Powrót pociągiem
| Dystans całkowity: | 64480.28 km (w terenie 313.00 km; 0.49%) |
| Czas w ruchu: | 1232:54 |
| Średnia prędkość: | 18.48 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 406.64 km/h |
| Suma podjazdów: | 240690 m |
| Liczba aktywności: | 225 |
| Średnio na aktywność: | 286.58 km i 14h 00m |
| Więcej statystyk | |
Nad Morze :)
d a n e w y j a z d u
632.63 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/9-11-05-2021-nad-morze-f514cec?u=m
https://photos.app.goo.gl/qdbEkMtvX5GKXGFG8
Niedokończone sprawy ;) W ub. roku miałem jechać nad Morze
we wrześniu ale plany te pokrzyżowała gleba 100-lecia i zwichnięcie kolana. Co
się odwlecze to jednak nie uciecze. Akurat trafiło się piękne okienko pogodowe
tej niespecjalnej wiosny, biorę więc wolne na pon/wt, w sobotę wysypiam się na
zapas i startuję niedzielnym rankiem. Plan w głowie chytry i szalony - nad Morze w maju!
Jest bardzo ciepło. Przed wyjazdem z miasta jadę już całkiem
na krótko, taki gorąc. Z popasu pod piekarenką w Zielonkach tym razem nici,
zamknięte – niedziela. Za wyjazdem z Krakowskiej aglomeracji pełnię sił
pokazuje wiatr. Zapowiadany prognozami, silny południowy wiatr który
towarzyszył mi będzie aż do granic Pomorza! Idzie bardzo sprawnie. Moc,
energia, adrenalina. Motywacja, determinacja, endorfiny. Błyskawicznie nawijam
na koła pagórkowaty asfalt Jury K-CZ. Skała, Wolbrom, Pilica, Pradła, Lelów,
nawet nie ma co pisać na ten temat. Km po prostu znikają. W Drochlinie zjeżdżam
z DW794 w skrót bocznymi drogami do Gidli. Przyrów, Święta Anna, Garnek,
Skrzypiec, znam te nazwy na pamięć, zawsze lecę tędy na Łódź. Przyroda pięknie
budzi się do życia, dokoła soczysta zieleń trawy (i miejscami drzew), śnieżna biel kwiatów i błękit
bezchmurnego nieba. Pierwsze 100km zajęło mi 5h45min, co jest dla takiego
turysty jak ja dobrym czasem. Skrót kończy się, wskakuję z powrotem na
wojewódzką szosę. Zdjęć pięknych dębów w Gidlach & Pławnie tym razem
zabraknie. Tym razem nie miałem w ogóle głowy do zdjęć, zdjęcia są byle jakie.
Miałem za to głowę do jazdy :) Jazda szła OK. Zmieniam drogę na DK1. Jest i
Radomsko, pierwsze większe miasto na trasie. Zdjęcie bardzo charakterystycznego
Radomszczańskiego kościoła i ratusza – byle jakie, taki tam tylko selfiaczek.
Wiatr duje aż miło po bezkresnych równinach woj. Łódzkiego. A stara „jedynka”
dużo bardziej ruchliwa niż zazwyczaj. Nic dziwnego, zwykle jadę ten odcinek
wieczorem, gdy ruch jest mniejszy. Teraz jest popołudnie. Góra Kamieńsk i
elektrownia w Bełchatowie na horyzoncie za dnia to jest dla mnie rzadki widok.
Zawsze widuję je albo w nocy albo o zachodzie Słońca. Na szosie jakiś wypadek i
zablokowany ruch, ale dla roweru to nie problem, omijam leśną ścieżką. W
Piotrkowie o 19tej, ciągle jeszcze widno. Szybka fotka ciekawego ronda, i
dalej, na Łódź. Krajobraz powoli zmienia z wiejskiego na taki bardziej
przemysłowo-magazynowy. Zaczynają się przedmieścia wielkiej Łódzkiej
aglomeracji. Magazyny, góry kontenerów, skupy palet, salony samochodowe, dealerzy ciężarówek, maszyn rolniczych, składy budowlane, hurtownie tkanin itp. itd. Jeszcze tylko wielkie centrum handlowe „Ptak”
(:D), węzeł autostradowy, i jest Łódź. 200km w 11h15min, pięknie. Pozwiedzałby
bo coś więcej, powłóczył się po mieście ale szkoda czasu, Morze czeka. Robię
więc tylko zakupy na noc, wciągam kebaba a zwiedzanie ograniczam do przejazdu Pietryną na całej jej długości. Po 23ciej opuszczam Łódzki pierdolnik. Po lewej
towarzyszy mi ciągle słynna linia tramwajowa, biegnąca niegdyś aż do Ozorkowa. Aktualnie
jest w remoncie, ale tylko do Zgierza. Do Ozorkowa tramwaje już od jakiegoś
czasu nie jeżdżą. Zostały zdezelowane, zarośnięte tory, ogolone z drutów
trakcyjnych słupy i pobazgrane, zardzewiałe wiaty przystankowe. Smutny to i
przygnębiający widok. Całe zresztą te okolice są jakieś takie mocno depresyjne.
Może tak być również za sprawą tego że zawsze mijam je nocą. Przejeżdżam przez Czarnobyl Ozorków, znaczy się. Pusto, głucho, biednie, taka Polska B ewidentnie. Łęczyca
to już w ogóle. Remont drogi robią w mieście, krajowej 91ki. Obok zbudowali nowiutki,
szeroki na kilka metrów, ciąg pieszo-rowerowy z fazowanej kostki Dauna, z
pięknie namalowanymi białymi ludzikami i lowelkami. Niby 2021 rok ale a Łęczycy
to ciągle chyba 2001, tak mi się wydaje. Opuszczone ruiny więzienia na
przedmieściach tylko dopełniają krajobrazu. Dlatego też cisnę ile wlezie, aby
zobaczyć piękne wschód Słońca w Kuj-Pomie. Zupełny brak oznak senności, jestem
wypoczęty, zregenerowany, wyspany i nakofeinowany. Pierwszą noc i drugi dzień
przejadę bez jednej minuty drzemki! Ta będzie potrzebna dopiero drugiej nocy. Droga
w remoncie i ruch wahadłowy ale jest noc i pustki, ignoruje więc czerwone
światła, a jak coś jedzie na czołówkę to zjeżdżam na bok. Krośniewice objeżdżam
obwodnicą, gdzie swego rodzaju ciekawostką jest przejazd kolejowy ze szlabanami. Przecinający dwupasmową szosę, 2+2 O.o. W Kuj-Pomie melduję się przed
świtem, o 3.45. No to jest po prostu rekord świata. A przynajmniej mój rekord
;) Zgodnie z planem wschód Słońca oglądam nad polami i mokradłami
Kujawsko-Pomorskiej Ziemi. Malowniczy zalewik w Lubniu Kujawskim o poranku
widzę pierwszy raz, zwykle jestem tutaj… po południu. Jeszcze tylko Kowal,
miasto w którym urodził się król Kazimierz Wielki, i jest Włocławek. A w nim
piękny, charakterystyczny most nad szeroko rozlaną Wisłą. Tyle ze zwiedzania,
Morze czeka. Wspinam się na niewysokie wzgórze (Św. Gotarda) po drugiej stronie
rzeki i siadam na ławeczce na szczycie, z myślą że może się zdrzemnę. Ale nie chce się. Więc tylko sobie
odpocząłem. W międzyczasie ociepliło się. Z Włocławka krajową 67 na Lipno.
Ogólnie Kuj-Pom szosy bardzo przyjemne, generalnie mało ruchliwe i na ogół bez
uprzykrzaczy jazdy w postaci ścieżek rowerowych. Jedyny mniej przyjemny
odcinek, krajowa 10ka Lipno-Kikół omijam bocznymi drogami które wypatrzyłem na
GPSie. Wiatr ciągle pomaga, km szybko ubywa. Nie wiem co musiało by się stać
żebym nie dojechał nad to Morze. Chyba musiał by mi spaść na łeb Chiński „Długi
Marsz” który właśnie jakoś teraz gdzieś tam wchodzi w atmosferę. Kolejny
checkpoint to Golub-Dobrzyń, mieścina słynna za sprawą zamku który na wzgórzu
góruje nad okolicą. Krajobrazy północnego KujPomu są bardzo urocze. Urozmaicona
(jak na północ Polski), pagórkowata rzeźba terenu pełna jest małych jeziorek.
Które wespół z zagajnikami, żółciejącymi od rzepaku pól i kwitnącymi na biało
sadami tworzą sielski widok. Ciekawostką jest ciągnąca się bezkresem z zachodu
na wschód pełna wiatraków farma wiatrowa. Apropo wiatru – ten ciągle pięknie
wspomaga. Z miasteczek przelatuję Wąbrzeźno i Radzyń Chełmiński i jest
Grudziądz. No tu ze zwiedzania to sprawa jak we Włocławku, tylko most przez Wisłę ;) Fajnym skrótem, aleją obsadzoną starymi drzewami, biegnącą dołem, wzdłuż wału
Wiślanego dojeżdżam do Nowych. Tam krótką acz stromą ścianką wspinam na wysoką
skarpę na lewym brzegu rzeki i wskakuję z powrotem na DK 91. Gdzie zaraz
tablicami po obu stronach drogi wita mnie Pomorze :) Gniew, zamek i widok na
starówkę, no nad Morze to już rzut beretem. Zbliża się wieczór, robię zakupy
tak żeby wystarczyły mi już do Gdańska. Energetyki, soki, wafelki, ciastka, tak
właściwie to nie licząc tego kebaba w Łodzi całą drogę przejadę na suchym i
słodkim prowiancie :) Z picia nic gorącego, same zimne napoje. Wiatr wreszcie
ustaje ale do Gdańska już tylko kilkadziesiąt km. Słońce powoli zachodzi ponad
lekko pofałdowanym horyzontem i zaczyna się druga noc w trasie. Widziałem
spadającą gwiazdę (ew. chińską rakietę :D). Do Gdańska ostatnie 38km, tako
rzecze drogowskaz. A tak naprawdę to mniej, bo wszystkie tablice z kilometrami
przy szosach wskazuję dystans do umownego punktu centralnego miasta – którym
jest zawsze Urząd Pocztowy nr 1 w danej miejscowości. Tak więc do granic, do
tablicy z napisem Gdańsk może być nawet mniej jak 30km. Na razie jest Tczew. A
zaraz potem Pruszcz Gdański. Przelatuję przelotówką, krajówką, szkoda czasu.
Wreszcie zaczyna morzyć mnie senność. W
Pruszczu drzemię z 45minut na przystanku aby zwalczyć pojawiąjąca się wreszcie senność. Godz. 00.58. GDAŃSK. !. Udało
się! To był mój najszybszy jaki i najkrótszy strzał do Gdańska, nie pamiętam
ile było km na liczniku przy tablicy ale około 560. Dłuuugi przejazd przez
przedmieścia. No i wreszcie coś sobie pozwiedzam. Zaczynam od starówki. Długi Rynek (Długi Targ?!), zabytkowe bramy, żuraw, nie mogło zabraknąć foto pod
fontanną Neptuna. Motława i zacumowane tam stateczki to formalność. No właśnie
– stateczki. Bo szósty raz tu jestem i nigdy nie widziałem jakiejś wielkiej,
pełnomorskiej jednostki. Takiej 200, 300 albo i 400m, bo i takie podobno tu
zawijają. Z tymi statkami to jest problem taki, że wszelkie tereny portowe,
stoczniowe są szczelnie ogrodzone, widoki zasłaniają góry kontenerów i żurawie
a ja ciągle jestem nieprzygotowany gdzie szukać jakichś miejscówek do oglądania
statków, albo jestem zmęczony i nie mam siły ich szukać. Sprawdzam neta i
znajduję. Nabrzeże Nowego Portu z punktem widokowym. Prawie 10km w jedną
stronę. Po drodze zwiedzam klimatyczne, industrialne portowo-przemysłowe
tereny. Ładnych +-20km km nakręconych po mieście można by śmiało podciągnąć pod
MTB. Dziury, doły, rozpadające się PRLowskie chodniki, układana przed wojną
granitowa kostka, betonowe płyty na budowie osiedli jak i skróty leśnymi
drogami, ścieżkami. Ale w końcu jest. Park nad morzem. Wchodzę na plażę, skąd
jest tytułowa fotka :) A potem alejką zaliczam wspomniany punkt widokowy. Betonowe nabrzeże, z zieloną latarnią na końcu (na przeciwległym brzegu jest
latarnia czerwona). No i... Statki ewidentnie jakieś tam są. Tyle że tak daleko że potrzebna lornetka…. Pewnie na złą godzinę trafiłem. No nic, zawracam. Plan
wycieczki zakłada powrót do centrum, i może jeszcze na plażę – na Stogi. Układ
kanałów i mostów w Gdańsku jest taki, że rowerem z Nowego Portu na Stogi jest
20km. Byłoby połowę mniej, gdyby słynny tunel pod Martwą Wisłą był dostępny dla
rowerów. Czytałem o śmiałkach którzy przelecieli go rowerem na przypale, ale ja
nie będę ryzykował. Ew. wtopa mogłaby znacząco podnieść już i tak wysoki budżet wycieczki. Pendolino 200zł, a mandat mógłby wynieść drugie tyle ;) Tłukę się na Stogi.
Po drodze brakujące, niezrobione w nocy foto Żurawia i Sołdka. Na Stogach
przygoda ta co zawsze – zgubiona droga w lesie, jazda szosówką po błocie i
szyszkach, targanie z buta po piachu. Za to jakiś fajny bunkier znalazłem. W
końcu jest plaża, z widokiem na sąsiadujący terminal przeładunkowy. Odpoczywam z
godzinkę, pusto, przyjemnie. Woda na kąpiel za zimna, tylko się trochę umyłem. Wracam
na dworzec, z popisującymi i piłującymi obręcze zapiaszczonymi hamulcami.
Zwiedzam jeszcze to i owo, podziwiam pomorski nieład i pierdolnik. Tu jest
trochę jak w Budapeszcie :) Tzn. fajnie. Jadę na dworzec, kupuję bilety na
Pendolino. Odpoczywam sobie na peronie, aż tu ni stąd ni z owąd… J E B .
Wybucha opona w autobusie (albo poduszka zawieszenia?). Tak po prostu, w
autobusie miejskim który stoi sobie na przystanku. No jakiś dziadek 100 letni
to by zawału dostał, taki huk. Powrót Pendolino szybki i przyjemny. Odjazd
14.50, w Krakowie 18.55. 5h5min. Jak dla mnie teleportacja.
Udana wycieczka, to był mój szósty raz na strzała nad Morze
(oszukanego tripu do Piły i potem PKP do Koszalina nie liczę). Jest to zarazem najszybszy i jak i najwcześniejszy w sezonie
trip nad Morze.Najszybszy bo dotarcie zajęło mi niecałe 2 doby - jakieś
44h. Nad Morzem byłem przed świtem 3 dnia! Podczas gdy zazwyczaj jestem
popołudniem lub późnym popołudniem! Czyli jakieś +-12h mniej mi zajęło. Wiem że
wiatr był sprzyjający a pogoda stabilna, bez burz, ale nawet mimo to. Najwcześniejszy w sezonie bo 11 maja! Poprzedni rekord to 1
czerwca, w ub. roku. Dystans rekordowy co prawda nie jest, nie jest to 700 ani 800km,
ale po przecież pierwszy raz w sezonie. Dobrze to wszystko rokuje :)
8.35 (ndz) - 18.45 (wt)
Zaliczone gminy: 1
Pomorskie: 1
Pszczółki
Kategoria > km 600-699, Powrót pociągiem
Rzeszowik
d a n e w y j a z d u
248.81 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/b6Xry18FbviKM7uu8
https://www.alltrails.com/explore/map/10-11-04-2021-a44ba90?u=m
8.35 (sb) - 8.30 (ndz)
Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem
Uratować marzec
d a n e w y j a z d u
416.04 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/c3iBNJWxJVVvqm449
https://www.alltrails.com/explore/map/sat-17-apr-2021-11-04-a1a5272?u=m
Marzec, podobnież jak i luty minął pod znakiem takiej sobie
pogody i małych chęci do jazdy, może to jakieś wypalenie po poprzednim
rekordowym sezonie? Staram się z tym walczyć. BECAUSE: „No matter how good you are.
Without discpiline u are nothing.” – Mike Tyson. Taka, jakże prawdziwa sentencja widnieje na
każdej puszeczce Blacka ;) No a jak chodzi o pogodę to tak ch*jowej wiosny
najstarsi kolarze nie pamiętają…
Wyglądające obiecująco okienko pogodowe wypada na przełom
marca/kwietnia, biorę więc przed świętami wolne na jakieś 400+. Wiatr jak i
temperatury dyktują północny kierunek wycieczki. Bardzo lubię traski do
Warszawy zwłaszcza końcówkę ze zwiedzaniem tego wielkiego miasta. Ale że do
Wawy normalną drogą jest raptem 300 z hakiem, postawiam wzorem pewnej trasy 2019
roku zahaczyć o Łódź. Startuję środowym rankiem i zanim wyjadę z Krakowa muszę
zrzucić z siebie część ciuchów, tak jest ciepło. W Zielonkach w małej
piekarence standardowo wciągam dwie mini pizze, oszczędzając tym samym
niesłodki prowiant na dalszą część drogi. Na podjazdach do Skały to już wręcz
zapocony jestem. W Skale nic ciekawego, w Wolbromiu tylko przejazd pociągu
towarowego, czyli też bez jakichś wielkich przygód. Mijam zamek w Smoleniu, a
na zjeździe do Pilicy wyciągam maxa w okolicach niecałych 70km/h. Z Pilicy na
Pradła, z Pradeł na Lelów, w Lelowie zakupy. W Drochlinie opuszczam DW794 i
dalej bokami na Radomsko. Droga na Łódź jest dla mnie jedna, znana na pamięć,
jadę jak na autopilocie. Idzie szybko i sprawnie, aż do Przyrowu (Przyrowia?).
Tam, w trakcie odpoczynku na ryneczku niechybnie zaczepia mnie tubylec, lekko kulawy
Pan koło 50ki na rowerze. Tym razem historie opowiedziane przez miejscowego
gadułę kręcą w tematyce zdrowotno – rowerowo – przyrodniczej. Pan był kiedyś
leśnikiem ale 10 lat temu miał wypadek samochodowy, niewykryty w prześwietleniu
głowy zakrzep w szyi i potem wylew. Uczył się od nowa chodzić i mówić, jeździć
na rowerze 3-, a potem 2- kołowym. Dziś na jest na rencie i mimo niedowładu
ręki i nogi orze jak morze, jeździ 50km traski z AVS 10kmh. Naprawdę szacun. Ze
spraw przyrodniczych opowiedział mi o rosnącej populacji wilków w Polsce. Aha
zapomniałym, Pan stwierdził że w Polsce jest dziś pięknie i niczego nie
brakuje. Bieda i beznadzieja to była w latach 80tych ub. wieku. Coś w tym może być, wielu młodych ludzi narzeka na tej kraj, bo po prostu nie wiedzą co to znaczy przejebane. Bo zaznali szarości, biedy i beznadziei schyłku poprzedniego ustroju. Z trudem udaje
mi wymiksować z tej pogawędki i mogę ruszać dalej :) Jest bardzo ciepło,
całkiem na krótko będę jechał aż do późnych godzin wieczornych. Wskakuję na
wojewódzką, mijam charakterystyczne (za sprawą pięknych dębów) ryneczki w Gidlach i Pławnie. Dojeżdżam do krajowej 91ki, która zaprowadzi mnie już prosto
jak po sznurku do Łodzi. Radomsko szybko przelatuję, zabrakło zdjęcia
charakterystycznego kościoła. Słońce powoli chyli się zachodowi, chowając się
za górującą 200m ponad bezkresnymi równinami woj. Łódzkiego Górą Kamieńsk. W
Piotrkowie już noc, ze 3 randomowe fotki, byłem nie raz. Ciemno, głucho, nie
imprezowo, tylko Covidowo. O tym że zbliżam się do przedmieść Łodzi świadczy
coraz to większe zagęszczenie wielkich hal magazynowych, placów pełnych
ciężarówek oraz wielkiego kompleksu handlowego PTAK. W Łodzi zaraz przed
północą. Zaczynam małe zwiedzanie, tak tylko przejazdem oczywiście, bo danie
główne to Wawa ;) Łódź jaka jest – każdy widzi. „Polskie Detroit”, prężnie
rozwijające się niegdyś miasto, oparte na przemysłowej monokulturze które wraz
ze zmianami ustrojowymi i importem tanich ubrań z Chin spotkał spektakularny
upadek. Pod koniec PRL Łódź była drugim największym miastem w Polsce, dziś na
3cim miejscu, za Krakowem. A wg prognoz za kolejne 30lat spadnie na 4 miejsce a
na najniższy stopień podium wpadnie Wrocław. I tą de populację miasta
autentycznie widać, dwie przecznice od Pietryny spotkać można całe ulice, całe
kwartały opuszczonych, pobazgranych kamienic. Rozpoczęte i chyba nigdy niedokończone
remonty ulic i zgaszone latarnie. W ogóle
cała Łódź robi wrażenie biednego raczej miasta, tak sugerują stan ulic,
chodników, zardzewiałe latarnie, ogólnie całą miejska infrastruktura. Nie
znaczy to oczywiście że cała Łódź tak wygląda, jest też sporo nowych
inwestycji, jak choćby nowiutki, lśniący dworzec wraz z tak samo odpicowaną
okolicą. W Łodzi to po prostu piękno sąsiaduje z ruiną, tworząc specyficzny obraz
tego miasta. Na takich właśnie rozkminkach mija mi mała rundka po Łodzi. Z
rzeczy bardziej zaś przyziemnych to wciągam kebaba. Po czym kieruję się ku
wylotowi na Wawę – DK72. Do stolicy ze 120km. Mniejsza połowa, do Rawy Maz. tą
właśnie krajówką. Druga, większa – drogami technicznymi wzdłuż S8ki. Cóż
zapamiętałem z tego odcinka? Węzeł z A1ką. Ciemna, głucha noc i
charakterystyczny pomnik w Brzezinach. Wschód Słońca, zimno i zarazem senność
łapią mnie w połowie drogi do Rawy. Ratuję się godzinną drzemką na przystanku. Dużo
elektrowni wiatrowych. Zakończone fiaskiem poszukiwania otwartego sklepu w
Rawie. Ostatnie kilkadziesiąt km to kluczenie drogami serwisowymi raz jedną,
raz drugą stroną Eski. Zdarzały się też ciekawsze odcinki, jak kilka km
błotnistą leśną drogą czy granitowe bruki ;) W jakiejś wioseczce po drodze
znajduję otwarty sklepik z pysznymi pączkami i przesympatyczną Panią
ekspedientką. Aha po drodze przejechałem chyba przez Mszczonów ale nic nie
zapamiętałem z tego miasteczka. I tak powoli, kilometr za kilometrem, zbliżam
się do wielkiej Warszawskiej aglomeracji. Kajetany, Nadarzyn, Janki. Wiejski
krajobraz płynnie przechodzi w pełne magazynów, salonów samochodowych,
MDonaldów, stacji benzynowych, hurtowni rubieża stolicy. Jest tablica
„Warszawa”. Czyli na Centralny jeszcze ze 20km ;). Zaczynamy zwiedzanko, bardzo lubię zwiedzać Wawę.Nie mogę się nadziwić jakie tu
wszystko jest ogromne i jak wszędzie jest daleko. Warszawskie chodniki są szerokie jak krakowskie ulice :D Mosty na Wiśle mają nie stokilkadziesiąt a kilkaset metrów długości. O wieżowcach pisać nie trzeba, to jest ścisła europejska czołówka, jedna z najwyższych metropolii. A jak chodzi o odległości to miasto niby 2,5 raza większe od Krakowa a mam wrażenie
że jest kilka razy większe. Niezliczoną ilość kilometrów,
przecznic, kamienic, drapaczy chmur i dwa kebaby dalej, zmęczony ale pełen
wrażeń i emocji kończę przygodę i wsiadam do TLK do Krakowa ;) TLK taki jak
trzeba, z wielkim wagonem rowerowym.
Udana wycieczka, Wawa zawsze spoko. A Wawa + Łódź + 400km
tym bardziej.
7.40 (śr) - 00.35 (pt)
Zaliczone gminy: 2
Łódzkie: 2
Rogów
Głuchów
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Uratować luty!
d a n e w y j a z d u
420.85 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/25-26-02-2021-poznan-42ba513?u=m
https://photos.app.goo.gl/SLhxAsfTNGj63oCB6
Przed czym uratować? Przed żenującym przebiegiem. Od 1 do 23
lutego nabiłem bowiem raptem 115km, niemal wyłącznie na kilku-km dojazdach do
pracy. Warunki były tak fatalne że na 4 dni wymiękłem w ogóle i do pracy
chodziłem z buta… Jest mi z tego powodu bardzo wstyd. W związku z tym
zapowiadany potężny atak wiosny chciałem wykorzystać na 100%. Zrobić 400km. Na
dwa najcieplejsze wg prognoz dni, środę i czwartek biorę wolne. Potem domawiam
jeszcze piątek. Przygotowuję rower, skuwam z niego piaskowo-solną skorupę.
Formy nie przygotowuję, liczę na to że jakoś to będzie, że 20kkm z ub. sezonu zostało
w nogach. Przez ostatnie dwa miesiące trenowałem bowiem głównie picie piwa i
jedzenie tostów. Patrząc na mapy pogodynek samonasuwającym się celem jest
Wrocław, 18-19’C. Ale we Wrocławiu byłem w ub. roku 2 razy, w dodatku tam jest
300km. Można by dalej, do Zielonej Góry, ale to już z 450 - deko za dużo. W
Poznaniu ostatni raz zaś byłem w 2019 roku, jest 400km, i temperaturowo ten
kierunek również wygląda ok, Łodzkie/Wlkp. 16-17’C. No i po prostu miałem
ochotę na Poznań :)
Startuję 20 minut po siódmej, na termometrze 5’C, ale zanim
przejadę przez miasto robi się już ciepło. Wylatuję standardowo, wojewódzką na
Skałę. W Zielonkach również standardowo wciągam dwie mini pizze z piekarenki,
oszczędzając
niesłodki
prowiant w sakwie na potem. Na kolejnych i kolejnych podjazdach Jury robi się
już gorąco w kurtce i długich spodniach, ale jeszcze poczekam ze zdejmowaniem
tego, bo na zjazdach i w lasach ciągle chłodno. Na rynku w Skale szybka tylko
fotka, i lecę na Wolbrom. Najpiękniejszym widokiem dla moich oczu jest tej
trasy… asfalt ;) Suchy i czysty asfalt, jakże stęskniłem się za takim jego
stanem. Tzn. mokre i zasyfione odcinki też się zdarzają, ale nie ma tego dużo.
Miejscami tylko w lasach, lub w innych zacienionych miejscach. Ze śniegiem
podobnie – resztki w lasach i na niekorzystnie ukształtowanych do Słońca polach
uprawnych. Za Pilicą opuszczam wojewódzką szosę na rzecz bocznych dróg. Koło
południa przebieram się wreszcie w krótkie ciuchy – ale fajnie :) Odczuwalna w
Słońcu na pewno ponad 20. Po kilkunastu km tłuczenia się po dziurach bocznych
dróg wskakuję na wojewódzką 792, która zaprowadzi mnie do Żarek. Po drodze
standardowy postój pod
kościółkiem Św. Stanisława i punktem widokowym na Kuestę
Jurajską – wielką skarpę, urwisko na Jurze, z której rozpościerają się szerokie
widoki na niższe tereny, z kominami Górnego Śląska na horyzoncie. Z Żarek znowu
bokami przez lasy na Olsztyn. Piękne odpicowany Olsztyn, z górującymi nad rynkiem
ruinami zamku to chyba najbogatsze miasteczko na Jurze. Ostatnią prostą Olsztyn
– Częstochowa zazwyczaj jadę zupełnie spoko ścieżką rowerowo-pieszo-rolkową –
szeroką aleją przez las (przy DK zakaz dla rowerów). Ta jednak dziś okazuję się
być ciągle pokryta śnieżno – lodową
skorupą… Nawet nie próbuję jechać po tym.
Już miałem wskakiwać na krajówkę ale wpadłem na inny plan – objadę Częstochowę zupełnie
bokiem. Nadłożę pewnie kilka km ale możliwe że zaoszczędzę czas, bo nie będę
tłukł się przez centrum dużego miasta. Tak też robię – bocznymi asfaltami
objeżdżam Cz-Wę, lekko tylko zahaczając o jej północno-wschodnie rubieża. Przy
okazji robię zakupy w wiejskim sklepiku. Krótki lutowy dzień dobiega końca i
robi się chłodno. 3,5 godz. jechałem całkiem na krótko, w końcu trzeba się
ubrać. Obieram kurs na Działoszyn. Póki co lekki chłód nie przeszkadza,
rozgwieżdżone niebo, księżyc w pełni, radyjko w uszach, radość z pierwszej
długiej trasy w sezonie sprawiają że jedzie się pięknie :) Trochę tylko wkurza
przekręcona w lewo kierownica – w szosówce nigdy nie udaje mi się jej idealnie
wycentrować po serwisie. Zauważyłem to zaraz po wyjeździe z domu, ale tak
odkładałem i odkładałem jej skorygowanie że dodaję z taką krzywą aż do Poznania
;) Wjeżdżam do Łódzkiego – lubię robić zdjęcia przy tablicach z nazwą
województw ale często też mi się chce. W
Działoszynie po 20tej. Miasteczko to
kojarzy mi się tylko z jednym – ogromnym rynkiem. Trzeba zrobić zakupy przed
nocną jazdą, ostatecznie robię je tam gdzie zazwyczaj gdy jadę tą drogą – w
Dino na zakręcie kawałem za Działoszynem. Do Wielunia jeszcze jedzie się spoko,
tj. nie jest zimno. Wieluń to nawiasem mówiąc półmetek – 200km. Jakaś tam fotka
rynku, ratusza, itp., standardowe sprawy. Za miastem dopiero się zacznie –
lutowa noc po prostu nie może nie być zimna ;) Zjeżdżam z krajowej szosy, do
Kalisza dotrę dobrze znanym mi skrótem bocznymi drogami. 60km dziurawych,
mokrych asfaltów. 60km lasów, mgieł, wilgoci i zimna. Lututów, Klonowa,
Głuszyna, Brzeziny, Aleksandria – znam tą kolejność na pamięć, zawsze jadę tędy
na Kalisz. Z wyróżniających się obiektów kościół w Lututowie – jest po prostu
ogromny, i to nie tylko jak na tak małą miejscowość. Zimno, coraz zimniej.
Ubieram prawie wszystko co mam, tj. koszulkę, bluzę, dwie kurtki i kamizelkę a
i tak ledwo wyrabiam. Na szczęście senność ciągle daje się zagłuszyć kofeiną,
nie ma konieczności drzemki bo ta była bardzo nieprzyjemna… Pomocną w walce z
zimnem staje się też maseczka – oddycha się cieplejszym powietrzem, naprawdę
dużo to daje, polecam. Gdzieś w tych zadupiach wjeżdżam do Wlkp., tablicy
niestety brak. Przed piątą doczołguję się do Kalisza. Ciągle jeszcze ciemno.
Liczę że „miejska wyspa ciepła” coś da, w mieście zawsze cieplej. No i coś tam,
niewiele, ale daje. Zamiast bardzo zimno jest tylko zimno ;) Jakaś tam fotka
opery, czy też teatru, ratusza na rynku, byłem nie raz, widziałem, znam,
kojarzę. Odpoczynek nie wchodzi w grę, bo zmarznę jeszcze bardziej, trzeba
jechać. Kalisz powoli budzi się do życia, moją uwagę zwraca spora ilość
rowerzystów zmierzających zapewne do pracy. Mijam jeszcze charakterystyczny,
okrągły gmach kaliskiego szpitala i wyjeżdżam z miasta krajową 12ką. Słońce
wreszcie wschodzi ponad miastem. „Poznań 115km” – tako rzecze przydrożna
tablica. Ujeżdżam jeszcze parę km i chcąc nie chcąc muszę się zdrzemnąć. Chyba
z godzinę spędzam na przydrożnym
przystanku, udało mi się zresetować czas
czuwania i przy tym nie zamarznąć. Teraz wstaje już nowy dzień i może być tylko
lepiej :) Tzn. lepiej jak chodzi o temperaturę, pogodę. Bo jak chodzi o drogę
to nie, lepiej już było. Odcinek Kalisz – Środa Wlkp. będzie średnio przyjemny.
Ruchliwa krajówka, mnóstwo tirów, bez asfaltowego pobocza, co chwila zakazy dla
rowerów i ścieżki z kostki Dauna. Radzę sobie z nimi różnie – to lecę na
zakazie, to po ścieżce, to alternatywami bocznymi drogami które idą mniej
więcej za biegiem krajówki. No a cóż – te km po kostce traktuję jako dobry
trening dla tyłka, dłoni i nadgarstków ;) Krajobraz jaki mnie otacza to typowa
Wielkopolska patelnia – jak okiem sięgnąć pola uprawne, wszechobecne silosy i
inne rolnicze instalacje, ciężko o kawałek lasu a podjazdy to tylko na
wiaduktach ;) Docieram do
Pleszewa, robię zakupy. Mijam Kotlin – miejscowość
słynną z przetworów owocowo-warzywnych. Na jakieś zwiedzania mijanych
miasteczek generalnie nie ma szans – czas nagli. Idzie coraz wolniej a dwa
interesujące mnie pociągi z Poznania odjeżdżają 17.00 i 17.40, następne dopiero
w nocy. W
Jarocinie więc tylko sobie ronda pozwiedzałem, w dodatku pobłądziłem
i trochę nadłożyłem. Z pozytywów to Słońce wreszcie przyjemnie przypieka, jeszcze
bardziej jak wczoraj :) Rozważam nawet użycie kremu z filtrem (wziąłem!), ale
nie chce mi się z tym babrać, bez przesady, to jest lutowe Słońce. Dziś na
krótko pojadę 5-6 godzin, od ok. południa aż do Poznania. Dociągam wreszcie do
Środy, koniec z ruchliwą krajówką. Tu zaczyna się ekspresówka, więc dalej
pojadę bocznymi drogami przez różne Podpoznańskie wioski. Szybkie tylko foto
jakiejś tam zabytkowej
wieży w Środzie i czem prędzej na Poznań. Czuć bliskość
celu, power w nogach więc włącza się potężny. Obsadzoną wielkimi topolami ulicą
Topolską przez Topolę (miejscowość), wiaduktem nad autostradą, i nad inną ekspresówką.
Komorniki, Tulce, krajobraz zmienia się z wiejskiego na typowo
przemysłowo-magazynowy. Linie wysokiego napięcia, hale DPD, FEDexa, i inne
wielkie magazyny, i place pełne ciężarówek. Z ciekawostek mijam budynek ze
znajomym mi logo.
Eurobike. Hmm… Skąd ja znam tą firmę? No tak, taki napis jest
na każdym pudle z kupowanym w Polsce amorem Suntoura – Eurobike to oficjalny
dystrybutor tej marki w Polsce. Miałem kilka Suntorów, zanim przesiadłem się
szosówkę. Tablicę z napisem Poznań osiągam o godz. 16 :) Udało się. Niestety za
wiela sobie nie pozwiedzam… Przejazdem tylko, generalnie kieruję na dworzec
główny. Charakterystyczne zielono-żółte tramwaje/autobusy, most na
Warcie,
jakieś tam nie wysokie może ale i tak okazałe szklane biurowce. Wielka betonowa
estakada ze ścieżkami rowerowymi pod spodem. Wreszcie jest i słynny poznański
„
chlebak”. Tj. dworzec główny. Podobno coś jest z nim trochę nie tak, i chyba
już wiem co ;) Zanim trafiłem do hali dworca przeszedłem jeden i drugi poziom
galerii handlowej. Spytałem ochroniarza o drogę. Wjechałem widną, w pięknej i
lśniącej hali były perony 1-3, ale mój pociąg rusza z peronu 4a. Zjechałem
schodami ruchomymi. Wyszedłem z nowego budynku, przeszedłem obok starego budynku
dworca. Spytałem o drogę konduktora, długachnym starym peronem nr 6 (?) obok
zrujnowanych kolejowych budynków dotarłem do znajdującego się na szarym końcu
peronu
4a :D Nawet fajnie było, zaliczam ten spacerek na poczet zwiedzania
Poznania ;) TLK już czekał na peronie. Podróż szybka i przyjemna, pociąg
generalnie wiózł powietrze, mnie i mój rower. W Krk koło 23ciej, w domu przed
północą.
Udana trasa, poprawiłem swój poprzedni lutowy rekord (343km
w ub. roku do Warszawy) na 421km :) W ub. roku udało mi się zrealizować projekt
pt. „300+ w każdym miesiącu”. To może teraz pora na 400+? Brakuje mi 400ki w
grudniu i styczniu. Szkoda tylko że Poznania coś więcej nie pozwiedzałem.
Kondycji wystarczyło, udało mi się też nie przeziębić. Z dolegliwości to lekkie
pobolewania tyłka, dłoni, ramion, karku, pleców, generalnie wszystkiego po
odrobince, po prostu odzwyczaiłem się od pozycji na szosówce. Poszło sporo
Sudecremu ;) Nie zawalił się też pode mną rower, a po wspomnianej
piwno-tostowej ultrakolarskiej diecie ważę prawie 100kg ;)
7.20 (śr) - 23.40 (czw)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Rzeszowik na dobry początek sezonu :)
d a n e w y j a z d u
168.55 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/mv5ZMMuDAdzQnXQ39
https://www.alltrails.com/explore/map/22-01-2021-r...
Styczniowa przejażdżka do Rzeszowa. Jak to zwykle ze styczniowymi przejażdżkami do Rzeszowa bywa z początku dość ciepło, potem coraz zimniej. I coraz bardziej nasilający się południowy wiatr. Droga zasyfiona czarną zimową mazią na 90% długości, z małymi tylko przerwami. Powrót zaś z dworca w Krakowie z duszą na ramieniu - po czarnym lodzie. Udało się nie przeziębić jak i nie wyglebić :)
8.15 - 23.20
Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem
Cz-wa
d a n e w y j a z d u
160.71 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/DzGUuQJcYBh1sSt57
https://www.alltrails.com/explore/map/thu-31-dec-2...
Do Polskiej stolicy kultu religijnego nie zawiodła mnie bynajmniej nie jakaś niesamowita pobożność, nabożność czy też inne poczucie katolickiego obowiązku. Powód był o wiele bardziej przyziemny, prozaiczny - ot, po prostu zagonił mnie tam wiatr, wiejący dokładnie w tamtym kierunku ;)
Poranny przejazd przez Kraków z duszą na ramieniu - drogi, ścieżki, mokre, zaszronione, miejscami zalodzone. A w pamięci gleba na rondzie w Mysłowicach ;) W Bronowicach w budce/piekarni kupuję brakujący składnik bułek z szynką i serem, mianowicie - bułki. Za miastem, w polach, odludziach wiatr pięknie pomagał, ale bez szaleństw i jakichś dokręcań na zjazdach bo j.w. - drogi mokre. Po drodze starałem się uwiecznić jak najwięcej choinek w mijanych miasteczkach. Nie wiem jak to zrobiłem, ale zgubiłem dobrze znaną mi drogę na Olsztyn, i dołożyłem km przez jakieś wioski, w których byłem zapewne pierwszy raz w życiu. Może to i dobrze. Mokrus, Siemoszyce, Kroczyce, takie nowości. W Żarkach wracam już na właściwy kurs. Pauzy pod ruinami kościółka Św. Stanisława nad kuestą Jurajską rzecz jasna zabraknąć nie mogło. Olsztyn to bez dwóch zdań najbardziej bogato przystrojone świątecznie miasteczko, pewnie hajsu najwięcej tu na Jurze mają. Ostatnich kilka km przed Cz-wą to nienajgorsza ścieżka rowerowa, de facto szosa tylko dla rowerów/biegaczy wzdłuż DK46.
W samej Cz-wie zaś zamiast dotrzeć pod Jasną Górę to zrobiłem chyba ze 20km kręcąc kółka po przemysłowym pierdolniku na obrzeżach miasta... Wjechałem w te rubieża i nie mogłem trafić z powrotem do centrum... Pomimo ogromnej ilości drogowskazów "CENTER ->", której prowadziły nie do CENTER, tylko na manowce. (W telefonie z kolei przeziębił mi się wyświetlacz i nie reagował prawidłowo na mazianie paluchem, więc GPSa de facto nie miałem). Jakoś wróciłem do CENTER, i znalazłem stację kolejową. Pociąg szybko mknie, 1,5 godzinki mu zajmuje teleport do Grodu Kraka.
W domu przed północą. Udana wycieczka. Taka w sam raz na jesień/zimę, nie za krótka, nie długa.
8.20 - 23.35
Kategoria Powrót pociągiem, > km 150-199
Wrocław
d a n e w y j a z d u
314.06 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/pJosfR2gHaH7nqQu7
https://www.alltrails.com/explore/map/thu-10-dec-2...
Zbliżał się grudzień, a niedawno przypomniało mi się że mam
niezrealizowany pewien cel. Bo ja mam mnóstwo rowerowych celów ;) Mianowicie
grudzień był jedynym miesiącem, w którym nigdy nie zrobiłem trasy 300+. Mój
dotychczasowy grudniowy max to 250 do Radomia, sezon rowerowy AD 2017. Gdy po
niedawnych lekkich mrozach w prognozach pojawiało się piękne okienko pogodowe,
z 10+ stopniami i ciepłym, halnym wiatrem, było oczywistym że należy skwapliwie
je wykorzystać. Wiadomo, jak halny to trzeba jechać na północ. Naturalnie
nasuwającym się celem była Warszawa. Wraz z aktualizacjami jednak prognoz,
wiatr ten z południowego coraz to bardziej skręcał. Był coraz to bardziej
południowo-wschodni. Na niektórych mapkach, wykresach to on nawet bardziej
wschodni niż południowy się wydawał. Zacząłem więc myśleć bardziej o jakimś
WLKP niż o MAZ. Na Poznań to może nie ma co się napalać, taki raczej Kalisz czy
inny Ostrów Wlkp. Koniec końców stanęło na Wrocławiu. Najwyżej się gdzieś
odbije na północ jakby z boku napierał wiatr.
Wyruszam w sb. o godz. 7 minut 30. Wiać jeszcze nie wieje,
ale już jest ciepło. A w szaro-burej kotarze chmur coraz więcej przerw, przez
które zaczyna przebijać się Słońce. Przejeżdżam przez miasto, i obieram kurs na
Górny Śląsk, DK79. Gdzieś w Modlniczce wciągam na śniadanie bułki, zapijam
Tigerem. Pełen sił, energii, i optymizmu rozpoczynam atak na Wrocław. To co
przeszkadza i trochę dziwi, to mokra, wręcz zasyfiona droga, wodno-błotną brają.
I tak będzie przez większość trasy. Nie wiem co to jest, skąd to się wzięło i
kto jest za to odpowiedzialny. Nie padał przecież deszcz a nawet jakby padał to
powinno to w ciągu dnia wyschnąć… Na razie mam tylko zasyfiony rower i ubranie,
ale najgorsze dopiero ma nadejść ;) Krzeszowice omijam tranzytem, szkoda czasu.
Trzebinię takoż. W Chrzanowie szybka tylko fotka, imponującego pomnika. Zawsze
robię zdjęcie tego pomnika gdy jestem w Chrzanowie. Jaworzno. Tu punktem
charakterystycznym, swoistą dominantą jest górująca nad całym miastem kosmicznie
wielka chłodnia kominowa nowego bloku elektrowni. 195m wysokości, druga
najwyższa w PL, zaraz po Kozienicach. Zaczyna coraz bardziej wiać, a km mijają
szybko i przyjemnie. Przyjemność ta kończy się szybko. Niby wiedziałem że te
zasyfione drogi są śliskie. Niby raz wpadłem w poślizg przy hamowaniu. Nawet słyszałem
jak auta buksują kołami przy co szybszych startach spod świateł. A i tak udało
mi się wyglebić :) Szlif na rondzie w Mysłowicach. Chciałem lekko tylko położyć
się na boczek żeby szybciej przelecieć… Siła odśrodkowa była większa od siły
tarcia pomiędzy oponami a jezdnią. Rower uciekł w prawo a ja poleciałem na
jezdnię. Podparłem się równomiernie wieloma członkami ciała ;) Stłuczone oba
kolana, trochę też łokcie, trochę dłonie, no i brzuch też. Na szczęście
jechałem w długich ciuchach, więc otarcia mniejsze. Miałem plastry i spirytus.
Na szczęście mocniej oberwało lewe kolano, a nie prawe, w którym we wrześniu
coś konkretnie naciągnąłem/naderwałem. Ale trasa i tak stanęła pod znakiem
zapytania, bo trochę jednak te kolana bolały, i nie wiedziałem czy to tylko obicia
czy może coś głębiej? O kończeniu w Katowicach nie było mowy, byle chociaż do tego
Opola dociągnąć… Ze strat materialnych uszkodzona owijka, przytarta kierownica
i klamkomanetka. A kiera i owijka prawie nowe, w listopadzie wymieniałem po tej
wrześniowej glebie. &^$#$#%^. No nic, jadę dalej, zobaczymy co to będzie.
Jakieś tam zdjęcia z Kato i innego Zabrza, jak Śląsk wygląda każdy wie.
Przemysłowo-kolejowo-zabytkowo-blokowiskowy kocioł. Opuszczone ruiny zakładów
przemysłowych kontrastują z błyszczącymi biurowcami w centrum Katowic, a 50
letnie tramwaje ze świecącymi nowością autobusami. Opuszczam Górnośląskie
Megalopolis, zaczynają się pola, lasy i otwarte przestrzenie. Prawe kolano w
zasadzie przestało boleć. W lewym natomiast ciągle czuję stłuczoną rzepkę, ale
nic nie puchnie ani nie zmniejszył się zakres ruchu. Grudniowy, krótki dzień szybko
kończy się widowiskowym zachodem Słońca. Wiatr się wzmaga, i jest moim
sprzymierzeńcem w tej niedoli :) Jadę ekonomicznym tempem, nic nie dokręcam. Za
to odpoczywam mało co. Byle do Opola, i jak najszybciej z niego wyjechać, żeby
nie wpadł do głowy głupi pomysł kończenia tam trasy. Jak najszybciej wskoczyć
na tą ostatnią 70km prostą na Wrocław, tam bliskość i wielkość celu doda otuchy
i nie pozwoli się poddać. Pyskowice i Toszek szybko tylko przejeżdżam, nie
zwracam uwagi na ryneczki, choinki itp. Po głowie coraz bardziej chodzi mi
apteka i Voltaren na to lewe kolano. Ciągle nie ma, lub jest ale zamknięta (sb.
wieczór). W Toszku robię za to duże i takie zakupy w Biedronce. Wożę 2,5kg
łańcuch więc nie boję się zostawić roweru na kilka minut. Zauważyłem że
chodzenie idzie mi gorzej od jazdy – kuśtykam na lewe kolano. Apteka pilnie
potrzebna. Taka tylko fotka charakterystycznej wieży ciśnień w Toszku. „Zróbmy coś głupiego” – tako rzecze napis spod nakrętki Tymbarka ;) Traktuję to jako znak,
omen, że trzeba do tego Wrocławia trzeba dociągnąć. Kończy się Górny Śląsk, a
zaczyna Opolszczyzna. W Strzelcach Opolskich znajduję wreszcie otwartą aptekę.
Kupuję Voltaren. Nie wiem po co kupiłem największą tubkę 180ml. Tym to bym cały
mógł się wysmarować od stóp do głów ;) Ale mniejsza o to, grunt że jest. Na
przystanku w Zadupiu aplikuję lek, na oba kolana, nie ma co żałować. Nie tylko
zapach ale i działanie tego specyfiku jest niesamowite. Po chwili ból zamienia
w ledwie pobolewanie. W Opolu melduję się przed 22. Pobolewanie lewego kolana zamienia
się w lekki tylko dyskomfort. Wrocław będzie mój :) Szybki przejazd znanymi
drogami: fotka przy słynnym Wiadukcie, rynek (kebaba tym razem odpuszczam, na
słodkim dojadę do Wro), jeden, drugi, trzeci most i już jestem na wylocie na
Wrocław. Wiatr rozkręca się na maxa i pokazuje co potrafi. Jest bardzo ciepło. 10,7’C o wpół do dwunastej?! Nietaktem byłoby chcieć więcej od grudniowej nocy.
Drogi ciągle wilgotne, nie wiem co z nimi, czemu to nie schnie. Ostatnia
prosta, 70km odcinek Opole-Wrocław był bardzo przyjemny, a nawet trochę
magiczny. No bo tak: Po bólu nie ma śladu. Kręcę lekutko, oszczędzając kolana,
nic się nie męczę. Wiatr duje w plecy, rower jedzie nieomalże sam. I tu taka
ciekawostka, jakby ktoś nie znał tego patentu: Tak lekko kręcąc przy silnym
wietrze można zsynchronizować swoją prędkość z prędkością wiatru. Wtedy w ogóle
nie słychać szumu powietrza uderzającego w małżowiny uszne. Jeśli na dodatek
tego ruch jest zerowy, tak jak teraz, to jedynym odgłosem jest szum opon. Donośniejsze
niż zwykle, niskie, głuche buczenie nabitych na kamień opon toczących się po
gładkim asfalcie. Nie da się ukryć że jest to muzyka dla uszu :) Do tego
niesamowicie ciepła, pogodna, grudniowa noc. Przypominająca co chłodniejszą letnią
noc niż grudniową. To wszystko łączy się, nakłada, przeplata nawzajem i
umacnia. I to jest ta wspomniana magia. Po prostu czysta rowerowa ekstaza. To
jest jedna z takich chwil, w których człowiek sobie przypomina po co się tak
męczyć, po co tyle jeździć, po co tyle bólu i potu, po co to wszystko?? No
właśnie KURWA PO TO. Po to się jeździ :) W Brzegu i Oławie odwiedzę starówki, nie
bywam tu często. W Brzegu charakterystyczne obiekty to zakłady tłuszczowe (+charakterystyczny
zapaszek) i imponująca, i to nie tylko jak na tak małe miasteczko, Świątynia. Jest
też rynek, ale mniej ciekawy od dwóch wspominanych atrakcji. Na 10km odcinku
Brzeg – Oława znajduje się granica Opolskie | Dolnośląskie. Drogi ciągle mokre…
Raz dwa i jest Oława. Tu Rynek bardziej wyróżniający się, a to za sprawą
wielkiego Ratusza. W dodatku ładnie iluminowanego, zmieniającymi się kolorami. O
tym że zbliżam się do stolicy Dolnego Śląska świadczą całe rzędy zielonych
topoli. Tak, ZIELONYCH topoli. Ale rzecz jasna zielonych nie za sprawą liści.
Drzewa są bowiem zaatakowane przez ogromne kolonie jemioły. Na każdym drzewie
dziesiątki wielkich zielonych kęp tego pasożyta. Jest to bardzo
charakterystyczne zjawisko dla Dolnego Śląska. Opanowane przez jemiołę są
głównie topole, inne drzewa w mniejszym stopniu. Łapie mnie lekka senność ale
da radę ogarnąć to za pomocą kapsułki z kofeiną, bez drzemki. Czuję bliskość
Wrocławia. Zza któregoś billboardu wyłaniają się migające na czerwono dwa
obiekty. To kominy elektrociepłowni w Siechnicach. Zawsze gdy docieram do
Wrocławia jest noc. I ta migająca elektrociepłownia jest dla mnie niczym
latarnia morska. Niczym latarnia morska, która sygnalizuje żeglarzowi na
ciemnym morzu bliskość portu przeznaczenia. A zmęczonemu, strudzonemu kolarzowi
daje znak że Wrocław tuż-tuż. Natomiast kawałek dalej na horyzoncie wyłania się łuna jasnego, soczyście żółtego światła. Gdy kilka lat temu po raz pierwszy ją
zobaczyłem, myślałem że to Wrocław tak świeci. Teraz już wiem że nie ;) Są to
ogromne, rozświetlające całą okolicę pełne lamp przemysłowe szklarnie w
Siechnicach. Prawdziwy kombinat produkcji roślin. Wszystko wokół skąpane jest w
tej żółci. Mimo braku latarni jest tak jasno na drodze, że można być jechać bez
lampki. Nawet z przedmieść Wrocławia widać tą żółtą poświatę. Choć wygląda to
niesamowicie, to osobiście nie chciałbym koło czegoś takiego mieszkać ;) Wrocław
zdobywam o godz. 5.30. Ciągle jeszcze ciemno. I ciągle ciepło, jadę w koszulce,
bluzie, kamizelce odblaskowej i naprawdę jest ok. Do tego rękawiczki bez
palców. Małe problemy z sennością załatwiła kapsułka z kofeiną, bez problemów
wytrzymam z drzemką do pociągu. Zwiedzanie rozpoczynam od… spaceru. Spaceru z
rowerem ;) Przypomniała mi się z którejś poprzedniej trasy fajna kładeczka nad
rzeką Oławą, i postanawiam ją zaliczyć. A droga do kładeczki nie dość że z
kocich łbów, to jeszcze jest mokra, zabłocona. Wolę nie ryzykować. Potem
okazuje się że kładka jest w remoncie, przejścia brak. Przedzieram się przez
krzaczory do innej kładeczki, ale ta też zakratowana, zaspawana, zakaz. Jakaś
kładka techniczna zakładów wodociągowych to jest. Wracam więc z buta po śladzie,
do asfaltu. I taki spacerek wyszedł. Używam wreszcie roweru zgodnie z
przeznaczeniem, tj. jadę na nim. Rzekę, ale już Odrę, przekraczam zabytkowym
mostem. Odpoczywam na ławeczce w parku koło ZOO, w międzyczasie wstaje świt.
Nie jest w ogóle zimno. Bulwarem Odry zmierzam w kierunku centrum. W zasadzie
to cele mam trzy: rynek, Sky Tower, i dokręcić do 300ki. Kolana już od dawna
nie bolą. Jeżdżę to tu, to tam, po jezdni, po ścieżkach, generalnie obierając
kurs na widoczny z każdego chyba miejsca w mieście drapacz chmur. Tu moja mała
rozkminka dot. Wrocławia. Wiadomo że fajne miasto, a Sky Tower to klasa sama w
sobie. Wieżowiec o Warszawskiej wręcz wysokości, jakby żywcem ze stolicy
przeniesiony. W żadnym innym mieście wojewódzkim w Polsce nie ma takiego 200m
dryblasa. Ale jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu że Wrocław to nie za bogate
miasto. Widać to choćby po infrastrukturze. W każdym wielkim polskim mieście
sprawa ścieżek rowerowych idzie w raczej dobrym kierunku, są coraz bardziej
proste, i coraz częściej asfaltowe. Wrocław natomiast kostką Dauna stoi. Kostką
Dauna i „zemstą Hitlera”. Cały ulicami, placami, dwupasmówkami, wyłożonymi tymi
koszmarnymi kocimi łbami. Z wyślizganej granitowej(?) kostki, spomiędzy której
dawno powypadały ułożone kilka zmian ustroju temu „fugi”. Nawierzchnia jest zatem
mocno problematyczna szosowca ;) Ale nie tylko te bruki - asfalt też nie jest
tu pierwszej jakości. Skrawek gładkiego asfaltu to we Wrocławiu prawdziwy
rarytas. W parkach i na bulwarach wszędzie alejki z ubitego kurzu i piachu, w
ogóle nie słyszeli tu utwardzonych nawierzchniach z betonu/kamienia/bitumu. Ale
nawet i nie tylko Wrocławskie nawierzchnie to się wyróżniają na minus. Jest
cała masa innych wydawać by się mogło detali, które skumulowane budują ten słaby obraz miasta. Pełno przystanków bez wiat ani ławek, sam słupek ze
znakiem. Odrapane PRLowskie latarnie/sygnalizacje świetlne. Biedatramwaje w
postaci zmodernizowanych przez lokalny Protram 50letnich „akwariów”. Tak jakoś
mi to wszystko układa się w biedny obraz tego wielkiego, wojewódzkiego miasta.
Ale dość narzekań, Sky Tower naprawdę robi wrażenie :) Zawsze muszę go
doglądnąć gdy jestem we Wrocławiu, w Krakowie takich nie ma ;) Zaliczam jeszcze rynek, dokręcam do tych
>300, i zaczynam myśleć o powrocie. Pociąg o 11.36 jest idealny. Zdążam
kupić coś do jedzenia, i ogarnąć nieco rower, bo wpieprzać się z takim syfem do
pociągu to aż nieładnie. Wyczyściłem go z grubsza za pomocą nawilżanych
chusteczek. Kto bogatemu zabroni? Podróż minęła szybko i przyjemnie, w Krakowie
po 16tej, już po zmroku.
Udana trasa:
- zaliczone
300 w grudniu
- nowy
rekord: 236km z rozbitymi kolanami
- gleba okazała
się niegroźna
- wiatr
fajnie pomagał
- nocka w
trasie w grudniu też zaliczona :)
7.30 (sb) - 16.30 (ndz)
Kategoria > km 300-349, Powrót pociągiem
No i znowu
d a n e w y j a z d u
117.45 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/wX4Y2fPHLGAi9SDJ9
https://www.alltrails.com/explore/map/mon-23-nov-2020-23-40-1819932?u=m
No i znowu tak się ułożyło że dotarłem do Tarnowa. Plan zakładał wałem pod most Ispinie i nazad, ale tak duło w plecy że nie chciało mi się toczyć nierównej walki z siłami natury. I poleciałem dalej na wschód. Późno wyjechałem więc żeby zdążyć w Ispinie zjechałem z wału, i dalej wojewódzką. Zaoszczędziłem przez to kilkanaście km. A raczej zaoszczędziłbym. Bo dla odmiany zamiast przekroczyć Dunajec mostem w Biskupicach, wybrałem drogę przez Ostrów. Zapominając że most w Ostrowie jest w remoncie. Koniec końców dojechałem aż do Wojnicza i do Tarnowa wjechałem krajówką. Na ostatni pociąg zdążyłem z dużym zapasem.
13.35 - 00.25
Kategoria Powrót pociągiem, > km 100-149
Rzeszów
d a n e w y j a z d u
171.21 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:10.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
https://www.alltrails.com/explore/map/19-11-2020-rze-60792d8?u=m
https://photos.app.goo.gl/k7t9PkFWeihJYoe46
Wziąłem urlop na ładne okienko pogodowe przed nadciągającym ochłodzeniem, i przejechałem się wreszcie do Rzeszowa.
Długo mi on chodził po głowie, ale ciągle nie udało mi wstać tak wcześnie żeby zdążyć na ostatni sensowny pociąg, o 20tej. I tak z godzinę za późno wyjechałem. Wskutek czego wszystko po kolei: Bochnia, Brzesko, Wojnicz, Tarnów aż do Pilzna bez żadnego zwiedzania, tylko obwodnicami. Dopiero Dębicę, Ropczyce i Sędziszów przejechałem przez centrum. Z początku ciepła i słoneczna pogoda po godzinie 14tej był już tylko słoneczna. Wzmagający się coraz bardziej, i zmieniający z zachodniego na południowy kierunek wiatr, był coraz bardziej dokuczliwy. Tak że od Dębicy bałem się już puścić jadną ręką kierownice. W Rzeszowie już całkiem zimno. Wciągnąłem więc tylko słynną na całe Podkarpacie dworcową zapiekankę (+frytki), i poczekałem na pociąg. Nie miałem siły na żadną eksplorację miasta. No, tylko na tą fajną okrągłą kładkę w centrum sobie wreszcie wjechałem. I zrobiłem zdjęcie z Wielką C*pą i tym fajnym rondem z flagami państw. Po powrocie do Krakowa chyba zimna i wiatru ani śladu, tylko lekka mżaweczka.
Udana, listopadowa wycieczka. Rzeszów jest to miasto które darzę szczególnym sentymentem. A to za sprawą mojej pierwszy trasy w to miejsce, z lipca 2011 roku:
http://pidzej.bikestats.pl/530880,09072011-Rzeszow.html
Nie była to ani moja pierwsza dwusetka (tylko druga, po BB). Nie była to też moja pierwsza trasa z punktu A do B i powrót PKP (tylko trzecia, po Katowicach z 2010 i Tarnowie z 2011).
To było pierwsze połączenie tych dwóch: pierwsza długa, całodniowa trasa do dużego miasta, ciekawego celu, z powrotem pociągiem. Czyli to co jeżdżę bez przerwy po dziś dzień, tylko że coraz dalej i coraz bardziej ambitnie :)
7.55 - 23.20
Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem
Znowu WTR do Tarnowa
d a n e w y j a z d u
130.02 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:12.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
https://www.alltrails.com/explore/map/wed-11-nov-2020-08-13-29405e2?u=m
https://photos.app.goo.gl/tqpGg7uKuLyGTarx6
11.40 - 00.25
Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem





























