Bratysława I
d a n e w y j a z d u
467.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Strasznie spodobał mi się ten trolejbus, tak że umieszczę go jako fotka tytułowa, bo nie mam jakichś super zdjęć z Bratysławy.
Tak więc wychodzi mi że nie będę miał za dużo czasu na
aklimatyzację przed długą trasą - raptem jedno popołudnie. Na niedzielę
zapowiadane jest bowiem załamanie pogody, tj. front z deszczem. Wychodzi więc zatem że muszę więc wystartować w czwartek, tak żeby wrócić na sobotę. Nie mam za dużo
czasu na zastanawianie się, tak więc postanawiam polecieć standardzik – tj.
Bratysławę, znaną drogą.
Wieczorem robię kanapki z konserwą / dżemikiem, pakuję sakwę
i idę spać. Wstaję porządnie wyspany, start przed 8mą. Dodać należy, że w
trakcie tej trasy podejmuję pewne wyzwanie – walkę z moim energetycznym
nałogiem. Zero energoli. Takie jest postanowienie. Zamiast tego pudełko
kapsułek z kofeiną w razie senności. Pomimo że zgodnie z prognozami na początku
wieje mi prosto w twarz, jadę na zerowej kofeinie, a ostatnia długa trasa była
w sierpniu ub. roku… to idzie mi całkiem nienajgorzej :) Czuję tę moc w nogach,
jak za dawnych dobrych czasów. Wciągam lekutko przeł. Spytkowicką. Jest
czwartek, a więc na słynnej zatoczce mundurowi ostro pracują, kontrolują
podejrzane ciężąrówy. Dziś Służba Celno – Skarbowa. Szybka fotka Królowej
Beskidów – Babiej Góry, potem jeszcze transportu transformatorów z Węgier. I
sru w dół, na Chyżne, na Trzcianę. Jest bardzo gorąco (do upału trochę brakuje),
a wiatr dalej duje w twarz. Ale wiem że wg prognoz potem ma on ustąpić
(ustąpi). Przekroczenie Słowackiej granicy – czuć ten zew przygody, jak za
dawnych dobrych czasów :) Pauza na rynku w Twardoszynie, pod ogromnymi topolami.
Tutaj też małe, niedrogie zakupy w Lidlu. Silna wola działa, i nie kupuję
energola :) Zamiast tego jakiś owocowy napój piwny 0% (dokładnie to 0,3%). Łączę
go z kapsułką kofeiny, i oszukuję w ten sposób organizm że niby zapodałem mu
energetyka. Zaraz potem jest Oravsky Podzamok – oczywiście nie mogło zabraknąć
fotki mojego ulubionego zamku. Jeden mały podjazd, i w dół na Dolny Kubin.
Przeleciałem tranzytem, tak że fotki z miasta brak. Potem malowniczy odcinek doliną rzeki Oravy. Jazda chwilami mało przyjemna i niebezpieczna ze względu na
ciągnące główną szosą stada TIRów (środek tygodnia). Przejeżdżam przez
doskonale mi znane Kralovany (Królewiany). Tutaj bowiem zawsze na powrocie
pociągiem przesiadam się z pośpiesznego Tatran na regionalny szynobus do
Trzciany. Tutaj też rzeka Orava wpada do potężnego Wagu. Przez wiele kolejnych
kilometrów główna szosa wić się będzie właśnie wokół Wagu, i jej
zbiorników wodnych, zapór itp. Małe przypadkowe zwiedzanie Sucan (Sucanów?) i
zaraz jestem w Martinie. Tu mam plan wciągnąć wreszcie coś ciepłego w
McDonaldzie. Ogólnie nie przepadam za tą restauracją ze względu na wysokie ceny
w stosunku do ilości pożywienia. Ale za granicą jak znalazł, nie trzeba dukać
po słowacku ani angielsku żeby coś zamówić, tylko można sobie wyklikać na
ekranie. Plus dodatkowo dorwałem gniazdko, i podładowałem telefon :) Jeden
zestaw nie wystarczył, musiałem oczywiście domówić drugi, bo j.w. jedzenia mało. Więcej tych kolorowych papierków, opakowanek niż jedzenia :D W Martinie zrobiłem
też zakupy na noc w Kauflandzie, i wpadłem na inny genialny pomysł – w kiblu w
tym markecie zmyłem z siebie część skorupy z potu i z kremu z filtrem. Od razu
przyjemniej się będzie jechać a Słońce już powoli zachodzi. Za Martinem kolejny
malowniczy odcinek doliną Wagu. Ilość TIRów jakby zmniejsza się – coraz większa
ilość kierowców idzie spać w ciężarówkach na przydrożnych parkingach. Są tu też
malownicze ruiny zamku na skale – na fotce za wiela jednak nie widać. Zbliżam
się do Żyliny, kolejnego milestone’a. Milestone’a – bo stąd do Bratysławy jest
równe 200km. Zaczyna niepokoić mnie stan nieba. Chmury nad górami po prawej
stronie są takie jakie ciemniejsze niż te po lewej ;) No tak – patrzę na
radary, i faktycznie idzie burza. Za chwilę też widzę pierwszy błysk. Wrzucam
na blat i pędzę coraz szybciej aby zdążyć do miasta przed ulewą. Najpierw
główną szosą, potem alejką wzdłuż zalewu na Wagu. Gdy dopada mnie deszcz chowam
na Slovnafcie na przedmieściach. Ostatecznie jednak z dużej chmury mały
deszcz. Popadało 5 minut i przestało a główna część burzy przeszła bokiem, po
prawej, w czym upewnia mnie radar burzowy. Nie wiem jak ja mogłem kiedyś
jeździć bez tego wynalazku?! Na radarach przede mną czysto, mogę śmiało jechać
dalej. Jakieś tam zwiedzanie przejazdem Żyliny, centrum, pokręciłem się też po
chaszczach pod estakadami. I jest słynny drogowskaz: BRATISLAVA 200KM. Zapada noc.
W dalszym ciągu zero energoli :) Pierwszą senność zwalczam mała drzemką na
przystanku +kapsułką kofeiny. Przy próbie spożycia serka topionego-serdelka do
chlebka jego część ląduje na rowerze i na moim ubraniu ;) Z charakterystycznych
miejscowości mijam Povazską Bystricę. Charakterystyczny jest tu dokładnie
wysoki biurowiec-wieżowiec w centrum miasta. Ruch na drodze całkiem maleje, nie
tylko ze względu na noc. Ale również z powodu że główny ciężar przejmuje tu
droga ekspresowa, która wije się raz po lewej, raz po prawej stronie starej
szosy. Chwila moment, i po lewej mijam charakterystyczną cementownię. Noc
powoli dobiega końca. Była dość ciepła i całkiem przyjemna, senność za bardzo
nie dokuczała. Mijam znajomą cukrownię, i docieram do Trenczyna. Miasto z
charakterystycznym zamkiem na skale w centrum. Oraz z mostem nad wielkim (coraz
większym) Wagiem. Od dawna chodzi mi coś ciepłego do jedzenia po głowie, jest
jednak za wcześnie, wszystko zamknięte. Trudno, zadowalam się kolejnym serkiem
(tym razem lepiej mi poszło otwieranie) i chlebkiem. Gorący dzień rozkręca się
na dobre. Resztki senności zwalczam drzemką na przystanku. W międzyczasie ze
strefy gór wjeżdżam na równiny południowej Słowacji. Choć jakieś niewysokie
górki widać na horyzoncie po prawej stronie. Po roślinności widać że jest tu
nieco cieplejszy klimat. Coraz więcej akacji, i innych gatunków liściastych.
Kolejny kamień milowy to chłodnie kominowe na horyzoncie po prawej. Są to
kominy atomnej elektrostancji. Świadczą one niezbicie, iż przybliżam się do
Bratysławy :) W Pieszczanach wreszcie posilam się czymś ciepłym. Trzema
kawałkami pizzy, każdy do 2EUR. Nawet niedrogo, bo kawałki całkiem spore. Mała
rundka po Pieszczanach, a potem łapie mnie kryzys. Do tego stopnia że zalegam
na dłuższą chwilę w cieniu drzew przy polnej drodze. Upalne kilometry ciągną
się niemiłosiernie. Doczołguję się do Trnavy, a za miastem zaś… Tak :) Na
horyzoncie, na jednym ze wzgórz po prawej widzę majaczącą wysoką sylwetkę wieży TV w Bratysławie :) Byłem pod nią chyba 2 lata temu. Nabieram sił w chłodnej
oazie. Tzn. klimatyzowanym budynku stacji OMV, gdzie wciągam zimny napój z
witaminkami (nie energetyk), jakąś bułę, oraz podładowuję tel. Senec przelatuję
tranzytem, gdyż łapię drugi oddech. Czuję bliskość celu. Dwa czyste, piękne małe jeziorka po prawej przypominają mi o nagrodzie jakąś zaraz otrzymam :) O
kąpieli w Złotych Piaskach – zalewie na przedmieściach Bratysławy. BRATISLAVA!!! Cel osiągam ok. godz. 16. Jedyne co mi teraz chodzi po głowie to
wspomniana kąpiel. Z podekscytowania mylę estakady. Skręcam o jedną za
wcześnie. Wreszcie jestem w lasku na zalewem, szukam dogodnego miejsca, ściągam
przepocone łachy i zanurzam się po głowę w chłodnej wodzie… Relaks w wodzi trwa
całkiem długo, bo chyba z godzinę. Czas podziałać coś dalej w kwestii
zwiedzania. Wdziewam więc czyste szaty, i ruszam na podbój Bratysławy. Niestety
rozwaliłem sobie okulary, tzn. nadepnąłem je i wyłamałem zawias… Kleję to jakoś
taśmą byle się trzymało… Jest po 18tej, a w planie jest pociąg o 3.27 w nocy
tak że czasu sporo. Najsamprzód odrobina MTB na szosówce, czyli objazd zalewu terenową ścieżką. Mijam strefę dla nudystów, niestety jak zwykle większość z
nich to obleśne grube chłopy z wielki brzucholami i ujami na wierzchu. Następnie
tłukę się powoli w stronę centrum, jadę na pamięć, tak że trochu błądzę. Tłukę
to dobre słowo, o tak. Mam tu na myśli "chodniki" w Bratysławie. Te koślawe łaty
asfaltu z dziurami poprzez które wyrastają chwasty to wylewali chyba jeszcze
czechosłowaccy towarzysze ;) I tak wygląda całe miasto, z małymi wyjątkami. I
inne miasta, Koszyce itp. podobnie. Tu jest po prostu chyba taki zwyczaj, taki
nawyk, że chodniki są po prostu mało ważnym elementem infrastruktury. Nawet jak
wymieniają nawierzchnię drogi, i kładą nowiutki gładziutki asfalt, to chodniki zostawiają stare. Co najwyżej dorzucą łopatę asfaltu w jakieś większe wyrwy :D Toczę
się dalej z obolałymi od drgań dłońmi, i zwiedzam. Wciągam pysznego burgera z
pysznymi frytami (przydrogie toto), robię zakupy w małym Tesco na noc. Zakupuję
przez tel. bilety – 16 EUR czyli niedużo. I kontynuuję zwiedzanie. Ogólnie jest
to miasto kontrastów. Z jednej strony są wypasione fury słowackich bogaczy, są
też stare ciężarowe Tatry z nosem, które wloką za sobą pióropusz czarnego
cuchnącego dymu. Są sięgające niebios szklane wieże, niektóre prawie jak
Warszawie… Z drugiej zaraz obok takiej szklanej wieży jest jakiś zabytkowy
opuszczony pałac, pobazgrany spreyem, z którego lecą cegły. A przed nim pełny
śmieci zarośnięty plac ze spalonym wrakiem samochodu… Itp. itd. Do tego
wszechobecne pamiątki po poprzednim ustroju. Jakieś płaskorzeźby, pomniki,
tablice przedstawiające kult pracy, potęgę socjalizmu itp. itd… No Bratysława
ma swój specyficzny klimat. Zwiedzanie obejmuje również wjazd na wzgórze
zamkowe, przejazd mostem SNP, pałac prezydencki (?). Jakieś tam błądzenie po rozimprezowanych
zakamarkach starego miasta, byłem też w dzielnicy nowych apartamentowców. Noc
jest bardzo ciepła. Termometr o 23ciej pokazuje 25’C! Pora toczyć się na
dworzec. Ogólnie to mam dość, męczy mnie senność, musiałem się w parku
zdrzemnąć, i bolą mnie dłonie. W pociągu (Tatran) wpieprzam rower w kąt, a swój
tyłek wpieprzam w pierwszy lepszy fotel. Jeszcze tylko okazuję bilet do
kontroli, ustawiam budzik żeby nie minąć Kralovan…. I dobranoc!
HRRRRRR...
Budzę się
kawałek przed Kralovanami. W Kralovanach o 6 tej. Jest 20+ minut na przesiadkę
tak że zdążam wychylić gorącą herbatkę z automatu. Przesiadka do klimatycznego,
spalinowego szynobusu. Który też chyba pamięta czasy Ceskoslovensko. Tu również
zajmuję się głównie spaniem. Diesel ryczy pod podłogą, pociąg się telepie po
koślawych torach, i co chwila łomocze kołami o przerwy w szynach (szyny też
pewnie made in CZSK). Ale w niczym nie przeszkadza to w drzemce, tak jestem zmęczony.
Pod koniec trasy konduktor do mnie w te słowa „je problem, wyłuka”. Już wiem co
to oznacza… +10km gratis. Pociąg dojedzie tylko do Niżnej. Z Niżnej do Trzciany
jest autobus zastępczy ale roweru przewieźć się raczej nie da. Nie będę się
kłócił o 10km, żadna różnica. W Niżnej wpadam jednak na głupi pomysł. Zamiast
po bożemu szosą, szukam jakiejś ścieżki rowerowej, szlaku Velo wzdłuż rzeki,
aby dotrzeć nią do Trzciany. VELO SRELO. Tzn. ścieżka jest ale taka gruntowa,
terenowa :D Bez sensu, straciłem czas i dotrzęsło mi jeszcze bardziej moje
obolałe dłonie. W Trzcianie wskakuję natomiast na trasę Velo która na pewno
jest, i która jest bardzo fajna :) Asfaltowa trasa prowadzi szlakiem starego
toru kolejowego do N. Targu. Ja dojadę nią zaś do Czarnego Dunajca. Trasa
bardzo malownicza i w ogóle super alternatywa dla głównej drogi przez Chyżne. Tylko
że ja ledwo jadę, mam dość. W Cz. Dunajcu dopadam wielkiego burgera, i wreszcie
pierwszego tej trasy energola. Oj postawiło mnie to combo na nogi :) Tak że przeł. Pieniążkowicką (droga wojewódzka) wciągam w dobrej formie. No a potem to
już formalność. Długi łagodny zjazd przez Rabę Wyżną, Rokiciny, Chabówkę do
Rabki. W centrum zakupy, drugi malutki energetyczek. A co należy mi się, w
nagrodę za moją silną wolę ;) Kupuję też tanie okulary przeciwsłoneczne, z
których przełożę sobie zauszniki aby nareperować rozwalone okulary. Na kwaterze
po 14tej.
Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Coś tam
pozwiedzane, coś zobaczone, forma w normie – a poprzednia długa trasa była
przecież w sierpniu.
https://photos.app.goo.gl/JyiyDdsHCbvKh1sQ7
https://connect.garmin.com/modern/activity/19394826877
https://connect.garmin.com/modern/activity/19394841825
7.45 (czw) - 14.00 (sb)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709
Przeł. Pieniążkowicka 709
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem, Rabka 2025
Krk - Rabka
d a n e w y j a z d u
69.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Dojazd na urlop. Krk - Wieliczka - Dobczyce - Wiśniowa - Kasina - Mszana - Rabka. Gorąc fest.
Pierwszy raz udało mi się przyjechać do gospodarzy o ludzkiej porze, tj. koło 17tej a nie 22-23...
10.40 - 16.50
https://photos.app.goo.gl/XQaomVNkNrfVc2SE6
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502
Kategoria > km 050-099, Rabka 2025
Zapierdalacz czerwiec (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
0.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

3.06 0,7km ino dookoła bloku - test maszyny po remoncie. Gra i bucy - jak zawsze :)
Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt czerwiec (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
1110.90 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/FiYKzCfYKc5q4N4H6
Z końcem maja wyjebali mnie wreszcie z pracy (z etatu) i wreszcie mam czas pojeździć na rowerze :) Tymczasowo zarobkuję wyłącznie jako rowerowy dostawca jedzenia, dlatego km będę sporo tłukł :)
1.06 79,7km Na chwilę obecną, moim jedynym źródłem zarobkowania jest kurierka rowerowa. Z tej okazji postanowiłem załączyć nową apkę Glovo, i zobaczyć z czym się to je. Ostatni raz chyba w lutym śmigałem na Glovo, przed wielką rewolucją. Wnioski? GLOVO TO (DALEJ) GÓWNO. Niby wiedziałem, ale upewniłem się że się nie opłaca na tym jeździć. Ledwo 200zł przekroczyłem. Najdroższy kurs z całego dnia coś koło 19zł... To przeca księdzu się rzuca więcej na tacę w kościele... Do tego czekanie po ponad pół godziny na załadunek w Biedronce... Dla sportu, dla treningu sobie pojechałem z 20kg plecakiem pełnym zakupów. Jednak moje ulubione trio Uber+Wolt+Bolt to jest potęga, i nic i nikt tego nie zmieni. Jakbym je załączył, to pewnie do 300zł bym sie zbliżył, albo i przekroczył... Z plusów piękna, letnia pogoda. Tzn. od godzin przedpołudniowych kłębiły się na południowym horyzoncie potężne, sięgające niebios, burzowe bałwany. Potem trochę mniejsze burzowe bałwany na północy. Ale ostatecznie wszystko, jak to sie mówi "przeszło bokiem" :) W załączeniu typowy dzień pracy kuriera rowerowego: https://connect.garmin.com/modern/activity/19304263298
2.06 61,8km Mała dniówka Wolt/Glovo/Uber. W sumie pośmigałem trochę na tym Glovo, nie było tak źle.
17.06 93,0km dniówka na Glovo. Coraz bardziej mi się to Glovo podoba :) Dniówka ~280zł.
18.06 84,2km dniówka Wolt/Uber
19.06 93,9km Glovo/Uber/Wolt. Glovo uratowało dniówkę.
20.06 100,8km Glovo. Dużo km, mało hajsu.
21.06 40,4km odpoczynkowa przejażdżka po mieście, +Decathlon, kupić plecaczek na jutro :)
23.06 89,4km upalna dniówka na Uber/Wolt, +mała burza
24.06 93,6km Uber/Wolt. Bez upału, za to z wycieczką na Kliny.
25.06 ok. 80,0km Wolt/Uber. Cały dzień nad miastek krążyły groźne chmury, ale nie padało.
26.06 ~70,0km. Chyba licznik mi gubi km, bo niemożliwe żeby wyszło 65,7km. Słaba dniówka na Uber/Wolt, w tym prawie gleba.
27.06 93,9km (GPS) / 81,5km (licznik). No i co ja mam teraz wpisywać? Ile km mi zaebał ten licznik?!?! Wycieczka z Wolt na północną granicę Krakowa, prawie Węgrzce! Pod nowy węzeł z północną obwodnicą, byłem tam pierwszy raz w życiu.
28.06 33,3km ino wieczorna przejażdżka po Krk po serwisie Szczyta. Zapiekana na Kazimierzu itp.
29.06 96,9km dobra dniówka, głównie Wolt ale też Uber
Kategoria Zbiorówka :(
WTR - zachodnie rubieża Krakowa
d a n e w y j a z d u
134.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/buFNcFRfVE2noXr5A
Garmin Connect
Wreszcie normalna temperatura :) Znów nie miałem pomysłów na wycieczkę i znów uderzyłem za zachód, wzdłuż Wisły. Z początku standardzik: wspinaczka na Łagiewnickie wzgórze, zalew Zakrzówek, i sprint WTR pod tor kajakowy. Dziś wyprzedził mnie tylko jeden śmiałek. Następnie odwiedziłem klasztor w Tyńcu. Powodzi się. Siostra przyjechała siódemką ( ;) ). Potem dalej WTR, do Skawiny, z dwoma fragmentami MTB. Następnie jakoś przypadkowo zjechało mi się pod prom - ten pierwszy, zaraz za Skawiną. Kosztem 1,5zł przeprawiłem się na drugi brzeg Królowej Rzek. Zamiast lecieć jak zwykle na zachód - skręciło mi się na północ, i ciągłem podjazdy aby dotrzeć nad zalew w Kryspinowie. Objechałem, cześciowo obeszłem zalew dookoła. Obeszłem, gdyż drogi są tam na MTB bardziej niż na szoskę. Obejrzałem piękną panoramkę zalewu, i chcąc, nie chcąc - kilka gołych męskich dup (plaża nudystów). Po czem uderzyłem na Liszki, i potem kurs na Czernichów, aby znów zbliżyć się do Wisły. W międzyczasie pogoda zaczęła robić się niepewna. Znad Jury, Górnego Śląską nadciągać zaczęły burzowe chmury. Na szczęście burza ledwie mnie musnęła kropelkami deszczu, w Rusocicach. Dotarłem do ostatniego promu, przed mostem w Zatorze. Siup na drugą, lub jak kto woli pierwszą stronę Wisły. Końcówka standardowo: WTR/Szlakiem Karpia/Velo Metropolis na Skawinę, Tyniec, Kraków. Na poburzowym niebie pojawiła się piękna tęcza. Burza przeszła przede mną. To mogła być ta sama która mnie musnęła w Rusociach, ale pewien nie jestem. Powrót w lekkich mgłach - parowały schłodzone deszcze pola i łąki wokół wału Wiślanego.
10.05 - 00.15
Kategoria > km 100-149
Przejażdżka pozwolenieniowa (nie rozwolenieniowa)
d a n e w y j a z d u
88.30 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:15.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/HX2E2LHDDgaGYZP89
Dziś zakończyłem pracę w firmie, w której pracowałem od 2017 roku.
Z jednej strony żal :(, z drugiej strony się cieszę :)
Bo to może być początek czegoś dobrego :)
A przejażdżka obejmowała następującą trasę:
Krk - Wieliczka - Krk - Łagiewniki - Zakrzówek - WTR - Tyniec - Skawina [zwiedzanie] - Tyniec - WTR - Krk
A cóż takiego zwiedzałem w Skawinie, przez którą przejeżdżałem setki razy w życiu ?! Ano okazuje się, że zupełnie nie wiedziałem iż Skawina posiada wielki i piękny miejski park a nawet swoje własne Błonia!! (fotki) Zaglądnąłem też po raz pierwszy od nie wiem ilu lat (dekad?) pod klasztor w Tyńcu. Magiczne miejsce. Najstarsze opactwo w Polsce!
Kategoria > km 050-099
WTR - zachodnie rubieża Krakowa
d a n e w y j a z d u
120.80 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/7yAatWg4TkFLEtPcA
Znowu to samo?! Na to wygląda :) Znowu nie miałem pomysłu na wycieczkę, i znów leniwie poleciałem sobie WTR / szlakiem karpia na zachód :) Tegoroczne odkrycie tych szlaków rowerowych na zachodzie Krakowa, to jest coś na miarę WTR na wschód, przy pandemii, AD 2020. Bardzo fajne są to okolice, gdy nie ma się pomysłu, sił i ambicji na coś mocniejszego. Dziś standardowo poleciałem pod Sanktuarium w Łagiewnikach, potem przez Zakrzówek dobiłem do WTR na Tyniec. Jakieś tam pościgi na wale Wiślanym. Dziś wyprzedziłem prawie wszystkich. Prawie bo jeden śmiałek okazał się być szybszy ode mnie. Ale on nie był w ciąży. A ja jestem w ciąży (spożywczej). W Tyńcu zobaczyłem z bliska Nimfę - statek turystyczny po Wiśle. Potem jak zwykle dalej asfaltem WTR, na Skawinę, z dwoma terenowymi akcentami. W Skawinie zaś, zamiast jak zazwyczaj ścieżką rowerową wzdłuż Kanału Łączańskiego, pojechałem WTR - bocznymi dróżkami wzdłuż Wisły. Potem pod stopień wodny (ale bez przejeżdżania na drugą stronę). Szybka pizza w Żabce w Łączanach. Dotarłem pod prom w Okleśnej, i tam, patrząc na godzinę, zawróciłem. Tj. śmignąłem sobie promem (1zł) na północny brzeg Wisły. Potem jak zawsze - przez lasy, Kamień, Rusocice, Kłokoczyn... Droga sama mnie skierowała na prom w Czernichowie (1,5zł). Wróciłem nim na południowy brzeg, i koła same mnie poniosły ścieżkami rowerowymi na Tyni.... A nie, stop. Poniosły mnie najpierw do centrum Skawiny :) Gdzie wciągnąłem spoko kebaba. Oraz zwiedziłem piękny park. Chyba nigdy w życiu w nim nie byłem... Masakra. Człowiek był wszędzie, Budapeszt, Berlin, Pragę zwiedził! A nie zna Skawiny pod Krakowem :D Potem zaś skierowałem się ścieżkami rowerowymi na Tyniec, i po małej rundce po centrum Krakowa, wróciłem do domu. To była leniwa, acz przyjemna rowerowa niedziela :)
10.50 - 23.05
Kategoria > km 100-149
WTR - zachodnie rubieża Krakowa vol 4
d a n e w y j a z d u
113.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

No, jeszcze parę lat temu pociągi osobowe tędy nie jeździły. Dziś latają tędy przez Zator na Oświęcim. Aż miło popatrzeć na takie reaktywowane połączenia kolejowe :)
https://photos.app.goo.gl/AxwU34i3QRnBC7SSA
10.25 - 22.50
Kategoria > km 100-149
WTR - zachodnie rubieża Krakowa vol 3
d a n e w y j a z d u
119.10 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Przeprawy promowe to jedna z głównych atrakcji tej majówki :)
https://photos.app.goo.gl/oP7N4RZz6VmWD6jX8
10.15 - 23.50
Kategoria > km 100-149
Szczyt maj (zbiorówka) cz. II/II
d a n e w y j a z d u
412.15 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Kategoria Zbiorówka :(





























