czasy Breżniewa. Jeszcze inne przykryte
obleśną, betonową płytą piętrowego parkingu. A pozostałe perony pod gołym niebem, nie
przykryte niczym :D Ławki: w 3 wzorach. Stare, odrapane, drewniane granatowe
ławy. Nowoczesne, ze stali nierdzewnej, bez oparć. Zestaw uzupełniają ozdobne,
stalowo-drewniane, jakby przyniesione z parku :D Itp. itd. długo można by
wymieniać. Zdjęcia tylko częściowo to oddają, tam trzeba być i zobaczyć na własne
oczy. O pięknie węgierskich Kobiet pisać chyba nie trzeba, każdy wie. Na takich
właśnie obserwacjach, rozkminkach i dywagacjach mija mi czas do odjazdu
pociągu. No dobra, ostatnia sytuacja – maszynista zdejmujący koszulę, i z gołą
klatą prowadzący lokomotywę :D (Maszynista tego pociągu co jadę, Budapeszt –
Bratysława – Praga). Bez problemów odnajduję wagon i miejsce, przynajmniej dla
siebie. Z rowerem coś jest nie tak, ale nie do końca wiem co. Konduktor próbuje
mi coś wyjaśnić ale ang. u Niego słaby. Na razie przestawiam rower na inny
stojak, który oznaczony jest numerem fotela który zajmuję. W czasie kontroli
biletów dowiem się ocb – to jest pociąg w którym rower jest pod nadzorem
konduktora, obok jego przedziału, a jeden z 4 biletów które mam wkłada się w
szprychy koła, przez co wiadomo do kogo ten rower należy i kto go może wynieść
z pociągu. Ale jak i tak nie ufam Węgrom, i przypinam rower 2,5kg Oxfordem ;)
Podróż mija przyjemnie, pociąg wysokiej klasy, z klimatyzacją, wifi, kiblem większym
niż łazienka w moim mieszkaniu, a miejsce mam chyba w 1szej klasie – 3 fotele
w rzędzie, nie 4. Zaczyna padać deszcz ale teraz to już se może. Przez tel.
kupuję bezproblemowo bilet na pozostałe dwa, słowackie pociągu (16 EUR). W
Bratysławie z niewielkim opóźnieniem, po 20tej. Kolejny pociąg przed 23, mam
więc ponad 2h na przejażdżkę. Zwiedzam centrum, przyglądając się gwarowi i
nocnemu życiu stolicy. Tłukę się po brukach starówki, podziwiam Nowy Most.
Wciągam hotdoga, frytki (hranulky), kupuję zapasy na dalszą drogę. I z powrotem wspinam się na stację - hlavna stanica
jest na wzgórzu. Drugi pociąg to międzymiastowy Bratysława – Humenne. Czyli
taki jadący łukiem przez całą Słowację, z zachodu na wschód. Jest już noc, a
mnie zaczyna morzyć senność. Sporo pospałem w tym pociągu. Przed Kralovanami miałem budzik
ustawiony. W Kralovanach po 2 w nocy. Ostatni vlak, do Trzciany o 3.40. Mam
więc ponad godzinę na zwiedzanie. Tylko nie bardzo jest co zwiedzać ;)
Kralovany to zatopiona w ciemnych, słowackich zadupiach wieś. Jedyną rzeczą
jakiej można by zrobić tu zdjęcie to ładnie iluminowany kościółek. Poza tym
najciekawszy to chyba jest budynek dworca. Z automatami z gorącymi napojami ;)
Noc chłodna. No i ostatni vlak jest bardzo ciekawy. Mały, przynajmniej z
zewnątrz, 2-osiowy, stary wagon motorowy. Mnóstwo tego wciąż jeździ po CZ/SK.
Już nim w ub. roku jechałem, też w nocy, i pamiętam jak klimatyczna jest to
podróż :) Toczenie się małym spalinowym wagonikiem, pośród ciemnych słowackich
zadupi. Tu też usnąłem. Obudził mnie świt, gdy zbliżałem się już do Trzciany. W Trzcianie koło 5.30. W miarę więc wyspany i zdatny do dalszej jazdy chłodnym
porankiem wyruszam na ostatnią prostą, ~45km krajówką do Rabki. Objazd
rozkopanego mostu tym razem inną, niebieską kładeczką. Chyżne, Jabłonka, nawet
szły te km, odpocząłem w pociągach. W Jabłonce pauza, a gdzieś w Spytkowicach
jednak drzemka na przystanku. Nie chciałem więcej kofeiny przyjmować. Na
kwaterze w Rabce po 9tej.
Ostatni,
Piąty Cel z Wielkiej Piątki Zagranicznych Celów (TM Pidzej) zaliczony :) Nie
przeszkodziły mi burze, mocy nie zabrakło. Urzekł mnie uroczy Słowiański
nieład, pierdolnik Budapesztu jak i całej Węgierskiej krainy. Tak jak Słowacja,
tylko że bardziej :) A Węgry wcale nie są płaskie. Przynajmniej nie północne
Węgry. Północne Węgry to jak południowa Słowacja, czyli po prostu góry.
7.05 (ndz) - 9.15 (wt)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709 x2
Wielka Fatra (SK):
Sedlo Donovaly 950
Kategoria ! Wycieczka Sezonu 2020 (dwie), > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2020
Toruń
d a n e w y j a z d u
472.16 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:30.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/7THbJWPWd8CfWFNg7
https://www.alltrails.com/explore/map/26-28-06-202...
7.35 (pt) - 11.45 (ndz)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Konin
d a n e w y j a z d u
406.51 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. (wróbel = Konin, gołąb = Poznań). Potem napiszę kilka zdań.
EDIT: Albo i nie napiszę. Bo jest grudzień i dalej nic tu nie ma :D
https://www.alltrails.com/explore/map/map-f8417d0--20?u=md
https://photos.app.goo.gl/eSHHccrKo8uMUHQ86
8.35 (sb) - 00.35 (pon)
Nowe gminy: 7
Wielkopolskie: 7
Grabów nad Prosną
Sieroszowice
Nowe Skalmierzyce
Żerków
Czermin
Zagórków
Rzgów
Kategoria Powrót pociągiem, > km 400-499
Kraków - Warszawa, za biegiem Wisły
d a n e w y j a z d u
417.32 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-d1359f9--16?u=m
https://photos.app.goo.gl/uZNCjLqJs1Lpfsxy8
No i gdzie by tu jechać. Od pewnego czasu kołacze mi się w
głowie chytry plan dotarcia nad Morze. Jest jednak pewien problem, z pogodą
mianowicie. Nie chce się ona zgrać, tak żeby w okolicach weekendu
(pt/sb/ndz/pon) przez min. 2 dni z rzędu było ciepło i słonecznie w całym
kraju. Widząc klarującą się mniej więcej prognozę na najbliższe dni - ładnie w
pt/sb (nie dotyczy wybrzeża), w ndz deszcz, biorę na piątek wolne i ruszam z
jakimś lżejszym tematem. Taka Warszawa dłuższą drogą wydaje się być w sam raz
:) Tzn. teraz dopiero zauważyłem że tak ładnie mi się ta trasa ułożyła wzdłuż
Wisły, bo przed wyjazdem plan kończył się na Sandomierzu. A potem się zobaczy.
:). Zapomniałbym – ta trasa to też test nowych kół. Jest mi bardzo wstyd, ale
po 10 zaplecionych własnoręcznie kołach, i ze 100tys. km na nich zrobionych tym
razem kupiłem gotowce… Koła do szosówki, słoneczka, 11rz bębenki, wylajtowane
obręcze itp. itd. to dla mnie jednak za wysokie progi. Ja specjalizuję się w
32/36 szprychach, 3/4 krzyżach, i topornych kołach do MTB/turystyki. A co
kupiłem? Jeden z podstawowych zestawów z Daveo, full DT Swiss, 24/28h, w
najpancerniejszej wersji z limitem 100kg. Wczoraj zrobiłem już 2km rundkę po
osiedlu. Wszystko gra i bucy. I KURRRRRRWAAA TERRRRRRRKOCZEEE. BĘBENEK. No tak,
zapomniałem że wszystkie pro piasty tak mają, i że ludziom się to podobno podoba…
A ja lubię cichutkie Shimano. Zobaczymy co to będzie… Czy dam radę z tym żyć…
Startuję porą dość leniwą, bo dopiero przed 9tą. Nie ma
pośpiechu - cała (deszczowa) niedziela w zapasie na powrót PKP. Raz dwa
przelatuję Bieżanów, Rybitwy, Most Wandy, mijam spalarnię i ląduję na mojej
ulubionej Sandomierce :) Duży ruch na szosie przypomina mi że dziś piątek. Ale
im dalej za miasto tym robi się luźniej, kończą się też remonty/światła, i
jedzie się fajnie. Bardzo lubię te pierwsze kilometry zaraz po opuszczeniu krakowskiej
aglomeracji. Szosa wspina się tu wysoko. I jest piękna panorama: na pierwszym
planie przedzielone miedzami i zagajnikami pola uprawne (żółciutkiego rzepaczku
niestety coraz mniej). Plan drugi to meandrująca nisko, w korycie, pośród
zieleni Wisła. A na planie trzecim – niebieskie grzbiety Beskidów. Te niższe,
ciemniejsze to zapewne Pogórza: Wiśnickie i Rożnowskie. Jaśniejsze, wyższe to
Beskid Wyspowy. Wiele z tych szczytów mam zaliczonych – Mogielica, Łopień,
Jaworz, długo by wymieniać… Są w tabelce obok, na blogu :D Ile to tras, ile
przygód, wspomnień, wylanego potu, ile gleb ;) Wracając na trasę: mijam skąpane
w promieniach Słońca New Brzesko zaraz potem Koszyce, chwila moment, i
opuszczam rodzime województwo, a zaczynam Świętokrzyskie. Szybka fotka w
Opatowcu, a doglądnięcie budowy mostu w New Korczynie to sprawa obowiązkowa. Zresztą
nie ja jeden się tu zatrzymuję żeby popatrzeć. No most fajny, tylko tego promu
trochę żal… Przeprawy promowe to są jednak klimaty. To jest piękny, stały element
pejzażu tych wszystkich wiejskich zadupi. Pierwsza setka zajmuje mi 5h 45min co
jest dla mnie czasem bardzo dobrym. A co z piastą? Tj. bębenkiem? Nie wyrabiam,
to terkotanie jest wkurwiające, dołujące, frustrujące. Grr… Jak to kiedyś na
jakimś forum rowerowym przeczytałem o tego typu piastach: „czy to się podoba
komuś starszemu niż 8-letnie dzieci?!”. Doraźnie, na tą chwilę rozwiązania znalazłem
dwa:
1) non stop pedałować.
2) słuchać radia.
Wybieram to drugie, słuchawki niemal bez przerwy w uszach,
wyjmuję tylko jak lecą reklamy Media Expert ;) (Ciekawe czy tylko ja tak mam?).
A na dłuższą metę, docelowo, wyjścia widzę trzy:
1) Może się wyrobi i będzie ciszej terkotał?
2)Mocniej przesmarować.
3)Wymienić piastę na Shimano.
Pkt 3) to rzecz jasna ostateczność. Liczę na to że połączone
pkt. 1) i 2) załatwią sprawę.
Standardowe zakupy w Połańcu wzbogacam niestandardowo o
lody. Osiek natomiast tonie. Tonie w różowych kwiatach kasztanowców ;) Pioseneczka ;) Zalew Kałuża w Koprzywnicy bez zmian, wody nie przybyło. Km szybko mijają, mijam sady
owocowe Samborca, na horyzoncie majaczy już komin huty szkła w Sandomierzu. Koło
19tej melduję się na miejscu. Oczywistym jest że będąc w Sandomierzu wypada
odwiedzić słynną starówkę, z rynkiem na czele, ale już drugi raz pod rząd mi
się to nie udało. Dwa tygodnie temu jakoś bardziej zainteresowałem się
bulwarami. Tym razem zaś źle skręciłem i wjechałem nie na to wzgórze co trzeba.
Zamiast rynku znalazłem za to Biedronkę, w której zrobiłem tanie zakupy. (Nie
boję się zakupów w trochę większych sklepach, odkąd wożę ze sobą 2,5kg Oxforda
;) ). Koniec końców z tego pięknego miasteczka wyjeżdżam z dwoma tylko
zdjęciami: wzgórza zamkowego, i losowego ronda, z wielkimi donicami pośrodku. Nie
chce mi się już zawracać, wskakuję na Route 777. Właściwie to na Sandomierzu
kończył mi się plan trasy. 777 poleciałem jakoś tak odruchowo, zawsze jak jadę
na Lublin to w nią skręcam. Po paru km zatrzymuję się, i zerkam na GPSa.
Właściwie to droga na Warszawę to tak bardziej DK79, przez Ożarów, Lipsko,
Zwoleń i Kozienice. Ale jak już tak skręciłem to tak jadę, nie będę zmieniał
kursu. Na razie kierunek: Annopol. Prom w Zawichoście pływa tylko do 20tej,
zresztą 2 tyg. temu nim płynąłem. Zapada zmrok, a o tym że zbliżam się do
długachnego mostu świadczą migające czerwonymi lampami pylony linii WN na
Wisłą. To jest taki jeden z uroków jazdy nocą – wypatrywanie wysokich,
migających na czerwono obiektów, które są niczym latarnie morskie. Tak jak
marynarzom dodają otuchy i świadczą o docieraniu do bezpiecznego portu, tak zagubionym
w czeluściach nocy zmęczonym kolarzom mówią że to już, że to już prawie, że
cel, że takie albo inne miasto już niedaleko. Przekraczam mostem Wisłę, i
zarazem granicę województwa – zaczynamy Lubelskie :) Jeśli mam zamiar dotrzeć do
tej Warszawy, to w Annopolu wybór musi być jeden: DW 824. I tak też jadę. W chłodnych
mrokach nocy łykam koleje km lubelskich pustkowi. Józefów nad Wisłą – raczej
dziura, Opole Lub. – nieco większe, ale tez niewyróżniające się miasto. Słynny
Kazimierz Dolny omijam – nie chce mi się nadkładać km. I tak już mało sprawnie
idzie ta jazda. Spać się nie chce (nie pozwala tykający bębenek!), ale sporo
bezsensownych odpoczynków, zamułek. A że noc krótka, szybko wita mnie świt. Niewielka
tych km nocą zrobiłem ;) Jakoś raźniej się teraz jedzie. Wielkie instalacje
przy drodze na pierwszy rzut oka przypominają jakieś anteny HAARP ;) Ale to
chyba tylko stelaże pod groch/fasolę/inne rośliny pnące. Przejeżdżam przez
Janowiec, i kusi trochę drogowskaz na prom. Drżąc o nowiutkie koła tłukę się
kilkaset metrów po betonowych płytach z wielkimi szparami i wystającym
zbrojeniem. Spośród dziwnie nisko i szybko płynących, lecących wręcz nad doliną
mgieł (?!?!) wyłania się ów prom. Ale nie wiem czy to to pływa. Piszą żeby
zatrąbić lub błysnąć światłami jeśli się chce zaokrętować. Yyyy, nieważne,
zawracam, szkoda czasu, i pieniędzy. Jadę za drogą, na Puławy. Kawałek dalej z przydrożnego
rowu wyłania się wielka skała. Która gdy podjeżdżam bliżej okazuję się być w rzeczywistości wielkim pniem zwalonej/ściętej topoli. Ze dwa metry średnicy może mieć. Myślę
sobie że fajnie było by wejść na górę, i zrobić zdjęcie. Żeby była jakaś skala,
odniesienie, ukazujące ogrom tego drzewa. Nie jest to łatwe, ale udaje mi się
wspiąć po spękanej, porośniętej odrostami korze. I jest tytułowe zdjęcie :)
Ciekawe co myśleli przejeżdżający ludzie :D Jakbym spadł w stronę łąki to mogło
by być nieciekawie, bo tam jest skarpa i łącznie ze 4m do spadania nawet. A
zdjęcie to właściwie nie jest zdjęcie, tylko klatka wycięta z filmiku z telefonu
przypiętego do kierownicy. Inaczej nie dało rady tego ogarnąć. Kończę z
dziwnymi pomysłami i docieram wreszcie do Puław. Miasto wita mnie oryginalnym billboardem. Tyle fotek z miasta. Szkoda czasu na Puławy, Stolica czeka na
zwiedzanie :) Aha – w Puławach rozwiązuje się zagadka wspomnianej dziwnej,
szybko lecącej „mgły”. Ów mgła to dym wydobywający się z komina zakładów
azotowych ;) Z jakiegoś powodu nie lecący wysoko ku górze, tylko opadający, i
płożący się doliną rzeki. Albo para wodna, zachowująca się w taki dziwny
sposób. Z Puław początkowo planowałem technicznymi wzdłuż S17 przez Ryki,
Garwolin. Lub na drugą stronę Wisły, i DK79 przez Kozienice, Magnuszew, Górę
Kalwarię. Pierwszy wariant szybko odpadł gdy dokładniej sprawdziłem mapę i
okazało się że ta ekspresówka to chyba ciągle w budowie jeszcze. A przy okazji odkryłem
jeszcze trzecią, ciekawą opcję: DW801 przez Dęblin, Wilgę, Otwock. Jako że S17
rozkopana, DK79 już jechałem a DW801 jeszcze nie, wybór mógł być tylko jeden. I
okazał się strzałem w 10. Droga wiedzie malowniczą doliną Wisły. Sosnowe lasy z
suchą, piaszczystą ściółką, i opadające stromo w koryto rzeki skarpy. Trochę
jak nad morzem. Nawet tablice są że to „Obszar chronionego krajobrazu doliny
Wisły”, nie dziwota, ładnie tu. W przerwach między drzewami panorama na rzekę.
Do tego co kawałek różnej maści pomniki, obeliski - pamiątki toczonych na linii
Wisły licznych bitew. Przekraczam Wieprz - rzekę o nieuroczej może nazwie, ale
kolejnym pięknym krajobrazie rzecznej doliny. Jest Dęblin. Miasteczko kojarzące
mi się z wojskowo-lotniczymi sprawami. Jakieś koszary/wojskowe jednostki
faktycznie są, do tego zatłoczony targ. I tyle z Dęblina, Wawa czeka. Przed
południem wreszcie łapie mnie senność. Odnajduję przystanek w odludnej okolicy,
mała drzemka, i znów jestem zdatny do jazdy. W Tyrzynie jakaś
impreza/zgromadzenie/święto – czy to na pewno legalne w obecnej sytuacji epidemiologicznej? O tym
że jestem na wysokości usytuowanej na przeciwległym brzegu Wisły wielkiej kozienickiej
elektrowni świadczą kolejne imponujące, wysokie pylony linii energetycznych
przekraczających tu rzekę. Samą elektrownie też coś tam w oddali widać, ale
zapomniałem zrobić zdjęcia. Najciekawszy zaś pomnik to właściwie mały parczek
nad brzegiem rzeki. Z obeliskiem, i trzema wojennymi eksponatami – działami, haubicami, jak zwał tak zwał. Wszystko to zaniedbane, opuszczone trochę. Przypomina
mi to klimaty wschodniej Słowacji. Tam dużo takich wojennych pamiątek jest
(tyle że tam na pomnikach zamiast orła jest czerwona gwiazda – ku chwale
przyjaciół ze wschodu ;) ). Kolejny kryzys, tym razem odcina mnie, brak picia
jak i jedzenia. A jak na złość okolice ciągle odludne. Tzn. była jakiś tam
Orlen czy Lotos był ale wiadomo że na stacjach drogo, chcę do sklepu zwykłego
dociągnąć. Potem tego żałowałem. Sklep wreszcie jest, w Wildze, kolejnym dziurzastym
miasteczku. Dużo ciastek, dużo coli, dużo drożdżówek, dużo wszystkiego. Dużo za
dużo, bo mnie brzuch zaczął boleć. Potem znowu senność, znowu przystanek, znowu
drzemka. Zbieram wreszcie siły i do tej Warszawy chcę dociągnąć, bo tempo mam
iście emeryckie. Zbieraniu sił i szybszej jeździe sprzyja droga. Nie jest już w
ogóle widokowa, rzeka znikła gdzieś w oddali, wokół tylko monotonia: pola i
zarośla. Czasem dla odmiany zarośla i pola. Podobno przejeżdżam przez Otwock, ale jakoś tego nie zauważam, bo
wokół pola i zarośla. Zaczyna się ścieżka rowerowa, na szczęście nawet znośna. Kończą
się pola i zarośla, zaczynają zarośla i lasy. O 16.50 jest długo oczekiwana
tablica: WARSZAWA :) Gdy po raz pierwszy dotarłem do tablicy z napisałem WARSZAWA,
w sierpniu 2014 roku, to to był prawdziwy rowerowy orgazm :) A teraz to cóż.
Warszawa to Warszawa. No nawet spoko że jestem, pozwiedzam sobie. A rowerowe
orgazmy to ja teraz przeżywam gdy widzę tablice z napisem „WIEN” lub „BERLIN”
;) Pociąg o 20, mam więc 3 godzinki. Akurat żeby dłuższą drogą dojechać na
dworzec. Ciągnącą się i ciągnącą dwupasmówką (Wał Miedzeszyński) docieram
wreszcie do pierwszego mostu. Czego jak czego, ale Warszawa to mostów ma mało,
raptem 8 naliczyłem (drogowych). W 2,5 raza mniejszym Krakowie jest ich 11.
(Talk, wiem, w Krk Wisła ma śmieszną szerokość, więc i mosty mogą być śmieszne ;) ).
Za to widok z mostu skyline jest po prostu niesamowity. Że jedyny taki w
Polsce to wiadome. Ale podobno także jeden z najlepszych skylinów w skali całej
Europy! Pozwiedzałem przejazdem jeszcze Mokotów i Śródmieście, ciesząc oczy
tymi wszystkimi drapaczami chmur, szerokimi alejami, ogólnym rozmachem tego
wielkiego miasta. Chyba jakiś proteścik się szykuje, bo dziesiątki radiowozów migają
niebieskimi lampkami. Zajechałem jeszcze pod pomnik Nieznanego Żołnierza (warta
honorowa w maseczkach), i zaczęło kropić. W sam raz, pociąg za pół godziny.
Wracam TLK z moim ulubionym, wypasionym wagonem rowerowym (przerobionym ze
starego wagonu pocztowego). Też jakieś trzy ultrasy ze mną wracały ;) Tylko
takie z trochę wyższej ligi. Nie zagadywałem, ale podsłyszałem kilka słów
rozmowy, i przewijało się tam ultra, jakaś Francja, Czechy, Bałkany itp. I takie
słowa: „średnia 32,4, no nie najgorzej, z 32,5 spadło”. 32,5 średnia z Krk do
Wawy, na przejeździe przez miasto Im do 32,4 spadło. Ja tak to rozumiem, bo tym
pociągiem tak samo jak ja do Krk wracali. Nie mam pytań :D Z malutkimi
podsiodłówkami jechali, nie z wielką sakwą wypchaną bagażem (i bez 2,5kg
łańcuchów). Pociąg cały czas jedzie w deszczu, w Krk też mocno pada.
Przeciekające, zniszczone ubranie p/deszcz przypomina że czas najwyższy kupić
nowe. W domu po północy. Cała niedziela przede mną, można wyspać jak człowiek
przed pracą.
Udana wycieczka, Warszawa zawsze spoko. Dopiero po powrocie,
jak narysowałem mapkę widzę jak fajnie ułożyła mi się ta trasa – jechałem za
biegiem Wisły :) Tylko ten bębenek, grr… Mam na półce oryginalny, Shimanowski
smar do bębenków i nie zawaham się go użyć!
8.50 (pt) - 00.35 (ndz)
Nowe gminy: 8
Lubelskie: 2
Dęblin
Stężyca
Mazowieckie: 6
Maciejowice
Wilga
Sobienie-Jeziory
Karczew
Otwock
Józefów
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Przemyśl Plus
d a n e w y j a z d u
403.27 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-bf2fe65--12?u=m
https://photos.app.goo.gl/4temsrXra1Hi9ury8
Wstęp do relacji będzie nieco tragiczny. Tylne koło w stanie
agonii. Mnóstwo pęknięć wokół za mocno naciągniętych szprych od strony napędu. Najkoszmarniejszy
przypadek przedstawiony na obrazku. Tu nypel/kapsel jest po prostu wyrwany z
obręczy. Zalałem to miejsce żywicą epoksydową, ale to chyba pudrowanie trupa.
Ta szprycha i tak już nie przenosi żadnej siły, to jest koło de facto
31-szprychowe. Oczywiście jest kilku mm bicie boczne, nie do skorygowania bez
tej szprychy. To już jest śmierć techniczna. Ale jechać trzeba. Mając w głowie nieciekawe
wizje prowadzenia roweru, hamowania w górach samym przednim hamulcem i inne
straszne scenariusze trasę zaplanowałem lekko tylko pagórkowatą, i wzdłuż linii
kolejowej. Krajową czwóreczką: Tarnów -> Rzeszów -> Przemyśl.
Wyruszam leniwie, o 8-mej rano w sobotę. Sprawnie łykam
kolejne hopki pagórkowatej szosy. Cieszę oczy pięknymi okolicznościami przyrody
(żółte łany rzepaku). I robię fotki co ciekawszych pojazdów stojących na
placach przy drodze. W sumie to z tym kołem nawet nie jest tak źle. Obraca się,
jest okrągłe, i w jednej całości. Hamulec coś tam hamuje - wyregulowałem
szerzej szczęki, tak że nic nie obciera. W Brzesku nachodzi mnie więc myśl że
może dojadę na tym kole górami do Przemyśla? Przez Jasło, Krosno und Sanok?
Waham się tylko chwilę, i obieram DK75 na New Sącz :) Słońce przygrzewa coraz
bardziej. Na pauzie w Gnojniku aplikuję więc wreszcie pierwszy raz krem z
filtrem. Kawałek dalej zaczynają się pierwsze podjazdy i ogólnie górskie
klimaty. Urwiste, zabezpieczone siatką i murami oporowymi zbocza gór, do
których przylega szosa. Podjazd na Just (375 m n.p.m.), i fajny zjazd serpentynami. No i
szerokie panoramy na jeziora: Czchowskie i Rożnowskie. W New Sącz o 14. Kilka
szybkich fotek zamku (ruin), fabryki Korala, jakiegoś tam ronda. Z tym N.
Sączem to jest ciekawa sprawa tak nawiasem mówiąc. Czytałem jakiś czas temu
artykuł o rynku pracy w tejże mieścinie. W skrócie: pracy podobno pod
dostatkiem, każdy pracę ma lub może mieć, jeśli tylko chce. Z tym że jest to
praca za minimalną krajową lub niewiele wyższą pensję. Jest trzech lokalnych
miliarderów: Koralowie (lody, wiadomo), Wiśniowscy (bramy, ogrodzenia) i
jeszcze jakaś trzecia wielka firma, nazwy nie pomnę. I pomiędzy nimi zmowa
płacowa. Jeśli komuś się nie uda wyrwać z tej dziury do normalnego miasta typu
Kraków, to wegetuje tu za śmieszne pieniądze. Podobno też jest jakieś lobby,
które blokuje budowę szybkiego połączenia z Krakowem: drogi ekspresowej i
łącznika/reaktywacji linii kolejowej. Można by wtedy mieszkać w N. Sączu i
dojeżdżać do lepszej pracy w Krk. Nie wiem ile w tym prawdy, tak gdzieś kiedyś czytałem.
Wyjeżdżam DK28, do Przemyśla dwie stówy :) Znalazłem fajne miejsce na
odpoczynek, nad rzeczką. Z atrakcją w postaci brodu, kilku cm głębokości. Jest
też mostek, ale na drugą stronę przejechałem przez wodę. Bo co to za frajda tak po
prostu po mostku? Ze dwa cięższe podjazdy, i docieram do Grybowa. Miasteczka z górującym
nad rynkiem wielkim kościołem. Następne w kolejności są Gorlice. Takie bardziej przemysłowe klimaty. Na takich właśnie przemysłowych przedmieściach
obfotografowuję dokładnie ciekawą, zabytkową maszynę (na zdjęciu tytułowym). Tabliczki znamionowe
mówią, iż jest to: „Żuraw przewoźny udarowy do 300 (800?) metrów SMFM-41”. W
każdym coś z górnictwem nafty i gazu związane, na Podkarpaciu ten przemysł był
(jest?) dobrze rozwinięty. Na rynek w Gorlicach nie zajeżdżam, nie chce mi się.
Zamiast tego robię zdjęcie innego żurawia, samochodowego. Trochę nowszego, ale
dalej zabytkowego. Chyba w ciągłym użyciu :) Biecz i Jasło mijam tranzytem. W
Krośnie już po zachodzie Słońca. W Biedrze robię większe zakupy przed nocną
jazdą, z trudem dopinam sakwę. Miejsce Piastowe i Rymanów to jedyne większe
miejscowości na ostatnich km dzielących mnie od Sanoka. Zdjęć z nich brak, bo
ciemno i nic nie widać. Po drodze miał miejsce mały incydent, drugi taki w tym
sezonie. Idąc się wysikać poślizgnąłem się i upadłem na plecy na trawiastej
skarpie ;) W Sanoku po północy. Tym razem trochę sobie pozwiedzałem: wjechałem
na parkowe wzgórze a potem wprowadziłem/wniosłem rower na kopiec na szczycie. Budzę
niemały podziw tubylców (Ale z jakiego powodu? Przecież nie wiedzieli że z Krk
jadę). Oraz przy okazji całkiem przemaczam w rosie buty ;) Do tego jeszcze jakaś tam starówka, rynek itp. I wyjeżdżam na odcinek
specjalny, tj. nocny przejazd DK28 Sanok – Przemyśl :) 70km odcinek, z którego
z 50km to wijąca się serpentynami i wspinająca na przełęcze droga przez
odludzia Gór Słonnych i Gór Sanocko-Turczańskich. Góry może nie jakieś wysokie,
kilkaset m n.p.m. mają najwyższe przełęcze ale da się tam zmęczyć. Nie muszę
chyba dodawać, jak fajnie się tu śmiga nocą. Pustą szosą przez czarne, ciche
lasy pod rozgwieżdżonym niebem. Z tym że ta noc to powoli się niestety kończy
już. Tak że przed połową tego „OSa" łapie mnie świt. W Birczy natomiast –
łapie senność. Na szczęście mega wypasiony przystanek znalazłem, wielkości
małego domu! Poranny chłód trochę uprzykrzał drzemkę, ale jakoś dało radę. Obok
chyba spał „busiarz” w dostawczaku, w „kurniku” nad kabiną. Skąd wiem? Bo za
kierownicą nikt nie siedział. A na chwilę sam załączył się, a potem wyłączył
jakiś silniczek – zapewne od Webasto. Za dnia jest tu może trochę mniej
klimatycznie, ale plusem są widoki na te całe góry. W uszach jak zazwyczaj
RMFik. Normalna muzyka, nie jakieś smęty dla starych dziadków. Co pół godzinki
koronawiadomości, do tego ciekawe audycje mają, np. „Sceny zbrodni”. Teraz
akurat coś o zamachu terrorystycznym w Oklahoma City idzie, też ciekawe sprawy.
Jedyny minus to frustrujące, nachalne reklamy Media Expert ale zawsze można
wyjąć słuchawki z uszu na tą chwilę. Jeszcze jedna drzemka, na innym przystanku
okazuje się być potrzebna. Z ciekawszych obiektów trafia się platforma
widokowa. Jest tablica z panoramką, można sobie rozszyfrować szczyty
otaczających gór. Ze wskazań zegara słonecznego nici (zachmurzenie), z mapy gwiazdozbiorów tym bardziej – noc się skończyła. Zjazd w dolinę Sanu, i koło 10-tej
jest Przemyśl. Na liczniku 310km. Przede mną cała niedziela. Koło też całe.
Oczywistym jest zatem że na Przemyślu się nie skończy. Byłem tu nie raz, zwiedzanie
ograniczam tylko do przejazdu bulwarami Sanu. Wzgórze z masztem, i fajnym
kilkunasto-% podjazdem dziś wypada z planu. Nowym celem jest Rzeszów, i 400+. Zamiast
jechać krajówką przez Jarosław przypomniała mi się ciekawa alternatywa, droga
którą nigdy nie jechałem: DW881 przez Pruchnik, Kańczugę. Po kilku km krajówki
tam też skręcam. W skrócie: ten ponad 50km odcinek do Łańcuta to tłuczenie się
po dziurach przez urokliwe, podkarpackie zadupia. Są wzgórze przykryte łanami
żółtego rzepaku. Są instalacje przesyłowe gazu (?). Są obsadzone starymi
drzewami aleje. Są też zbierające się coraz ciemniejsze chmury. Do Pruchnika
jeszcze dojechałem suchy. Ale między Pruchnikiem a Kańczugą lunęło. W ostatniej
chwili dociągnąłem do przystanku, po kilku km jazdy przez otwarte pola. Z 45min
czekałem zanim się uspokoi. W międzyczasie doglądnąłem zniszczeń w tylnym kole.
Dotknąłem palcem feralnego miejsca i odpadł kawałek felgi :D To co odpadło
schowałem do kieszeni na pamiątkę, luźną szprychę owinąłem wokół innej. Odpaliłem
neta w tel. i wznowiłem rozważania w temacie kół nad którymi się waham. Gdy
sytuacja pogodowa się uspokoiła ruszyłem dalej. Dziurawą niczym ser
szwajcarski, pełną kałuż, błyszczącą w blasku Słońca mokrą szosą. Za Kańczugą
stan nawierzchni diametralnie się poprawia, asfalt jest gładziutki. Mijam niesamowicie wyglądającą miejscówkę – fermę wiatrową. Jak gdzieś zagranicą
normalnie, ilość i wielkość wiatraków robią wrażenie. Zawsze widziałem te
turbiny z daleka, gdy jechałem krajówką na Przemyśl. A teraz przejeżdżam przez centrum
tej atrakcji. Pozostałe do Rzeszowa km to już walka z czasem. Żeby zdążyć na
ostatni pociąg. Przez Łańcut tylko przelatuję, zero zdjęć. Końcówka to orka jak
na złość pod wiatr, jak na złość zbliżającej się kolejnej burzy, jak na złość
po rozkopanej, remontowanej krajówce. Zdążam z ok. pół godzinnym zapasem. Nie
lubię się tak spieszyć. Bo jak np. bym złapał kapcia, to ten zapas mógłby być
już tylko 10-min. Powrót do Krk komfortowym, pustym (korona) ICkiem. Z trasy
mam pamiątkę – czerwony odblask. Taki co jest montowany na stalowych barierach
przy szosie. Nie urywałem ;) Leżał na drodze gdzieś na tych serpentynach między
Sanokiem a Przemyślem. A nuż się kiedyś sprzyda?
Udana trasa, koło wytrzymało, pogoda też. No i trening też
niezły wyszedł, bo większość z tych 400km to góry lub pagórki jak by nie
patrzeć.
7.55 (sb) - 21.55 (ndz)
Nowe gminy: 5
Podkarpackie: 5
Rokietnica
Roźwienica
Próchnik
Kańczuga
Markowa
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
Przeł. Św. Justa 375
Pogórze Przemyskie:
Tyrawskie 481
Krępak 475
Spława 501
Mordownia 472
Bobowiska 428
Olszańska 381
Góry Sanocko-Turczańskie:
Majkowa Góra 346
Przeł. Przysłup 620
Tyrawskie 481
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Lublin Plus
d a n e w y j a z d u
451.42 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-b7d3550-...
https://photos.app.goo.gl/LGWhdszYkdj9eiUs5
Kwarantannę czas kończyć. Wszystko odmrażają, otwierają,
odtegowują… Odmrażam się i ja, po dwóch miesiącach krótszych (ale za to b.
regularnych) tripów wkoło komina, po Małopolsce. Ostatnia grubsza akcja to
300ka, też do Lublina, 12 marca. Trzeba robić formę żeby nad Morze dojechać :)
Wyruszam sobotnim, ciepłym rankiem, w głowie mając ogólny tylko zarys trasy. Na
pewno nocka w trasie, na pewno powrót w niedzielę. Może coś mniej więcej śladem
mojej pierwszej 500-ki z 2017 roku? Sandomierką na Sandomierz, potem Route 19
na Lublin. A potem się zobaczy. Może pętla z powrotem do Krajowa, może do
Rzeszowa/Tarnowa i powrót PKP? Ale czy te pociągi to już bezpieczne? Czy to już
można? A może nie powinno się? Fajnie by było żeby to 500+ było. Ale jak nie
będzie to też nic się nie stanie.
Pierwsze kilometry krajowej 79ki z małymi, remontowymi
utrudnieniami. Po kilku km remontów i industrialnych klimatów kombinatu w Nowej Hucie zaczyna się płynna, przyjemna jazda po gładkiej tafli
asfaltu, pośród brązowych, zielonych i żółtych dywanów pól okrywających skąpane
w Słońcu pagórki. (żółte to rzepaczek, jasna sprawa). No po prostu bajka :) Wszystkimi
zmysłami chłonę frajdę rozpoczynającej się kolejnej trasy, kolejnej rowerowej
przygody. Podczas korona zakazów jeździłem dużo nocą WTRką po drugiej stronie
Wisły (trasą rowerową po wale rzeki). Z nadzieją patrzyłem wtedy na świecące wysoko, na przeciwległym brzegu sodowe latarnie Sandomierki. Dziś tą Sandomierką
znowu jadę :) Natomiast z coraz większym
niepokojem przyglądam się stanowi tylnego koła. Nie jest dobrze. Coraz więcej
pęknięć wokół nypli od strony napędowej. Zdjęcie przedstawia najtragiczniejsze
miejsce, gdzie nypel jest już wyrwany. To żadna kraksa, po prostu tak to koło
rok temu zaplotłem, pęknięcia dostrzegłem niedawno. Przeciągnąłem szprychy od
strony napędu. 10 kół zaplotłem w mojej karierze mechanika rowerowego, i to
pierwsze które mi naprawdę nie wyszło. Bębenek pod 11rz, kosmiczna różnica w
kątach szprych, z DS idą prawie pionowo… Co za tym idzie kosmiczne różnice w
naciągu… Nie wiedziałem jak mocno naciągnąć DS., żeby nie było za mocno, i żeby
jednocześnie NDS nie była za luźno… Temat nowych kół spędza mi ostatnio sen z
powiek. Kół, nie koła, bo obydwie obręcze i tak już są mocno wytarte. Tylko kilkanaście
kkm te koła wytrzymały. Jeszcze nie wiem czy będę znowu samemu coś psuł, czy może po
prostu kupię gotowce. Nie jestem pewien ma to jakiś wpływ na korona – bezpieczeństwo
ale na wszelki wypadek nie zatrzymuję się w mijanych miasteczkach. Na
pewno ma to natomiast wpływ na sprawność jazdy – mniej odpoczynków, mniej
zdjęć, mniej zwiedzania ryneczków, mniej tracenia czasu. Jedyny skok w bok to
tylko doglądnięcie budowy mostu w Nowym Korczynie. Ani się obejrzałem a na liczniku 60km i niebieska tablica
Woj. Świętokrzyskiego. W Świętokrzyskim rządzi PO, tego typu informacja
widnieje na każdym mijanym przystanku ;) Przejeżdżając pod LHSem tym razem na
żaden skład ciągnięty przez tandem Gagarów niestety się nie załapuję. Radio w
telefonie odbiera tak sobie, zwykle słucham więc najlepiej odbierającej stacji.
Tzn. najlepiej zwykle odbiera Radio Maryja… I program 1szy, 2gi (3ci?)
Polskiego Radia. Maryja - wiadomo, odpada. Jedynka, dwójka itd. też. To są
radiostacje dla starych, smutnych, nudnych ludzi. A ja stary na pewno nie
jestem, smutny – w tej chwili też na pewno nie, a czy nudny to nie wiem.
Zazwyczaj kończy się na RMFie/Radiu ZET. Ale teraz znalazłem ciekawą
alternatywę – Radio, uwaga: „LELIWA”. Regionalna jakaś rozgłośnia, Tarnobrzeg,
Mielec, Stalowa Wola. Ch.j wi co to znaczy… Ta cała „Leliwa”. W każdym razie odbiór
dobry, muzyka spoko, a nazwa radiostacji śmieszna, podoba mi się. (teraz
sprawdziłem: Wikipedia: „Leliwa (Leliwczyk, Leliwita) – polski herb szlachecki,
noszący zawołanie Leliwa”. Ok, nie miałem prawa tego wiedzieć, nie znam się na
herbach szlacheckich. Bardziej obstawiałem coś z Wisłą :D Po południu mam już
dość słodkiego jedzenia. Pora na nie słodkie :) Jak Turystyczna to tylko od Krakusa,
nie jakieś podrabiańce. Królewskie to danie pałaszuję z widokiem na zale… yyy…
Na kałużę ;) Kałużę w Koprzywnicy. Na razie takie „morze” musi mi wystarczyć,
ale to prawdziwe Morze też będzie, kwestia czasu. W Sandomierzu o 19tej. Na
starówki, zamki szkoda mi czasu, dla odmiany zrobię tylko małą rundkę po
bulwarach. Z widokiem na most i hutę szkła na przeciwległym brzegu. Za długo tu
nie zabawiam, spieszę się na prom w Zawichoście. Zamiast przez most w Annopolu.
Dla odmiany, no i dla skrótu. Drogą o uroczym numerku 777 cisnę ile wlezie, nie
wiem do której przeprawa czynna. Jestem na miejscu ok. 20.15, od tubylców ma
przystani dowiaduję się że o 20 kończy kursować... Pan promowy łódką właśnie
dobija do brzegu. Zagaduję i za stosowną dopłatą robi extra kurs :) Tym
sposobem zaoszczędziłem 16km (lub niecałą godzinę jazdy). No i, co nie bez
znaczenia - promem się przepłynąłem. Lubię pływać promami, to są klimaty. W
zapadającym zmroku tłukę się płytową drogą, i staram nie rozwalić tylnego koła.
Oraz siebie, bo prawie wyglebiłem na jednej szparze zasypanej piachem. Potem
skrót drogą o równie podłej jakości, co ciekawe oznaczonej jako wojewódzka. Z
ulgą wskakuję z powrotem na gładką krajówkę. Jest już noc. Ciepła, pogodna,
bardzo przyjemna noc. Przed Kraśnikiem grubszy (jak na Lubelskie) podjazd, na
którym z wytęsknieniem wypatruję czerwonych świateł masztu. Często na podjazdach
wypatruję takich masztów, bo one zwiastują koniec wspinaczki, stoją na
szczycie. Sam Kraśnik nieco w dole, i tu już sporo chłodniej. Do tego stopnia
że przebieram się w długie ubrania. Standardowa fotka pod ceglaną bramą ze
słynnym napisem, i w drogę, Lublin czeka. Km zaczynają się dłużyć. LELIWA
nadaje coraz słabiej, w końcu przełączam na RMFik, coś o koronie posłuchać. Jest
charakterystyczny, iluminowany wiadukt w Wilkołazie. Wreszcie jest i upragniony
znak drogi ekspresowej, który wieszczy dotarcie do przedmieść Lublina :) Tzn.
ekspresówką jechał oczywiście nie będę (to kosztuje 250zł), tylko boczną,
równoległą drogą. Po prostu pamiętam ten znak, i zawsze go wyczekuję. Pomimo że
dopiero wpół do czwartej, niebo zaczyna już jaśnieć. Lublin zwiedzam więc we
wstającym powoli dniu. Samo zwiedzanie to nie jakieś szeroko zakrojone, ot Ogród
Saski, Plac Litewski, Zamek. Chyba tyle. Bo ambitny plan machnięcia pierwszej
pięćsetki ciągle aktualny. No, jeszcze Zalew Zemborzycki na południu miasta
można zaliczyć jeszcze jako zwiedzanie. Wędkarze już działają, całe mnóstwo ich
tutaj. Tu wreszcie łapie mnie senność, i w przyjemnie grzejących promieniach
Słońca robię ze 45minut drzemki na ławeczce. Leniwie zbieram się do dalszej
drogi. No ale jakiej drogi? Trzeba podjąć jakieś decyzje. Z powrotem do Krk
chyba jednak odpada. Wracając drugą stroną Wisły wyszło by z 600km :) Nawet
wracając po śladzie, Sandomierką: 550… Jakoś bym pewnie dał radę ale w domu bym
był w pon. rano, a do pracy trzeba. Zresztą w planie była jedna nocka, a nie
dwie, jeszcze bez takich hardcorów. Do Tarnowa niecałe 500, z tym że nie zdążę
na ostatni pociąg, po 22. Zostaje Rzeszów, +-430,440km. Dwa ostatnie Regio do
Krk o 17.50 i 20.15. I chyba na tym się skończy, nici z 500+. Może się ew.
dokręci po Krakowie. W każdym razie na razie po śladzie do Kraśnika. Niby po
śladzie, ale to jednak nie ta sama droga co w nocy. To piękne pejzaże
Lubelszczyzny, żółte łany rzepaku, szpalery przydrożnych topoli, zapach
koszonych traw, no i cała ta niesamowita świeżość majowej zieleni, to piękno
budzącej się życia przyrody. Taka piosenka mi się przypomniała ;) Tylko
ciągnąca się równolegle całymi dziesiątkami km budowa S19 mąci nieco tę
sielankę, ale przecież niedziela, wszystkie wielkie kopary i wywrotki grzecznie
śpią. Z Kraśnika dalej 19ką, droga na Rzeszów jest jedna. Już wiem, że końcówka
będzie pod wiatr. W połączeniu z najbardziej pagórkowatym odcinkiem trasy i
zmęczeniem sprawi to, że trzeba będzie się sprężać żeby nawet na ten drugi
pociąg zdążyć. Z ciekawszych akcentów to nietypowa ozdoba w ogródku, i wiejski
przystanek, pełny miłosnych wyznań i innych mądrości. No po prostu cudo :) Drugi
atak senności i drugie ~45 minut drzemki na przystanku. I 45 minut w plecy.
Jest bardzo ciepło. Z większych miasteczek mijam Janów Lub. i Nisko, ale nawet
zdjęcia tam nie zrobię, nie ma czasu. Km dłużą się, czasu coraz mniej. Raz po
raz przeliczam w pamięci km i godziny. Wychodzi że zdążę. Ale nie lubię tak,
nie lubię tak się śpieszyć. To jest jedna z trzech najbardziej wkurzających dla
mnie rzeczy w trasie: deszcz, senność i właśnie pośpiech. Sokołów Młp. Do
Rzeszowa tak blisko a tak daleko. Wkurwiający wiatr i hopki na trasie. Jest
Jasionka, znaczy się lotnisko pod Rzeszowem. A raczej nad, bo tak na wzgórzu
jakby. W końcu tablica z upragnioną nazwą miasta i dwupasmówka do centrum.
Jedna, druga trzecia przelotówka, trochę ścieżkami, trochę po buspasach no i
jakoś zdążam. 20 minut do odjazdu, bilet kupiony przez telefon. Nie jest to
dużo te 20 minut. Jakbym złapał kapcia to mógłbym być np. 2 minuty przed
odjazdem. Albo też 2 minuty po… Regio z przesiadką w Tarnowie. Nakręcam tam
kilka km, szukam jakiejś budy z ciepłym żarciem ale gdzie tam, koronawirus
wszystko pozamykał. W Krakowie 23.30, w domu 00.30.
Udana wycieczka, 500+ co prawda nie ma, ale i 450 nie jest
wynikiem słabym. Zwłaszcza jak na maj i dwa miesiące krótkich, 100-200km
trasek.
7.55 (sb) - 00.30 pon
Nowe gminy: 3
Podkarpackie: 3
Jeżowe
Kamień
Sokołów Młp.
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Wawa 3
d a n e w y j a z d u
402.82 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3500 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Pojechałem obejrzeć ten bajpas którym tłoczą gówno przez Wisłę ;)
https://photos.app.goo.gl/dEvY99jEPcC3fbBN7
Dopisane 0,75km (licznik się wypiął). Ślad od Radomia jest dosztukowany na szybkości odręcznie. Brak oczywiście błądzenia po drodze, zwiedzania Radomia, Wawy, dokręcania po Krk. Ekspresówką też rzecz nie jechałem tylko serwisowymi. Tzn. zrobiłem ekspresówką pojedyncze km, w dwóch miejscach - most na Nidzie i jakiejś innej rzece, za Skarżyskiem. To są punkty gdzie nie ma żadnej alternatywy, nie da się przekroczyć w tych miejscach legalnie rzek pojazdem innym niż samochodowy.
8.40 (sb) - 00.40 (pon)
Kategoria ^ UP 3500-3999m, > km 400-499, Powrót pociągiem
Wawa 2
d a n e w y j a z d u
404.85 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3000 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/bC8M8RPaM4sizMF5A
8.10 (sb) - 1.55 (pon)
18,4 AVS
Nowe gminy: 5
Mazowieckie: 5
Przysucha
Borkowice
Wieniawa
Jastrzębia
Grabów nad Pilicą
Kategoria ^ UP 3000-3499m, > km 400-499, Powrót pociągiem
Bratysława :)
d a n e w y j a z d u
428.49 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3750 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
(Ślad jest miejscami pocięty, brakuje też zwiedzania Bratysławy i 40+km z Trzciany do Rabki)
https://photos.app.goo.gl/vje1LhRAgnoeP4rg9
Nieco wymuszony urlop (remont mieszkania) poskutkował tygodniowym
wyjazdem tam gdzie zwykle, czyli do Rabki. Nie ukrywam trochę mi on pokrzyżował
plany na resztę sezonu, tyle celów jeszcze do zaliczenia. Ale skoro już jestem
w Rabce to wypada coś dłuższego przejechać. Wymyśliłem że poprawię Bratysławę
:) Poprawię, bo raptem kilka km zrobiłem tam w czasie przesiadki, gdy wracałem
pociągiem z Wiednia. Z Rabki ~350km. Powrót pociągiem wyglądałby tak:
Bratysława → Kralovany, Kralovany → Trzciana. Trzciana jest pod granicą, koło Chyżnego i stąd
jeszcze 40km na gumowych kołach do Rabki. To może wydawać się niewiarygodne ale
okazuje się że przez Słowację da się zaplanować trasę, która będzie względnie
płaska! 2500M UP (potem jednak wyszło więcej, ale i tak nie jakoś dużo) na 350km jak na Słowację to jest płasko ;) Jak? Trzeba jechać
wzdłuż rzek, które będą wpadać do kolejnych rzek. Za koleją: po kilkudziesięciu
km pagórków zaraz za granicą PL/SK wskakuję w dolinę rzeki Oravicy, potem
Oravy, następnie bardzo długa jazda doliną Wagu a końcówka to nizina Naddunajska, raptem 100m n.p.m. Nie żebym nie lubił jazdy po górach, po
prostu tym razem celem jest stolica Słowacji, a nie 1000m przełęcze w Niżnych Tatrach. W pt.
po południu raptem 70km dojazd na kwaterę w Rabce przypomniał mi że nogi
jeszcze zmęczone po Wiedniu. Trzeba trochę odczekać, wyruszę w połowie next
tygodnia. Uważnie śledzę prognozy pogody i wychodzi że codziennie ma być gorąco
i burzowo. Padło na wt./śr., wtedy miało być najmniej burzowo. Oczywiście w pon.
wieczorem prognoza na wt. się zmieniła – pogorszyła, na bardziej
deszczowo-burzową. Ale co zrobić, w miarę pewna prognoza na next dzień jest
poprzedniego dnia wieczór. Nie przewidzisz, taki mamy klimat.
Wygramalam się o 6.25. Drogi mokre, niebo całkiem zasnute
chmurami. Nie wygląda to dobrze. Nie zjechałem nawet do centrum Rabki i
lunęło.
Schowałem się pod dachem starego domu, więc nie zmokłem w ogóle. Ale jeśli tak ma
wyglądać dzisiejsza pogoda to waham się czy przełożyć tego na jutro. Po 20min.
przestaje padać. Toczę się powoli dalej, co chwila jednak staję i wertuję
prognozy pogody na telefonie. Zużyłem kilkanaście ?terii i nic nie wymyśliłem.
Jadę dalej, najwyżej się zawróci. Swoją drogą nie wiem czemu klimat w którym
żyjemy nazywa się umiarkowanym? Jest on totalnie nieprzewidywalny, i ta nazwa
jest nieadekwatna. Nie ma on umiarkowania pogodowych niespodziankach i
anomaliach. W Lewiatanie kupuję picie, w międzyczasie rozpogadza się coraz
bardziej. To dodaje wiary w powodzenie ambitnego bądź co bądź, przedsięwzięcia. Straciłem natomiast na
starcie co najmniej 45 minut. W coraz bardziej przygrzewającym Słońcu krajową
7eczką kieruję się ku Słowackiej ziemi. Choć oczywiście niepewność co do pogody
dalej jest – ciągle obserwuję kształty i kolory chmur kotłujących się na
horyzoncie. Na przystanku po drodze
śniadanie, w postaci chleba z pasztetem +
energetyka. Najwyższy chyba podjazd na trasie, na przeł. Spytkowicką, zjazd i
przed godz. 10 melduję się na granicy. Doskonale znany odcinek przez Trzcianę,
Twardoszyn do D. Kubina mija przyjemnie, pod znakiem radości z rozpoczynającej
się kolejnej rowerowej przygody :) To tu, to tam odpoczywam, jem, piję. Oraz
podziwiam uroki Słowackiej górsko – małomiasteczkowej, nieco biednej i
zaniedbanej, ale mimo to pięknej krainy. Te wyrastające spośród pól stare
fabryczki z jednym
kominem, pociesznie wyglądające, malutkie, 2-osiowe wagony
motorowe, podniszczone ale ciągle czynne pawilony handlowe z poprzedniego
ustroju, i to wszystko zatopione w pięknych zielonych dolinach czystych rzek i
otoczone pasmami dzikich gór. Wszystko to cholerrrnie mi się podoba :) I nie
pozwala się nudzić w trasie. Podziwiając to wszystko docieram do pierwszej
naprawdę konkretnej atrakcji – Zamku Orawskiego. Ekstraklasa jeśli
chodzi o zamki – przyklejony nie wiem jakim cudem do skały, wznosi się ponad
100m ponad lustro rzeki Orawy. Zawsze robi na mnie wielkie wrażenie. Po prostu
mój nr 1, spośród zamków jakie widziałem (na żywo). W Polsce takich nie
ma :)
Zdjęcia zabraknąć nie mogło. A że ciężarówka się wepchała? Trudno. Czy
każde zdjęcie musi być idealne? Wg mnie nie, zwłaszcza jeśli jest to fotka z czegoś tak
improwizowanego, szalonego, robionego na wariata jak tego typu tripy rowerowe.
Przed Kubinem niewielki podjazd, po nim szybki zjazd efektownymi estakadami do
centrum miasta. Wszystko z pięknym widokiem na
Wielki Chocz. W Kubinie
skwapliwie korzystam z kraniku z wodą, zmywając z siebie część brudu przed
nałożeniem kolejnej warstwy kremu z filtrem. Oraz wciągam szynkowo-syrową
bagietę (wiadomo ocb) oraz zmarzlinę (trochę trudniejsze, ale też można się
domyślić – lody). Przejeżdżam ciekawą, drewnianą
kładką nad Oravą. Ciekawą, bo
zadaszoną i pełną gablot/wystaw z jakimiś tam reklamami sklepów czy nawet
jakichś muzealnych eksponatów (?). Nie przyglądałem się tym razem, ale
wiem że coś takiego tam jest. Jeszcze ciekawostka w postaci takich oto
skorupek-
żółwików na auta ;) I obieram dalszy kurs, drogą nr 70 na Kralovany.
Sytuacja pogodowa znowu się pogarsza. Z tyłu nadciągają ciemne chmury, z przodu
też. Na szczęście te z tyłu są ciemniejsze. Tak sobie przynajmniej wmawiam ;) W
Kralovanach na rozstaju krajówek skręcam
w prawo, na Żylinę. I jest już coraz
gorzej, chmury są de facto nade mną. Po chwili zaczyna kropić, dociągam do
jakiegoś zajazdu i zastanawiam się co dalej. Przestaje, szkoda marnować czasu.
Deszcz dopada mnie kawałek dalej, z pół godziny siedzę pod wiaduktem. Jak
szybko przyszło, tak szybko poszło, pogoda w górach jest dynamiczna. Niebo
błękitnieje a ja ciągnę dalej. Fajne ciężarówki
Tatry, proste, betonowe pomniki, zapewne radzieckie zabytkowe działo. Cała Słowacja. Dalszy odcinek
drogi jest nietypowy. Krajówka idzie doliną Wagu, z jednej strony przyklejona
do rzeki, z drugiej do skalnej ściany. I zamiast jak zwykle być szeroka, jest
wąska. Tzn. są trzy pasy. Na zmianę dwa w jedną, jeden w drugą stronę, potem na
odwrót. Nie było by w tym nic złego gdyby nie to że przeciwne kierunki oddzielone
są niskim, żółtym betonowym separatorem… Co powoduje że jazda na odcinku
jednopasmowym jest wkurwiająca/stresująca/
niebezpieczna (asfaltowych poboczy
brak). Niby większość jest w dół i nie jadę wolno, ale oczywiście auta jadą
szybciej. Jedna ciężarówka wyprzedza mnie na 10cm… Rejestracje polskie. No kto
by pomyślał, nie do wiary… Na szczęście jakoś przeżyłem ten fragment, czego dowodem jest ta relacja.
Niesamowity widok ruin zamku przyklejonych do skały pozwala zapomnieć o nieprzyjemnej drodze. Sama skała jest
wzmocniona betonowymi „przyporami”, ciekawie
to wygląda. Przed Żyliną kolejne chmurzyska, tym razem nad górami, na
zachodzie. W tym sporym jak na Słowację mieście zaliczam
rynek i Shella na
wyjeździe, i nie czekając aż pogoda się pogorszy, jadę dalej. Kawałek za miastem
moment kluczowy – obieram drogę nr
61. Której to będę się trzymał do końca,
zaprowadzi mnie ona do samej Bratysławy. Drogowskazy mówią o ~200km do stolicy.
I pomimo że to krajówka prowadząca do stolicy kraju to jest przyjemna, mało
ruchliwa. Tuż obok idzie bowiem ekspresówka (autostrada?). Raz równolegle, raz
przeplata się, to górą, to dołem, to na jedną, to na drugą stronę, raz bliżej a
raz dalej krajówki. Poprowadzona dość efektownie – mnóstwo długich i wysokich
wiaduktów. Na razie idzie wiaduktem
przyklejonym do zbocza doliny Wagu. Stan
nieba teraz wygląda najpoważniej z całej trasy, i najpoważniej się też
zakończy. Cisnę ile sił w nogach uciekając przed próbującą mnie dogonić i
przykryć granatowo-szaro-burą, skłębioną
kotarą kotłujących się chmur. W IDEALNYM
momencie dociągam do najbliższego miasta - Povazskiej Bystrzycy. Povazskiej, bo pod Wagiem, nad Wagiem, przy rzece
Wag. Burza dogania mnie ale ja jestem już
bezpieczny pod dachem pawilonu
handlowego. Leje, błyska się i grzmi. Chmury wyglądają bardzo groźnie, wrażenia dopełnia
UPIORNIE wyglądający biurowiec. Gdy po ponad godzinie deszcz wreszcie wygasa
jest już ciemno. Upewniając się że woda tam na górze już się skończyła i cała
wylała, robię jeszcze małą rundkę po Bystrzycy. Młodzież hałasuje, Lidl jeszcze
otwarty, fontanna świeci, miasteczko żyje. Wspomniana ekspresówka poprowadzona jest bez
pierdolenia się, tzn. bardzo efektownie ;) Idzie kilkanaście metrów centralnie
ponad miastem, ponad domami, efektownie iluminowaną
estakadą :) Cała Słowacja
:) Ja tymczasem dalej 61ką, przez kolejne śpiące już raczej miasteczka, wioski
i wioseczki doliny Wagu. Koło północy mam na liczniku 200 z hakiem km, i jestem w
miasteczku Ilava. Prawie jak Iława, na Dln. Śląsku. Główną (jedyną?) atrakcją
jest tu
zamek, robiący jednocześnie za więzienie O.o Potem jest jeszcze Dubnica
(nic szczególnego, jakieś świecące zakłady przemysłowe). No i Trenczyn, miasto
zdecydowanie warte kilku zdań. O tym że jest tu jakiś zamek słyszałem, ale nie
wiedziałem że tak efektownie wkomponowany w miejski krajobraz. Otóż: w centrum
miasta wyrasta sobie skała. A na tej skale wyrasta zamek :) Szczegóły na
zdjęciach.
Cała Słowacja :) Jest też oczywiście jakiś rynek, ciekawe budynki itp. No i
pułapka na rowerzystów. Tzn. ja nie wyglebiłem ale wg mnie jak najbardziej da
się na tym wyglebić, jest to jak najbardziej możliwe. Wag przekraczam nie tym
mostem co chciałem – nie starym, a nowym gdzieś na obrzeżach, tak mi się
pojechało jakoś. Noc powoli dobiega końca, końca dobiega również mój czas
czuwania. Dzieje się to dokładnie w Piestanach. O brzasku zasiadam na
przystanku a wstaję z niego o świcie. Jest trochę lepiej, ale nie idealnie.
Dosypiał będę jeszcze kilka razy, na innych ławeczkach. Same Piestany –
przełokrutna
dziura, nawet jak na Słowackie standardy :) Taka Rosja, Ukraina
bardziej. Zdemolowany asfalt, betonowe pobazgrane mury, chodniki z przewagą
trawy niż betonu. Ale to nic, bo pisałem że lubię takie klimaty :) Wstaje nowy, pogodny, póki co dzień, a do
Bratysławy coraz bliżej :) Jakaś stówa, tako rzecze tablica. Jest ranek, pociąg
wieczorem, pozwalam sobie więc na mały objazd Piestan. Jakiegoś rynku, centrum
nie znalazłem, jest za to zalew, na Wagu, za miastem. Przejeżdżam całą jego
długość
ścieżką rolkowo-rowerową, przyglądając się niespiesznemu,
małomiasteczkowemu życiu Słowaków. Tu jakiś wędkarz, tam rolkarz który wyszedł
przejechać się tam i z powrotem wzdłuż zalewu. Zjechałem też nad wodę, ale ta
jakaś nie za czysta, nie ryzykuję mycia się. Opuszczam Piestany. Wag został
gdzieś z boku. Góry zostały daleko z tyłu. Tzn. jakieś pagórki tylko są, po mojej
prawej. Wjechałem na równiny południowo-zachodniej Słowacji, w dolinę Dunaju.
Dokoła królują pola uprawne, już po żniwach, ino
słoneczniki się ostały i
jeszcze rosną. Trnava nie chce nadejść, kilometrów przybywa bardzo powoli,
Celcjuszów za to bardzo szybko. Kryzys. Zażegnuję go dwoma długimi pauzami
przed miastem. Siedzę w cieniu przydrożnych drzew i przyglądam się buchającym parą wodną, chłodniom elektrowni na
horyzoncie. Elektrowni
atomowej :) Tak, tak, Słowacja, kraj wielkości dwóch
Polskich województw ma atomówkę :) Nawet dwie, z czego stara nieczynna a nowa
uruchamiana, rozbudowywana. Bliskość elektrowni to również mnogość linii
WN.
W którą stronę by nie spojrzeć tam wysokie kratownicowe słupy. Wreszcie Trnawa.
Typowe Słowackie miasto, nie wiem co tu więcej napisać. Nieco zapuszczone
peryferia i odpicowana
starówka. Dalej jestem zmęczony i głodny ale czuję bliskość Bratysławy i szkoda mi
czasu na odpoczynek i jedzenie. Wciągam tylko
energetyka i jakieś wafelki, żeby nie odcięło. Coś normalnego kupię w
Bratysławie. Wjeżdżam do Bratyslavskego
Samosprawnego Kraju ( :D ). A asfalt
jak był zniszczony tak dalej jest, nie widać tu żadnej stołecznej
reprezentacyjności. Ciekawie wygląda też utrzymanie pasa drogowego. Zdjęcia
zapomniałem zrobić ale wyglądało to tak: asfaltowe pobocza niby są ale jakby
ich nie było. Bo z obu stron drogi wdziera się w skrajnię bujna przydrożna
roślinność – drzewa i krzewy. Nawet rowerem nie da się jechać po poboczu, bo
można dostać gałęzią w łeb. Ostatnie miasto przed celem podróży to Senec. Nic
nie zwiedzam, tylko z przejazdu dwa
zdjęcia. Jeszcze 25km. Uwagę zwracają
jeziora, stawy przy drodze. Woda o
zielonym zabarwieniu, pewnie bardzo czysta.
Aż kusi się umyć ale zauważyłem na GPSie że na obrzeżach Bratysławy też jest zalew, tam
dokonam ablucji. Druga ciekawostka to budowa obwodnicy, drogi itp. Ciekawostka
bo widać że ostro budują – po kilka
wywrotek naraz wjeżdża/wyjeżdża w tumanach
kurzu na/z placu budowy. Ja trochę poczekałem aż kurz opadnie żeby przejechać
;) Bratysławę
zdobywam o 13.30 :) Od czego by tu zacząć? Zaczynam od Slovnaftu,
i dwóch zimnych izo. Węzłem zjeżdżam z wielopasmowej drogi w stronę lasku, i
zalewu który wypatrzyłem. Złote Piaski się on nazywa (Zlate Piesky). Jest część
zagospodarowana turystycznie, jest i część dzika. Mnie rzecz jasna interesuje
ta druga. Druga to las z wyjeżdżonymi szerokimi drogami, zastawionymi przez
masę aut i dzikie plaże. Zapomniałem że mam rower szosowy i wyjebałem na błocie
;) Na szczęście przy małej prędkości, strat na ciele brak, w rowerze tylko
dziabnięta owijka i skrzywiony koszyk na bidon. Ale do rzeczy: druga część
zalewu, ta dzika dzieli się na kolejne dwie części. Druga, ta głębiej to plaża
nudystów/naturystów :D Oczywiście nie wiedziałem o tym, przez przypadek
zajechałem. Zawracam zanim ktoś mnie stamtąd przegoni. Zresztą widoki i tak
nieciekawe, same stare chłopy i jeszcze starsze baby, 50, 60, 70+ ;) Bliżej
położona cześć jest jak sądzę przeznaczona dla normalnych ludzi. I tu
właśnie sprowadziłem rower nad
brzeg i się nieco umyłem i przebrałem, żeby
śmierdzieć trochę mniej. Ok, a więc dochodzi 15ta. Sporo czasu tu straciłem.
Interesujący mnie pociąg odjeżdża po 18tej. Znowu mało czasu na zwiedzanie :/
3h. Nie lubię tak. Tzn. jest kolejny przed 23, ale wtedy w Kralovanach
czekałbym w nocy 1,5h na przesiadkę, w Trzcianie byłbym o 5.30 rano, a w Rabce o
8mej. Tym razem nie mam chyba siły na dwie noce pod rząd włóczenia się. Odpada.
Wracam wcześniejszym i muszę te 3h spożytkować jak najlepiej, jak najwięcej
zobaczyć. Słynny most już widziałem, więc takim celem must see na dziś jest
Zamek. Ale tak z bliska chcę go zobaczyć. Kieruję się więc w kierunku centrum.
Bratysława to duże (jak na Słowację) miasto, 400tys. z hakiem. Coś jak Gdańsk
albo Szczecin. Więc długo będę jechał do tego centrum. Blokowiska, centra
handlowe,
biurowce. Co zwróciło moją uwagę najbardziej. Wydaje mi się że
już wiem. Już wszystko wiem. Owszem na Słowacji jest bieda, jest takie trochę
zacofanie, taka wciąż postkomunistyczna rzeczywistość. Myślałem że to jest
wszędzie w tych małych miasteczkach, ale że Stolica jest odpicowana. O tym że w
Bratysławie jest to samo dowiedziałem się tydzień temu, wracając z Wiednia. Ale
to chyba jednak nie jest bieda. To jest taka nasza Słowiańska bylejakość, Słowiańskie
„jakośtobędzie”, tutaj w wydaniu ekstremalnym, bo w wykonaniu Słowackich Słowian.
Dlaczego tak sądzę? Bo tramwaje nowe, autobusy nowe (4-osiowe!), biurowce wysokie,
estakady, mosty z rozmachem jak w Ameryce, auta też niczego sobie. Ale te
chodniki… To jest zlepek połatanych, poklejonych, połaci, łat, plam, placków
różnego rodzaju i koloru asfaltu i betonu. Z łączeń których wyrasta sobie trawa
i chwasty. Jak gdzieś brakło asfaltu to wsadzili kilka kostek Dauna. I tak jest
wszędzie, w każdym mieście, tak jest też w Bratysławie. Dla porównania w Wiedniu miałem wrażenie że robotnik przed położeniem każdej płyteczki, każdej kosteczki kilka minut myślał jak ją położyć żeby wyszło to jak najlepiej. Może po prostu tu się
nie zwraca uwagi jak to wygląda, ważne że działa. Że jest utwardzona
nawierzchnia i że da się po tym chodzić. Tak to widzę. Dobra, koniec wymądrzania
się. Zbliża się burza, docieram w okolice wzgórza zamkowego. Wzgórze jest
wielkie, znajduję się na nim nie tylko zamek a cała dzielnica miasta. Ulica
pnie się naprawdę stromo do góry, w końcu jest zamek. Na dziedziniec wjechać
rowerem nie można ale znajduję fajną miejscówkę na
zdjęcie. OK, zamek
zaliczony, do pociągu 2h, burza chyba się rozmyśliła i nie chce przyjść. Czasu
w sam raz żeby wrócić na dworzec dłuższą drogą, potem coś zjeść i kupić
bilety. Jadę wyżej, poszukać szczytu tego wzgórza, bo zamek nie jest bynajmniej
w najwyższym jego miejscu. Ulica, z siecią trolejbusową pnie się wyżej. Po
obu stronach domy, lub raczej wille. Trudno się dziwić, reprezentacyjna
dzielnica. W końcu jest – droga osiąga
maksymalny punkt, wyżej się nie da.
Szukam jakiegoś punktu widokowego na miasto ale nic nie ma, wszystko ogrodzone
i zabudowane domami. Kawałek dalej, na zjeździe,
znajduję. W prześwicie między
domami można zobaczyć piękną
panoramę niżej położonych dzielnic, z górującymi
kilkoma wysokościowcami. Kontynuuję stromy
zjazd, i jadę na Hlavną Stanicę. Taki sam nieład i bałagan jak wszędzie. Coś tam jem, kupuję
listoki (bilety), odganiam się od Cyganów (kilkuletnia dziewczynka prosi o
papierosa…) i pakuję do właściwego pociągu. Coś jak
InterCity, z Bratysławy do
Koszyc, ja wysiądę w Kralovanach. Podróż mija miło i przyjemnie, lubię jeździć
pociągami, a Słowackimi pociągami to już w ogóle, taka egzotyka trochę, nowość
dla mnie. W
Kralovanach ciemno, pociąg do Trzciany już czeka. Taki spalinowy
szynobus właściwie, jakich pełno na SK/CZ. Tyle że nie taki śmieszny, malutki,
dwuosiowy a trochę większy, przegubowy. Frekwencja niska, wstawiam rower
na tył
i również jedzie się fajnie. Coś tam próbowałem się zdrzemnąć ale w ogóle nie
chce mi się spać. Wpół do dwunastej jestem w Trzcianie. Znajomy rynek, ładnie
iluminowany
Hotel Rohac. Do Rabki 40+km, krajową 7ką, przez Jabłonkę. Ależ mi
się nie chciało tego jechać. Nie żebym był zmęczony, po prostu mi się nie
chciało. Powroty do domu na kołach są po prostu nudne, dołujące, demotywujące, dlatego nie jeżdżę pętli tylko z pkt A do B i wracam pociągiem. Chcąc mieć to jak najszybciej z głowy mocno tu przycisnąłem,
zapuściłem jakiś energetyczny bit i jakoś szły te km. Na zachodzie coś tam się
błyska, burza mnie nie dopada, ale deszcz tak. Przeczekuję go na przystanku.
Ten odcinek zawsze mi się strasznie dłużył. Na szosówce dłuży się nieco mniej.
W końcu jest
Rabka i standardowy kryzys na ostatnim podjeździe. Kilka km i 200m
UP pod kwaterę, to jest najbardziej niszczący fragment, ta końcówka. W łóżku
koło 3.30. Oczywiście włączył się pies i obudził gospodarzy…
Udana trasa, Bratysława poprawiona. Pogoda jakoś dała radę.
Deszcz przeczekałem 3 razy, burzę 1 raz, nie zmokłem w ogóle. Samego zwiedzania
stolicy trochę mało, ale jeszcze tu przecież wrócę. Ten urlop pozwolił mi
zregenerować się. Pomijając więcej czasu na spanie to fajnie się rozłożyły
przerwy na reperację pomiędzy trasami. Zamiast dwóch tras w dwa kolejne
weekendy była jedna trasa, pośrodku tygodnia. Dzięki temu zamiast 4-5 dni na
regerancję pomiędzy kolejnymi trasami (mało…) mam 7-9 dni.
Wiedeń – V
Bratysława – V
Budapeszt – X
Praga – X
Berlin – X
Tak to na dzisiejszy dzień wygląda :)
6.25 (wt) - 3.30 (czw)
AVS 18,2
Kategoria ^ UP 3500-3999m, > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2019
Lublin
d a n e w y j a z d u
422.11 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2750 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/zMKi2jfaGLwsgpTcA
7.00 (8.06) - 00.30 (10.06)
AVS 18,9
Nowe gminy: 3
Lubelskie: 2
Jastków
Nałęczów
Mazowieckie: 1
Przyłęk
Kategoria ^ UP 2500-2999m, > km 400-499, Powrót pociągiem





























