Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Mater Urbium

d a n e w y j a z d u 542.60 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 18 lipca 2020 | dodano: 24.07.2020



https://www.alltrails.com/explore/map/map-c819904-...

https://photos.app.goo.gl/xzE7z3Xiixao7rC69

V Wiedeń
V Bratysława
V Berlin
V Praga
Budapeszt

Tak więc Praga zaliczona, został już tylko Budapeszt :) Jeszcze nie tak dawno bałem się że Koroniak zniweczy wszystkie moje zagraniczne plany na ten rok, a tu się okazuje że wcale niekoniecznie. Od początku lipca wolno już właściwie wszystko i wszędzie. Z wymienionej Wielkiej Piątki Zagranicznych Celów (®Pidzej) została Praga i Budapeszt. Co najpierw? Padło na Pragę. Bo to trudniejszy cel z pozostałej tej dwójki – ~500km (Budapeszt ~350 z Rabki, bo stąd chcę go atatkować). Najpierw lepiej to cięższe zaliczyć. Bo wieje ze wschodu. Wiatr ze wschodu to w Polsce rzadkie zjawisko - przeważają wiatry z kierunków zachodniego i południowego. Bo mam dobrze ogarnięty temat Słowackich/Czeskich pociągów. A nie wiem jak jest pociąg po Węgiersku. Bo po prostu czułem że przyszedł czas na Pragę :)

Startuję ciepłym, sobotnim rankiem. Ciepłym acz pochmurnym – to co zaprząta mi głowę to właśnie przelotne deszcze i burze, jakie są zapowiadane na sobotę. Na razie jednak nie pada. Bokami, osiedlami wyjeżdżam z miasta i raz dwa jestem w Skawinie. Na ryneczku standardowe śniadanie złożone bułek plus energetyka oraz eksperymentalne energetyczne żelek energ. z Deca. Lecę dalej krajową 44ką, no i cóż – jest coraz bardziej pochmurno, szoro, buro, nieciekawie, niepewnie. Do Wadowic skrótem boczną drogą: Brzeźnica -> Tomice, z pominięciem Zatora. W „Mieście w którym wszystko się zaczęło” największą moją uwagę zwraca dziś różowy busik z lodami – jest po prostu uroczy :) Andrychów przelatuję bez zatrzymywania się, robię za to foto na klimatycznym przejeździe w Bulowicach. I tak trzeba tam zwolnić prawie do zera żeby się nie zabić. Potem krajówką jeszcze do Kętów, i kolejnym skrótem, przez Kozy (największą wieś w Polsce – 20tys. mieszk.), i szybki zjazd do stolicy Podbeskidzia – Bielska Białej. Rynki, starówki, inne zwiedzania odpuszczam – Praga czeka. Robię zakupy i kilka tylko randomowych fotek z losowych miejsc jak. np. obskurnych okolic dworca PKP i rozkopanej od nie wiadomo kiedy wylotowej drogi na Cieszyn - starej krajówki. Nic się tu nie zmieniło przez rok. Niemal dokładnie rok temu atakowałem Wiedeń i tak jak i dzisiaj tłukłem się po kamieniach/prowadziłem rower po tym bagnie. Wreszcie rymont się kończy i lekko dziurawa, ale znośna, mało ruchliwa i pagórkowata dawna szosa krajowa przyjemnie prowadzi ku czeskiej granicy. Teraz większość ruchu idzie równoległą ekspresówką. Na południu piękna panorama Beskidu Śląskiego. Przez chwilę spoza chmur nawet nieśmiało próbuje wyglądać Słońce ale za bardzo mu się to nie udaje. W Skoczowie kropi. Za chwilę przestaje. W Cieszynie przed 16tą. Też za wiela nie zwiedzam, od razu kieruję się most graniczny, i robię foto przy tablicy „ Ceska Republika”. Podczas podziwiania śmiesznych czeskich napisów i szyldów dowiaduję się skąd się wzięło słowo „ bryle” :) Wyjeżdżam z Ceskego Tesyna i obieram znaną mi już, trzycyfrową drogę na Frydek-Mistek. No i stało się to co stać się musiało – zaczęło padać. Zatrzymuję się na przystanku, by przywdziać nowiutkie p/deszczowe wdzianko. Jak to często bywa w takich razach, zanim się w nie opatulę padać przestaje, tak było i tym razem. Jednak okazuje się że wysiłek się opłacił, bo kawałek dalej znowu zaczęło, i to tak porządnie. Największa ulewę przeczekuję na przystanku, w mniejszej natomiast testuję p/deszczowe wdzianko. Mijam znane mi dzikie złomowisko samochodów (?). Te auta tak tu stoją latami, pochłaniane przez zieleń, przez przyrodę. W Polsce by to raz dwa rozkradli. Poza tym foto tego samego malunku z rowerowym motywem co zawsze. Do Frydka docieram koło 18tej. Wypogadza się. wyglądające zza chmur ostre Słońce odbija się niczym w lustrze od mokrych szos, i wydaje się że z pogodą idzie ku dobremu (yhy). Zaraz znowu się zachmurzy. Z Frydka do Ołomuńca bocznymi drogami, równolegle idącymi wzdłuż ekspresówki/autostrady. Wijącą się to jedną, to drugą jej stroną pagórkowatą drogą techniczną docieram do kolejnego „checkpointu” – Priboru. Za jasności dotrę jeszcze do Novego Jicina. Rynek z charakterystycznym, fajnie podświetlanym zegarem i niedużą, jak się nie mylę, kolumną dziękczynną. Całe mnóstwo ich w Czechach. W Ołomuńcu też taka będzie. Tylko że trochę większa ;) Prawie zdążam zrobić zakupy w Lidlu. Zabrakło tylko 20 minut. Do tej 20tej był otwarty ;) Koleje km już w nocy. A z każdym kolejnym, i kolejnym takim właśnie nocnym kilometrem coraz bardziej uświadamiam sobie jaki błąd popełniłem. Jadę po czeskich zadupiach i nie zrobiłem zakupów przed nocą :/ A Czechy to nie Polska że co 10km jest Orlen 24/7/365 z zapiekankami i herbatą. A w każdym miasteczku Żabka, też 24/7/365. Tu większość sklepów zamykana jest wczesnym wieczorem, a większość tankszteli niewiela później. Całodobowe są tylko niektóre. Problem coraz bardziej narasta. Po prostu mnie odcina. W dodatku znowu zaczyna padać. Chowam się na przystanku, wypijam resztkę picia. Jedzenia nie mam już od dawna. Na tel. odnajduję najbliższą całodobową OMVkę. Hranice. 11km. Tak blisko a tak daleko. Przestaje padać. To były bardzo długie, bardzo męczące i bardzo głodne 11km. Przed Hranicami jechałem kilku-km odcinkiem drogi, co do którego miałem poważne obawy że jest drogą ekspresową. Wydawało mi się że widziałem zakaz dla rowerów/traktorów/dorożek, natomiast pawiem jestem że kilka razy na mnie trąbiono. Trudno, nie mam siły nic zmieniać. (Teraz potwierdza się to jak patrzę na mapę: droga ma kolor bardziej czerwony od krajówki a mniej czerwony od autostrady - znaczy się pewnie ekspresówka). Są Hranice. Resztami sił wtaczam się na stację. Kupuję bagety, ciastka, batoniki, energole, wodę i w ogóle pół sklepu. Wydaję na to milion dolarów, ale to nie jest ważne. Ważne, że nie jestem głodny, nie chce mi się pić i nie chce mi się spać, bo kofeina z energetyków zaczyna krążyć w żyłach :) Może nie jestem w pełni sił, ale da się jechać dalej. Skutki tego durnego błędu z odcięciem będę odczuwał jeszcze długo a może i do końca trasy. Kolejne nocne km dzielące mnie od Ołomuńca to już jak najbardziej legal, dokładnie droga number 35/47/437, różnie. Znowu chce się spać – senność zabijam batonem energetycznym. Ale nie takim zwykłym – ten ma kofeinę. Dopiero jak zjadłem podliczyłem kiela jej tam jest. Wyszło mi że tyle co 0,5l energetyka. A dopiero co wypiłem 0,5l energetyka :D Aż w uszach zaczęło dzwonić :D Ale spać się przestało chcieć. Dobrze kojarzę po znajomy mi, ładnie iluminowany wiadukt kolejowy. Nieco mniej, ale również mi się przypomina mieścina Lipnik n/ Becvou. Ryneczek, zameczek, jakaś wieża. Wszystko to kojarzę, w miarę pamiętam bo jechałem tędy do Ołomuńca w 2018 roku. Ołomuniec to właśnie główny punkt podziału: znane | nieznane. Do tej pory to tu najdalej kończyły się moje wojaże po Czechach. I zarazem jest to półmetek trasy: ~250km - do Pragi drugie tyle. Na horyzoncie ukazuje się długo wyczekiwana tablica: „ OLOMOUC ---” :) Zwiedzanie znanego mi już nieco miasta rozpoczynam jak ostatnio – od okolic dworca kolejowego. Trafił się automat z napojami – wciągam gorącą herbatę. W głowie Praga, więc i tu plan zwiedzania jest mocno okrojony. Półtorej godzinki zatem poświęcam na: odwiedzenie imponującej katedry Św. Vaclava, rundki po parkach/plantach wokół murów obronnych, no i rynku – z najbardziej imponującym obiektem, symbolem miasta: Kolumny Trójcy Świętej. Czesi stawiali takie właśnie kolumny, w podzięce Bogu za koniec epidemii, wygranie wojny, czy inne łaski jakie spłynęły na Czeską Ziemię z Niebios. Ta w Ołomuńcu jest największa w całym kraju, i liczy 35m wysokości. W 2018 widziałem ją za dnia – poczerniała, nadgryziona zębem czasu stanowiła mocny widok. Teraz, czarny monument iluminowany złotym światłem prezentuje się chyba jeszcze bardziej imponująco. Jest po 3 nocy, gdy zbieram się w dalszą drogę. Praga czeka. Czeka też druga, ciekawsza część trasy – nieznana czeska ziemia na zachód od Ołomuńca! Obieram drogę number 635. A przynajmniej tak mi się wydaje, okazuje się bowiem że zboczyłem nieco z kursu i jadę czymś boczniejszym. Po kilku km koryguję błąd i dojeżdżam do 635ki. Jest już 4 nad ranem, i jest już widoczna pierwsza oznaka wstającego powoli dnia – jaśniejąca łuna na wschodnim nieboskłonie. Trzycyfrowa droga przykleja się do autostrady i idzie równolegle do niej przez jakieś 30km. Całą noc udało się przetrwać ale cudów nie ma – wreszcie zaczyna morzyć mnie sen. Na komfortowym, czystym, niezdewastowanym (Czechy) przystanku urządzam drzemkę. Po drodze mijam ze trzech drzemiących na przystankach tubylców, zapewne z innego powodu ;) Przypinam rower łańcuchem, telefony/portfele itp. chowam do kieszonek na plecach. Kluczyk do majtek ;) Telefon z budzikiem w dłoń i znanym mi sposobem urządzam wiele, krótkich 5-minutowych drzemek. Aż przestanie mi się chcieć spać. Nie wiem ile ich było, ale z 45 minut mogło mi zejść. Energetykiem intrygującej marki „69” wykurzam resztki senności a „Zlatymi Oplatkami” nabieram sił do dalszej jazdy. Mam już trochę dość tych słodyczy. Wstający powoli dzień zapowiada się pięknie i pogodnie, chmur mało co. Zdecydowanie bardziej optymistycznie niż dzień wczorajszy. (To się oczywiście zmieni). Nie ma jeszcze upału, temperatura przyjemna do jazdy ale płaskie okolice Ołomuńca powoli się kończą. A zaczyna się typowo pagórkowata czeska kraina. Wyścielone nieskończonymi wydaje się dywanami pól, z rzadka urozmaicone niewielkimi zagajnikami. A sił coś mało. Może to pokłosie tego nocnego odcięcia i kryzysu? Wydaje mi się że to się będzie ciągło ze mną do końca trasy. Na razie staram się tym nie przejmować, a pierwszy drogowskaz „ PRAHA” dodaje sił i wiary w powodzenie całego przedsięwzięcia. Niepokoją natomiast już nie wzgórza a po prostu góry, których ściana wyrasta na horyzoncie. Mam uzasadnione obawy że trzeba będzie się przez nie przebić. Mijam miasteczka Lostice i Mohelnice. Za wiela z nich nie zapamiętałem, typowe małe czeskie mieścinki. No i zaczynają się te cholerne góry. Tzn. cholerne akurat teraz i w tej sytuacji, bo ogólnie to oczywiście lubię jeździć po górach. Średnio stromy podjazd przy obecnym zmęczeniu i narastającym upale staje się ścianą płaczu. Żar leje się z nieba a ze mnie leją się strumienie potu. Ileś zakrętów, odpoczynków, zgonów i ileś litrów potu dalej/wyżej widzę upragniony widok: maszt/przekaźnik TV/radiowy. Tego typu obiekty zazwyczaj zwiastują koniec podjazdu i szczyt. Tak jest i tym razem. Jestem na jakiejś przełęczy. +-600 m n.p.m. Czyli śmieszna wysokość jak na tyle wysiłku. Stacja, bar, motorest (motel), typowe w tego typu miejscach obiekty. Od dawna mam ochotę na coś NIESŁODKIEGO i ciepłego. Niestety w gastro nie ma mają normalnego żarcia typu hamburger, pizza tylko jakieś klobasy i tvaruzky… Nie ryzykuję. Kupuje na stacji obok zimne niestety, ale przynajmniej niesłodkie bagety. Jeszcze przez chwilę sobie konam w cieniu, odpoczywam i jem, po czym ruszam w dół. Szybkim i pełnym wrażeń zjazdem teleportuję się do Moravkiej Trebovej. To samo co wszędzie: zabytkowy ryneczek, wąskie uliczki i kolumna dziękczynna na środku. Tzn. nie żeby mi się to nie podobało czy nudziło ale jest upał, jestem zmęczony i mam dość wszystkiego. A za miastem kolejny podjazd. Siadam na poboczu i oparty o znak drogowy dłuższą chwilę zbieram siły do dalszej mordęgi. W międzyczasie zaczyna się coraz bardziej chmurzyć. I tyle by było z pięknie zapowiadającej się pogody. Plus tego taki że Słońce chowa się za chmurami, ale i tak jest bardzo parno i duszno. Burza wisi w powietrzu. Motywuje mnie to do dalszej jazdy, żeby nie zastała mnie w środku podjazdu, wolałbym ją przeczekać w kolejnym miasteczku. Wciągam z mozołem kolejne metry podjazdu, i tuż przed szczytem niespodzianka: tunel! No, tego to się nie spodziewałem. Nie ma zakazu dla rowerów, bo nie może być – nie ma żadnej alternatywy. Co prawda tunel pod górę ma dwa pasy i wg. znaku tylko 358m długości, ale i tak przejazd nim może być trochę niebezpieczny/stresujący. Odpoczywam chwilę przed wjazdem, i gdy trafia się luka w sznurze aut, wpieprzam się do środka. Delikatnym łukiem wspina się pod górę, jest wentylowany - brak problemów ze spalinami. Ogólnie żaden problem, nie było się czego bać. Tunel jest tuż pod samym szczytem wzgórza, pewnie po to zrobiony żeby nie niszczyć wykopem zabytkowego kościółka i jego otoczenia. Na zjeździe po drugiej stronie zaczyna padać, a zaraz potem lać. Zalane wodą koleiny w połączeniu z zupełnymi slickami czynią jazdę bardzo niepewną, niebezpieczną. Do tego mokre, zapiaszczone obręcze (tylna dodatkowo zachlapana smarem z łańcucha) bardzo osłabiają hamulce. Największe opady przeczekuję pod starym, rozłożystym drzewem. Gdy przestaje ruszam dalej. Chmury przerzedzają się, znów wychodzi Słońce. Tylko sił dalej brak. Ponad godzinę sjestuję na przystanku autobusowym, zastanawiając się czy dam radę. Na szczęście ciężkie podjazdy były dwa i na razie nie zanosi się na to, żeby wyrósł przede mną jakiś kolejny. Świat wokół znów staje się płaski :) Kolejny „checkpoint”, tj. punkt od/do którego odliczam km to Litomyśl. Mijam obwodnicą, nie mam siły, nie mam chęci na żadne zwiedzanie. Następnie mijam ciekawostkę w postaci autodromu, tj. toru wyścigowego pod Vysokim Mytem (miejscowość taka, pewnie wysokie podatki tam mają ;) ). Mają chyba nawet własny park maszyn do ścigania – pomalowanych w zielone-białe barwy Skodzinek. W samym miasteczku natomiast dorywam wreszcie (otwartego w niedzielę) Lidla :) I robię duże, i względnie tanie zakupy. Słodkie/niesłodkie, suche i mokre. Sporo tego zjadam od razu, a i tak z trudem dopinam sakwę z resztą zapasów. Po tym posiłku moc włącza mi się większa, wreszcie zaczynam jechać a nie czołgać się. Na Krzyżówce zmieniam drogę z 35ki na 17kę. Zbliża się drugi wieczór w trasie. I wydaje się że zbliżają się kolejne zawirowania pogodowe... Chmury za plecami co prawda są białe, ale kłębią się podejrzanie wysoko. Hehe, nie dam się nabrać, dobrze wiem co to jest – młoda chmura burzowa. Tyle dobrze że za plecami. Trzeba spierdalać przed tym. Hrochuv Tynec. Też tylko mijam tranzytem. Chmury za plecami łączą się w międzyczasie w jedno wielkie chmurzysko. Coraz mniej białe chmurzysko. W Chrudimie póki co nic nie zwiastuje rychłego nadejścia burzy, wydaje się ona być ciągle daleko. W ostatnich, wieczornych promieniach Słońca zwiedzam sobie tą zabytkową mieścinkę. Ciekawe obiekty zarejestrowałem trzy: wieża ciśnień Chrudimskich Wodowodów :D, imponujący kościół z ciemną, kamienną fasadą oraz kolejną (którą to już?) kolumnę. A raczej kolumno – fontannę. Na licznik zaraz wskoczy 400km a więc do celu została ostatnia setka. W zapadającym powoli zmroku mijam kolejne, małe senne czeskie miasteczka, których nazw nie ma sensu chyba dalej wymieniać bo i tak nikomu nic one nie mówią. A krajobraz przechodzi płynnie z bezkresnych pół uprawnych na większe natężenie sadów, lasów, ogólnie drzew. W mrokach zapadającej nocy chmurzyska za plecami nie było by widać. Gdyby nie to, że co zaczęły ją co chwila bardzo efektownie, od wewnątrz, rozświetlać błyskawice ;) W końcu daje się usłyszeć ciche pomruki grzmotów. Trzeba spadać. No to spadam, i to dosłownie. Szybki zjazd serpentynami się akurat trafił, a i po nim droga dalej opada w dół. Tak że mam wrażenie że niebepieczne zjawisko pogodowe zostało daleko w tyle. I faktycznie tak było. Uprzedzając bieg wydarzeń: nie licząc przelotnego deszczyku Pradze, tej trasy mokry będę już tylko od własnego potu. Przez przemysłowy pierdolnik docieram do Caslavia. Miejscowość bardziej charakterystyczną od większości mijanych, a to za sprawą nie zabytków a… właśnie tego przemysłowego pierdolnika. Plątanina torów kolejowych, obskurne przemysłowe obiekty i plątanina rurociągów to to, co zapadło mi w pamięć z Caslavia. Jest druga noc a dokładniej północ. Do tej pory było spoko ale coraz bardziej zaczyna morzyć mnie senność. Nieco pomagają na to grające niemal non stop radio i śmieszne czeskie piosenki. Teraz akurat trwa jakaś audycja, słuchacze dzwonią do radia. A Pani dziennikarka miłym głosem co chwila przytakuje rozmówcom, używając na zmianę trzech słów/zwrotów:
- „jo”
- „ano”
- „mhm”

Śmiesznie to brzmi :) Czeskie radio i kofeina pomagają ale do czasu. Coraz bardziej chce mi się spać, w Kolinie na sekundę zasnąłem w czasie jazdy i prawie przytuliłem się do barierki. Dość. Zdrzemnąłem się z pół godzinki na przystanku na osiedlach. Na rynku w Kolinie kolejna kolumna. Obieram drogę nr 12 i to już jest ostatnia prosta przed Pragą. Więcej już dróg zmieniał nie będę. 50km. Tyle mniej więcej zostało. Niby rzut beretem, ale trochę jeszcze mi zejdzie. W to że mi się uda już nie wątpię, to jest pewne. Jest między 3 a 4 gdy można dostrzec pierwsze oznaki brzasku. Niebo za plecami zmieniające barwę z czarnej na granatową. Burzę już jak pisałem zostawiłem daleko w tyle. Senność uderza z całą siłą. Na szczęście znajduję przyjemną, dyskretną wiatę przystankową. Mam wrażenie że śpię razem za kierowcami TIRów, których kilka zaparkowanych jest na poboczu po drugiej stronie szosy. No tu to już chyba z godzina zeszła zanim wygrałem walkę z sennością. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wygrałem. Gdy startuję na wchodzie jest już żółto-pomarańczowa łuna wstającego dnia. Trzeciego dnia :) w tej trasie. Na horyzoncie majaczą dwa bliźniacze, migające czerwonymi lampkami, wysokie obiekty. Początkowo łudzą mnie nadzieje że może to jakieś np. kominy elektrociepłowni na przedmieściach Pragi? Gdy dojeżdżam bliżej okazują się być parą identycznych masztów radiowych czy tam telewizyjnych, i stoją pośród pól. Nie no cudów nie ma. Do miasta jeszcze ze 30km. Dopiero co była konkretna drzemka a znów odzywa się senność. Na Benzinie (czeskim Orlenie) tankuję Semtexem i zagryzam Energy barami. Jakoś jedzie się dalej, ale km nie idą sprawnie. Przynajmniej wschód Słońca bardzo malowniczy – jego promienie efektownie rozświetlają pierzynę kłębiastych chmurek. Znowu drzemię na ławeczce na jakimś skwerku. A potem jeszcze raz na ławeczce koło Lidla. W międzyczasie sklep otwierają i robię kolejne niedrogie zakupy. Po posileniu się zbieram wreszcie całą moc jaka mi tylko została i dociągam brakujące kilometry.
Godzina szósta minut trzydzieści dwie, lipca dzień dwudziesty, Anno Domino 2020.
Stało się.

HLAVNI MESTO PRAHA

:)

Po zmęczeniu, senności, ogólnym zamuleniu nie zostało śladu. Pełen sił i wigoru zaczynam zwiedzanie. Od czego by tu zacząć? Zaczynam od ogarnięcia tematu biletu na pociąg, bo jak zwykle nie mam kupionego. Zawsze kupuję dopiero jak dotrę do celu – bo nigdy nie mam pewności kiedy, gdzie i czy w ogóle dojadę. Ew. kupuję po drodze przez telefon jak jestem pewien że dojadę, np. 100km do celu. Na razie wiem tylko że planowany pociąg o 11tej odpada, 4 godziny na zwiedzanie to za mało. Celuję w ten o 14tej. Ostatnie sensowne połączenie, żeby uniknąć trzeciej nocy w trasie. Tzn. połączenie wygląda tak: Praha -> the methropoly of Włoszczowa; Włoszczowa City -> Kraków. W Krk o północy. Na razie jadę więc w kierunku dworca. Jakieś kilkanaście km. A pierwsze to co rzuca się w oczy z obrazu czeskiej stolicy, to typowy Słowacko-Czeski pierdolnik. Powiem więcej. To jest Słowiański pierdolnik :) Połatane chodniki z nierównych asfaltowych łat, zardzewiałe latarnie, nieuporządkowana zieleń. Jak w Bratysławie. Warszawa to jest jednak zachód Europy w porównaniu z tym. Ale nawet mi się to podoba – czasem coś jest po prostu tak brzydkie że aż ładne. Na plus buspasy z dozwolonym ruchem rowerowym - to rozumiem. Jadę jadę, koleje km, kolejne skrzyżowania. Wreszcie jest pętla tramwajowa, rzecz jasna z tramwajami marki Skoda (i starszymi, marki Tatra). Czyli jestem coraz bliżej. Wreszcie jest centrum. Widzę też jakąś stację. Zajeżdżam ogarnąć te bilety. Tak w ogóle to chciałem kupić na telefonie ale pierwszy pociąg to międzynarodowy express Praga-Wawa, i się nie dało. Stąd muszę kupić bilet stacjonarnie, w kasie. I tu ciekawostka – po czesku dworzec główny jest zupełnie inaczej niż po słowacku. SK: Hlavna Stanica. CZ: Hlavni Nadrazi. A tu gdzie jestem to nie jest Hlavni Nadrazi, tylko jakieś inne Nadrazi. Tu tylko kupuję bilet, a wracał będę z Hlavni. Stosuję formułkę jakiej często używam na Słowacji:

„Dobry dień.
(tu już błąd, powinienem powiedzieć: Dobre rano). Potrebujim kupit listok. Tento wlak: (pokazuję na telefonie). Obycajny listok a bicykle listok."

Bardzo miła i kompetentna Pani Kasjerka daje mi karteczkę żebym coś na niej napisał. Tylko co mam napisać? Piszę imię i nazwisko, i oddaję karteczkę. Pokiwała tylko głową na boku uśmiechając się tylko szeroko :D Daję Jej dowód osobisty, okazuje się że do biletu potrzebny jest także adres zamieszkania. Coś mi potłumaczyła, pokazała na tym bilecie. Udało się i nawet szybko poszło :) Zdarza się że dłużej kupuję bilet w Polsce, na Regio z Tarnowa do Krakowa, bez bariery językowej. Mam pięć godzin z hakiem na zwiedzanie. Na początek jakieś wieże z bramami, i jakieś dziwadła. Im bardziej zagłębiam się w miasto tym bardziej wzrasta natężenie brukowanych nawierzchni. W końcu względnie gładkie bitumiczne nawierzchnie kończą się a są już same kocie łby. Ze szczelinami bez „fug” tak szerokimi, że z łatwością wpada w nie 25mm oponka :) Spojlerując i rozładowując napięcie: – nie, nie wyglebię na tym ;) Jest i Wełtawa. I symbol Pragi – zabytkowe mosty :) Jednym z nich, nie pamiętam jakim, przejeżdżam na drugą stronę rzeki. Robię tam małą rundkę, ale wracam z powrotem na brzeg z którego przyjechałem, bo tu więcej atrakcji. Pojeździłem trochę bulwarem, zajechałem w jakiś dziki zaułek z cygańskimi(?) gettami. W dole rzeki, w chaszczach, też sporo takich melin. Zawracam zwiedzać to co powinno się zwiedzać, czyli nie dzikie zaułki z cyganami a starówkę. Praga to niesamowite miasto. Przytłaczający ogrom zabytkowej tkanki. Kamienice, bogato zdobione gmachy, kościoły, wieże, mosty, całe hektary bruków. A pomiędzy tym wszystkim, bez szerokich na 100m 10-pasmowych alei zupełnie bez przeszkód toczy się normalne, szybkie życie wielkiego miasta. Najbardziej fascynują te tramwaje. Z hukiem i łomotem przelatują przez ciasne łuki i zwrotnice, zwinnie wspinają się naprawdę stromymi ulicami. No tak, Praga to miasto siedmiu wzgórz. Płasko to tu nie jest. Czasem nawet, tak po prostu, tramwaj przejeżdża sobie tunelem na parterze kamienicy O.o Gwarno, tłoczno, gorąco, bardzo fajnie. Po Covidzie ani widu ani słychu. Osoba z maseczką? Jedna na kilkaset, mówię bez żadnej przesady. Wreszcie na cel obieram wzgórze zamkowe. Tu z kolei stromą, wąską brukowaną uliczką bez problemu wspina się nieduży autobusik. Samego zamku to tam za wiela nie zobaczyłem ale za odkryłem sad owocowy na jednym ze stoków wzgórza. Jak gaj oliwny trochę to wygląda. To z tego wzgórza jest tytułowa fotka. Odpocząłem trochę na ławeczce, umyłem się w pitniku. Zjechałem Sprowadziłem z powrotem stromą uliczką. Jeszcze jakiś most obadałem, i jeszcze jakąś bramę. Ścisłą starówkę i rynek zwiedziłem już z buta, prowadząc rower. Tłumy to raz, a dwa to te bruki ;) Fajnie, pięknie, cudownie. Ale coraz bardziej jestem zmęczony tym zwiedzaniem, w zasadzie to głowie chodzi mi już tylko jakieś żarcie. A może i piwo? Ale nie mam głowy do tych wszystkich pubów/knajp tutaj, nie lubię takich przybytków no i pewnie drogo. Kończy się zestawem pizza+frytki+Kofola w fast foodzie. Jem sobie na stojąco i przyglądam się życiu tego wspaniałego miasta. Wszystkimi zmysłami chłonę ten niesamowity klimat, no i cieszę tą wielką rowerową przygodą. Dobra koniec tego dobrego. Jadę szukać Hlavni Nadrazi. Jest! Wielka, szaro-brązowa, pełna torowisk i słupów głęboka nora wykuta w dole miasta. Z trzech stron otoczona wysokimi na kilkanaście metrów murami, na których wznoszą się budynki. W jednej z tych ścian są tunele, którymi pociągi wjeżdżają pod miasto. Jadę jeszcze 3 przecznice dalej w poszukiwaniu sklepu. Kupuję ciastka i jakieś picie, w tym dwa piwka. Jedno niestety mi się rozbije na stacji ;) Zdjęć zabytkowego budynku dworca brak, bo w remoncie, otoczony rusztowaniami. Wchodzę do środka. Urzeka mnie piękno bogato zdobionej, pełnej płaskorzeźb hali. W centrum, pod kopułą złocony napis:

PRAGA
mater
urbium

I już mam pomysł na tytuł wycieczki :) Na peron, pora kończyć tę niesamowitą przygodę :) Połączenie jakim wracam to ekspres Praga – Wawa, z tym że przesiadam się we Włoszczowej na ICeka. Podróż bez problemów, wypiłem piwko, zdrzemnąłem się, przesiadłem we methropoly of Włoszczowa. W domu koło 23ciej.

Kolejna niesamowita przygoda zrealizowana :) Pomimo pogodowych zawirowań jak i chwil słabości, wręcz zwątpienia - udało się! A może to Covid mnie brał, stąd ten brak sił? Kto go tam wie. Najważniejsze że się udało. No to co, został już tylko Budapeszt ;)

8.10 (sb) - 23.10 (pon)

Zaliczone szczyty:
Hradczany (Praha (CZ)) ;)


Kategoria ! Wycieczka Sezonu 2020 (dwie), > km 500-599, Powrót pociągiem

WTR

d a n e w y j a z d u 202.86 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Niedziela, 12 lipca 2020 | dodano: 24.07.2020



https://photos.app.goo.gl/8LoaAw2iqi436Lnt5

WTR pod pomnik w Biskupicach. Uzupełniane na sztukę, w grudniu ;) Myślę że mapkę możemy śmiało skopiować stąd:
https://www.alltrails.com/explore/map/map-cc42acc--5?u=m

9.05 (ndz) - 00.35 (pon)


Kategoria > km 200-249

Turystyka w Opolu i Wrocławiu

d a n e w y j a z d u 371.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 4 lipca 2020 | dodano: 24.07.2020



https://photos.app.goo.gl/TLgwRQ9LRJQ5JMS26

Wpis uzupełniany po łebkach w grudniu, chyba nie ma sensu rysować nowej mapki, ino zapodam tą z grudniowej trasy na Wrocław. W przybliżeniu to samo. Z tym że w lipcu było mnóstwo zwiedzania Opola i Wrocławia po drodze. I była rozerwana opona i kapeć na powrocie w dworca w Krakowie do komu, i kilka km z buta ;) No i było rzecz jasna cieplej :)

https://www.alltrails.com/explore/map/thu-10-dec-2020-18-16-414a749?u=m

8.25 (pt) - 1.40 (pon)


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem

Strzelce

d a n e w y j a z d u 114.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Środa, 1 lipca 2020 | dodano: 24.07.2020



https://photos.app.goo.gl/1593LXuMy8AgsLsn7

Po pracy na Strzelce po dokumenty. Dojazd wojewódzką, powrót WTRką.

17.10 - 00.35


Kategoria > km 100-149

Czołg lipiec 2020 (zbiorówka)

d a n e w y j a z d u 367.37 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Czołg
Środa, 1 lipca 2020 | dodano: 24.07.2020

Zbiorcze km z Czołgu za miesiąc lipiec.

1.07 9,11km ino praca
2.07 9,07km ino praca
3.07 18,33km praca +M1
6.07 18,11km praca +M1
7.07 8,89km ino praca
8.07 8,86km ino praca
9.07 8,85km ino praca
10.07 8,95km ino praca
13.07 9,12km ino praca
14.08 28,15km praca +M1
15.07 8,77km ino praca
16.07 41,88km praca + Mogilany (po pracy)
17.07 8,98km ino praca
21.07 9,91km ino praca
22.07 40km Mogilany (przed pracą) + praca
23.07 8,82km ino praca
24.07 8,92km ino praca
25.07 44,01km Galeria Bronowice, miasto, jak ustąpił kac
27.07 9,13km ino praca
28.07 41,66km praca + miasto wieczorem
29.07 8,98km ino praca
30.07 8,87km ino praca


Kategoria Zbiorówka :(

Toruń

d a n e w y j a z d u 472.16 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:30.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 26 czerwca 2020 | dodano: 24.07.2020



https://photos.app.goo.gl/7THbJWPWd8CfWFNg7

https://www.alltrails.com/explore/map/26-28-06-202...

7.35 (pt) - 11.45 (ndz)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Nad Morze!

d a n e w y j a z d u 700.68 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 12 czerwca 2020 | dodano: 16.06.2020



https://www.alltrails.com/explore/map/map-b6a8cdd--25?u=m
(ślad z pamięci, brakuje błądzenia, zwiedzania 3Miasta i 22km dokręconych po Krk)

https://photos.app.goo.gl/oUTSFnCDxVL5P3vR7

Nad Morze!!! Bo nie wytrzymam! Wzorem ubiegłego sezonu, kiedy udała mi się ta sztuka już na początku czerwca. A skoro udała się na początku czerwca to w połowie czerwca tym bardziej powinna się udać :) Paradoksalnie ten cały Koroniak nie wpłynął negatywnie, a pozytywnie na moją formę. Tak się bowiem zestresowałem tymi wszystkimi zakazami, że niedługo nic nie będzie można, i zacząłem jeździć na zapas. Nie długie trasy, a regularne, dzień w dzień, po kilkadziesiąt – sto – stokilkadziesiąt km, tripy wkoło komina. I tym sposobem wyszedł mi kwiecień wszechczasów – 2400km :D Gdzie dla mnie typowy kwiecień to tak raczej 1400. Zarazem jest to mój drugi najlepszy miesięczny wynik w karierze (po 2440km z czerwca ub. roku), i rekordowe, 7me miejsce na BSie! Z perspektywy czasu widać że było to racjonalne podejście. Nie siedzieć jak większość ludzi w domu i jeść, trawić, wydalać, wegetować… Przy 5tys. przypadków Korony mieliśmy pozamykane wszystko, a teraz przy 30tys. mamy otwarte niemal wszystko. Formy powinno wystarczyć, po zakończeniu tej kwarantanny i jazdy po Małopolsce, zrobiłem 4x 400+ km trasy.

Nad Morze, ale gdzie dokładnie nad to Morze? Obranie dokładnego kursu zajęło mi dłuższą chwilę, a wynik jest efektem kompromisu. No bo tak:
- Pogoda: Czwartek (Boże Ciało) na pewno przeznaczę na odpoczynek i ogarnięcie sprzętu. Pt./sb. ma być upalnie, duszno i burzowo w całym kraju. Od ndz. nadciągnąć ma z północnego wschodu ochłodzenie. A plaży zawsze fajniej jak gorąco. Wiatr zmienny, generalnie raczej wschodni. Pogodynki podpowiadały zatem: na zachód: Koszalin, Kołobrzeg, (Szczecin??).
- PKP: po koronaprzestoju pociągi raczej wróciły na stalowe szlaki. Rozkład okrojony, ale coś tam jeździ. Tylko że z zachodu, po przekątnej kraju, do Krk to tak raczej 10+ h się tłuką, a nawet i po kilkanaście! Z Gdańska natomiast zawsze jest awaryjna opcja – Pendolino. 5,5h to niemalże teleport do domu :)
- Plaża czy 3Miasto? No właśnie. Niby jedno drugiego nie wyklucza ale plaża w 3Mieście, nad Zatoką Gdańską to jednak nie to samo co plaża nad otwartym morzem. Przy nadmorskich kurorcikach, lasach, wydmach. Plaża wielka, długa, szeroka i bardziej dzika. Z drugiej w nadmorskich wioskach nie ma stoczni, wielkich statków, żurawi, całej tej przemysłowej tkanki portowego, wielkiego miasta. Która to tkanka dla człowieka spod gór jest rzeczą bardzo ciekawą, egzotyczną.
- Nowym śladem: zawsze nad Morze staram się jechać inną drogą. Tzn. wiadomo, cudów nie ma, pierwsze 200-300km zawsze będzie przez znane okolice. Ale drugą część trasy warto coś pokombinować, żeby jak najwięcej nowego wpadło.
- Długość trasy. 600+. Takie jest założenie. To pierwszy taki trip w tym sezonie, więc raczej zachowawczo bym wolał, żeby zwiększyć szanse na powodzenie przedsięwzięcia. A że wyszło 700 to zasługa przypadku (i PKP ;) ).

Koniec końców wyznaczyłem sobie kurs na Gdańsk, z opcją zahaczenia o plażę w jakimś Sobieszewie, Mikoszewie itp. Zaraz na wschód od trójmiejskiej aglomeracji. 600+, nie najprostszą a lekko pokrętną drogą. Zahaczającą o takie nowości jak: Stryków, Kutno, Włocławek, Golub-Dobrzyń, Grudziądz, Kwidzyn, Gniew, Tczew, i wiele, wiele innych, dla mnie dziewiczych miasteczek, szos i krain. Długi weekend przedłużam sobie w razie W o jeden dzień, biorąc wolne na poniedziałek. Sprzyda się ;)


Spod bloku startuję piątkowym, długoweekendowym rankiem, o godz. 6, minut 55. Przejeżdżam przez miasto zastanawiając się nad stanem pogody. No bo faktycznie jest parno i duszno. Ale Słońca ani widu. Za to z szczelnie zasnutego chmurami nieba zaczyna pokapywać deszcz… Tak się zamyśliłem że mało co bym wyglebił i wpadł pod tramwaj. Cała akcja miała miejsce na ul. Długiej. Omijając jakiegoś zawalidrogę w aucie, przeciąłem mokrą szynę tramwajową pod zbyt małym kątem. Tzn. przednie koło wiadomo, przeszło jak trzeba - bo kto raz wyglebi na szynie ten wie jak się pokonuje takie przeszkody. Ale zapomniałem o kole tylnym. Za szybko wyprostowałem kurs, tył szedł prawie równolegle, opona wpadła w szynę i kawałek sunąłem poślizgiem. A pół metra ode mnie mijał mnie drugim torem tramwaj… Mogło być bardzo nieciekawie. Na szczęście jakoś wyrwałem tylne koło z szyny i ustabilizowałem tor jazdy. Uff, jeszcze z Krakowa nie wyjechałem a już tyle emocji ;) Resztki senności momentalnie wyparowały :) Zaraz po wyjeździe z miasta, na pierwszych hopkach pogórza Miechowskiego szora kotara z chmur przerzedza się, a wkrótce potem zupełnie znika. Zaczyna się pełna lampa i tak będzie przez dwa najbliższe dni. W Słomnikach nawet się nie zatrzymuję, pierwsza pauza dopiero na 50km trasy, w Miechowie. Tam też miła pogawędka z napotkanym Dziadkiem – byłym kierowcą tira, który zjeździł kawał Europy. W Miechowie opuszczam krajówkę i obieram kurs bocznymi drogami na Sędziszów. Przyjemne, leśne odcinki dają nieco wytchnienia od narastającego ukropu - zbliża się południe. Idzie dość sprawnie, ale do czasu ;) Kawałek przed Sędziszowem odkrywam przyczynę „pływającego” roweru: kapeć na tyle. Wywalam się z całym majdanem w największym skrawku cienia w okolicy, bo lasy niestety się skończyły. Zaczynam naprawę. W asyście ujadającego zza siatki, metr od mnie, psiura ;) Nie zauważyłem Go, bo ten chyba przyspał. Nie aktywował się od razu, a dopiero po chwili, gdy już miałem wszystko wywalone z sakwy na trawę… To niech se szczeka i zdziera gardło. Ja dęteczkę wymieniam ze słuchawkami i radyjkiem w uszach :) Pół godziny straciłem. Przed Sędziszowem muszę jeszcze raz odpocząć, i zaaplikować wreszcie krem z filtrem. Biwak ten urządzam na poboczu drogi, w cieniu małej sosenki. W Sędziszowie, małym miasteczku przyklejonym do wielkich zakładów kolejowych za to się nie zatrzymuję, fotki też brak. Drogami niższej kategorii docieram do Nagłowic, i znów zaczynają się łatwe nawigacyjnie kilometry po wojewódzkich, i krajowych szosach. (Bo nie mam żadnego GPSa na kierownicy, żeby sprawdzić kurs muszę się zatrzymać i zerknąć na telefon). Gdzieś tu wybija pierwsza setka. Od pewnego już czasu narasta przeszkadzający, wschodni, czasem północno wschodni wiatr. Jak widać na wielu zdjęciach rower mam obwieszony szmatami jak cygański barak ;) Bo jak zawsze prałem ciuchy w przeddzień trasy, wieczorem i część nie ubrań nie zdążyła doschnąć, teraz je dosuszam. We Włoszczowie po południu, też tylko przelotem. Odcinek Włoszczowa-Przedbórz to 30km klejącego się do opon, rozpalonego asfaltu i zarazem 30km kichania. Jakaś alergia mnie chyciła i po prostu woda lała mi się z nosa. Kilkadziesiąt chusteczek tu zużyłem, i to używając każdej po 2, 3, 4 razy ;). Kichać co prawda można w czasie jazdy, ale żeby oczyścić nos trzeba się zatrzymać… Więc nie pomagała ta alergia w sprawności jazdy. Zażyłem Alertec który zawsze wożę w mini apteczce. Ale nie wiem czy to on pomógł czy samo przeszło, bo odpuściło dopiero po godzinie od połknięcia pastylki. W każdym razie to jeden tylko taki epizod tej trasy. Przedbórz to już Woj. Łódzkie. 5 tylko województw tym razem zaliczę. Zazwyczaj jak jadę nad morze to wpada 6, natomiast mój rekord to 8 województw w trasie :) Zbliża się wieczór, upał już zelżał, alergia odpuściła i gdyby nie ten wiatr to jechało by się całkiem przyjemnie. Na horyzoncie dostrzegam niepokojące na pierwszy rzut oka, wysoko kłębiące się chmury. Młode chmury burzowe jakby. Zresztą w radiu trąbią o ostrzeżeniach meteo dla niemal całego kraju. Ostatecznie z tych chmur nic się nie narodzi, a ja uświadamiam sobie że dałem się nabrać, tak jak w zeszłym roku ;) To co jest nisko to owszem, mogą to być chmury. Ale ten wypiętrzający się hen wysoko słup to po prostu dym z kominów wielkiej elektrowni w Bełchatowie :) A dokładniej para wodna z chłodni kominowych. Samej elektrowni rzecz jasna nie widać, bo jest ładnych 30-40km stąd ale jestem niemal pewien, że to jest to. Bo taki sam widok mam w pamięci sprzed roku. We Włodzimierzowie robię zakupy na całą noc jazdy. Kilka km przed Piotrkowem pokonuję ruchliwą DK12. Samo miasto natomiast omijam zupełnie bokiem – ścieżkami rowerowymi wokół zalewu, i wzdłuż obwodnicy. Pauza na przystanku na pustej zupełnie pętli autobusowej. Drugi odcinek DK12, i za węzłem z S8 znowu zjeżdżam w przyjemną, mało ruchliwą wojewódzką. Na Koluszki & Stryków. Noc, pierwsza noc, jest jasna, księżycowa, ciepła – cały czas jechałem na krótko. Do tego wiatr zelżał, po prostu sama radość taka jazda :) Problemów z sennością też na razie ani śladu, wystarcza sama kofeina. O tym że zbliżam się do Koluszek świadczy ponadprzeciętne zagęszczenie przejazdów kolejowych. Koluszki to jeden z największych w Polsce węzłów kolejowych. Na szynach tym razem BARDZO uważam ;) Zajeżdżam na plac przed dworcem, tak w ramach zwiedzania, żeby nie przelecieć każdego miasta tranzytem. Na zegarze raptem 3cia a już daje się zaobserwować początek końca nocy. Całkowita ciemność zapada między koło 23ciej, a pierwsze ślady brzasku można zaobserwować przed 3cią. Niesamowite jak krótkie są te czerwcowe noce :) A im dalej na północ będą jeszcze krótsze! Jakoś tak to działa, że długość dnia/nocy jest zmienna i uwarunkowana nie tylko porą roku, ale również szerokością geograficzną. Nocą (a raczej „nocą”) zaliczam jeszcze tylko Brzeziny. Niczym niewyróżniająca się, niewielka mieścina - fotka pomnika. Tej nocy rozwaliłem słuchawki – wplątały się w szprychy :/ Które to już z rzędu zniszczone w ten sposób ;) Cała reszta drogi bez radia, bez nuty, i bez koronafaktów… Nie wiem jak to wytrzymam. Zwłaszcza że denerwuje mnie głośno tykający bębenek w nowym tylnym kole. Miałem plan żeby w sobotę kupić najtańsze pchełki w jakimś kiosku. Ale ostatecznie przejeżdżając przez miasta albo nie mieli tego typu towaru w kiosku, albo zapomniałem poszukać kiosku. Senność taka nie zwalczenia kofeiną łapie mnie dopiero między 4tą a 5tą. Akurat trafia bardzo fajna na drzemkę wiata przystankowa. Mogła by być bardziej osłonięta, dyskretna, ale nie można mieć wszystkiego. Bo miejscówka jest idealna :) Pośród łąk i pól, przy mało ruchliwej szosie. Przypinam rower łańcuchem (do uda ;), do ławki akurat nie pasował), zakładam ciemne okulary, głowę opieram o szybę (żeby nie opadła), telefon w dłoń z ustawionym co 5 minut budzikiem, i zaliczam kilka (z 5,6,7?) 5-minutowych drzemek. Tak całkiem usnąć to bym się bał. To jest mój patent na senność. Tych króciutkich drzemek jest tyle, ile potrzeba. Aż się przestanie chcieć spać. A jak miejsce jest mniej dyskretne, bardziej ruchliwe, ryzykowne, to drzemki skracam do 4, 3 a nawet 2 minut, za to zwiększając ich ilość. Po takim odpoczynku jestem jak nowonarodzony, jak młody Bóg :) W międzyczasie zza horyzontu wyłania się pomarańczowa tarcza Słońca i efektownie podświetla na taki sam kolor pierzynę mgieł przykrywającą dolinę nieodległej rzeki. O tym z kolei że zbliżam się do Strykowa świadczy ponadprzeciętna ilość wiaduktów ponad autostradami, estakad, ogólnie skrzyżowań, rozbudowanej drogowej infrastruktury. Stryków znany jest bowiem z najważniejszego węzła autostradowego w Polsce. Nie dziwota że tak ważna infrastruktura komunikacyjna w kraju znajduje się właśnie w tej okolicy. Bo zarówno Koluszki jak i Stryków leżą blisko geometrycznego środka Polski. Ten znajduje się dokładnie w miasteczku o nazwie Piątek. W Piątku, zaraz przez 300nym km trasy jestem koło 8mej rano. 25h od wyjazdu. 300km w 25h, masakra jeżdżę coraz wolniej… Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie to przeszkadzający za dnia upał, wiatr, alergię i awarię. Na Orlenie na ryneczku wciągam wreszcie coś ciepłego i najważniejsze NIESŁODKIEGO, tj. hot dogi i herbatę. Poza tym dłuższą chwilę rozmawiam z tubylcem który zagadał. Były górnik z Żor, który po wypadku w kopalni osiadł właśnie w Piątku. Ma mocno okaleczoną lewą dłoń. Pogawędka toczyła się głównie w tematach złodziejstwa którego nienawidzi, policji z którą różnie to bywa, pracy w tym małym miasteczku, biedzie, itp. Ogólnie sprawiał wrażenie poczciwego człowieka z zasadami, pracuje przy zbiorach warzyw, pije i pali za swoje, nie chciał ode mnie żadnych pieniędzy. Jego główną i pewnie jedyną rozrywką jest picie piwa z kolegami na tym ryneczku, i zabawa w kotka i myszkę z policją. Ale co się dziwić, co można robić innego będąc górnikiem na rencie osiadłym w takiej dziurze? Wiedzie skromne i proste życie. Druga, i jeśli dobrze pamiętam ostatnia tego dnia, duża senność dopada mnie koło 10tej rano. Zwalczam ją drzemką na takim oto uroczym przystanku. Gdy docieram do kolejnego większego „checkpointu”, czyli Kutna zaczyna się powtórka z dnia wczorajszego. Czyli patelnia, zaduch i wkurzający, północno-wschodni wiatr. W Kutnie charakterystycznym obiektem są wielkie zakłady na przedmieściach, produkujące betonowe pale. Przed wyjazdem z miasta robię zakupy w większym markecie, na które składają się głównie zimne, gazowane, słodkie napoje. Zamiast jechać do Lubnia Kuj. jedną krajówką, w Krośniewicach skręcać o 90 stopni i potem drugą DK, wynajduję na mapie ciekawy skrót. Boczna droga, do Lubnia, prowadząca na ukos. Jest krócej, mały ruch i dużo cienia – droga tonie w zieleni lasu. Minusik jest jeden, mały – zapomnieli postawić tablic na granicy województw. Zatem zdjęcia z tablicą Kuj-Pom nie będzie, a gdzieś właśnie na tym odcinku ją przekroczyłem. Z ciekawostek przejeżdżam przez osiedle starych, wielorodzinnych domów, jak żywo przypominających Śląskie „familoki”. Skrót się kończy, wbijam na krajówkę, starą „jedynkę”. Lubień Kuj. kojarzy mi się z małym zalewikiem. Zawsze bywałem tu nocą i niewiela było widać. Obsadzony ozdobnymi drzewami, krzewami i otoczony alejkami za dnia prezentuje się po prostu pięknie. Jak zresztą i cała ta Polska którą dziś przemierzam na wskroś. Usiane czerwonymi, żółtymi, niebieskimi i białymi kwiatami łąki nie pozwalają na płynną jazdę, każą co chwila zatrzymać się i zrobić zdjęcie. Czerwone to na 100% maki, żółte – resztki rzepaku, niebieskie to być może chabry, a białe to nie mam pojęcia. Kowal omijam obwodnicą. Po południu docieram do Włocławka. Myśli które zaprzątają mi teraz głowę to się czegoś napić i zjeść coś ciepłego/niesłodkiego. Szukam rynku, na którym pamiętam że taka mała gastronomia była. Szukam i znaleźć nie mogę – nic dziwnego. Pomyliłem Włocławek z Inowrocławiem… We Włocławku jestem pierwszy raz, rynek jakiś tam jest ale pusty i nieciekawy. Za to most na Wiśle to prawdziwa ekstraklasa – jeden z najładniejszych, pośród tych zabytkowych. Bo nowe mosty oceniać należy jednak osobno. Zresztą cała Wisła prezentuje się tu imponująco. Jej szerokie, niespokojne, wzburzone wiatrem i oświetlone palącym Słońcem wody mają soczyście niebieski odcień. Jeśli patrzeć na wschód, bo patrząc w kierunku zachodnim już takich cudów nie ma. Przejeżdżam przez ów most, zapomniawszy o potrzebach fizjologicznych – piciu i jedzeniu. A tymczasem na drugim brzegu miasto się kończy, a zaczyna niczego sobie, jak na Kuj-Pom podjazd. Na wzgórze z masztem na szczycie. Słońce pali coraz mocniej, sklepów brak a mnie już zaczyna odcinać. Na szczęście po paru km jest buda z fastfoodami. Kupuję m.in. naprawkę dobrą, fest dużą, zasypaną surówkami zapiekankę za śmieszne 6zł :) No przecież półdarmo. We Włocławku zmieniam DK91 na krajową 67, i docieram nią do Lipna. Z Lipna zapadły mi w pamięć kosze pełne zakrętek (jakaś akcja charytatywna) oraz bardzo smaczne lody. Następny mały cel na mojej trasie to Golub-Dobrzyń, kolejne dziewicze dla mnie miasteczko. Na odcinku Lipno-Golub ma miejsce śmieszna, albo i nie śmieszna sytuacja ;) Najzwyczajniej w świecie zaszła potrzeba zrobienia dwójeczki. Wydawać by się co za problem, w końcu odludzia Kuj-Pomu. Problem jednak istotnie był – każda kępka drzew, każdy zagajniczek przylegał do jakiegoś gospodarstwa i wydawał się być jego częścią. Nie było kawałka pozbawionego zabudowań, dzikiego lasu… A z każdym kolejnym kilometrem problem narastał. W końcu jest… Uff… Na ostatnich km przed Golubiem znalazł się skrawek państwowego lasu w którym można zrobić co trzeba :) Jeden problem z głowy. Natomiast drugą niepokojącą rzeczą jest zagęszczające się od niedzielnego wieczora zachmurzenie. Jakby to ochłodzenie, ten front, co miał nadejść z północy. Samo ochłodzenie to żaden problem, oby tylko nie lunęło z tego granatowiejącego nieba…. Chłodno, tak że ubieram wreszcie po raz pierwszy wieziony w sakwie kurtalon. Wiatr dalej wieje jak wiał, z płn.-wsch., póki co nie pada. Da się jechać. Znowu ten długaaaaachny dzień. W Golubiu jestem koło 22, i niebo jest granatowe, a nie czarne. Pierwsze co robię to zakupy, bo Żabki tylko do 23ciej. Lokalizuję jedną taką, zaopatrzam się w co trzeba i jestem gotów na noc. Drugą noc w trasie, czyli tą cięższą. Na Orlenie wciągam jeszcze zapiekankę, i ruszam dalej. Na wylocie z miasta mijam położony na wzgórzu, ładnie iluminowany zamek. Który wydaje się być jedyną atrakcją turystyczną tej dziury. Do Grudziądza ~50km. Tako rzecze przydrożny drogowskaz. Po drodze jest co prawda dziura imieniem Wąbrzeźno, ale prawie nic nie zapamiętałem z tego miasteczka. Poza kościołem (ale kościoły są wszędzie) i kranikiem z wodą. Mało tego, działającym kranikiem! Tego typu niepozorna, mała architektura na rynku jest ogromnym wybawieniem. Pozwala zmyć z siebie część brudu, część skorupy z kremu z filtrem z wklejonym pyłem i muszkami. Po prostu się odświeżyć :) Kilometry między Wąbrzeźnem a Grudziądzem były zaś magiczne. Chyba najbardziej widokowe tej trasy. Ekstremalnie krótka noc szybko dobiega końca. A od prawej strony (wschodu) wkracza coraz to bardziej żółciejąca, coraz intensywniej różowa i wściekle pomarańczowa łuna brzasku, wstającego nowego dnia. Bo wieczornych chmurzyskach ani śladu, kropla deszczu też nie spadła. Na horyzoncie zaś cały rząd, cały szereg mijających na czerwono lamp. Co to jest to jeszcze nie wiem, ale się dowiem, jak podjadę bliżej. Interesuje mnie też dlaczego te lampki nie migają w jednym cyklu, w jakimś schemacie, tylko jedne wcześniej, inne później, każda inaczej. Rozważania te przerwała mi senność. Na podobnym co poprzedniego ranka przystanku, pośród pól, urządzam drzemkę. Może pół godziny? Nie wiem. Wiem natomiast że jest coraz bardziej żółto, pomarańczowo, różowo, coraz bardziej kolorowo i coraz bardziej bajkowo. Zdjęcia nie oddają nawet w części tego piękna, z jakim podnosił się kolejny dzień. Kawałek dalej już wiem czym są owe światła, i wiem dlaczego nie migają jednym rytmem. Są to czerwone lampy na elektrowniach farmy wiatrowej. A migają niejednostajnie, bo śmigła wiatraków obracają się i przesłaniają widok na lampę umieszczoną na gondoli :) Zanim będzie długo oczekiwany Grudziądz jest jeszcze Radzyń Chełmiński. Jakaś wieża ciśnień, i ruiny zamku, tyle pamiętam a i to tylko za sprawą zdjęć które zrobiłem. U celu (częściowym, tymczasowym celu), Grudziądzu chwilę po piątej. Niespełna 100tys. Grudziądz jest słynny z faktu bycia najmniejszym miastem w Polsce posiadającym własną sieć tramwajową. Jakieś Ozorkowy, Zgierze się nie liczą, tam sięgają tramwaje ale są one częścią systemu komunikacyjnego Łodzi. To się ceni, wszak transport szynowy to przyszłość. A że tramwaje to 60letnie, niemieckie Duwagi? No i co z tego, dostaną kiedyś dotację z Łunii i będą nówki sztuki, i będą miały po czym jeździć. Na Shellu kolejna zapiekanka. Kusi żeby obadać centrum, jakiś rynek, plac, cokolwiek, ale rozsądek podpowiada że nie ma czasu na takie atrakcje. I tak idzie jak po grudzie, dobowe przebiegi robię żałosne… Shella więc tylko zwiedzam (zapiekanka). Z Grudziądza tak właściwie to miałem na Kwidzyn, i potem Gniew lecieć. Ale coś mi się pomieszało i w Grudziądzu wskoczyłem na most na Wiśle. Kwidzyn wypadł więc z grafiku, do Gniewu dotrę inną drogą. Most na Wiśle w Grudziądzu - również stary, kratownicowy, temu z Włocławka jednak nie dorównujący. Widok na Wielką Wisłę - podobnie imponujący. Za mostem kolejny skrócik. Zamiast jak leci krajową 91ką, ~20km przejadę boczną drogą, idącą zaraz pod Wiślanym wałem. Drogą, a raczej piękną aleją, otoczoną starymi, nieraz wiekowymi dębami. Druga (i chyba ostatnia po drugiej nocy) senność łapie mnie właśnie tutaj. Żaden problem, wiata jest w sam raz. Gdy skrót się kończy, wspinam się niczego sobie, jak na te rejony podjazdem. Z doliny Wisły na jakąś powiedzmy że „wyżynę”, którą idzie DK nr 91. Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk, Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk, Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk…… Powtarzam sobie w myślach. To już tuż tuż, to już zaraz, to się nie może nie udać. W to się uda już nie wątpię, za to jestem pewien że pobiję wszelkie moje rekordy jeśli chodzi o zamulanie, wleczenie się, emeryckie tempo… Pogoda w niedzielę okazuje się być podobnie piękna, słoneczna i bezchmurna co w pt./sb. Z tą różnicą że jest ciepło, a nie duszno. Żeby nie było za łatwo wznów wzmaga się wiatr. Jeszcze mocniejszy, i już nie płn.-wsch., a po prostu północny… *%&$^# północy wiatr. Dołączając do tego że fakt że Pomorze bynajmniej płaskie nie jest (jest pagórkowate, rzeźba polodowcowa), ogólne zmęczenie i zniszczenie sprawia to że średnią brutto mogę mieć z 10km/h… No właśnie - POMORZE – długo wyczekiwana tablica na granicy województwa wreszcie ukazuje się mym oczom. Tablica, a nawet dwie! Dumnie się prezentujące, po obu stronach szosy. Choć trochę nietypowe, jedna linia – samo „Województwo Pomorskie”, nie ma natomiast jak zazwyczaj wymienionych w dalszych wierszach nazwy powiatu i gminy do której się wjeżdża. Drugim, poza ów tablicą (tablicami) pocieszeniem w tej niedoli, w tym kryzysie, są piękne okoliczności przyrody. Zdjęć z kwiatami z tej trasy było już sporo, ale to co tu się dzieje na łąkach przebija wszystko poprzednie. FOTO. Wg mnie najładniejsze z tej trasy. Jak widać w galerii, lubię też uwieczniać na fotkach różne ciekawe pojazdy, maszyny, ciężarówki itp. Ale to co uwieczniłem tutaj… No to jest ewidentnie MASZYNA DO NISZCZENIA WSZECHŚWIATÓW!!! Produkcji „Zakłady Mechaniczne Nowe” – bo taki zardzewiały szyld widać nad bramą tej posesji. „Nowe” – to nazwa miejscowości. Do czego to służy to nie wiem, ale mogło by grać w flimach post-apo, steampunkt itp Dużym utrapieniem zaczynają być bolące nieznośnie dłonie – ale tu wystarcza znany patent ze zmianą rękawiczek na inne. Co ciekawe mniej miękkie, z zupełnie wygniecionymi poduszeczkami. W trasach wiele razy żongluję co najmniej dwoma parami rękawiczek, plus czasem też jadę bez. To bardzo pomaga na ból dłoni. Ileś tam podjazdów, ileś zamulań na przystankach i ileś ton wiatru wyłapanego na twarz dalej jest Gniew. Miasteczko Gniew, z ładnym widokiem na starówkę znad rzeki. Coś jak Malbork, choć oczywiście to nie ta sama liga. Fotka z tym widokiem musi mi wystarczyć, trzeba męczyć te pozostałe do Morza kilometry a nie zwiedzać. 30km czołgania się i jest Tczew. Też tylko szybko przez centrum, i podejmuję decyzję że zamiast na Pruszcz, i na Gdańsk, zahaczę po drodze o jakieś nadmorskie wioseczki, i o plażę kawałek od 3miasta. +-35km, tyle zostało do brzegu. Dużo i niedużo zarazem. Przez chwilę to się w ogóle wichura w twarz włącza. Steblewo, Cedry Wielkie, Cedry Małe. Kolejne wioseczki w tej Żuławskiej dolinie. Podobna nieco sytuacja co wcześniej, jak mi się dwójkę chciało w Kuj-Pomie. Tzn. teraz mi się nie chce, ale podobnie jest to wszystko zurbanizowane, zorganizowane. Jedzie się pośród wysokich drzew, niemalże w lesie ale wokół dom za domem. Tak jakby każdy ten zagajniczek, każde do drzewo do kogoś należało, rosło mu w ogródku po prostu. Trochę tych wioseczek, trochę normalnych lasów i widzę wreszcie jakąś wodę. A na tej wodzie porcik, pełen żaglówek i łódeczek. Porcik na Martwej Wiśle – teraz wiem z mapy. Kawałek jadę wzdłuż wału, zza którego ewidentnie widać spory kawał wody – to jest właściwe koryto Wisły, na ostatnich km jej biegu! Emocje sięgają zenitu, zmęczenie gdzie znikło, wiatr w niczym nie przeszkadza. Jakaś śluza i BARDZO efektowna aleja, obsadzona wielkimi topolami. Tablica „GDAŃSK”. Świbno. Znany mi już, za sprawą trasy z 2018 roku, prom. Przez Wisłę rzecz jasna. Oczywistym jest że skorzystam :) Taki prom to atrakcja sam w sobie, a nie tylko jakaś tam przeprawa na drugi brzeg rzeki. W ogóle promy to są klimaty, a nie jakieś tam mosty. To oczekiwanie na zaokrętowanie, widok kołyszącej się łajby, miłe pogawędki z sympatyczną obsługą, przyglądanie się technikaliom pływającej jednostki. A ten prom jest naprawdę konkretny, największy jakim płynąłem. Musi być konkretny, bo obsługuje konkretną trasę: drogę łącząca nadmorskie kurorty z 3miastem. Zabiera do 18 osobówek, + sporo motocykli, rowerów, pieszych. Rowerzysta 5zł. x2 trzeba liczyć, bo zaraz będę wracał. Ale tym się nie martwię, nie pływam przecież tym promem codziennie do pracy. Razem ze mną płynie też inny, nazwijmy Go, kolarz. Pro ubrany, jakieś Castelli i inne drogie ciuchy, oksy za tysiaka i inne cuda na kiju. I do tego ebike… Jakoś mnie zawsze mnie śmieszą tacy zawodnicy ;) Ale co kto lubi. Wiatr wieje taki, takie fale, że holownikiem nieźle kiwa. Nagrałem nawet filmik. A i promem lekko kołysze. Aż mi się trochę nieprzyjemnie przez ten krótki czas przeprawy zrobiło ;) 500m żeglugi, bo tyle szerokości ma przy ujściu Wisła, i jestem na drugim brzegu. Prowadząc rower po wyślizganych kocich łbach poprzedzielanych piachem podziwiam kozaka lecącego żwawo na szosówce po tym czymś w dół :O Ja bym na bank wyglebił. Emocje sięgają zenitu. Zaraz, po 2,5 dobach jazdy zobaczę Bałtyk! Nie szukam nie wiadomo czego, na plażę dotrę pierwszym z wejść po drugiej stronie Wisły – w Mikoszewie. Skręcam w ulicę Bursztynową. Wioska kończy się, a zaczyna gruntowa droga przez nadmorski las. Ten ciągnie się przez 1,5km że aż zastanawiam się czy na pewno jadę na północ a nie skręciłem na wschód czy zachód. Ale nie, wszystko się zgadza. Zaczynają się betonowe płyty. A każda kolejna z nich coraz to bardziej, i bardziej przysypana piachem. W końcu płyty kończą się a zaczyna sam piach :) Szum Morza słyszę już dawna. Oto i jest! 17.37, 14.05 AD 2020.

Piąty raz w życiu dotarłem na rowerze nad Bałtyk :)

No, tak właściwie to czwarty – bo ten pierwszy raz z 2017 roku to nie wiem czy się liczy. To był początek października, noc, i skończyło się na zwiedzaniu Gdańska. Nad samo Morze dotarłem pierwszy raz w 2018. Wtedy po raz pierwszy po kilkudziesięciu godzinach jazdy dotarłem na samą plażę. Gdy usłyszałem szum fal, zobaczyłem zlewającą się z horyzontem falującą taflę wody, i zanurzyłem stopy w gorącym piasku, a zaraz potem w ciepłej wodzie Bałtyku to był prawdziwy rowerowy orgazm :D Teraz jest „tylko” bardzo fajne uczucie osiągnięcia ambitnego celu :) Samo plażowanie: z pół godzinki tylko. Głowę bowiem coraz bardziej zaprząta mi problem powrotu PKP, ale o tym za chwilę. Plaża, o dziwo, prawie pusta. Pojedyncze, spacerujące osoby. Tylko jeden pieseł się pluska. Z jednej strony to dobrze. No a z drugiej niedobrze. Bo mniej ładnych widoków ;) Tak więc tylko zamoczyłem się lekko w całkiem ciepłej wodzie, zmyłem z siebie część brudu - żeby śmierdzieć trochę mniej, zrobiłem kilka fotek, no i zbieram się. Oprócz „widoków” brakło też gorącego, rozpalonego Słońcem piasku. Piasek był tylko letni :/ Z mozołem pcham rower z powrotem, przez piach. Z każdym rokiem idzie coraz ciężej. Bo z każdym rokiem mam coraz węższe, coraz bardziej zasysane przez miałkie podłoże oponki ;) Pchanie MTB w 2018r na 32mm semislickach to był lajcik. Pchanie szoski na 25mm gumkach to jest naprawdę duży wysiłek. Nie chcę przesadzić, ale wg. mnie wysiłek podobny jakby pchać zepsute auto. Czasem to aż lżej jest nieść. Przez ten sam las wracam do Mikoszewa, i tym samym promem wrócę na drugi brzeg Wisły. Pływa co pół godziny. Akurat zdążam wciągnąć niezłego, i niedrogiego (8zł?) hamburgera w budzie przy przystani. Znowu 5zł na przeprawę. Po tym odpoczynku na plaży, i tym hamburgerze moc w nogach czuję potężną. Tak że na podjeździe na drugim brzegu staję na pedałach i pokazuję kolarzom nizinnym jak to się robi w Małopolsce ;) Z tego co pamiętam spod tego promu do centrum Gdańska jest +-20km. Na razie droga jest jedna, DW501. Po kilku km docieram do mostu w Sobieszewie, nad Martwą Wisłą. Pachnącego nowością, mostu zwodzonego. W 2018, gdy ostatnio tu jechałem, był jeszcze w budowie, a przejeżdżało się jakimś tymczasowym mostem, pontonowym. Na podnoszenie, i przeprawę jakiegoś statku niestety się nie załapuję. Kolejne kilometry wojewódzkiej szosy to imponujące widoki na ogrom przemysłowych instalacji Rafinerii Gdańskiej. Spotykam tu jakichś bikerów, też w podróży, z Poznania podążają, zamieniliśmy kilka słów. Kolejne km to gładka, szeroka, asfaltowa DDRka przecinająca chaszcze i nieużytki przemysłowych rubieży Gdańska. Do samego centrum wtaczam się pewnym „skrótem” – drogą ze zdemolowanych, betonowych płyt. Eh, w Gdańsku to zawsze gdzieś pobłądzę w tych portach, fabrykach, magazynach itp. Zaraz jestem w centrum, jest i Motława. Jest zabytkowy żuraw, są bramy, jest Długi Rynek, Fontanna Neptuna. Jest cała ta zabytkowa, dość dobrze mi już znana starówka. Zwiedzam więc tylko przejazdem a kurs obieram na dworzec PKP. Bo tak właściwie to plan powrotu posypał się dawno. Jest niedzielny wieczór, godzina 21sza, trzeci dzień w trasie, zbliża się też trzecia noc. Planowo miałem wracać o 16.40, Pendolino do Wawy, potem TLK i w Krk przed północą. Ale to musiał bym odpuścić plażę, lecieć na Gdańsk i od razu wskakiwać do pociągu. W telefonie sprawdzam dokładnie, kolejno, jedna po drugiej, wszystkie alternatywy. Druga opcja to dwa ICki, z przesiadką w Poznaniu. Odjazd o 19tej, w Krk po 5tej rano. Z tym że tu na przesiadkę są 3 minuty, nie wiem czy te pociągi są skomunikowane, zresztą i tak nie zdążyłem. Wariant trzeci to nocny, bezpośredni TLK. Odjazd przed północą, w domu po 9tej rano. To on mnie najbardziej interesował. Ale szkopuł z nim był taki, że to nocny. I ma w składzie dużo miejsc do spania, dużo kuszetek a mało zwykłych, siedzących, do tego nie wozi rowerów. Ten problem da się obejść robiąc z roweru „duży bagaż podręczny”. Mam to opanowane, wystarczy trochę folii, taśmy i dwa imbusy, w 2018 roku tak wracałem. Ale biletu kupić się nie da, wg. internetowego systemu wszystkie miejsca w 1/2 klasie zajęte. Pewnie zostały same kuszetki… Bezpośrednie Pendolino o wpół do siódmej rano w pon.? Wszystkie miejsca na rower zajęte… A chyba nie będę próbował złożonego roweru do Pendolino pakować, tam jest bardzo ciasno. Teoretycznie można by zapytać w kasie, może to jakiś błąd w internetowym systemie i w kasie uda się kupić bilet na rower. Ale kasy na dworcu głównym w 400tys. mieście… nieczynne. Zabytkowy gmach jest w remoncie. Obok stoi jakiś barak z tymczasowymi kasami, otwartymi 6-16, czy jakoś tak :DDD Nawet jakbym kupił bilet bez roweru a miejsce na rower w rzeczywistości by było, to i tak pokładzie Pendolino biletu na rower (żadnego biletu) kupić nie da, pewnie zapłaciłbym karę. Stanęło na pierwszym porannym TLK. Odjazd wpół do szóstej, w Krakowie po 13. Jako że mam przed sobą całą noc na zwiedzanie to kupuję bilet z Gdyni, tam ten startuje. Aha, rowerów teoretycznie nie wozi. Kupiłem więc bilet na większy bagaż. I obieram kurs na Urząd Pocztowy Number One, otwarty 24/7. Późny niedzielny wieczór. Niehandlowy wieczór. Tam w 2018 roku kupiłem folię i taśmę, i teraz chcę zrobić to samo. Urząd Pocztowy nr 1 w Gdańsku mieści się na tyłach zabytkowej kamienicy, zaraz przy Długim Rynku. Jest tu naprawdę klimatycznie :) Wielkie, ciężkie, stare drewniane drzwi. Wysoki chyba na 4m hol. U sufitu ogromny żyrandol z podobnej epoki, świecący dziesiątkami żarówek. A ściany pokryte są SETKAMI małych, stalowych, ponumerowanych skrzyneczek. Skrytek pocztowych. Wszystko to wiekowe, nadgryzione zębem czasu, z poprzedniej epoki, niesamowicie się prezentujące. Zdjęcie takie sobie, niewiela widać. Taśmy ani folii co prawda nie mają – długi weekend, wszystko wyprzedane. Ale i tak warto było wstąpić, żeby jeszcze raz obejrzeć to wyjątkowe miejsce :) Zaczynam powoli toczyć się w kierunku Gdyni. W całodobowym spożywczym znalazł się regalik z artykułami higieniczno/przemysłowymi, i kupiłem rolkę worków na śmieci. Taśma – przypomniało mi się że w moim podręcznym, 1,5kg pakiecie narzędzi zawsze wożę taśmę naprawczą. Czyli powrotem nie zaprzątam już sobie głowy. Głowę zaprząta mi teraz co innego. Zbliżająca się noc. Trzecia, nieprzespana normalnie noc. Nie lubię i boję się trzeciej nocy. Planowałem rozsądnie, tylko dwie noce ale zrobić. Wyszło jak wyszło. Dwa upalne, duszne dni, trzeci dzień po wiatr, szło jak po grudzie. Do tego swoją cegiełkę dorzuciło PKP, i chcąc nie chcąc będę się teraz włóczył z halucynacjami po 3mieście. Tzn. jeszcze jest OK, ale wiem że to kwestia najbliższych godzin jak zacznie być grubo. Jak ktoś nie wierzy w cuda, to zapewniam że cuda istnieją. Cuda dzieją się trzeciej nocy w trasie na rowerze ;) Mijam Stocznię Gdańską, potem jakieś inne zakłady przemysłowe. Kończy się Gdańsk, a zaczyna Sopot. Turlam się raczej bocznymi uliczkami, ścieżkami rowerowymi, chodnikami. Żeby w razie jak usnę po prostu wyglebić a nie wpaść pod koła samochodu. Odnajduję ładny bulwar, deptak, promenadę nad samym brzegiem morza. Ścieżka rowerowa też tu jest. Pierwszy raz jestem w Sopocie i naprawdę pięknie się to prezentuje. Oczywiście pustki zupełne, jest noc z niedzieli na poniedziałek. A z tej efektownej alejki co kawałek są zejścia na plażę. Tak więc pierwszy raz zobaczyłem jak wygląda morze nocą :) Promenada kończy się, a do Gdyni docieram jakimś terenowym leśnym szlakiem, trochę jadąc, trochę prowadząc a trochę niosąc rower ;) Od jakiegoś czasu mam już halucynacje – te co najczęściej. Widzę sylwetki ludzi, które gdy podjeżdżam bliżej zmieniają się w to czym naprawdę są – koszem na śmieci, krzaczkiem, słupkiem itp. Co usiądę na ławeczce to boję się że usnę, i że ktoś ukradnie mi rower. Zawsze staram się przypinać rower łańcuchem do ławki / jak się nie da, to do mojego uda ;) Ale czasem zdarza mi się zapomnieć. Jest jedna rzecz której nad morzem ciągle nie widziałem, a chciałbym zobaczyć – statki. Ale takie prawdziwe, wielkie, pełnomorskie jednostki. 200, 300m i dłuższe. Wiem już że widoków na takie cudeńka trzeba szukać właśnie w Gdyni a nie w Gdańsku. A jestem w Gdyni, i mam 3 godziny czasu. Ale nie mam już sił, mam dość, za dużo wrażeń, za dużo szczęścia na raz. Zrobiłem tylko jakąś pętelkę po terenach przemysłowych, statków nie było, jadę na dworzec. Dochodzi 4ta. W pół godziny z pomocą dwóch imbusów, taśmy i worków na śmieci robię z roweru duży bagaż podręczny. Łatwa sprawa, odkręcić 3 śruby przy mostku, jedną przy sztycy, rozpiąć dwa szybkozamykacze kół. Wyjąć widelec, i sztycę. Złożyć to wszystko kompaktowo, jedno do drugiego, obkleić taśmą, opatulić workami, jeszcze raz taśma, i voila! Jest bagaż podręczny. Mam jeszcze godzinę, ale nie wpadłem na pomysł zorganizowania czegoś ciepłego, lub przynajmniej niesłodkiego do jedzenia. Kilka batoników tylko kupiłem w automacie, plus litr wody mi został. Będzie musiało wystarczyć na 8h podróży. Wystarczy z zapasem, nie będę miał siły nic jeść. Wsiadam do ostatniego wagonu, pakunek stawiam na końcu składu, przypinam łańcuchem, kluczyk chowam do majtek ;) Dzięki czemu nie boję się że usnę na dłuższy czas. Tak właściwie to przedział i miejsca na rowery to wydaje mi się że były. Ale kto to mógł wiedzieć. A nawet jakby nie było i tak pewnie udało by mi się przewieźć ten rower w całości. Wolałem mieć jednak 100% pewność że do tego pociągu wsiądę i nim pojadę. A nie że jakiś konduktor służbista mnie wyprosi. TLK wlecze się i wlecze, ale to jest bez znaczenia. Jest miękki fotel, nie pada na głowę, nie wali gradem po nerach. Nie jest zimno ani gorąco, jest toaleta z wodą i papierem toaletowym. W porównaniu do jazdy rowerem podróż koleją to jest przecież wypoczynek, regeneracja, relaks, chillout :) Do Krakowa pociąg dociera planowo. W 20 minut z bagażu podręcznego robię zdatny do jazdy rower. Na liczniku 678km. Jestem zregenerowany, głupotą byłoby więc nie dokręcić do 700. Robię małą rundkę po mieście, zahaczam o serwis rowerowy o coś zapytać, oraz oglądam słynny balon. Jest w Krakowie taki balon widokowy nad Wisłą, można sobie polatać ponad miastem. A właściwie to BYŁ, a nie jest. A SŁYNNY dlatego, że przedwczoraj rozerwała go burza. Tutaj link, w ramach ciekawostki. W domu o 15.30, 80,5h od wyjazdu, jeśli dobrze liczę :)


Kolejna niesamowita przygoda za mną :) Piąty raz nad morze, mnóstwo nowych miast, dróg, krain zaliczone. Właściwie to wszystko co po ~200km trasy, z małymi wyjątkami, było nowością. Sam natomiast aspekt sportowy tej wyprawy to tak jak wspominałem nie raz – masakra. Jeżdżę coraz wolniej. Średnie robię tak niskie, że ze wstydu w ogóle przestałem je wpisywać. Z tym że średnie netto to jedna rzecz, a średnie brutto – druga. W ogóle nie trzymam tempa, jakiegoś reżimu. Czas przecieka mi przez palce na przystankach i ławeczkach. Mój max wynosi obecnie 800km. I wydaje mi się że osiągnięcie w ten sposób celu, czyli przejechanie tysiaka nie jest możliwe. Wystarczy mi kondycji, wystarczy tyłka, i wystarczy dłoni. Ale pokona mnie senność. Czasu czuwania nie można tak sztucznie wydłużać w nieskończoność. To nie może trwać tak długo. Jeśli chcę myśleć o 1000, muszę zacząć jeździć szybciej. Z drugiej strony takie emeryckie tempo ma też swoje plusy. Te 20, 30, czy nawet 40 godzin w siodle każdej trasy niesamowicie utwardziły mój organizm. Dolegliwości ze strony tyłka są u mnie po prostu zerowe. Po tym tripie tyłek jak zawsze, niedraśnięty, żadnych boleści. A jeżdżę bez pampersa i ważę prawie stówę. Kark, plecy, przedramiona, nadgarstki - tak samo. Tylko dłonie od czasu do czasu się odzywają.

Coś jeszcze? Aaaa - tak! 3 dni jechałem i zapomniałem zjeść normalnego obiadu :D Tylko słodkie + fast foody ;) Ale to się chyba nie ma czym chwalić, bo to raczej był błąd..

6.55 (pt) - 15.30 (pon)

Nowe Gminy: 27

Łódzkie: 8
Czarnocin
Będków
Rokiciny
Stryków
Krzyżanów
Kutno obszar miejski
Kutno teren wiejski
Łanięta

Kuj.-Pom.: 13
Fabianki
Zbójno
Golub-Dobrzyń obszar miejski
Golub-Dobrzyń teren wiejski
Dębowa Łąka
Ryńsk
Wąbrzeźno
Radzyń Chełmiński
Gruta
Grudziądz obszar miejski
Grudziądz teren wiejski
Dragarz
Nowe

Pomorskie: 6
Gniew
Pelplin
Subkowy
Tczew teren miejski
Tczew obszar wiejski
Suchy Dąb


Kategoria > km 700-799, Powrót pociągiem

Konin

d a n e w y j a z d u 406.51 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 6 czerwca 2020 | dodano: 11.06.2020



Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. (wróbel = Konin, gołąb = Poznań). Potem napiszę kilka zdań.

EDIT: Albo i nie napiszę. Bo jest grudzień i dalej nic tu nie ma :D

https://www.alltrails.com/explore/map/map-f8417d0--20?u=md

https://photos.app.goo.gl/eSHHccrKo8uMUHQ86

8.35 (sb) - 00.35 (pon)

Nowe gminy: 7

Wielkopolskie: 7
Grabów nad Prosną
Sieroszowice
Nowe Skalmierzyce
Żerków
Czermin
Zagórków
Rzgów


Kategoria Powrót pociągiem, > km 400-499

Strzelce

d a n e w y j a z d u 117.44 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:22.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Wtorek, 2 czerwca 2020 | dodano: 11.06.2020



Trasa podobna jak tutaj:

https://www.alltrails.com/explore/map/map-cab070d--13

Dojazd wojewódzką, powrót wałem Wiślanym. Z tym że na WTR wjechałem dopiero za mostem na Rabie, w Uściu.

https://photos.app.goo.gl/1nSUDkB5QpaxWkPX8

17.10 - 00.35



Zapierdalacz czerwiec 2020 (zbiorówka)

d a n e w y j a z d u 11.31 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Poniedziałek, 1 czerwca 2020 | dodano: 11.06.2020

W zasadzie to póki co jedna przejażdżka szosówką do paczkomatu w Boże Ciało, 11.06

+test szoski 25.06 2,15km