> km 400-499
| Dystans całkowity: | 17219.17 km (w terenie 0.00 km; 0.00%) |
| Czas w ruchu: | 178:35 |
| Średnia prędkość: | 18.86 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 406.64 km/h |
| Suma podjazdów: | 40659 m |
| Liczba aktywności: | 40 |
| Średnio na aktywność: | 430.48 km i 22h 19m |
| Więcej statystyk | |
Gwóźdź programu - Wiedeń!
d a n e w y j a z d u
488.91 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Opis nastąpi. Km prawie 500, bo pociągiem wróciłem tylko do Trzciany. Odcinek Trzciana - Rabka +45km.
https://www.alltrails.com/explore/map/wieden-bratyslawa-12-14-06-2022-b742027?u=m
https://photos.app.goo.gl/HtjrtjLadtQ1CRUY8
6.40 (ndz) - 9.30 (wt)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2022
Fit for October
d a n e w y j a z d u
406.64 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:406.64 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/Woc7r8PyJpekyEUc8
https://www.alltrails.com/explore/map/1-4-10-2021-berlin-90fd26a?u=m
Fit for October - czyli skrócona wersja trasy, skrojona pod październik.
Start w piątek po robocie, niczym Gustav ;) PKP do Wrocławia (pociągiem jechało małe ZOO), tam "start ostry" o 20.00. Kontrolna gleba na 1 pierwszym km trasy ;) W Berlinie niedzielnym rankiem, w domu pięć po północy, z niedzieli na poniedziałek, 7 godzin snu i znów do pracy. W ten oto sposób piątek zlał mi się z poniedziałkiem.
Nowe gminy:
Dolnośląskie: 1
Chocianów
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Wycieczka idealna
d a n e w y j a z d u
469.07 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/eUPhK7gEmJvzD4KB8
https://www.alltrails.com/explore/map/10-12-09-2021-budapest-b9a25e4?u=m
Plan ten trasy zmieniał się wielokrotnie, celem była coraz
to inna Europejska metropolia. Najpierw miał być Berlin, potem Praga. A to
wszystko za sprawą ciągle zmieniających się prognoz pogody. Z dnia na dzień
wróżby meteorologów były coraz to bardziej niekorzystne, coraz bardziej burzowo-deszczowe
dla zachodu Europy. W końcu kolorowe grafiki opadów na mapach sięgnęły nawet i
Wiednia/Bratysławy. Pogodnie miało być tylko centralnie na południu. Tak więc
Budapeszt wybrał się sam. Byłem w Budapeszcie 3 tyg. temu - ale z Rabki, tak jak zawsze. Tym
razem zaś pierwszy raz w karierze zaatakuję stolicę Węgier z Krakowa :)
Wyruszam piątkowym (urlop) rankiem, i obieram kurs na
doskonale znany, i daaawno niejeżdżony skrót do Myślenic – w poprzek Pogórza
Wielickiego. Stare śmieci po prostu, 10 lat temu gdy byłem jeszcze niedzielnym
rowerzystą na tych właśnie pagórkach budowałem formę, i walczyłem z własnymi
słabościami. Ta trasa to również wielki powrót bananów – dawno przestałem je
brać na drogę, i zacząłem żreć słodycze, pora to zmienić :) W narastającym coraz bardziej zaduchu mijam
kolejne doskonale znane ścianki, wioski, zakręty. Koźmice, Gorzków, Borzęta. Na
zjeździe wojewódzką do Myślenic max niecałe 70 z tego co pamiętam. W
Myślenicach małe zakupy, i wskakuję na drogę techniczną wzdłuż Zakopianki.
Odcinek ten, gdzie szosa wije się malowniczo doliną rzeki Raby jest nie mniej
malowniczy niż dalszy jego, górski ciąg. A boczna droga techniczna lokalnego
zapewnia przyjemną i bezpieczną jazdę rowerem. Za którymś zakrętem na środku horyzontu
wyrasta potężny masyw Szczebla. Dzięki otwartemu kolejnemu odcinkowi expresówki
nie trzeba już jechać bokami przez Tokarnię, Łętownię. Zamiast tego polecieć
można starym biegiem Zakopianki, zdegradowanym do drogi ruchu lokalnego. A gdy otworzą tunel pod Luboniem ta stara, pusta krajówka będzie jeszcze dłuższa. Mniej
komfortowym fragmentem, tj. starą szosą razem z dużym ruchem jechałem raptem
kilka km (Naprawa – Rabka). Bardzo efektownie wyglądają te wkomponowane w
górski krajobraz potężne estakady, węzły itp. Po drodze piękny widok na pasmo Pasmo Policy (przejechałem je kiedyś na MTB), i Królowę Beskidów - Babią Górę. W Rabce odbijam w krajówkę na
Chyżne. Sprawnie nawijam kolejne kilometry, zaraz po prawej po raz kolejny wyłania się potężna sylwetka Babiej Góry. Tym razem bliżej, i bez Policy. Podjazd na przełęcz, pauza na parkingu. O tym że zbliżam się
do granicy informuje mnie wyłaniająca się po lewej stronie piękna panorama Tatr. Przygoda rozkręca się na dobre :) Na Słowacji melduję się o 15tej, po 7h
jazdy, jest to standardowy dla mnie czas. Policji chyba znudziło się
kontrolowanie paszportów kowidowych, któryś już raz z rzędu machają ręką gdy
próbuję wyciągać telefon. Zaraz wita mnie Trzciana ze swoim wyremontowanym,
nowiutkim mostem. A zaraz potem Twardoszyn, z ryneczkiem tonącym w cieniu
ogromnych topoli. Kolejne zakręty wijącej się doliną rzeki Oravy szosy coraz
bardziej przybliżają mnie do kolejnego checkpointu – imponującego zamku w
Oravskim Podzamczu. Jest to mój number one jak chodzi o zamki. Najwyższe jego
kondygnacje przyklejone są do strzelistej skały, i górują ponad 100m nad
okolicą! Kawałek dalej znajoma elektrownia (?), i również znajomy, potężny
grzbiet Wielkiego Chocza wznoszącego się ponad Dolnym Kubinem. W Kubinie robię tanie
mniej drogie zakupy w Lidlu, i skręcam w Route 59 na Rozumberok. Jakiś wypadek,
korek, zablokowana droga, ale dla roweru to nie problem. Wciągam hot dogi na
Slovnafcie i w promieniach zachodzącego Słońca wspinam się na przełęcz bez nazwy. Tyle mają tych przełęczy na Słowacji że nie dziwota że nie chce im się
ich wszystkich nazywać. Szybkim zjazdem teleportuję się do Rozumberoka. Jakieś
tam zwiedzanie przejazdem, i rozpoczynam atak na najwyższy punkt tej trasy - Sedlo Donowały, niemal 1000m n.p.m. Byłem kilka razy ale dziś pierwszy raz wciągam ten podjazd nocą. Jest
bardzo klimatycznie, cicho, głucho, miliony gwiazd, Droga Mleczna i te sprawy.
Jakiś kierowca zatrzymuje się i pyta mnie o drogę ale wiele nie jestem w stanie
Mu pomóc, poza pokazaniem swojego GPSa w telefonie. Po którymś z kolei zakręcie
dostrzegam długo wyczekiwane sztuczne światła – znak, że docieram do szczytu.
Pełno te szeroko pojętej infrastruktury narciarsko-turystyczno-hotelowej.
Ciekawostką zaś są dwie charakterystyczne kładki/bramy ponad szosą, z reklamą
Audi, pewnie sponsora. Jeśli się nie mylę to zimą są one pokryte śniegiem i
umożliwiają przejazd na nartach narciarzom. Jest po godz. 23ciej., w kolibie (karczmie) muzyka, śmiech, gwar. Ja tymczasem robię kilka dokumentacyjnych fotek, szybkie Zdrowaś Maryjo ;) i puszczam się serpentynami w dół. Prędkości nie
takie jak za dnia, 60ki nie przekraczałem, ale i tak było fajnie :) Następna
fotka dopiero w Bańskiej Bystrzycy, ponad 20km zjazdu dalej. Coś niecoś jak
zawsze sobie zwiedzam. Rynek z obeliskiem (z czerwoną gwiazdą), centrum
handlowo-biznesowe Europa z wysokim wieżowcem itp. itd. I wylatuję na Zwoleń
boczną drogą wzdłuż autostrady. Mijam Letisko Sliac, oraz zakłady przemysłowe
emitujące charakterystyczny, jakby gumowy zapach. W Zwoleniu trochę sobie
pobłądziłem po osiedlach zanim dotarłem do centrum. Wychodzę na ostatnią prostą,
Route Sixty Six ku Węgierskiej granicy, jakieś 60km. Ale jako że cała do tej
pory trasa jest znanym śladem, jechałem nią do Budapesztu dwa razy, postanawiam
urozmaicić sobie chociaż tą końcówkę. Po paru km zjeżdżam z 66ki w boczniejsze,
trzycyfrowe drogi na Velky Krtis (Wielki Krzyż?). Pogoda wciąż niesamowicie
stabilna, tak wg prognoz jak i wg widoku nieba, które tonie w gwiazdach. Ciągle
też ciepło, krótkie spodenki zamienię na długie dopiero koło świtu. Ten wita
mnie po drodze na Wielki Krzyż. Wstający nowy dzień ujawnia piękno otaczających
mnie okolic. Prawdziwe Słowackie, biedne zadupia, takie jak na wschodzie, w
Kraju Koszyckim. Rozpoczynający się podjazd jest prawdziwym wybawieniem przy
chłodnym świcie. Wjeżdżam nie na typową przełęcz tylko na swego rodzaju wyżynę,
która ciągnąć się będzie kawałek i zakończy zjazdem do Velkiego Krtisu. Słonko
przygrzewa coraz mocniej, tak że drzemka na przystanku jest całkiem błoga i
przyjemna :) Droga sąsiaduje z „Vojennym obwodem”, czyli zapewne poligonem
wojskowym. Upewnia mnie w tym wspinająca się pod górę z rykiem silnika wojskowa
Tatra. Wspomniany już karkołomny (dziury) zjazd prowadzi mnie przez Modry Kamień
do Wielkiego Krzyża. Jakkolwiek cała Słowacja nie jest bogatym krajem tak tutaj
widać że to taka Słowacja B jest. Zardzewiałem słupy, brązowe od rdzy
przystanki, dziurawe niczym ser szwajcarski drogi. Do centrum nie wjeżdżam,
robię tylko zakupy na Slovnafcie, ciekawość coraz bardziej ciągnie mnie ku
Węgierskiej granicy. Jest pierwszy drogowskaz na Budapeszt. 80km. Węgry witają mnie obskurnym, zdewastowanym, dawnym przejściem
granicznym, czyli taki standard. Pierwsze miasteczko za granicą również ma
standardową dla Węgier, długą, bo 14 literową nazwę. Z pięcioma literkami „A”
(o dziwo nie ma zaś żadnych dziwnych ogonków). Przejazdem sobie zwiedzam, dalej
podziwiając piękno Węgierskiego języka ;) Upał robi się coraz większy. Pewnym
wybawieniem od rozpalonej patelni asfaltu pośród słonecznikowych pól są odcinki
przez las. Akacjowe lasy – natężenie drzew tego gatunku jest na Węgrzech
ogromne. Docieram do znanego mi już Retsagu. Hopki za Retsagiem już mnie wykańczają, sporo odpoczywam w cieniu tych akacjowych gajów. Węgry to raczej
płaski kraj, ale północny ich skraj to to samo co południowa Słowacja, czyli po
prostu niewysokie, ale góry. Pagórki kończą się szybkim zjazdem do Vac. Stąd Do
stolicy już tylko ostatnia PŁASKA prosta – 30km wzdłuż Dunaju, poprzez miasta
przyklejone od północy do Budapesztańskiej aglomeracji. Vac, God, Dunakeszi. Ten
ostatni odcinek to zawsze czysta formalność, ale tym razem uda mi się tą
formalność dodatkowo umilić :) A było to tak: w Vac znów uciekł mi prom na
drugą stronę rzeki, którym zawsze chciałem się przepłynąć. I który zawsze mi ucieka, zawsze trzeba czekać godzinę następny kurs, i zawsze nie chce mi się czekać.
Ale tym razem to dobrze, bo dzięki temu wreszcie odkryłem że megafajna ścieżka
rowerowa, alejka wśród wielkich platanów (drugie typowe dla Węgier drzewo) i chaszczy doliny Dunaju wcale nie
kończy się po kilku km. Ona ciągnie się dalej, aż do samego Budapesztu :) I
jest o wiele przyjemniejszą alternatywą dla ruchliwej głównej szosy którą
wcześniej zawsze jeździłem. Droga rowerowa kluczy raz takimi właśnie platanowymi/akacjowymi
lasami w dolinie rzeki, potem biegnie bocznymi uliczkami wśród domków
jednorodzinnych, potem znowu poprzez nadrzeczne łąki i zarośla. Mija przystań
dla żaglówek, stawy rybne a nawet można zajechać na plażę nad Dunajem – tu
podziwiam zachód Słońca nad rzeką. Myślałem czy by się trochę nie umyć ale nie
zaryzykowałem jednak, nie wiem czy ta woda nadaje się do kąpieli. Jest też
odcinek z deptakiem, promenadą. Jeden z najfajniejszych epizodów wycieczki to
właśnie ta ścieżka rowerowa z Vac do stolicy. Zbliża się wieczór, do Budapesztu
dojeżdżam o 19.30. Sprawa pociągu do Krk wygląda tak że ostatni tego dnia
odjeżdża po 20tej, a następny jutro o 8mej. Specjalnie jadę tak żeby nie zdążyć
na ten wieczorny, żeby przypadkiem nie wpadł mi do głowy głupi pomysł wracać od
razu do domu ;) No i udało się, nie zdążyłem! I mam całą noc, praktycznie 12
godzin na zwiedzanie :) Pierwsze o czym marzę to zjeść coś ciepłego i
NIESŁODKIEGO. Kieruję się zatem na centrum, dobrze znaną główną szosą, pod
efektowym mostem, obok portu/stoczni na Dunaju itp. W centrum w przejściu
podziemnym kieruję się do pierwszego lepszego fast fooda. Pokazuję palcem,
kiwam głową, przytakuję „yhmm”, yes, ja, tak, jawohl itp. itd. No nie jest to
łatwa sprawa porozumieć się z Węgierką która nie zna ang. ;) Nawet nie wiem co
zamówiłem. Okazuje się że zamówiłem coś w rodzaju naleśników, wypełnionych
białym mięsem i warzywami (w roli głównej papryka) z dosypanymi ostrymi
„chipsami”. Trochę ostre ale bardzo dobre. Program zwiedzania Budapesztu mam
bardzo obszerny. Najsamprzód objeżdżam dookoła pełną wielkich platanów Wyspę Małgorzaty. Obejrzałem tam fontannę podświetlaną różnymi grafikami, animacjami. Przejechałem się co
najmniej 3 (może czterema?) mostami: Małgorzaty, Elżbiety, Wolności chyba i
jeszcze jakimiś. Najbardziej efektowny z Budapesztańskich mostów - Łańcuchowy -
niestety jest w remoncie, zamknięty i niepodświetlony. Oczywiście był też
Parlament. Najpierw z bliska – oprócz pięknej iluminacji uwagą zwracają
unoszące się w powietrzu, świecące złote gwiazdki (?!) – nie wiem co to było. Na tym zdjęciu to widać. Natomiast widok parlamentu z drugiej strony Dunaju (pierwszy raz widzę go w
nocy) był zdecydowanie jednym z mocniejszych widoków w całej mojej rowerowej
karierze. Z nowości odwiedziłem wreszcie zamek. Jego bryła jest tak ogromna, że
całkowicie pochłania, przytłacza on wzgórze na którym stoi. Wjechałem na szczyt
serpentynkami, potem trochę prowadziłem, trochę pownosiłem rower po schodach. Bajerka z Niemcem, który pomógł mi zrobić zdjęcie na tle pomnika. Potem objeżdżam osiedla,
blokowiska, przejścia podziemne/stacje metra, wszystkiego po trochu
pozwiedzałem. Jedna np. stacja jest tak stylizowana że tam niby wykopano jakieś wielkie archeologiczne odkrycia, fragmenty starych budowli itp. Ale wydaje mi się że to tylko odlana z cementu tandeta. W innym z przejść kupiłem burgera tak ogromnego że nie dałem
rady go zjeść całego. Z ogólnych spostrzeżeń i rozkminek - Budapeszt nocą też się bawi ale tak jakby kulturalniej niż
np. Polskie wielkie miasta. Nie widać awantur, niebieskich świateł
policji/pogotowia, żygających/lejących gdzie popadnie imprezowiczów/imprezowiczek.
Puste butelki gdy nie mieszczą się w koszach na śmieci układane są ładnie obok
nich a nie walają się po chodnikach. Na koniec jeszcze raz na Wyspę Małgorzaty,
i powoli zaczyna świtać. Kieruję się na dworzec, ten co zawsze - Nyugati.
Wyróżnia się on nietypowym układem – jest to dworzec końcowy, oraz wielką
zabytkową halą. Wciągam kilka ćwiartek pizzy, kupuję bilety. Tym razem poszło
mi o wiele łatwiej niż zwykle. Nie tylko z powodu większego doświadczenia ale
gdy łaziłem po dworcu z rowerem podszedł do mnie Pan z obsługi, i po ang.
powiedział gdzie są międzynarodowe kasy biletowe. W oczekiwaniu na pociąg
dokupuję i wciągam kolejne, i kolejne ćwiartki pizzy - uzbierały by się z nich co najmniej 2 spore pizze. Oraz podziwiam otaczający
mnie uroczy Węgierski nieład, Węgierski pierdolnik :) Kto był na Węgrzech ten
wie o co chodzi. Pociąg (bezpośredni) odjeżdża 8.40, w Krk planowo 17.40. Ta 9
godzinna podróż była również bardzo przyjemna, bo lubię jeździć pociągami i
była pięknym epilogiem tej wycieczki. Wycieczki Idealnej :)
Wycieczka Idealna. Dlaczego idealna? Bo wszystko szło
idealnie, było jak trzeba, było po mojej myśli:
Bo pierwszy raz dojechałem do stolicy Węgier z Krakowa, dwa
poprzednie dojazdy były easy mode’m z Rabki. Pogoda – żyleta, i to nie tylko
jak wrzesień. Dni na granicy upału (ale nie powyżej tej granicy) i ciepłe noce,
umożliwiające komfortową nie tylko jazdę ale i odpoczynki bez wyziębienia. Warunki wiatrowe – neutralne, wiatr
nie pomagał ale i nie przeszkadzał. Idąc dalej: tak wg prognoz meteo i wg moich
obserwacji nieba - przez całą trasę, cały jej czas, było 0,0% (słownie: zero
procent) szans na deszcz, burzę, na choćby jedną kroplę z nieba. Zero awarii,
problemów ze sprzętem, ekwipunkiem. Zero dolegliwości, boleści, żadnych większych
problemów z sennością – pierwszą noc przejechałem na kofeinie, pierwsza drzemka
dopiero o poranku drugiego dnia. Druga noc również bez senności, kolejne
drzemki dopiero w pociągu. Kondycja dopisała, jakiś tam nieduży, łatwy do
pokonania kryzys dopadł mnie jedynie drugiego upalnego popołudnia kawałek przez Budapesztem.
Nowe drogi – za Zwoleniem coś mnie tchnęło, skręciłem i zaliczyłem Velki Krtis + nowe przejście
graniczne + kawałek po Węgrzech też nowymi drogami. Do tego ten odcinek Vac –
Budapeszt ścieżką rowerową brzegiem Dunaju :) Zwiedzanie celu – 12 godzin to
chyba mój rekord, odbiłem sobie po Wiedniu i Budapeszcie z poprzednich
miesięcy, z których musiałem szybko się zawijać bo pociągi się nie ułożyły tak jak
trzeba. No i ten powrót pociągiem – bezpośredni, bezproblemowy, komfortowy,
taka po prostu wisienka na torcie :)
8.00 (pt) - 18.35 (ndz)
(rozbieżność pomiędzy km we wpisie a tymi z mapki to efekt 12-godzinnej eksploracji Budapesztu)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709
Wielka Fatra (SK)
Sedlo Dolovaly 950
Inne:
Wzgórze Zamkowe (Budapeszt) wys. ?
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem, ! Wycieczka Sezonu 2021
Ryzykowna operacja ;)
d a n e w y j a z d u
470.39 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/wien-7-9-08-2021-7fea637?u=m
https://photos.app.goo.gl/Z23Xy3TTDBvHGSs2A
Pomysł na tytuł taki, bo jest to pierwsza trasa na nowym
siodełku. Na zupełnie nowym modelu siodełka.
Z siodełkami jest ogólnie taki zawsze powtarzający się problem, że gdy po 2-3 latach moje stare idealne
siodełko kończy żywot to okazuje się że ten model nie jest już produkowany. Leżaków
magazynowych też nie ma, i ciągle muszę wybierać nowy model, i się do niego od
nowa przyzwyczajać. Tak było i tym razem. Musiałem zamienić San Marco Nino na
San Marco Trekking. Różnice nie są ogromne – ale są. Jest 10mm szersze (NIE
CHCĘ CORAZ SZERSZYCH SIOEŁEK) i ma otwór w środku. Na szczęście materiał jest w
SanMarco niezmienny od lat – BioFoam. Twardawa piankowa skorupa, bez żadnych
żeli. Myślałem żeby włożyć do sakwy stare w razie W, ale jednak zrezygnowałem. Zaufałem
swojemu tyłkowi i postawiłem wszystko na jedną kartę ;) Jak chodzi o sam cel,
tj. Wiedeń to atakuję go po raz drugi w karierze, pierwszy raz byłem w 2019 roku. Natomiast
tym razem pojadę inną trasą. Zamiast B-B, Cieszyn i potem całość przez Czechy teraz polecę
na Żywiec, kawałek Słowacją, i inna końcówka przez Czechy.
Sporządzam rozpiskę jak za starych dobrych czasów, gdy nie miałem GPSa w tel. ;) Tak na wszelki
wypadek, bo droga kręta i zawiła, zwłaszcza w Czechach.
Wyruszam o leniwej 8mej minut 30 i lecę krajóweczką na Skawinkę.
Wciągam jakieś tam bułki, i dalej, skrótami na Krzywaczkę. Stare śmieci, 10 lat
temu gdy byłem niedzielnym rowerzystą i robiłem 200km traski często atakowałem tędy
Krowiarki (lub wracałem z Krowiarek). Krótki epizod krajową 52, i wojewódzka na
Zembrzyce. Mijam charakterystyczne niebieskie zabudowania Sułkowickiej Kuźni
(fabryka narzędzi) a droga zaczyna piąć się do góry. Zaczyna się podjazd na
pierwszą, niewysoką przełęcz – Sanguszki. Fotki przy charakterystycznym
obelisku na szczycie zabrakło, jest za to fotka pięknie odnowionego
źródełka.
Zjazd do Zembrzyc, most na Skawie, krajówka, Sucha Beskidzka, znane okolice. Za
Suchą odbijam w rzadziej jeżdżoną drogę – skrót do Jeleśni, wzdłuż linii
kolejowej. Po drodze ścianka na której wyprzedzam jakichś lokalnych szoszonów,
czyli pomimo piwnego brzucha nie jest u mnie z formą u mnie tak źle ;) Szczyt podjazdu wypada
na granicy
woj. Śląskiego. Zjazd do Jeleśni, kawałek ruchliwą krajówką na
Żywiec. Do centrum nawet nie wjeżdżam tylko starą szosą, starym szlakiem
wylatuję na południe. Mijam zakłady przemysłowe, hale magazynowe i piętrzące
się wysoko stosy skrzynek znanego i cenionego
producenta popularnych,
niskoprocentowych wyrobów alkoholowych. Wzdłuż starej szosy równolegle idzie
efektownymi wiaduktami, mostami droga ekspresowa. Z miasteczek mijam Węgierską
Górkę oraz miejscowość rodzinną braci Golec – Milówkę. Tutaj, kawałek za
najefektowniejszym
wiaduktem następuje pewien problem natury nawigacyjnej. Okazuje
się że boczna droga którą planowałem jechać dalej ku granicy nie
istnieje/istnieje ale w postaci gruntowej. Ciężko stwierdzić, bo zamiast mostku
jest bród przez rzekę... Ostatecznie skręcam na Kamesznicę, i rozpoczynam się
podjazd na przeł. Koniakowską… No niby fajnie, lubię podjazdy ale nie w
dzisiejszych okolicznościach. Teraz celem jest Wiedeń a nie zaliczenie jak największej ilości przełęczy w
Beskidzie Żywieckim… Dodatkowo droga ta wiedzie raczej ku Czechom, do
Jablunkova a ja chciałem na Zwardoń i Słowację… Przed szczytem Koniakowskiej
odnajduję skrót którym powinno udać się skorygować kurs. Boczna dróżka wspina
się na garb, po drugiej stronie którego jest szosa na Zwardoń. No tu to już
nachylenia podchodzą pod
20% :) Ale walczę, nie poddaję się, nie prowadzę. NO
PAIN – NO GAIN. Jadąc przez Koniakowską i później zawracając nadłożył bym z
10km ale chyba straciłbym mniej sił niż na tej ściance. Dociągam do
wojewódzkiej po drugiej stronie grzbietu, mały zwrot w tył, i wjeżdżam wreszcie
na właściwy tor – drogę techniczną
wzdłuż Eski. Która bezbłędnie prowadzi mnie do
przejścia w Zwardoniu. Zapomniałem zameldować się w ehranicy że wjeżdżam na SK
ale Pani Policjantka macha ręką i mnie puszcza. Czipa i paszport mam. Zbliża
się wieczór, 140km w upale po górach i ściankach zajęło mi 10h brutto… No nie
był to dobry start ale od teraz będzie tylko lepiej. Rozpoczynam drugi etap
wycieczki – 60km po nieznanych, Słowackich drogach. Najpierw w dół, doliną
rzeki do Czadcy.
Ekspresówka idzie równolegle drugim jej brzegiem, przyklejona
efektownymi estakadami do zboczy gór. W Czadcy robię
zakupy na OMVce przed
nocną jazdą. I skręcam w boczniejszą,
trzycyfrową drogę ku Czeskiej granicy.
Dzień powoli chyli się końcowi. Na jednym z przystanków przygotowuję się nocnej
jazdy – przebieram, montuję lampki, ładuję kofeinę itp. itd. Wciągam wiedeńskie
wafelki. Dodawały mi one sił w trasie do Wiednia w 2019 roku, towarzyszą mi i
dziś :) Mijam jakieś tam senne miasteczka, jedyne miejsce w którym tętni tu
życie to przydrożna restauracja z jakimś weselem/imprezą. Dojeżdżam do
infrastruktury z daleka przypominającej przejście graniczne – droga rozdziela się na szerokie
place przykryte wiatą, dużo symetrycznych zabudowań po obu stronach. Ale to
tylko nietypowa stacja benzynowa w ten efektowny sposób wkomponowana w szosę.
Droga zaczyna wspinać się serpentynami i jak się potem okazuje na słowacko-czeskiej
granicy wypadanie najwyższy punkt trasy – przeł. Makovski Priesmyk, 802m n.p.m.
Jakiejkolwiek infrastruktury dawnego
przejścia granicznego brak, jedynym śladem że wjeżdżamy do innego państwa są
stosowne tablice. Pierwsze kilometry po czeskiej ziemi są bardzo przyjemne,
zaczynają się długim zjazdem z przełęczy. Po drodze rzecz zupełnie
niespotykana. Środek nocy, po pierwszej, mała czeska miejscowość na jakichś
zadupiach a tu
impreza, pijaństwo, śpiewy, gwar, tłum ludzi na środku drogi!
Czesi są z reguły bardzo grzeczni i w nocy śpią. W Czechach w nocy wszystko jest
pozamykane, zjawisko nocnego życia tam prawie nie występuje, poza wielkimi
miastami. Przepuszczam pijane towarzystwo i jadę dalej. Z kolejnych ciekawostek
mijam miejscowość o wdzięcznej nazwie
Karolinka :) Pierwsze większe zaś miasto
do którego docieram to
Vsetin. Coś niecoś tam zwiedzam, i zmieniam kurs na
bardziej południowy. Jadę „cestą na
Vysovide” (drogą na Wyżowice), tą ze
słynnej piosenki :) W okolicznych lasach podobno grasuje potwór, tak że trzeba
uważać. Potwór szczęśliwie mnie nie dopada, dopada za to senność. A gdy kończę
drzemkę na przystanku i zaczyna świtać, dopada mnie załamanie pogody. Po prostu zaczyna padać. Trochę przeczekuję,
ale w końcu jadę dalej w umiarkowanym deszczu. W okolicach Zlina wypogadza się.
Na Benzinie wciągam Orlenowskie hot dogi, a w Lidlu robię rozsądne cenowo
zakupy. I tu mały fail. Moja znajomość ang. nie jest na wybitnym poziomie, i kupiłem litrowy
SYROP z czarnej porzeczki, myśląc że
to sok… Takie słodkie że po trzech łykach to wywaliłem to do śmieci… Można by niby mieszać z wodą mineralną i rozcieńczać, ale moim celem jest w tym momencie dotarcie do Wiednia. A nie mieszanie syropu z czarnej porzeczki z wodą mineralną. Nie mam czasu na mieszanie syropu z czarnej porzeczki z wodą mineralną. Nie chce mi się mieszać syropu z czarnej porzeczki z wodą mineralną. Ja chcę jechać do Wiednia. Przelatuję przez Zlin, kawałek za miastem mijam zaś…
Muzeum wszystkiego. Zbiorowisko
sprzętów wszelakich, głównie z poprzedniej ustroju. Są stare czeskie
ciężarówki, lokomotywy, maszyny budowlane. Ale jest też i żaglowiec, jak i latarnia
morska. W Otrokovicach obieram kurs na południe, ku kolejnej – nazwijmy to może
trochę nieładnie – atrakcji. Zniszczonych przez huragan wsi pod Hodoninem.
Jakieś tam kolejne i kolejne typowe czeskie niewielkie miasteczka, z których
mało co zapamiętałem. Odcinek ten
zapamiętałem z mega skwaru, ochładzania się w
fontannie, w którymś momencie
nawet siadłem na chodniku w cieniu, bo już miałem dość. No i takie jeszcze dwie
nazwijmy je umownie „
baszty” przy wjeździe do któregoś miasteczka, zapadły mi w
pamięć. Wreszcie jest Hodonim, przejeżdżam tylko, szkoda czasu na zwiedzanie.
Zamiast jechać dalej główną szosą odbijam tu w boczną, równoległą drogę która
prowadzić będzie właśnie przez te zniszczone wioski. Jeszcze do nich nie
wjechałem a pierwsze ślady żywiołu już widzę Mocno zdemolowany
las, w którym większość
drzew leży a nie stoi. W końcu są, pierwsze zrujnowane domy. No masakra. Domy
pozbawione dachów, z oknami zabitymi dyktą, ściany podparte belkami żeby nie
runęły. Stalowa
hala CAŁA odarta z blachy, ostał się ino sam szkielet.
Żelbetowe
słupy energetyczne złamane w pół niczym zapałki. Stacja kolejowa z
gołymi stalowymi słupami, pozbawionymi całkiem trakcji. Obrazki jakie zazwyczaj
ogląda się w wiadomościach np. z Ameryki po przejściu tornada. Tylko że tutaj
takie coś wydarzyło się w Europie Środkowej, zaraz koło nas. Równie dobrze
mogło i się przydarzyć np. w Krakowie. Największe wrażenie zrobiła na mnie wysoka
na 10m hałda.
Hałda gruzu z domów… Co chwila przyjeżdżał traktor z przyczepą i
dowoził kolejny „towar”. Policja kursuje w te i we wte, pilnując ocalałego
dobytku przed rabunkiem. Z pozytywów widać natomiast że praca wre, ludzie odbudowują swoje domostwa.
Głównie stawiają nowe więźby dachowe, ze świeżych drewnianych belek. Parę km
dalej ważny punkt, taki milestone. Ważny nie tylko tej ale i każdej innej
ambitnej trasy – pierwszy drogowskaz z napisanym celem wycieczki. Pierwszy
drogowskaz na
Wiedeń! Jeszcze stówa. Jest ostatnie miasto przez granicą,
Brzecław. Jakieś tam zakupy na stacji za miastem, i Republik Osterrich czeka :)
Godz. 19, minut 10 – osiągam
Orterrich landesgrenze! Drugi raz w karierze. Pierwsze
miasteczko z niewielkimi domkami, pierwsze betonowe szosy. Las
elektrowni wiatrowych, charakterystyczne, solidne znaki drogowe ze stalowymi ramami wokół.
Pierwsze słowa w niemieckiej gwarze. Ciągnące się po horyzont
słonecznikowe łany, koncert świerszczy z nich dochodzący. Wspomnienia wracają, jest prawie tak
samo fajnie jak w 2019 roku, kiedy pierwszy raz atakowałem Wiedeń :) Prawie, bo
wtedy to był mój pierwszy raz ;) Delektuję się trasą i z ciekawością małego
dziecka podziwiam ten inny, egzotyczny dla mnie świat. Np. takie automaty z
papierosami :O Mnóstwo tego tutaj. Dwa lata temu tego nie dostrzegłem. Jest nawet
automat z
winem! Mijam kolejne cośtamdorfy i cośtamburgi, tymczasem powoli
zaczyna zmierzchać. Ale niebo ciemnieje również z innego powodu – zbliżającej
się burzy. W dodatku dokładnie przede mną. Zaczyna grzmieć i się błyskać. Coraz
częściej i częściej, w końcu dopada mnie deszcz. Szczęście w nieszczęściu że apogeum,
ulewa wypada w centrum miasteczka – akurat nie -dorfu ani -burgu, tylko
Mistelbachu. Z godzinę przeczekuję nawałnicę dobrze ukryty w podcieniu jakiegoś
sklepu. Nawet miałem mięciutki
dywanik żeby usiąść :) Gdy wreszcie zaczyna wygasać
w słabnącym deszczyku ruszam dalej. Waham się nad wariantem trasy, można jechać
główniejszą szosą i potem wzdłuż autostrady lub boczniejszymi drogami. Wybieram
tą drugą opcję, na GPSie wydaje się tu bowiem być więcej terenów zabudowanych. Co
za tym idzie więcej potencjalnych schronień przez ewentualnym powrotem burzy.
Lekko pagórkowata szosa wije się i przeplata z linią kolejową. Deszczyk w
międzyczasie ostatecznie wygasa. Jest po prostu magicznie: lekkie, pachnące
wręcz po burzy powietrze, mokra, lśniąca księżycowym blaskiem szosa.
Wyrastająca zza horyzontu
łuna żółtego światła. Światła wielkiego miasta.
Przejeżdżam nad autobahnem, i dobijam do prostej po horyzont szosy. Znanej mi
już szosy ;) Tak, to ostatnia prosta przed Wiedniem :) Wjeżdżałem nią do
Wiednia 2 lata temu. Mijam przemysłowo – magazynowe przedmieścia, w tym
magazyny austriackiej poczty, no i jest!
Wien!!! Osiągnięcie tej tablicy 2 lata
temu było po prostu osiągnięciem orgazmu, rowerowego orgazmu. Dziś jest tylko
bardzo fajnie :) Lecę dalej prosto na centrum, i rozpoczynam zwiedzanie. Jest
bardzo cicho i spokojnie, żadnych imprez - noc ndz/pon. Podziwiam głównie
otaczającą mnie austriacką solidność, ład, porządek, oraz zawiłości
niemieckiego języka. Np. wyrazy składające się z ponad
20 liter. Solidne konstrukcje
znaków drogowych czy namalowane na betonowej jezdni białe zebry przejść dla
pieszych. Żeby były bardziej widoczne mają
czarne obwódki. Właśnie, w Austrii
mnóstwo jest niezniszczalnych betonowych dróg, jak i betonowych chodników. Nie
z płyt czy kostki dauna tylko jednolicie odlanych. Infrastruktura rowerowa
wzbudziła mój zachwyt już 2 lata temu, tak jest i dziś. Gładkie,
asfaltowe/betonowe pomalowane na czerwono/zielono alejki. Z łagodnie
wyprofilowanymi zakrętami, jednoznacznie oznakowane i z pomysłem upchnięte w
miejską dżunglę, architekturę wielkiego miasta. Trochę wąskie ale muszą takie
być, bo wciśnięte zostały w zabytkową tkankę miasta. Kolejną ciekawostką są…
budki telefoniczne. W PL ciężko o takie relikty a tu jest ich cała masa.
Automaty telefoniczne wyglądają na sprawne, w jednej nawet leżała książka
telefoniczna :D Łapiącą mnie coraz bardziej senność zwalczam drzemką na
ławeczce na bulwarze. Nie jest to niebezpieczne, bo po prostu jest pustko i
głucho, bardzo mało ludzi. Nawet w centrum pustki. Powoli wstaje kolejny dzień
a ja powoli myślę o planie powrotu. Podziwiam jeszcze trochę wielkie, zabytkowe
gmachy, nowoczesne szklane biurowce i kieruję się na dworzec. WIEN
HAUPTBANHOFF. Już go widziałem w ‘19 roku, jest bardzo imponujący, 12 peronów.
Jest 7 rano. W kasach niestety okazuje się że w popołudniowym pociągu nie da
się kupić biletu na rower… Jedyną na dziś opcją powrotu jest pociąg po 8, czyli
za godzinę… No to sobie nie pozwiedzam, a w planie miałem jeszcze kilka godzin
szwendania się. Cóż, bywa i tak, jest to z drugiej strony motywacja żeby jak
najszybciej uderzyć jeszcze raz na Wiedeń. W dodatku pomyliłem się i zamiast
kupić bilet do Krk, kupiłem do Katowic. Z Katowic będę musiał wrócić regio. Podróż QBB / Kolejami Śląskimi komfortowa i bez przygód.
Pomimo pewnych trudności, jak np. oranie 20% ścianek i
nieplanowane zaliczanie przełęczy jeszcze przed wyjazdem z Polski cel
osiągnięty, drugi raz do Wiednia w karierze. Zabrakło tylko tej wisienki na
torcie, czyli dłuższej eksploracji miasta. Ale z drugiej strony jest to
motywacja żeby jak najszybciej uderzyć do Wiednia raz jeszcze :) Przecież nie
to chodzi żeby złapać zajączka, tylko żeby go gonić. Czy tam króliczka. Tyłek
zniósł nowe siodełko bez szwanku, zupełnie bez potrzeby się tym martwiłem.
8.30 (sb) - 15.55 (pon)
Zaliczone szczyty:
Beskid Makowski:
Przeł. Sanguszki 480
Beskid Śląski:
Przeł. Przysłop (Przeł. Myto) 701
Jaworniki (CZ/SK):
Makovsky Priesmyk 801
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Gwóźdź programu - Bratislava
d a n e w y j a z d u
483.91 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:37.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
Opis nastąpi.
https://photos.app.goo.gl/4J5smAjq2C6oDzdL9
https://www.alltrails.com/explore/map/bratislava-1...
Dlaczego zatem prawie 500km gdy na mapce raptem 350? Do Bratysławy ~350km, plus kilkadziesiąt km zwiedzania, potem Vlakiem Bratislava hl. st. - Kralovany, następnie ~25km na gumowych kołach do Dolnego Kubina (zastępcza komunikacja autobusowa = NEMOZNOST PREPRAVY BICYKLA), dalej stalowym szlakiem do Trzciany, ostatni etap wycieczki to 50km na rowerze Trzciana - Chyżne - Jabłonka - Rabka.
6.40 (pon) - ~11.00 (śr)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka)709 x2
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2021
Paraolimpiada
d a n e w y j a z d u
425.67 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/wxCnVKAmRuqgPPZc7
https://www.alltrails.com/explore/map/poznan-3-5-0...
8.20 (czw) - 00.45 (sb)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Uratować marzec
d a n e w y j a z d u
416.04 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/c3iBNJWxJVVvqm449
https://www.alltrails.com/explore/map/sat-17-apr-2021-11-04-a1a5272?u=m
Marzec, podobnież jak i luty minął pod znakiem takiej sobie
pogody i małych chęci do jazdy, może to jakieś wypalenie po poprzednim
rekordowym sezonie? Staram się z tym walczyć. BECAUSE: „No matter how good you are.
Without discpiline u are nothing.” – Mike Tyson. Taka, jakże prawdziwa sentencja widnieje na
każdej puszeczce Blacka ;) No a jak chodzi o pogodę to tak ch*jowej wiosny
najstarsi kolarze nie pamiętają…
Wyglądające obiecująco okienko pogodowe wypada na przełom
marca/kwietnia, biorę więc przed świętami wolne na jakieś 400+. Wiatr jak i
temperatury dyktują północny kierunek wycieczki. Bardzo lubię traski do
Warszawy zwłaszcza końcówkę ze zwiedzaniem tego wielkiego miasta. Ale że do
Wawy normalną drogą jest raptem 300 z hakiem, postawiam wzorem pewnej trasy 2019
roku zahaczyć o Łódź. Startuję środowym rankiem i zanim wyjadę z Krakowa muszę
zrzucić z siebie część ciuchów, tak jest ciepło. W Zielonkach w małej
piekarence standardowo wciągam dwie mini pizze, oszczędzając tym samym
niesłodki prowiant na dalszą część drogi. Na podjazdach do Skały to już wręcz
zapocony jestem. W Skale nic ciekawego, w Wolbromiu tylko przejazd pociągu
towarowego, czyli też bez jakichś wielkich przygód. Mijam zamek w Smoleniu, a
na zjeździe do Pilicy wyciągam maxa w okolicach niecałych 70km/h. Z Pilicy na
Pradła, z Pradeł na Lelów, w Lelowie zakupy. W Drochlinie opuszczam DW794 i
dalej bokami na Radomsko. Droga na Łódź jest dla mnie jedna, znana na pamięć,
jadę jak na autopilocie. Idzie szybko i sprawnie, aż do Przyrowu (Przyrowia?).
Tam, w trakcie odpoczynku na ryneczku niechybnie zaczepia mnie tubylec, lekko kulawy
Pan koło 50ki na rowerze. Tym razem historie opowiedziane przez miejscowego
gadułę kręcą w tematyce zdrowotno – rowerowo – przyrodniczej. Pan był kiedyś
leśnikiem ale 10 lat temu miał wypadek samochodowy, niewykryty w prześwietleniu
głowy zakrzep w szyi i potem wylew. Uczył się od nowa chodzić i mówić, jeździć
na rowerze 3-, a potem 2- kołowym. Dziś na jest na rencie i mimo niedowładu
ręki i nogi orze jak morze, jeździ 50km traski z AVS 10kmh. Naprawdę szacun. Ze
spraw przyrodniczych opowiedział mi o rosnącej populacji wilków w Polsce. Aha
zapomniałym, Pan stwierdził że w Polsce jest dziś pięknie i niczego nie
brakuje. Bieda i beznadzieja to była w latach 80tych ub. wieku. Coś w tym może być, wielu młodych ludzi narzeka na tej kraj, bo po prostu nie wiedzą co to znaczy przejebane. Bo zaznali szarości, biedy i beznadziei schyłku poprzedniego ustroju. Z trudem udaje
mi wymiksować z tej pogawędki i mogę ruszać dalej :) Jest bardzo ciepło,
całkiem na krótko będę jechał aż do późnych godzin wieczornych. Wskakuję na
wojewódzką, mijam charakterystyczne (za sprawą pięknych dębów) ryneczki w Gidlach i Pławnie. Dojeżdżam do krajowej 91ki, która zaprowadzi mnie już prosto
jak po sznurku do Łodzi. Radomsko szybko przelatuję, zabrakło zdjęcia
charakterystycznego kościoła. Słońce powoli chyli się zachodowi, chowając się
za górującą 200m ponad bezkresnymi równinami woj. Łódzkiego Górą Kamieńsk. W
Piotrkowie już noc, ze 3 randomowe fotki, byłem nie raz. Ciemno, głucho, nie
imprezowo, tylko Covidowo. O tym że zbliżam się do przedmieść Łodzi świadczy
coraz to większe zagęszczenie wielkich hal magazynowych, placów pełnych
ciężarówek oraz wielkiego kompleksu handlowego PTAK. W Łodzi zaraz przed
północą. Zaczynam małe zwiedzanie, tak tylko przejazdem oczywiście, bo danie
główne to Wawa ;) Łódź jaka jest – każdy widzi. „Polskie Detroit”, prężnie
rozwijające się niegdyś miasto, oparte na przemysłowej monokulturze które wraz
ze zmianami ustrojowymi i importem tanich ubrań z Chin spotkał spektakularny
upadek. Pod koniec PRL Łódź była drugim największym miastem w Polsce, dziś na
3cim miejscu, za Krakowem. A wg prognoz za kolejne 30lat spadnie na 4 miejsce a
na najniższy stopień podium wpadnie Wrocław. I tą de populację miasta
autentycznie widać, dwie przecznice od Pietryny spotkać można całe ulice, całe
kwartały opuszczonych, pobazgranych kamienic. Rozpoczęte i chyba nigdy niedokończone
remonty ulic i zgaszone latarnie. W ogóle
cała Łódź robi wrażenie biednego raczej miasta, tak sugerują stan ulic,
chodników, zardzewiałe latarnie, ogólnie całą miejska infrastruktura. Nie
znaczy to oczywiście że cała Łódź tak wygląda, jest też sporo nowych
inwestycji, jak choćby nowiutki, lśniący dworzec wraz z tak samo odpicowaną
okolicą. W Łodzi to po prostu piękno sąsiaduje z ruiną, tworząc specyficzny obraz
tego miasta. Na takich właśnie rozkminkach mija mi mała rundka po Łodzi. Z
rzeczy bardziej zaś przyziemnych to wciągam kebaba. Po czym kieruję się ku
wylotowi na Wawę – DK72. Do stolicy ze 120km. Mniejsza połowa, do Rawy Maz. tą
właśnie krajówką. Druga, większa – drogami technicznymi wzdłuż S8ki. Cóż
zapamiętałem z tego odcinka? Węzeł z A1ką. Ciemna, głucha noc i
charakterystyczny pomnik w Brzezinach. Wschód Słońca, zimno i zarazem senność
łapią mnie w połowie drogi do Rawy. Ratuję się godzinną drzemką na przystanku. Dużo
elektrowni wiatrowych. Zakończone fiaskiem poszukiwania otwartego sklepu w
Rawie. Ostatnie kilkadziesiąt km to kluczenie drogami serwisowymi raz jedną,
raz drugą stroną Eski. Zdarzały się też ciekawsze odcinki, jak kilka km
błotnistą leśną drogą czy granitowe bruki ;) W jakiejś wioseczce po drodze
znajduję otwarty sklepik z pysznymi pączkami i przesympatyczną Panią
ekspedientką. Aha po drodze przejechałem chyba przez Mszczonów ale nic nie
zapamiętałem z tego miasteczka. I tak powoli, kilometr za kilometrem, zbliżam
się do wielkiej Warszawskiej aglomeracji. Kajetany, Nadarzyn, Janki. Wiejski
krajobraz płynnie przechodzi w pełne magazynów, salonów samochodowych,
MDonaldów, stacji benzynowych, hurtowni rubieża stolicy. Jest tablica
„Warszawa”. Czyli na Centralny jeszcze ze 20km ;). Zaczynamy zwiedzanko, bardzo lubię zwiedzać Wawę.Nie mogę się nadziwić jakie tu
wszystko jest ogromne i jak wszędzie jest daleko. Warszawskie chodniki są szerokie jak krakowskie ulice :D Mosty na Wiśle mają nie stokilkadziesiąt a kilkaset metrów długości. O wieżowcach pisać nie trzeba, to jest ścisła europejska czołówka, jedna z najwyższych metropolii. A jak chodzi o odległości to miasto niby 2,5 raza większe od Krakowa a mam wrażenie
że jest kilka razy większe. Niezliczoną ilość kilometrów,
przecznic, kamienic, drapaczy chmur i dwa kebaby dalej, zmęczony ale pełen
wrażeń i emocji kończę przygodę i wsiadam do TLK do Krakowa ;) TLK taki jak
trzeba, z wielkim wagonem rowerowym.
Udana wycieczka, Wawa zawsze spoko. A Wawa + Łódź + 400km
tym bardziej.
7.40 (śr) - 00.35 (pt)
Zaliczone gminy: 2
Łódzkie: 2
Rogów
Głuchów
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Uratować luty!
d a n e w y j a z d u
420.85 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/25-26-02-2021-poznan-42ba513?u=m
https://photos.app.goo.gl/SLhxAsfTNGj63oCB6
Przed czym uratować? Przed żenującym przebiegiem. Od 1 do 23
lutego nabiłem bowiem raptem 115km, niemal wyłącznie na kilku-km dojazdach do
pracy. Warunki były tak fatalne że na 4 dni wymiękłem w ogóle i do pracy
chodziłem z buta… Jest mi z tego powodu bardzo wstyd. W związku z tym
zapowiadany potężny atak wiosny chciałem wykorzystać na 100%. Zrobić 400km. Na
dwa najcieplejsze wg prognoz dni, środę i czwartek biorę wolne. Potem domawiam
jeszcze piątek. Przygotowuję rower, skuwam z niego piaskowo-solną skorupę.
Formy nie przygotowuję, liczę na to że jakoś to będzie, że 20kkm z ub. sezonu zostało
w nogach. Przez ostatnie dwa miesiące trenowałem bowiem głównie picie piwa i
jedzenie tostów. Patrząc na mapy pogodynek samonasuwającym się celem jest
Wrocław, 18-19’C. Ale we Wrocławiu byłem w ub. roku 2 razy, w dodatku tam jest
300km. Można by dalej, do Zielonej Góry, ale to już z 450 - deko za dużo. W
Poznaniu ostatni raz zaś byłem w 2019 roku, jest 400km, i temperaturowo ten
kierunek również wygląda ok, Łodzkie/Wlkp. 16-17’C. No i po prostu miałem
ochotę na Poznań :)
Startuję 20 minut po siódmej, na termometrze 5’C, ale zanim
przejadę przez miasto robi się już ciepło. Wylatuję standardowo, wojewódzką na
Skałę. W Zielonkach również standardowo wciągam dwie mini pizze z piekarenki,
oszczędzając
niesłodki
prowiant w sakwie na potem. Na kolejnych i kolejnych podjazdach Jury robi się
już gorąco w kurtce i długich spodniach, ale jeszcze poczekam ze zdejmowaniem
tego, bo na zjazdach i w lasach ciągle chłodno. Na rynku w Skale szybka tylko
fotka, i lecę na Wolbrom. Najpiękniejszym widokiem dla moich oczu jest tej
trasy… asfalt ;) Suchy i czysty asfalt, jakże stęskniłem się za takim jego
stanem. Tzn. mokre i zasyfione odcinki też się zdarzają, ale nie ma tego dużo.
Miejscami tylko w lasach, lub w innych zacienionych miejscach. Ze śniegiem
podobnie – resztki w lasach i na niekorzystnie ukształtowanych do Słońca polach
uprawnych. Za Pilicą opuszczam wojewódzką szosę na rzecz bocznych dróg. Koło
południa przebieram się wreszcie w krótkie ciuchy – ale fajnie :) Odczuwalna w
Słońcu na pewno ponad 20. Po kilkunastu km tłuczenia się po dziurach bocznych
dróg wskakuję na wojewódzką 792, która zaprowadzi mnie do Żarek. Po drodze
standardowy postój pod
kościółkiem Św. Stanisława i punktem widokowym na Kuestę
Jurajską – wielką skarpę, urwisko na Jurze, z której rozpościerają się szerokie
widoki na niższe tereny, z kominami Górnego Śląska na horyzoncie. Z Żarek znowu
bokami przez lasy na Olsztyn. Piękne odpicowany Olsztyn, z górującymi nad rynkiem
ruinami zamku to chyba najbogatsze miasteczko na Jurze. Ostatnią prostą Olsztyn
– Częstochowa zazwyczaj jadę zupełnie spoko ścieżką rowerowo-pieszo-rolkową –
szeroką aleją przez las (przy DK zakaz dla rowerów). Ta jednak dziś okazuję się
być ciągle pokryta śnieżno – lodową
skorupą… Nawet nie próbuję jechać po tym.
Już miałem wskakiwać na krajówkę ale wpadłem na inny plan – objadę Częstochowę zupełnie
bokiem. Nadłożę pewnie kilka km ale możliwe że zaoszczędzę czas, bo nie będę
tłukł się przez centrum dużego miasta. Tak też robię – bocznymi asfaltami
objeżdżam Cz-Wę, lekko tylko zahaczając o jej północno-wschodnie rubieża. Przy
okazji robię zakupy w wiejskim sklepiku. Krótki lutowy dzień dobiega końca i
robi się chłodno. 3,5 godz. jechałem całkiem na krótko, w końcu trzeba się
ubrać. Obieram kurs na Działoszyn. Póki co lekki chłód nie przeszkadza,
rozgwieżdżone niebo, księżyc w pełni, radyjko w uszach, radość z pierwszej
długiej trasy w sezonie sprawiają że jedzie się pięknie :) Trochę tylko wkurza
przekręcona w lewo kierownica – w szosówce nigdy nie udaje mi się jej idealnie
wycentrować po serwisie. Zauważyłem to zaraz po wyjeździe z domu, ale tak
odkładałem i odkładałem jej skorygowanie że dodaję z taką krzywą aż do Poznania
;) Wjeżdżam do Łódzkiego – lubię robić zdjęcia przy tablicach z nazwą
województw ale często też mi się chce. W
Działoszynie po 20tej. Miasteczko to
kojarzy mi się tylko z jednym – ogromnym rynkiem. Trzeba zrobić zakupy przed
nocną jazdą, ostatecznie robię je tam gdzie zazwyczaj gdy jadę tą drogą – w
Dino na zakręcie kawałem za Działoszynem. Do Wielunia jeszcze jedzie się spoko,
tj. nie jest zimno. Wieluń to nawiasem mówiąc półmetek – 200km. Jakaś tam fotka
rynku, ratusza, itp., standardowe sprawy. Za miastem dopiero się zacznie –
lutowa noc po prostu nie może nie być zimna ;) Zjeżdżam z krajowej szosy, do
Kalisza dotrę dobrze znanym mi skrótem bocznymi drogami. 60km dziurawych,
mokrych asfaltów. 60km lasów, mgieł, wilgoci i zimna. Lututów, Klonowa,
Głuszyna, Brzeziny, Aleksandria – znam tą kolejność na pamięć, zawsze jadę tędy
na Kalisz. Z wyróżniających się obiektów kościół w Lututowie – jest po prostu
ogromny, i to nie tylko jak na tak małą miejscowość. Zimno, coraz zimniej.
Ubieram prawie wszystko co mam, tj. koszulkę, bluzę, dwie kurtki i kamizelkę a
i tak ledwo wyrabiam. Na szczęście senność ciągle daje się zagłuszyć kofeiną,
nie ma konieczności drzemki bo ta była bardzo nieprzyjemna… Pomocną w walce z
zimnem staje się też maseczka – oddycha się cieplejszym powietrzem, naprawdę
dużo to daje, polecam. Gdzieś w tych zadupiach wjeżdżam do Wlkp., tablicy
niestety brak. Przed piątą doczołguję się do Kalisza. Ciągle jeszcze ciemno.
Liczę że „miejska wyspa ciepła” coś da, w mieście zawsze cieplej. No i coś tam,
niewiele, ale daje. Zamiast bardzo zimno jest tylko zimno ;) Jakaś tam fotka
opery, czy też teatru, ratusza na rynku, byłem nie raz, widziałem, znam,
kojarzę. Odpoczynek nie wchodzi w grę, bo zmarznę jeszcze bardziej, trzeba
jechać. Kalisz powoli budzi się do życia, moją uwagę zwraca spora ilość
rowerzystów zmierzających zapewne do pracy. Mijam jeszcze charakterystyczny,
okrągły gmach kaliskiego szpitala i wyjeżdżam z miasta krajową 12ką. Słońce
wreszcie wschodzi ponad miastem. „Poznań 115km” – tako rzecze przydrożna
tablica. Ujeżdżam jeszcze parę km i chcąc nie chcąc muszę się zdrzemnąć. Chyba
z godzinę spędzam na przydrożnym
przystanku, udało mi się zresetować czas
czuwania i przy tym nie zamarznąć. Teraz wstaje już nowy dzień i może być tylko
lepiej :) Tzn. lepiej jak chodzi o temperaturę, pogodę. Bo jak chodzi o drogę
to nie, lepiej już było. Odcinek Kalisz – Środa Wlkp. będzie średnio przyjemny.
Ruchliwa krajówka, mnóstwo tirów, bez asfaltowego pobocza, co chwila zakazy dla
rowerów i ścieżki z kostki Dauna. Radzę sobie z nimi różnie – to lecę na
zakazie, to po ścieżce, to alternatywami bocznymi drogami które idą mniej
więcej za biegiem krajówki. No a cóż – te km po kostce traktuję jako dobry
trening dla tyłka, dłoni i nadgarstków ;) Krajobraz jaki mnie otacza to typowa
Wielkopolska patelnia – jak okiem sięgnąć pola uprawne, wszechobecne silosy i
inne rolnicze instalacje, ciężko o kawałek lasu a podjazdy to tylko na
wiaduktach ;) Docieram do
Pleszewa, robię zakupy. Mijam Kotlin – miejscowość
słynną z przetworów owocowo-warzywnych. Na jakieś zwiedzania mijanych
miasteczek generalnie nie ma szans – czas nagli. Idzie coraz wolniej a dwa
interesujące mnie pociągi z Poznania odjeżdżają 17.00 i 17.40, następne dopiero
w nocy. W
Jarocinie więc tylko sobie ronda pozwiedzałem, w dodatku pobłądziłem
i trochę nadłożyłem. Z pozytywów to Słońce wreszcie przyjemnie przypieka, jeszcze
bardziej jak wczoraj :) Rozważam nawet użycie kremu z filtrem (wziąłem!), ale
nie chce mi się z tym babrać, bez przesady, to jest lutowe Słońce. Dziś na
krótko pojadę 5-6 godzin, od ok. południa aż do Poznania. Dociągam wreszcie do
Środy, koniec z ruchliwą krajówką. Tu zaczyna się ekspresówka, więc dalej
pojadę bocznymi drogami przez różne Podpoznańskie wioski. Szybkie tylko foto
jakiejś tam zabytkowej
wieży w Środzie i czem prędzej na Poznań. Czuć bliskość
celu, power w nogach więc włącza się potężny. Obsadzoną wielkimi topolami ulicą
Topolską przez Topolę (miejscowość), wiaduktem nad autostradą, i nad inną ekspresówką.
Komorniki, Tulce, krajobraz zmienia się z wiejskiego na typowo
przemysłowo-magazynowy. Linie wysokiego napięcia, hale DPD, FEDexa, i inne
wielkie magazyny, i place pełne ciężarówek. Z ciekawostek mijam budynek ze
znajomym mi logo.
Eurobike. Hmm… Skąd ja znam tą firmę? No tak, taki napis jest
na każdym pudle z kupowanym w Polsce amorem Suntoura – Eurobike to oficjalny
dystrybutor tej marki w Polsce. Miałem kilka Suntorów, zanim przesiadłem się
szosówkę. Tablicę z napisem Poznań osiągam o godz. 16 :) Udało się. Niestety za
wiela sobie nie pozwiedzam… Przejazdem tylko, generalnie kieruję na dworzec
główny. Charakterystyczne zielono-żółte tramwaje/autobusy, most na
Warcie,
jakieś tam nie wysokie może ale i tak okazałe szklane biurowce. Wielka betonowa
estakada ze ścieżkami rowerowymi pod spodem. Wreszcie jest i słynny poznański
„
chlebak”. Tj. dworzec główny. Podobno coś jest z nim trochę nie tak, i chyba
już wiem co ;) Zanim trafiłem do hali dworca przeszedłem jeden i drugi poziom
galerii handlowej. Spytałem ochroniarza o drogę. Wjechałem widną, w pięknej i
lśniącej hali były perony 1-3, ale mój pociąg rusza z peronu 4a. Zjechałem
schodami ruchomymi. Wyszedłem z nowego budynku, przeszedłem obok starego budynku
dworca. Spytałem o drogę konduktora, długachnym starym peronem nr 6 (?) obok
zrujnowanych kolejowych budynków dotarłem do znajdującego się na szarym końcu
peronu
4a :D Nawet fajnie było, zaliczam ten spacerek na poczet zwiedzania
Poznania ;) TLK już czekał na peronie. Podróż szybka i przyjemna, pociąg
generalnie wiózł powietrze, mnie i mój rower. W Krk koło 23ciej, w domu przed
północą.
Udana trasa, poprawiłem swój poprzedni lutowy rekord (343km
w ub. roku do Warszawy) na 421km :) W ub. roku udało mi się zrealizować projekt
pt. „300+ w każdym miesiącu”. To może teraz pora na 400+? Brakuje mi 400ki w
grudniu i styczniu. Szkoda tylko że Poznania coś więcej nie pozwiedzałem.
Kondycji wystarczyło, udało mi się też nie przeziębić. Z dolegliwości to lekkie
pobolewania tyłka, dłoni, ramion, karku, pleców, generalnie wszystkiego po
odrobince, po prostu odzwyczaiłem się od pozycji na szosówce. Poszło sporo
Sudecremu ;) Nie zawalił się też pode mną rower, a po wspomnianej
piwno-tostowej ultrakolarskiej diecie ważę prawie 100kg ;)
7.20 (śr) - 23.40 (czw)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
I'm back.
d a n e w y j a z d u
407.82 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/tue-27-oct-2...
https://photos.app.goo.gl/WeeVJA4ZHVso5KwJ6
Powrót na długie dystanse po awarii kolana z początku września :)
8.00 (czw) - 6.05 (sb)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Bratislava
d a n e w y j a z d u
406.79 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/sun-01-nov-2020-21-02-927e838?u=m
https://photos.app.goo.gl/n4MUEzBSvcskFkkh9
Gwóźdź programu, tj. Budapeszt - zaliczony :) Jednakowoż plan urlopu zakłada
jeszcze drugą atrakcję – Bratysławę :) 3 dni (niecałe) to max jaki udało mi się
wygospodarować na odpoczynek, żeby zmieścić się w urlopie. Bratysławę mam już zaliczoną w ub. roku, więc to będzie mój drugi raz. Plus dwa razy jeszcze się w niej przesiadałem na
stacjach, na powrocie pociągiem z Wiednia i właśnie z Budapesztu. Plan zakłada trasę taką samą jak rok temu, z jedną tylko, małą modyfikacją - o tym później. Jest to bardzo niezwykłe
jak na Słowację, ale trasa będzie… płaska. Tzn. płaska jak na Słowację, ma się rozumieć ;) Podjazd na przeł. Spytkowicką, a potem w
zasadzie płasko/w dół. Nie będzie żadnych hardcorowych przełęczy do wciągnięcia, a profil trasy będzie opadający. (Tak naprawdę to jeden ciężki podjazd będzie, przez wspomnianą modyfikację). No a jak to w ogóle możliwe? Będę bowiem jechał za
biegiem rzek: najpierw doliną Oravy, potem wzdłuż Wagu, a końcówka to
naddunajskie niziny. Tzn. nie żebym był cieniasem, i nie lubił podjazdów. Po prostu dziś celem jest Bratysława, a nie jak największa ilość 1000m przełęczy po drodze. Powrót oczywiście jak zawsze –
stalowym szlakiem tylko do Trzciany, potem dokrętka na rowerze 50km do Rabki.
Wyjeżdżam piątkowym rankiem. Przelatuję przez centrum,
wskakuję na krajową 7kę. I to co widzę lekko mnie nie pokoi – jakaś burza pląta
się po okolicy. Chmurzyska, z przebijającą się z nich tęczą są na wschodzie,
jakby nad Gorcami. I chyba też idą w tę stronę. To dobrze, bo ja jadę bardziej
na zachód. Uprzedzając fakty – burza mnie nie dopadnie, a w każdym razie nie
ta. Jedyne co to miejscami mokre drogi. Wypogadza się, i w przypiekającym coraz
bardziej Słońcu wciągam przeł. Spytkowicką. Widok na Babią to coś pięknego, ale to każdy chyba wie. O godz. 9 minut 59 melduję się na Słowackiej granicy. Pomimo raptem 3 dni od ataku na Budapeszt kilometry idą
gładko, nie ma śladu po tamtej trasie w organizmie. Przynajmniej na razie. W Trzcianie remont mostu trwa nadal, nic się nie zmieniło od 3 dni ;) Mostu dalej brak. Dziś niebieską kładeczką, tą po lewej od mostu. Niebieska ściana toytoyów gdy
dojeżdżam bliżej okazuję się być rzędem garaży dla rowerów O.o To jest dopiero nowoczesność, rozwój,
cywilizacja! W Twardoszynie dopadam Lidla i robię duże, tanie zakupy. Zawsze
wożę 2,5kg łańcuch do przypięcia roweru, ale i tak trochę strach do większych
marketów wchodzić. Więc wchodzę tylko jak nie ma kolejek, i szybko kupuję co
trzeba i wychodzę. Z trudem upycham prowiant do sakwy. Dochodzi południe a
skwar przybiera na sile. W Podzamoku kole 13tej. Selfiaczka na tle
najfajniejszego zamku jaki znam braknąć nie mogło. Kubin zaś szybko tylko
przelatuję, nie ma czasu, Hlavne Mesto Bratislava czeka. W Parnicy zjeżdżam z
drogi number 70 na wspomniany wcześniej objazd. Dlaczego tak a nie inaczej? Bo w pamięci mam
trasę z ub. roku. Wijąca się barrrdzo przełomem rzeki Oravy szosa jest prze-pięk-na! I ten niesamowity zamek na urwisku skały, podparty betonową kolumną... A jednocześnie
jest też niebezpieczna, niekomfortowa, stresująca, nierozsądna. Przynajmniej w tym kierunku jak
jadę. Co z tego że ma 3 pasy i opada w dół. Dwa pasy idą pod górę, jeden w dół.
I ten układ 2+1 oddzielony jest betonowymi separatorami. Asfaltowych poboczy
brak. Choćby cisnąć i dokręcać ile pary w nóżkach wiela ponad 50km/h średniej się tu nie utrzyma. A kierowcy
woleli by tak bardziej 70km/h jechać, podejrzewam. Pomimo tego że to Słowacja i
nikt by pewnie nie zatrąbił na mnie ani razu i cierpliwie jechał 50ką to i tak takie tamowanie ruchu jest dla mnie
niekomfortowe, nie lubię tak. Newralgiczny fragment ominę zatem trzycyfrową drogą,
okrążając grupę Małej Fatry z drugiej strony. Pusta, przyjemna szosa tonie w zieleni i
początkowo też wije się doliną jakiejś rzeczki, rzecz jasna mniejszej od Oravy. Ale za zakrętem w Zazrivem zaczyna się ;) Niczego sobie ścianka na jakąś jednak przełęcz. Znak mówi o 12%
nachylenia i ja mu wierzę, może tyle być, ledwo to wciągam na mojej „jedynce”
(36-34). Wjeżdża się na jakieś 750m n.p.m., nie chce mi się sprawdzać co to za przełęcz. W nagrodę zaś przyjemny zjazd. I emocjonujący a to za sprawą
ciuchci (takiej na gumowych kołach, do wożenia leniwych, grubych turystów) która wymusza
pierwszeństwo zmuszając do hamowania. Tankuję na Slovnafcie w Terchovej. Zjazd
ciągnie się i ciągnie, praktycznie aż do Żyliny. A wokół zaczyna się coraz
bardziej chmurzyć. W Żylinie duże wrażenie robi wielka fabryka Kia (Kii??? - kto to wie jak to się odmienia). Zastawione
tysiącami aut place i załadowane setkami aut pociągi towarowe. Ale to już
kiedyś widziałem, byłem tu. Dziś natomiast przejazdem odkrywam „Wodne Dzieło Żylina”
(Vodne Dielo). Czyli zaporę i elektrownię na rzece Wag. Kręcę się po centrum,
odpoczywam, wciągam gofra i ruszam dalej. Głównymi przelotówkami, estakadami wyjeżdżam na
drogę number 61, która zaprowadzi mnie aż do Bratysławy. Przez następne 200km szosy zmieniał już nie będę, ciągle 61ka. Tak że trasa łatwa nawigacyjnie ;) Będzie
ona się wiła raz jedną, raz drugą stroną stroną idącej równolegle ekspresówki. Która przekracza 61kę
efektownymi estakadami, węzłami, wiaduktami, po prostu z rozmachem jest
poprowadzona przez górzystą, Słowacką krainę. Poprowadzona tak bez pierdolenia się, tak jak w Hameryce ;) Np. już odcinek zaraz za Żyliną
jest dość ciekawy. Krajówka, linia, kolejowa, zalew, mało miejsca - droga
ekspresowa jest tu przyklejona do zbocza na wielkich filarach. Tymczasem po burzy ani śladu,
rozeszła się gdzieś, rozmyła. Zbliża się zmrok. Na OMV-ce w Poważkiej Bystrzycy robę
zakupy, takie żeby wystarczyły mi całą noc, bo na Słowacji krucho z
całodobowymi sklepami/stacjami. Najefektowniejsze wiadukty eskpresówki to są
chyba właśnie tutaj – droga zawieszona jest tak po prostu wysoko ponad domami,
ponad miastem i ładnie podświetlona. Kolejne miasteczka to Belusa, Ilava,
Dubnic na Vahom, ale stąd nic raczej nie zapamiętałem. Godny uwagi jest dopiero
Trenczyn. A to oczywiście za sprawą zamku na skale, i przyklejonej do tej skały
kamienicy. Zdjęcia zabraknąć nie mogło. Jest też tu zdecydowanie więcej nocnego życia,
gwaru, zgiełku. Imprezowo jest po prostu. Jest też bardzo ciepło. 2ga w nocy a termometr w
mieście pokazuje 19 stopni. Uwielbiam takie noce :) Zwiedzam przejazdem starówkę, a potem trochę pobłądziłem w poszukiwaniu mostu. Wskutek czego najpierw
wjechałem na jakąś wyspę na Wagu, pełną boisk i innej sportowej infrastruktury.
A na drugą stronę rzeki przejechałem w końcu kładeczką przyklejoną do kolejowego mostu. Sierpniowa, ciepła noc szybko się kończy, aż trochę szkoda. Dzień
rozkręca się na dobre podczas drzemki na przystanku w Nowym Mieście n. Wagiem. Z tych okolic pierwszy raz dostrzec można chłodnie kominowe Słowackiej atomnej elektrostancji.
Przez miasto przejeżdżam jeszcze w dobrej formie ale ta drzemka na długo nie
wystarcza, pilnie potrzebna jest druga. Lokalizuję wreszcie dwa ustronne
przystanki w polach, na odludziu. Z tym że jeden ma ławeczkę, owszem, lecz jest
zajęty. Na dobre rozgościła się tu przyroda ;) Drugi zaś jest lepszej formie i
jest wolny ale niestety bez ławeczki. Wybieram ten drugi, podłożę coś pod tyłek i
jakoś się zdrzemnę. Chyba godzina mi tu zeszła. Słońce jest coraz wyżej i
zaczyna grzać coraz bardziej. Coraz bliżej są też kominy elektrowni. Chciałbym
kiedyś tam podjechać i ją obejrzeć z bliska, ale ewidentnie nie dziś. Dziś
Bratysława. O bliskości wielkiej elektrowni świadczy też
ponadprzeciętna ilość linii WN przekraczających drogę. Docieram do Ternawy. Tak
to się chyba po polsku pisze. Coś zaczyna brakować mi sił. Dłuższą chwilę
odpoczywam na trawniku, w cieniu Slovnaftu. Przede mną ostatnia prosta – 40km
do Bratysławy. Tak blisko a tak daleko zarazem. Bliskość celu dodaje sił i otuchy, bo
kryzys mnie łapie konkretny. Za często jednak nie odpoczywam, jadę siłą woli,
na chama, żeby najszybciej dotrzeć i cieszyć się zwiedzaniem miasta. Drogę na
ostatnich km przed Bratysławą pamiętam dobrze. Jest charakterystyczna, a to za
sprawą zieleni która wręcz wlewa się tu na jezdnię, i ją sobie częściowo zawłaszcza.
Senec tylko przelatuję, nawet zdjęcia stąd nie ma, w głowie już tylko
Bratysława. No dobra, tak naprawdę to nie tylko bliskość celu daje mi takiego
powera, ale też bliskość nadciągającej burzy ;) Niebo przybiera coraz bardziej niepokojące barwy. No i udało się! Bratysławę zdobywam o godz. 13.24. Drugi raz
w mojej rowerowej karierze, więc nie jest to już taki rowerowy orgazm jak za
pierwszym razem. Ale wiadomo, i tak jest bardzo fajnie :) Na zwiedzanie mam jakieś 3
godziny, więc nie za wiela. Plus ta burza, która jest coraz bliżej. Najsampierw
jednak zwiedzam Slovnaft, kupując niezbędne nawodnienie. A jak chodzi o
właściwie zwiedzanie, to na pierwszy ogień idą „Zlate Piesky”. Złote Piaski
to plaże na przedmieściach miasta, nad
urokliwymi zalewami z niesamowicie czystą, zieloną wodą. Najpierw zajeżdżam nad
mniejszy zalewik, w mniej zatłoczonym miejscu (żeby nie straszyć ludzi moim
cherlawym ciałem) i zanurzam się po szyję w tej niesamowitej zielonej wodzie. Co
za przyjemność! A i śmierdział będę trochę mniej w pociągu ;) Potem zajeżdżam
tak tylko obejrzeć ten drugi, większy, po przeciwnej stronie głównej szosy. Tam
na końcu, daleko w lesie jest plaża nudystów. Ale nie będę podglądał, zresztą i
tak nie ma co podglądać. Większość nudystów to 60 letnie otyłe chłopy i 70
letnie pomarszczone babcie ;) Moja hipoteza nt. tego hobby jest taka, że ludziom się nudzi na starość, szukają czegoś nowego, niezwykłego, ciekawego, no i znajdują :) Gdy temat zalewów mam już zaliczony, jadę do
centrum. Zaczyna się błyskać i coraz bardziej wiać - to jest coraz bliżej.
Zdjęć już za wiela zatem nie robię, zresztą jak już pisałem to już mój drugi raz.
Pozwiedzałem sobie parkingi wielkich centrów handlowych, poturlałem się po
koślawych chodnikach z popękanego asfaltu, możliwe że pamiętającego czasy Czechosłowacji.
Na drugą stronę Dunaju nie przejeżdżałem, generalnie obierałem kurs na Hlavną
Stanicę. Popodziwiałem nowoczesne biurowce i 4-osiowe, przegubowe autobusy.
Bratysława to nie najbogatsza, i nie największa, ale nowoczesna i
rozwijająca się europejska stolica. Gdy zbliżał się odjazd pociągu, a ulewa
była kwestią minut, wdrapałem się dobrze znanym podjazdem pod dworzec kolejowy.
Bilety kupiłem wcześniej na tel. Idę na właściwy peron, i o 16tej wsiadam do
długachneeego pociągu. Ze 20 wagonów jak nic. Pośpieszny, który kursuje przez
cały kraj: Bratysława <-> Koszyce, po drodze zaliczając jeszcze kilka
większych miast. W czasie jazdy faktycznie lunęło, i popadało ale burzy jako
takiej z piorunami nie było. Przesiadka wieczorem w Kralovanach (Królewianach).
Drugi, bardzo klimatyczny etap kolejowej podróży to malutki wagonik motorowy który
nieśpiesznie toczy się do Trzciany, pod polską granicę. W Trzcianie po 21, i
stąd jeszcze 50km do dokręcenia do Rabki. Rozkopany most na rzece objeżdżam znów niebieską kładeczką. (Do pomarańczowej, którą odkryłem jako pierwsza, jest dalej). Na
granicy przed 22gą. Ten 50km odcinek zawsze mi się dłuży, i szczerze mówiąc
niespecjalnie mi się chce go jechać. Bo wszystko co najfajniejsze już było,
wielka przygoda, wielki cel już za mną, chciałbym położyć się do łóżka i iść
spać. A nie kręcić zamulony, zmęczony, zniszczony, 50km po górach w nocy
doskonale znaną drogą. Dziś akurat nie było aż tak źle. Przespałem się w pociągu,
moc jeszcze była, więc póki nie póki nie byłem zamulony atakowałem ile wlezie i
szło szybko. Senność zapijałem energetykami, dużo ponad normę tej kofeiny poszło.
Zdrowsze i skuteczniejsze byłyby drzemki na przystankach ale w dupie mam
drzemki, ja chcę jak najszybciej walnąć się do łóżka a nie kimać na ławce jak żul spod
Biedronki. Po prostu chciałem jak najszybciej zakończyć już tą trasę. I tak też
zrobiłem, na kwaterze w Rabce zameldowałem się o 00.45, czyli 3,5h od Trzciany.
Jak na mnie to jest to dobry wynik, nieraz dłużej męczyłem te 50km. Oczywiście
aktywowałem psiura, i co za tym idzie obudziałem gospodarzy… Ale Oni są bardzo mili i
wyrozumiali na moje rowerowe wygłupy ;)
Udana trasa. Choć drugi raz do Bratysławy to nie jest już
taki kaliber jak kilka dni temu pierwszy raz do Budapesztu, czy w ub. miesiącu
pierwszy atak na Pragę, to i tak było fajnie :) W ogóle w tym sezonie to się
dzieje: 700ka nad Morze, Praga, Budapeszt, Bratysława…. No grubo jest :)
7.20 (pt) - 00.45 (ndz)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709 x2
Mała Fatra (SK):
Rovna Hora 750 (Daję pogrubione, jako nowy szczyt. A może to już miałem kiedyś zaliczone, tylko nie zanotowane? kto to wie...)
Inne:
Wzgórze Zamkowe (Bratysława)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2020





























