Mater Urbium
d a n e w y j a z d u
542.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-c819904-...
https://photos.app.goo.gl/xzE7z3Xiixao7rC69
V Wiedeń
V Bratysława
V Berlin
V Praga
Budapeszt
Tak więc Praga
zaliczona, został już tylko Budapeszt :) Jeszcze nie tak dawno bałem się że
Koroniak zniweczy wszystkie moje zagraniczne plany na ten rok, a tu się okazuje
że wcale niekoniecznie. Od początku lipca wolno już właściwie wszystko i
wszędzie. Z wymienionej Wielkiej Piątki Zagranicznych Celów (®Pidzej) została Praga i
Budapeszt. Co najpierw? Padło na Pragę. Bo to trudniejszy cel z pozostałej tej
dwójki – ~500km (Budapeszt ~350 z Rabki, bo stąd chcę go atatkować). Najpierw lepiej to cięższe zaliczyć. Bo wieje
ze wschodu. Wiatr ze wschodu to w Polsce rzadkie zjawisko - przeważają wiatry z
kierunków zachodniego i południowego. Bo mam dobrze ogarnięty temat
Słowackich/Czeskich pociągów. A nie wiem jak jest pociąg po Węgiersku. Bo po
prostu czułem że przyszedł czas na Pragę :)
Startuję
ciepłym, sobotnim rankiem. Ciepłym acz pochmurnym – to co zaprząta mi głowę to
właśnie przelotne deszcze i burze, jakie są zapowiadane na sobotę. Na razie
jednak nie pada. Bokami, osiedlami wyjeżdżam z miasta i raz dwa jestem w
Skawinie. Na ryneczku standardowe śniadanie złożone bułek plus energetyka oraz
eksperymentalne energetyczne żelek energ. z Deca. Lecę dalej krajową 44ką, no i cóż –
jest coraz bardziej pochmurno, szoro, buro, nieciekawie, niepewnie. Do Wadowic
skrótem boczną drogą: Brzeźnica -> Tomice, z pominięciem Zatora. W „Mieście
w którym wszystko się zaczęło” największą moją uwagę zwraca dziś różowy
busik z
lodami – jest po prostu uroczy :) Andrychów przelatuję bez zatrzymywania się,
robię za to foto na klimatycznym przejeździe w
Bulowicach. I tak trzeba tam
zwolnić prawie do zera żeby się nie zabić. Potem krajówką jeszcze do Kętów, i kolejnym
skrótem, przez Kozy (największą wieś w Polsce – 20tys. mieszk.), i szybki zjazd
do stolicy Podbeskidzia – Bielska Białej. Rynki, starówki, inne zwiedzania
odpuszczam – Praga czeka. Robię zakupy i kilka tylko randomowych
fotek z losowych
miejsc jak. np. obskurnych okolic dworca PKP i rozkopanej od nie wiadomo kiedy
wylotowej drogi na Cieszyn - starej krajówki. Nic się tu nie zmieniło przez rok.
Niemal dokładnie rok temu atakowałem Wiedeń i tak jak i dzisiaj tłukłem się po
kamieniach/prowadziłem rower po tym bagnie. Wreszcie rymont się kończy i lekko
dziurawa, ale znośna, mało ruchliwa i pagórkowata dawna szosa krajowa
przyjemnie prowadzi ku czeskiej granicy. Teraz większość ruchu idzie równoległą
ekspresówką. Na południu piękna panorama Beskidu Śląskiego. Przez chwilę spoza
chmur nawet nieśmiało próbuje wyglądać Słońce ale za bardzo mu się to nie
udaje. W Skoczowie kropi. Za chwilę przestaje. W Cieszynie przed 16tą. Też za
wiela nie zwiedzam, od razu kieruję się most graniczny, i robię foto przy
tablicy „
Ceska Republika”. Podczas podziwiania śmiesznych czeskich napisów i
szyldów dowiaduję się skąd się wzięło słowo „
bryle” :) Wyjeżdżam z Ceskego
Tesyna i obieram znaną mi już, trzycyfrową drogę na Frydek-Mistek. No i stało
się to co stać się musiało – zaczęło padać. Zatrzymuję się na przystanku, by
przywdziać nowiutkie p/deszczowe wdzianko. Jak to często bywa w takich razach,
zanim się w nie opatulę padać przestaje, tak było i tym razem. Jednak okazuje
się że wysiłek się opłacił, bo kawałek dalej znowu zaczęło, i to tak porządnie.
Największa ulewę przeczekuję na przystanku, w mniejszej natomiast testuję
p/deszczowe wdzianko. Mijam znane mi dzikie
złomowisko samochodów (?). Te auta
tak tu stoją latami, pochłaniane przez zieleń, przez przyrodę. W Polsce by to
raz dwa rozkradli. Poza tym foto tego samego
malunku z rowerowym
motywem co zawsze. Do Frydka docieram koło 18tej. Wypogadza się. wyglądające
zza chmur ostre Słońce odbija się niczym w lustrze od mokrych szos, i wydaje
się że z pogodą idzie ku dobremu (yhy). Zaraz znowu się zachmurzy. Z Frydka do
Ołomuńca bocznymi drogami, równolegle idącymi wzdłuż ekspresówki/autostrady.
Wijącą się to jedną, to drugą jej stroną pagórkowatą drogą techniczną docieram
do kolejnego „checkpointu” – Priboru. Za jasności dotrę jeszcze do
Novego Jicina. Rynek z charakterystycznym, fajnie podświetlanym zegarem i niedużą, jak
się nie mylę, kolumną dziękczynną. Całe mnóstwo ich w Czechach. W Ołomuńcu też
taka będzie. Tylko że trochę większa ;) Prawie zdążam zrobić zakupy w Lidlu.
Zabrakło tylko 20 minut. Do tej 20tej był otwarty ;) Koleje km już w nocy. A z każdym
kolejnym, i kolejnym takim właśnie nocnym kilometrem coraz bardziej uświadamiam
sobie jaki błąd popełniłem. Jadę po czeskich zadupiach i nie zrobiłem zakupów
przed nocą :/ A Czechy to nie Polska że co 10km jest Orlen 24/7/365 z
zapiekankami i herbatą. A w każdym miasteczku Żabka, też 24/7/365. Tu większość
sklepów zamykana jest wczesnym wieczorem, a większość tankszteli niewiela
później. Całodobowe są tylko niektóre. Problem coraz bardziej narasta. Po
prostu mnie odcina. W dodatku znowu zaczyna padać. Chowam się na przystanku,
wypijam resztkę picia. Jedzenia nie mam już od dawna. Na tel. odnajduję
najbliższą całodobową OMVkę. Hranice. 11km. Tak blisko a tak daleko. Przestaje
padać. To były bardzo długie, bardzo męczące i bardzo głodne 11km. Przed
Hranicami jechałem kilku-km odcinkiem drogi, co do którego miałem poważne obawy
że jest drogą ekspresową. Wydawało mi się że widziałem zakaz dla
rowerów/traktorów/dorożek, natomiast pawiem jestem że kilka razy na mnie
trąbiono. Trudno, nie mam siły nic zmieniać. (Teraz potwierdza się to jak
patrzę na mapę: droga ma kolor bardziej czerwony od krajówki a mniej czerwony
od autostrady - znaczy się pewnie ekspresówka). Są Hranice. Resztami sił
wtaczam się na stację. Kupuję bagety, ciastka, batoniki, energole, wodę i w
ogóle
pół sklepu. Wydaję na to milion dolarów, ale to nie jest ważne. Ważne, że
nie jestem głodny, nie chce mi się pić i nie chce mi się spać, bo kofeina z
energetyków zaczyna krążyć w żyłach :) Może nie jestem w pełni sił, ale da się
jechać dalej. Skutki tego durnego błędu z odcięciem będę odczuwał jeszcze długo
a może i do końca trasy. Kolejne nocne km dzielące mnie od Ołomuńca to już jak
najbardziej legal, dokładnie droga number 35/47/437, różnie. Znowu chce się
spać – senność zabijam batonem energetycznym. Ale nie takim zwykłym – ten ma
kofeinę. Dopiero jak zjadłem podliczyłem kiela jej tam jest. Wyszło mi że tyle
co 0,5l energetyka. A dopiero co wypiłem 0,5l energetyka :D Aż w uszach zaczęło
dzwonić :D Ale spać się przestało chcieć. Dobrze kojarzę po znajomy mi, ładnie
iluminowany
wiadukt kolejowy. Nieco mniej, ale również mi się przypomina
mieścina
Lipnik n/ Becvou. Ryneczek, zameczek, jakaś wieża. Wszystko to
kojarzę, w miarę pamiętam bo jechałem tędy do Ołomuńca w 2018 roku. Ołomuniec
to właśnie główny punkt podziału: znane | nieznane. Do tej pory to tu najdalej kończyły się moje wojaże po
Czechach. I zarazem jest to półmetek trasy: ~250km - do Pragi drugie tyle. Na
horyzoncie ukazuje się długo wyczekiwana tablica: „
OLOMOUC ---” :) Zwiedzanie
znanego mi już nieco miasta rozpoczynam jak ostatnio – od okolic dworca
kolejowego. Trafił się automat z napojami – wciągam gorącą herbatę. W głowie
Praga, więc i tu plan zwiedzania jest mocno okrojony. Półtorej godzinki zatem
poświęcam na: odwiedzenie imponującej
katedry Św. Vaclava, rundki po
parkach/plantach wokół murów obronnych, no i rynku – z najbardziej imponującym
obiektem, symbolem miasta:
Kolumny Trójcy Świętej. Czesi stawiali takie właśnie
kolumny, w podzięce Bogu za koniec epidemii, wygranie wojny, czy inne łaski
jakie spłynęły na Czeską Ziemię z Niebios. Ta w Ołomuńcu jest największa w całym
kraju, i liczy 35m wysokości. W 2018 widziałem ją za dnia – poczerniała,
nadgryziona zębem czasu stanowiła mocny widok. Teraz, czarny monument
iluminowany złotym światłem prezentuje się chyba jeszcze bardziej imponująco.
Jest po 3 nocy, gdy zbieram się w
dalszą drogę. Praga czeka. Czeka też druga, ciekawsza część trasy – nieznana
czeska ziemia na zachód od Ołomuńca! Obieram drogę number 635. A przynajmniej
tak mi się wydaje, okazuje się bowiem że zboczyłem nieco z kursu i jadę czymś
boczniejszym. Po kilku km koryguję błąd i dojeżdżam do 635ki. Jest już 4 nad
ranem, i jest już widoczna pierwsza oznaka wstającego powoli dnia – jaśniejąca
łuna na wschodnim nieboskłonie. Trzycyfrowa droga przykleja się do autostrady i
idzie równolegle do niej przez jakieś 30km. Całą noc udało się przetrwać ale
cudów nie ma – wreszcie zaczyna morzyć mnie sen. Na komfortowym, czystym,
niezdewastowanym (Czechy)
przystanku urządzam drzemkę. Po drodze mijam ze
trzech drzemiących na przystankach tubylców, zapewne z innego powodu ;)
Przypinam rower łańcuchem, telefony/portfele itp. chowam do kieszonek na
plecach. Kluczyk do majtek ;) Telefon z budzikiem w dłoń i znanym mi sposobem
urządzam wiele, krótkich 5-minutowych drzemek. Aż przestanie mi się chcieć
spać. Nie wiem ile ich było, ale z 45 minut mogło mi zejść. Energetykiem
intrygującej marki „69” wykurzam resztki senności a „Zlatymi Oplatkami”
nabieram sił do dalszej jazdy. Mam już trochę dość tych słodyczy. Wstający
powoli dzień zapowiada się pięknie i pogodnie, chmur mało co. Zdecydowanie
bardziej optymistycznie niż dzień wczorajszy. (To się oczywiście zmieni). Nie
ma jeszcze upału, temperatura przyjemna do jazdy ale płaskie okolice Ołomuńca
powoli się kończą. A zaczyna się typowo pagórkowata czeska kraina. Wyścielone
nieskończonymi wydaje się dywanami pól, z rzadka urozmaicone niewielkimi
zagajnikami. A sił coś mało. Może to pokłosie tego nocnego odcięcia i kryzysu? Wydaje
mi się że to się będzie ciągło ze mną do końca trasy. Na razie staram się tym
nie przejmować, a pierwszy drogowskaz „
PRAHA” dodaje sił i wiary w powodzenie
całego przedsięwzięcia. Niepokoją natomiast już nie wzgórza a po prostu
góry,
których ściana wyrasta na horyzoncie. Mam uzasadnione obawy że trzeba będzie
się przez nie przebić. Mijam miasteczka Lostice i Mohelnice. Za wiela z nich
nie zapamiętałem, typowe małe czeskie mieścinki. No i zaczynają się te
cholerne góry. Tzn. cholerne akurat teraz i w tej sytuacji, bo ogólnie to
oczywiście lubię jeździć po górach. Średnio stromy podjazd przy obecnym zmęczeniu i
narastającym upale staje się ścianą płaczu. Żar leje się z nieba a ze mnie leją
się strumienie potu. Ileś zakrętów, odpoczynków, zgonów i ileś litrów potu
dalej/wyżej widzę upragniony widok: maszt/przekaźnik TV/radiowy. Tego typu
obiekty zazwyczaj zwiastują koniec podjazdu i szczyt. Tak jest i tym razem.
Jestem na jakiejś
przełęczy. +-600 m n.p.m. Czyli śmieszna wysokość jak na tyle
wysiłku. Stacja, bar, motorest (motel), typowe w tego typu miejscach obiekty.
Od dawna mam ochotę na coś NIESŁODKIEGO i ciepłego. Niestety w gastro nie ma
mają normalnego żarcia typu hamburger, pizza tylko jakieś klobasy i tvaruzky…
Nie ryzykuję. Kupuje na stacji obok zimne niestety, ale przynajmniej niesłodkie
bagety. Jeszcze przez chwilę sobie konam w cieniu, odpoczywam i jem, po czym
ruszam w dół. Szybkim i pełnym wrażeń zjazdem teleportuję się do
Moravkiej Trebovej. To samo co wszędzie: zabytkowy ryneczek, wąskie uliczki i kolumna
dziękczynna na środku. Tzn. nie żeby mi się to nie podobało czy nudziło ale jest
upał, jestem zmęczony i mam dość wszystkiego. A za miastem kolejny podjazd.
Siadam na poboczu i oparty o znak drogowy dłuższą chwilę zbieram siły do
dalszej mordęgi. W międzyczasie zaczyna się coraz bardziej chmurzyć. I tyle by
było z pięknie zapowiadającej się pogody. Plus tego taki że Słońce chowa się za
chmurami, ale i tak jest bardzo parno i duszno. Burza wisi w powietrzu.
Motywuje mnie to do dalszej jazdy, żeby nie zastała mnie w środku podjazdu,
wolałbym ją przeczekać w kolejnym miasteczku. Wciągam z mozołem kolejne metry
podjazdu, i tuż przed szczytem niespodzianka:
tunel! No, tego to
się nie spodziewałem. Nie ma zakazu dla rowerów, bo nie może być – nie ma
żadnej alternatywy. Co prawda tunel pod górę ma dwa pasy i wg. znaku tylko 358m
długości, ale i tak przejazd nim może być trochę niebezpieczny/stresujący.
Odpoczywam chwilę przed wjazdem, i gdy trafia się luka w sznurze aut, wpieprzam
się do środka. Delikatnym łukiem wspina się pod górę, jest wentylowany - brak
problemów ze spalinami. Ogólnie żaden problem, nie było się czego bać. Tunel jest tuż pod samym
szczytem wzgórza, pewnie po to zrobiony żeby nie niszczyć wykopem zabytkowego
kościółka i jego otoczenia. Na zjeździe po drugiej stronie zaczyna padać, a
zaraz potem lać. Zalane wodą koleiny w połączeniu z zupełnymi slickami czynią
jazdę bardzo niepewną, niebezpieczną. Do tego mokre, zapiaszczone obręcze
(tylna dodatkowo zachlapana smarem z łańcucha) bardzo osłabiają hamulce.
Największe opady przeczekuję pod starym, rozłożystym
drzewem. Gdy przestaje
ruszam dalej. Chmury przerzedzają się, znów wychodzi Słońce. Tylko sił dalej
brak. Ponad godzinę sjestuję na
przystanku autobusowym, zastanawiając się czy
dam radę. Na szczęście ciężkie podjazdy były dwa i na razie nie zanosi się na
to, żeby wyrósł przede mną jakiś kolejny. Świat wokół znów staje się
płaski :)
Kolejny „checkpoint”, tj. punkt od/do którego odliczam km to Litomyśl. Mijam
obwodnicą, nie mam siły, nie mam chęci na żadne zwiedzanie. Następnie mijam
ciekawostkę w postaci autodromu, tj. toru wyścigowego pod Vysokim Mytem
(miejscowość taka, pewnie wysokie podatki tam mają ;) ). Mają chyba nawet
własny park maszyn do ścigania – pomalowanych w zielone-białe barwy
Skodzinek. W
samym miasteczku natomiast dorywam wreszcie (otwartego w niedzielę) Lidla :) I
robię duże, i względnie tanie zakupy. Słodkie/niesłodkie, suche i mokre. Sporo
tego zjadam od razu, a i tak z trudem dopinam sakwę z resztą zapasów. Po tym
posiłku moc włącza mi się większa, wreszcie zaczynam jechać a nie czołgać się.
Na Krzyżówce zmieniam drogę z 35ki na 17kę. Zbliża się drugi wieczór w trasie.
I wydaje się że zbliżają się kolejne zawirowania pogodowe... Chmury za plecami co
prawda są białe, ale kłębią się podejrzanie wysoko. Hehe, nie dam się nabrać,
dobrze wiem co to jest –
młoda chmura burzowa. Tyle dobrze że za plecami.
Trzeba spierdalać przed tym. Hrochuv Tynec. Też tylko mijam tranzytem. Chmury
za plecami łączą się w międzyczasie w jedno wielkie
chmurzysko. Coraz mniej
białe chmurzysko. W Chrudimie póki co nic nie zwiastuje rychłego nadejścia
burzy, wydaje się ona być ciągle daleko. W ostatnich, wieczornych promieniach
Słońca zwiedzam sobie tą zabytkową mieścinkę. Ciekawe obiekty zarejestrowałem
trzy: wieża ciśnień Chrudimskich
Wodowodów :D, imponujący kościół z ciemną,
kamienną fasadą oraz kolejną (którą to już?)
kolumnę. A raczej kolumno –
fontannę. Na licznik zaraz wskoczy 400km a więc do celu została ostatnia setka.
W zapadającym powoli zmroku mijam kolejne, małe senne czeskie miasteczka,
których nazw nie ma sensu chyba dalej wymieniać bo i tak nikomu nic one nie mówią. A
krajobraz przechodzi płynnie z bezkresnych pół uprawnych na większe natężenie
sadów, lasów, ogólnie drzew. W mrokach zapadającej nocy chmurzyska za plecami
nie było by widać. Gdyby nie to, że co zaczęły ją co chwila bardzo efektownie,
od wewnątrz, rozświetlać błyskawice ;) W końcu daje się usłyszeć ciche pomruki
grzmotów. Trzeba spadać. No to spadam, i to dosłownie. Szybki zjazd
serpentynami się akurat trafił, a i po nim droga dalej opada w dół. Tak że mam
wrażenie że niebepieczne zjawisko pogodowe zostało daleko w tyle. I faktycznie
tak było. Uprzedzając bieg wydarzeń: nie licząc przelotnego deszczyku Pradze, tej
trasy mokry będę już tylko od własnego potu. Przez przemysłowy pierdolnik
docieram do Caslavia. Miejscowość bardziej charakterystyczną od większości
mijanych, a to za sprawą nie zabytków a… właśnie tego przemysłowego
pierdolnika. Plątanina torów kolejowych, obskurne przemysłowe obiekty i
plątanina rurociągów to to, co zapadło mi w pamięć z Caslavia. Jest druga noc a
dokładniej północ. Do tej pory było spoko ale coraz bardziej zaczyna morzyć
mnie senność. Nieco pomagają na to grające niemal non stop radio i śmieszne
czeskie piosenki. Teraz akurat trwa jakaś audycja, słuchacze dzwonią do radia.
A Pani dziennikarka miłym głosem co chwila przytakuje rozmówcom, używając na
zmianę trzech słów/zwrotów:
- „jo”
- „ano”
- „mhm”
Śmiesznie to
brzmi :) Czeskie radio i kofeina pomagają ale do czasu. Coraz bardziej chce mi
się spać, w Kolinie na sekundę zasnąłem w czasie jazdy i prawie przytuliłem się
do barierki. Dość. Zdrzemnąłem się z pół godzinki na przystanku na osiedlach.
Na rynku w
Kolinie kolejna kolumna. Obieram drogę nr 12 i to już jest ostatnia
prosta przed Pragą. Więcej już dróg zmieniał nie będę. 50km. Tyle mniej więcej
zostało. Niby rzut beretem, ale trochę jeszcze mi zejdzie. W to że mi się uda
już nie wątpię, to jest pewne. Jest między 3 a 4 gdy można dostrzec pierwsze
oznaki brzasku. Niebo za plecami zmieniające barwę z czarnej na granatową.
Burzę już jak pisałem zostawiłem daleko w tyle. Senność uderza z całą siłą. Na
szczęście znajduję przyjemną, dyskretną
wiatę przystankową. Mam wrażenie że
śpię razem za kierowcami TIRów, których kilka zaparkowanych jest na poboczu po
drugiej stronie szosy. No tu to już chyba z godzina zeszła zanim wygrałem walkę z
sennością. Tak mi się przynajmniej wydaje, że wygrałem. Gdy startuję na
wchodzie jest już żółto-pomarańczowa łuna wstającego dnia. Trzeciego dnia :) w
tej trasie. Na horyzoncie majaczą dwa bliźniacze, migające czerwonymi lampkami,
wysokie obiekty. Początkowo łudzą mnie nadzieje że może to jakieś np. kominy elektrociepłowni na
przedmieściach Pragi? Gdy dojeżdżam bliżej okazują się być parą identycznych
masztów radiowych czy tam telewizyjnych, i stoją pośród pól. Nie no cudów nie
ma. Do miasta jeszcze ze 30km. Dopiero co była konkretna drzemka a znów odzywa
się senność. Na Benzinie (czeskim Orlenie) tankuję Semtexem i zagryzam Energy
barami. Jakoś jedzie się dalej, ale km nie idą sprawnie. Przynajmniej wschód
Słońca bardzo malowniczy – jego promienie efektownie rozświetlają pierzynę
kłębiastych chmurek. Znowu drzemię na ławeczce na jakimś skwerku. A potem
jeszcze raz na ławeczce koło Lidla. W międzyczasie sklep otwierają i robię
kolejne niedrogie zakupy. Po posileniu się zbieram wreszcie całą moc jaka mi
tylko została i dociągam brakujące kilometry.
Godzina
szósta minut trzydzieści dwie, lipca dzień dwudziesty, Anno Domino 2020.
Stało się.
HLAVNI MESTO
PRAHA
:)
Po
zmęczeniu, senności, ogólnym zamuleniu nie zostało śladu. Pełen sił i wigoru
zaczynam zwiedzanie. Od czego by tu zacząć? Zaczynam od ogarnięcia tematu biletu
na pociąg, bo jak zwykle nie mam kupionego. Zawsze kupuję dopiero jak dotrę do
celu – bo nigdy nie mam pewności kiedy, gdzie i czy w ogóle dojadę. Ew. kupuję
po drodze przez telefon jak jestem pewien że dojadę, np. 100km do celu. Na
razie wiem tylko że planowany pociąg o 11tej odpada, 4 godziny na zwiedzanie to
za mało. Celuję w ten o 14tej. Ostatnie sensowne połączenie, żeby uniknąć
trzeciej nocy w trasie. Tzn. połączenie wygląda tak: Praha -> the methropoly of
Włoszczowa; Włoszczowa City -> Kraków. W Krk o północy. Na razie jadę więc w
kierunku dworca. Jakieś kilkanaście km. A pierwsze to co rzuca się w oczy z
obrazu czeskiej stolicy, to typowy Słowacko-Czeski pierdolnik. Powiem więcej. To jest Słowiański pierdolnik :) Połatane chodniki z nierównych asfaltowych łat,
zardzewiałe latarnie, nieuporządkowana zieleń. Jak w Bratysławie. Warszawa to
jest jednak zachód Europy w porównaniu z tym. Ale nawet mi się to podoba – czasem
coś jest po prostu tak brzydkie że aż ładne. Na plus buspasy z dozwolonym
ruchem rowerowym - to rozumiem. Jadę
jadę, koleje km, kolejne skrzyżowania. Wreszcie jest pętla tramwajowa, rzecz
jasna z
tramwajami marki Skoda (i starszymi, marki Tatra). Czyli jestem coraz bliżej. Wreszcie jest
centrum. Widzę też jakąś stację. Zajeżdżam ogarnąć te bilety. Tak w ogóle to
chciałem kupić na telefonie ale pierwszy pociąg to międzynarodowy express Praga-Wawa, i się nie dało. Stąd muszę kupić bilet stacjonarnie, w kasie. I tu ciekawostka – po czesku dworzec główny
jest zupełnie inaczej niż po słowacku. SK: Hlavna Stanica. CZ: Hlavni Nadrazi. A
tu gdzie jestem to nie jest Hlavni Nadrazi, tylko jakieś inne Nadrazi. Tu tylko
kupuję bilet, a wracał będę z Hlavni. Stosuję formułkę jakiej często używam na
Słowacji:
„Dobry dień.
(tu już błąd, powinienem powiedzieć: Dobre rano). Potrebujim kupit listok.
Tento wlak:
(pokazuję na telefonie). Obycajny listok a bicykle listok."
Bardzo miła
i kompetentna Pani Kasjerka daje mi karteczkę żebym coś na niej napisał. Tylko co
mam napisać? Piszę imię i nazwisko, i oddaję karteczkę. Pokiwała tylko głową na boku uśmiechając się tylko
szeroko :D Daję Jej dowód osobisty, okazuje się że do biletu potrzebny jest
także adres zamieszkania. Coś mi potłumaczyła, pokazała na tym bilecie. Udało
się i nawet szybko poszło :) Zdarza się że dłużej kupuję bilet w Polsce, na Regio z
Tarnowa do Krakowa, bez bariery językowej. Mam pięć godzin z hakiem na
zwiedzanie. Na początek jakieś wieże z bramami, i jakieś
dziwadła. Im bardziej
zagłębiam się w miasto tym bardziej wzrasta natężenie brukowanych nawierzchni. W
końcu względnie gładkie bitumiczne nawierzchnie kończą się a są już same kocie
łby. Ze szczelinami bez „fug” tak szerokimi, że z łatwością wpada w nie 25mm
oponka :) Spojlerując i rozładowując napięcie: – nie, nie wyglebię na tym ;) Jest i Wełtawa. I
symbol Pragi –
zabytkowe mosty :) Jednym z nich, nie pamiętam jakim,
przejeżdżam na drugą stronę rzeki. Robię tam małą rundkę, ale wracam z powrotem
na brzeg z którego przyjechałem, bo tu więcej atrakcji. Pojeździłem trochę
bulwarem, zajechałem w jakiś dziki zaułek z cygańskimi(?) gettami. W dole
rzeki, w chaszczach, też sporo takich melin. Zawracam zwiedzać to co powinno
się zwiedzać, czyli nie dzikie zaułki z cyganami a starówkę. Praga to
niesamowite miasto. Przytłaczający ogrom zabytkowej tkanki. Kamienice, bogato
zdobione gmachy, kościoły, wieże, mosty, całe hektary bruków. A pomiędzy tym
wszystkim, bez szerokich na 100m 10-pasmowych alei zupełnie bez przeszkód toczy
się normalne, szybkie życie wielkiego miasta. Najbardziej fascynują te
tramwaje. Z hukiem i łomotem przelatują przez ciasne łuki i zwrotnice, zwinnie wspinają się
naprawdę stromymi ulicami. No tak, Praga to miasto siedmiu wzgórz. Płasko to tu
nie jest. Czasem nawet, tak po prostu, tramwaj przejeżdża sobie
tunelem na
parterze kamienicy O.o Gwarno, tłoczno, gorąco, bardzo fajnie. Po Covidzie ani
widu ani słychu. Osoba z maseczką? Jedna na kilkaset, mówię bez żadnej przesady. Wreszcie
na cel obieram wzgórze zamkowe. Tu z kolei stromą, wąską brukowaną uliczką bez problemu wspina się nieduży autobusik. Samego zamku to tam za wiela nie zobaczyłem ale za
odkryłem
sad owocowy na jednym ze stoków wzgórza. Jak gaj oliwny trochę to
wygląda. To z tego wzgórza jest tytułowa fotka. Odpocząłem trochę na ławeczce,
umyłem się w pitniku.
Zjechałem Sprowadziłem z powrotem stromą uliczką. Jeszcze
jakiś most obadałem, i jeszcze jakąś bramę. Ścisłą starówkę i rynek zwiedziłem
już z buta, prowadząc rower. Tłumy to raz, a dwa to te bruki ;) Fajnie, pięknie, cudownie. Ale coraz bardziej
jestem zmęczony tym zwiedzaniem, w zasadzie to głowie chodzi mi już tylko
jakieś żarcie. A może i piwo? Ale nie mam głowy do tych wszystkich pubów/knajp
tutaj, nie lubię takich przybytków no i pewnie drogo. Kończy się zestawem
pizza+frytki+Kofola w fast foodzie. Jem sobie na stojąco i przyglądam się życiu
tego wspaniałego miasta. Wszystkimi zmysłami chłonę ten niesamowity klimat, no
i cieszę tą wielką rowerową przygodą. Dobra koniec tego dobrego. Jadę szukać
Hlavni Nadrazi. Jest! Wielka, szaro-brązowa, pełna torowisk i słupów głęboka
nora wykuta w dole miasta. Z trzech stron otoczona wysokimi na kilkanaście
metrów murami, na których wznoszą się budynki. W jednej z tych ścian są tunele,
którymi pociągi wjeżdżają pod miasto. Jadę jeszcze 3 przecznice dalej w
poszukiwaniu sklepu. Kupuję ciastka i jakieś picie, w tym dwa piwka. Jedno
niestety mi się rozbije na stacji ;) Zdjęć zabytkowego budynku dworca brak, bo
w remoncie, otoczony rusztowaniami. Wchodzę do środka. Urzeka mnie piękno
bogato zdobionej, pełnej płaskorzeźb hali. W centrum, pod kopułą złocony
napis:
mater
urbium
I już mam pomysł na tytuł wycieczki :) Na peron, pora kończyć tę niesamowitą przygodę :) Połączenie jakim wracam to ekspres Praga – Wawa, z tym że przesiadam się we Włoszczowej na ICeka. Podróż bez problemów, wypiłem piwko, zdrzemnąłem się, przesiadłem we methropoly of Włoszczowa. W domu koło 23ciej.
Kolejna niesamowita przygoda zrealizowana :) Pomimo pogodowych zawirowań jak i chwil słabości, wręcz zwątpienia - udało się! A może to Covid mnie brał, stąd ten brak sił? Kto go tam wie. Najważniejsze że się udało. No to co, został już tylko Budapeszt ;)
8.10 (sb) - 23.10 (pon)
Zaliczone szczyty:
Hradczany (Praha (CZ)) ;)
Kategoria ! Wycieczka Sezonu 2020 (dwie), > km 500-599, Powrót pociągiem
WTR
d a n e w y j a z d u
202.86 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/8LoaAw2iqi436Lnt5
WTR pod pomnik w Biskupicach. Uzupełniane na sztukę, w grudniu ;) Myślę że mapkę możemy śmiało skopiować stąd:
https://www.alltrails.com/explore/map/map-cc42acc--5?u=m
9.05 (ndz) - 00.35 (pon)
Kategoria > km 200-249
Turystyka w Opolu i Wrocławiu
d a n e w y j a z d u
371.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/TLgwRQ9LRJQ5JMS26
Wpis uzupełniany po łebkach w grudniu, chyba nie ma sensu rysować nowej mapki, ino zapodam tą z grudniowej trasy na Wrocław. W przybliżeniu to samo. Z tym że w lipcu było mnóstwo zwiedzania Opola i Wrocławia po drodze. I była rozerwana opona i kapeć na powrocie w dworca w Krakowie do komu, i kilka km z buta ;) No i było rzecz jasna cieplej :)
https://www.alltrails.com/explore/map/thu-10-dec-2020-18-16-414a749?u=m
8.25 (pt) - 1.40 (pon)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Strzelce
d a n e w y j a z d u
114.50 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/1593LXuMy8AgsLsn7
Po pracy na Strzelce po dokumenty. Dojazd wojewódzką, powrót WTRką.
17.10 - 00.35
Kategoria > km 100-149
Czołg lipiec 2020 (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
367.37 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg
Zbiorcze km z Czołgu za miesiąc lipiec.
1.07 9,11km ino praca
2.07 9,07km ino praca
3.07 18,33km praca +M1
6.07 18,11km praca +M1
7.07 8,89km ino praca
8.07 8,86km ino praca
9.07 8,85km ino praca
10.07 8,95km ino praca
13.07 9,12km ino praca
14.08 28,15km praca +M1
15.07 8,77km ino praca
16.07 41,88km praca + Mogilany (po pracy)
17.07 8,98km ino praca
21.07 9,91km ino praca
22.07 40km Mogilany (przed pracą) + praca
23.07 8,82km ino praca
24.07 8,92km ino praca
25.07 44,01km Galeria Bronowice, miasto, jak ustąpił kac
27.07 9,13km ino praca
28.07 41,66km praca + miasto wieczorem
29.07 8,98km ino praca
30.07 8,87km ino praca
Kategoria Zbiorówka :(
Toruń
d a n e w y j a z d u
472.16 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:30.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/7THbJWPWd8CfWFNg7
https://www.alltrails.com/explore/map/26-28-06-202...
7.35 (pt) - 11.45 (ndz)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Nad Morze!
d a n e w y j a z d u
700.68 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://www.alltrails.com/explore/map/map-b6a8cdd--25?u=m
(ślad z pamięci, brakuje błądzenia, zwiedzania 3Miasta i 22km dokręconych po Krk)
https://photos.app.goo.gl/oUTSFnCDxVL5P3vR7
Nad Morze!!! Bo nie wytrzymam! Wzorem
ubiegłego sezonu, kiedy udała mi się ta sztuka już na początku czerwca. A skoro
udała się na początku czerwca to w połowie czerwca tym bardziej powinna się udać
:) Paradoksalnie ten cały Koroniak nie wpłynął negatywnie, a pozytywnie na moją
formę. Tak się bowiem zestresowałem tymi wszystkimi zakazami, że niedługo nic
nie będzie można, i zacząłem jeździć na zapas. Nie długie trasy, a regularne,
dzień w dzień, po kilkadziesiąt – sto – stokilkadziesiąt km, tripy wkoło
komina. I tym sposobem wyszedł mi kwiecień wszechczasów – 2400km :D Gdzie dla
mnie typowy kwiecień to tak raczej 1400. Zarazem jest to mój drugi najlepszy
miesięczny wynik w karierze (po 2440km z czerwca ub. roku), i rekordowe, 7me
miejsce na BSie! Z perspektywy czasu widać że było to racjonalne podejście. Nie
siedzieć jak większość ludzi w domu i jeść, trawić, wydalać, wegetować… Przy
5tys. przypadków Korony mieliśmy pozamykane wszystko, a teraz przy 30tys. mamy otwarte
niemal wszystko. Formy powinno wystarczyć, po zakończeniu tej kwarantanny i
jazdy po Małopolsce, zrobiłem 4x 400+ km trasy.
Nad Morze, ale gdzie dokładnie nad
to Morze? Obranie dokładnego kursu zajęło mi dłuższą chwilę, a wynik jest
efektem kompromisu. No bo tak:
- Pogoda: Czwartek (Boże Ciało) na pewno przeznaczę na
odpoczynek i ogarnięcie sprzętu. Pt./sb. ma być upalnie, duszno i burzowo w
całym kraju. Od ndz. nadciągnąć ma z północnego wschodu ochłodzenie. A plaży
zawsze fajniej jak gorąco. Wiatr zmienny, generalnie raczej wschodni. Pogodynki
podpowiadały zatem: na zachód: Koszalin, Kołobrzeg, (Szczecin??).
- PKP: po koronaprzestoju pociągi raczej wróciły na stalowe
szlaki. Rozkład okrojony, ale coś tam jeździ. Tylko że z zachodu, po przekątnej
kraju, do Krk to tak raczej 10+ h się tłuką, a nawet i po kilkanaście! Z
Gdańska natomiast zawsze jest awaryjna opcja – Pendolino. 5,5h to niemalże
teleport do domu :)
- Plaża czy 3Miasto? No właśnie. Niby jedno drugiego nie
wyklucza ale plaża w 3Mieście, nad Zatoką Gdańską to jednak nie to samo co
plaża nad otwartym morzem. Przy nadmorskich kurorcikach, lasach, wydmach. Plaża
wielka, długa, szeroka i bardziej dzika. Z drugiej w nadmorskich wioskach nie
ma stoczni, wielkich statków, żurawi, całej tej przemysłowej tkanki portowego,
wielkiego miasta. Która to tkanka dla człowieka spod gór jest rzeczą bardzo
ciekawą, egzotyczną.
- Nowym śladem: zawsze nad Morze staram się jechać inną
drogą. Tzn. wiadomo, cudów nie ma, pierwsze 200-300km zawsze będzie przez znane
okolice. Ale drugą część trasy warto coś pokombinować, żeby jak najwięcej
nowego wpadło.
- Długość trasy. 600+. Takie jest założenie. To pierwszy
taki trip w tym sezonie, więc raczej zachowawczo bym wolał, żeby zwiększyć
szanse na powodzenie przedsięwzięcia. A że wyszło 700 to zasługa przypadku (i
PKP ;) ).
Koniec końców wyznaczyłem sobie
kurs na Gdańsk, z opcją zahaczenia o plażę w jakimś Sobieszewie, Mikoszewie itp. Zaraz na wschód od trójmiejskiej
aglomeracji. 600+, nie najprostszą a lekko pokrętną drogą. Zahaczającą o takie nowości
jak: Stryków, Kutno, Włocławek, Golub-Dobrzyń, Grudziądz, Kwidzyn, Gniew,
Tczew, i wiele, wiele innych, dla mnie dziewiczych miasteczek, szos i krain.
Długi weekend przedłużam sobie w razie W o jeden dzień, biorąc wolne na
poniedziałek. Sprzyda się ;)
Spod bloku startuję piątkowym,
długoweekendowym rankiem, o godz. 6, minut 55. Przejeżdżam przez miasto
zastanawiając się nad stanem pogody. No bo faktycznie jest parno i duszno. Ale
Słońca ani widu. Za to z szczelnie zasnutego chmurami nieba zaczyna pokapywać
deszcz… Tak się zamyśliłem że mało co bym wyglebił i wpadł pod tramwaj. Cała akcja
miała miejsce na ul. Długiej. Omijając jakiegoś zawalidrogę w aucie, przeciąłem
mokrą szynę tramwajową pod zbyt małym kątem. Tzn. przednie koło wiadomo,
przeszło jak trzeba - bo kto raz wyglebi na szynie ten wie jak się pokonuje
takie przeszkody. Ale zapomniałem o kole tylnym. Za szybko wyprostowałem kurs, tył
szedł prawie równolegle, opona wpadła w szynę i kawałek sunąłem poślizgiem. A
pół metra ode mnie mijał mnie drugim torem tramwaj… Mogło być bardzo
nieciekawie. Na szczęście jakoś wyrwałem tylne koło z szyny i ustabilizowałem
tor jazdy. Uff, jeszcze z Krakowa nie wyjechałem a już tyle emocji ;) Resztki
senności momentalnie wyparowały :) Zaraz po wyjeździe z miasta, na pierwszych
hopkach pogórza Miechowskiego szora kotara z chmur przerzedza się, a wkrótce
potem zupełnie znika. Zaczyna się pełna lampa i tak będzie przez dwa najbliższe
dni. W Słomnikach nawet się nie zatrzymuję, pierwsza pauza dopiero na 50km
trasy, w
Miechowie. Tam też miła pogawędka z napotkanym Dziadkiem – byłym
kierowcą tira, który zjeździł kawał Europy. W Miechowie opuszczam krajówkę i
obieram kurs bocznymi drogami na Sędziszów. Przyjemne, leśne odcinki dają nieco
wytchnienia od narastającego ukropu - zbliża się południe. Idzie dość sprawnie,
ale do czasu ;) Kawałek przed Sędziszowem odkrywam przyczynę „pływającego”
roweru: kapeć na tyle. Wywalam się z całym majdanem w największym skrawku
cienia w okolicy, bo lasy niestety się skończyły. Zaczynam naprawę. W asyście
ujadającego zza siatki, metr od mnie, psiura ;) Nie zauważyłem Go, bo ten chyba
przyspał. Nie aktywował się od razu, a dopiero po chwili, gdy już miałem
wszystko wywalone z sakwy na trawę… To niech se szczeka i zdziera gardło. Ja
dęteczkę wymieniam ze słuchawkami i radyjkiem w uszach :) Pół godziny
straciłem. Przed Sędziszowem muszę jeszcze raz odpocząć, i zaaplikować wreszcie
krem z filtrem. Biwak ten urządzam na poboczu drogi, w cieniu małej
sosenki. W
Sędziszowie, małym miasteczku przyklejonym do wielkich zakładów kolejowych za
to się nie zatrzymuję, fotki też brak. Drogami niższej kategorii docieram do
Nagłowic, i znów zaczynają się łatwe nawigacyjnie kilometry po wojewódzkich, i
krajowych szosach. (Bo nie mam żadnego GPSa na kierownicy, żeby sprawdzić kurs
muszę się zatrzymać i zerknąć na telefon). Gdzieś tu wybija pierwsza setka. Od
pewnego już czasu narasta przeszkadzający, wschodni, czasem północno wschodni
wiatr. Jak widać na wielu zdjęciach rower mam obwieszony szmatami jak
cygański
barak ;) Bo jak zawsze prałem ciuchy w przeddzień trasy, wieczorem i część nie
ubrań nie zdążyła doschnąć, teraz je dosuszam. We Włoszczowie po południu, też
tylko przelotem. Odcinek Włoszczowa-Przedbórz to 30km klejącego się do opon,
rozpalonego asfaltu i zarazem 30km kichania. Jakaś alergia mnie chyciła i po
prostu woda lała mi się z nosa. Kilkadziesiąt chusteczek tu zużyłem, i to
używając każdej po 2, 3, 4 razy ;). Kichać co prawda można w czasie jazdy, ale
żeby oczyścić nos trzeba się zatrzymać… Więc nie pomagała ta alergia w
sprawności jazdy. Zażyłem Alertec który zawsze wożę w mini apteczce. Ale nie
wiem czy to on pomógł czy samo przeszło, bo odpuściło dopiero po godzinie od
połknięcia pastylki. W każdym razie to jeden tylko taki epizod tej trasy.
Przedbórz
to już Woj. Łódzkie. 5 tylko województw tym razem zaliczę. Zazwyczaj jak jadę
nad morze to wpada 6, natomiast mój rekord to 8 województw w trasie :) Zbliża
się wieczór, upał już zelżał, alergia odpuściła i gdyby nie ten wiatr to
jechało by się całkiem przyjemnie. Na horyzoncie dostrzegam niepokojące na
pierwszy rzut oka, wysoko kłębiące się
chmury. Młode chmury burzowe jakby.
Zresztą w radiu trąbią o ostrzeżeniach meteo dla niemal całego kraju. Ostatecznie
z tych chmur nic się nie narodzi, a ja uświadamiam sobie że dałem się nabrać,
tak jak w zeszłym roku ;) To co jest nisko to owszem, mogą to być chmury. Ale
ten wypiętrzający się hen wysoko słup to po prostu dym z kominów wielkiej
elektrowni w Bełchatowie :) A dokładniej para wodna z chłodni kominowych. Samej
elektrowni rzecz jasna nie widać, bo jest ładnych 30-40km stąd ale jestem
niemal pewien, że to jest to. Bo taki sam widok mam w pamięci sprzed roku. We
Włodzimierzowie robię zakupy na całą noc jazdy. Kilka km przed Piotrkowem
pokonuję ruchliwą
DK12. Samo miasto natomiast omijam zupełnie bokiem –
ścieżkami rowerowymi wokół zalewu, i wzdłuż obwodnicy. Pauza na przystanku na
pustej zupełnie
pętli autobusowej. Drugi odcinek DK12, i za węzłem z S8 znowu
zjeżdżam w przyjemną, mało ruchliwą wojewódzką. Na Koluszki & Stryków. Noc,
pierwsza noc, jest jasna, księżycowa, ciepła – cały czas jechałem na krótko. Do
tego wiatr zelżał, po prostu sama radość taka jazda :) Problemów z sennością
też na razie ani śladu, wystarcza sama kofeina. O tym że zbliżam się do
Koluszek świadczy ponadprzeciętne zagęszczenie przejazdów kolejowych. Koluszki
to jeden z największych w Polsce węzłów kolejowych. Na szynach tym razem BARDZO
uważam ;) Zajeżdżam na
plac przed dworcem, tak w ramach zwiedzania, żeby nie
przelecieć każdego miasta tranzytem. Na zegarze raptem 3cia a już daje się
zaobserwować początek końca nocy. Całkowita ciemność zapada między koło 23ciej,
a pierwsze ślady brzasku można zaobserwować przed 3cią. Niesamowite jak krótkie
są te czerwcowe noce :) A im dalej na północ będą jeszcze krótsze! Jakoś tak to
działa, że długość dnia/nocy jest zmienna i uwarunkowana nie tylko porą roku,
ale również szerokością geograficzną. Nocą (a raczej „nocą”) zaliczam jeszcze
tylko Brzeziny. Niczym niewyróżniająca się, niewielka mieścina -
fotka pomnika.
Tej nocy rozwaliłem słuchawki – wplątały się w szprychy :/ Które to już z rzędu
zniszczone w ten sposób ;) Cała reszta drogi bez radia, bez nuty, i bez
koronafaktów… Nie wiem jak to wytrzymam. Zwłaszcza że denerwuje mnie głośno
tykający bębenek w nowym tylnym kole. Miałem plan żeby w sobotę kupić najtańsze
pchełki w jakimś kiosku. Ale ostatecznie przejeżdżając przez miasta albo nie
mieli tego typu towaru w kiosku, albo zapomniałem poszukać kiosku. Senność taka
nie zwalczenia kofeiną łapie mnie dopiero między 4tą a 5tą. Akurat trafia
bardzo fajna na drzemkę
wiata przystankowa. Mogła by być bardziej osłonięta,
dyskretna, ale nie można mieć wszystkiego. Bo miejscówka jest idealna :) Pośród
łąk i pól, przy mało ruchliwej szosie. Przypinam rower łańcuchem (do uda ;), do
ławki akurat nie pasował), zakładam ciemne okulary, głowę opieram o szybę (żeby
nie opadła), telefon w dłoń z ustawionym co 5 minut budzikiem, i zaliczam kilka
(z 5,6,7?) 5-minutowych drzemek. Tak całkiem usnąć to bym się bał. To jest mój
patent na senność. Tych króciutkich drzemek jest tyle, ile potrzeba. Aż się
przestanie chcieć spać. A jak miejsce jest mniej dyskretne, bardziej ruchliwe,
ryzykowne, to drzemki skracam do 4, 3 a nawet 2 minut, za to zwiększając ich
ilość. Po takim odpoczynku jestem jak nowonarodzony, jak młody Bóg :) W
międzyczasie zza horyzontu wyłania się pomarańczowa tarcza Słońca i
efektownie podświetla na taki sam kolor pierzynę mgieł przykrywającą dolinę nieodległej
rzeki. O tym z kolei że zbliżam się do Strykowa świadczy ponadprzeciętna ilość
wiaduktów ponad autostradami, estakad, ogólnie skrzyżowań, rozbudowanej
drogowej
infrastruktury. Stryków znany jest bowiem z najważniejszego węzła
autostradowego w Polsce. Nie dziwota że tak ważna infrastruktura komunikacyjna
w kraju znajduje się właśnie w tej okolicy. Bo zarówno Koluszki jak i Stryków
leżą blisko geometrycznego środka Polski. Ten znajduje się dokładnie w
miasteczku o nazwie Piątek. W
Piątku, zaraz przez 300nym km trasy jestem koło
8mej rano. 25h od wyjazdu. 300km w 25h, masakra jeżdżę coraz wolniej… Jedyne co
mam na swoje usprawiedliwienie to przeszkadzający za dnia upał, wiatr, alergię
i awarię. Na Orlenie na ryneczku wciągam wreszcie coś ciepłego i najważniejsze NIESŁODKIEGO,
tj. hot dogi i herbatę. Poza tym dłuższą chwilę rozmawiam z tubylcem który
zagadał. Były górnik z Żor, który po wypadku w kopalni osiadł właśnie w Piątku.
Ma mocno okaleczoną lewą dłoń. Pogawędka toczyła się głównie w tematach
złodziejstwa którego nienawidzi, policji z którą różnie to bywa, pracy w tym
małym miasteczku, biedzie, itp. Ogólnie sprawiał wrażenie poczciwego człowieka
z zasadami, pracuje przy zbiorach warzyw, pije i pali za swoje, nie chciał ode
mnie żadnych pieniędzy. Jego główną i pewnie jedyną rozrywką jest picie piwa z
kolegami na tym ryneczku, i zabawa w kotka i myszkę z policją. Ale co się
dziwić, co można robić innego będąc górnikiem na rencie osiadłym w takiej
dziurze? Wiedzie skromne i proste życie. Druga, i jeśli dobrze pamiętam
ostatnia tego dnia, duża senność dopada mnie koło 10tej rano. Zwalczam ją
drzemką na takim oto
uroczym przystanku. Gdy docieram do kolejnego większego
„checkpointu”, czyli Kutna zaczyna się powtórka z dnia wczorajszego. Czyli
patelnia, zaduch i wkurzający, północno-wschodni wiatr. W Kutnie
charakterystycznym obiektem są wielkie
zakłady na przedmieściach, produkujące
betonowe pale. Przed wyjazdem z miasta robię zakupy w większym markecie, na
które składają się głównie zimne, gazowane, słodkie napoje. Zamiast jechać do
Lubnia Kuj. jedną krajówką, w Krośniewicach skręcać o 90 stopni i potem drugą
DK, wynajduję na mapie ciekawy skrót. Boczna droga, do Lubnia, prowadząca na
ukos. Jest krócej, mały ruch i dużo cienia – droga tonie w zieleni lasu.
Minusik jest jeden, mały – zapomnieli postawić tablic na granicy województw. Zatem
zdjęcia z tablicą Kuj-Pom nie będzie, a gdzieś właśnie na tym odcinku ją
przekroczyłem. Z ciekawostek przejeżdżam przez osiedle starych, wielorodzinnych
domów, jak żywo przypominających Śląskie „familoki”. Skrót się kończy, wbijam
na krajówkę, starą „jedynkę”. Lubień Kuj. kojarzy mi się z małym zalewikiem.
Zawsze bywałem tu nocą i niewiela było widać. Obsadzony ozdobnymi drzewami,
krzewami i otoczony alejkami za dnia prezentuje się po prostu
pięknie. Jak
zresztą i cała ta Polska którą dziś przemierzam na wskroś. Usiane czerwonymi,
żółtymi, niebieskimi i białymi kwiatami łąki nie pozwalają na płynną jazdę,
każą co chwila zatrzymać się i zrobić
zdjęcie. Czerwone to na 100% maki, żółte
– resztki rzepaku, niebieskie to być może chabry, a białe to nie mam pojęcia. Kowal
omijam obwodnicą. Po południu docieram do Włocławka. Myśli które zaprzątają mi teraz
głowę to się czegoś napić i zjeść coś ciepłego/niesłodkiego. Szukam rynku, na
którym pamiętam że taka mała gastronomia była. Szukam i znaleźć nie mogę – nic
dziwnego. Pomyliłem Włocławek z Inowrocławiem… We Włocławku jestem pierwszy
raz,
rynek jakiś tam jest ale pusty i nieciekawy. Za to most na Wiśle to
prawdziwa
ekstraklasa – jeden z najładniejszych, pośród tych zabytkowych. Bo
nowe mosty oceniać należy jednak osobno. Zresztą cała Wisła prezentuje się tu
imponująco. Jej szerokie, niespokojne, wzburzone wiatrem i oświetlone palącym
Słońcem wody mają soczyście niebieski
odcień. Jeśli patrzeć na wschód, bo
patrząc w kierunku zachodnim już takich cudów nie ma. Przejeżdżam przez ów
most, zapomniawszy o potrzebach fizjologicznych – piciu i jedzeniu. A tymczasem
na drugim brzegu miasto się kończy, a zaczyna niczego sobie, jak na Kuj-Pom
podjazd. Na wzgórze z masztem na szczycie. Słońce pali coraz mocniej, sklepów
brak a mnie już zaczyna odcinać. Na szczęście po paru km jest buda z
fastfoodami. Kupuję m.in. naprawkę dobrą, fest dużą, zasypaną surówkami
zapiekankę za śmieszne 6zł :) No przecież półdarmo. We Włocławku zmieniam DK91
na krajową 67, i docieram nią do Lipna. Z Lipna zapadły mi w pamięć kosze pełne
zakrętek (jakaś akcja charytatywna) oraz bardzo smaczne lody. Następny mały cel
na mojej trasie to Golub-Dobrzyń, kolejne dziewicze dla mnie miasteczko. Na
odcinku Lipno-Golub ma miejsce śmieszna, albo i nie śmieszna sytuacja ;)
Najzwyczajniej w świecie zaszła potrzeba zrobienia dwójeczki. Wydawać by się co
za problem, w końcu odludzia Kuj-Pomu. Problem jednak istotnie był – każda
kępka drzew, każdy zagajniczek przylegał do jakiegoś gospodarstwa i wydawał się
być jego częścią. Nie było kawałka pozbawionego zabudowań, dzikiego lasu… A z
każdym kolejnym kilometrem problem narastał. W końcu jest… Uff… Na ostatnich km
przed Golubiem znalazł się skrawek państwowego lasu w którym można zrobić co
trzeba :) Jeden problem z głowy. Natomiast drugą niepokojącą rzeczą jest zagęszczające
się od niedzielnego wieczora
zachmurzenie. Jakby to ochłodzenie, ten front, co
miał nadejść z północy. Samo ochłodzenie to żaden problem, oby tylko nie lunęło
z tego granatowiejącego nieba…. Chłodno, tak że ubieram wreszcie po raz
pierwszy wieziony w sakwie kurtalon. Wiatr dalej wieje jak wiał, z płn.-wsch.,
póki co nie pada. Da się jechać. Znowu ten długaaaaachny dzień. W
Golubiu
jestem koło 22, i niebo jest granatowe, a nie czarne. Pierwsze co robię to
zakupy, bo Żabki tylko do 23ciej. Lokalizuję jedną taką, zaopatrzam się w co
trzeba i jestem gotów na noc. Drugą noc
w trasie, czyli tą cięższą. Na Orlenie wciągam jeszcze zapiekankę, i ruszam
dalej. Na wylocie z miasta mijam położony na wzgórzu, ładnie iluminowany
zamek.
Który wydaje się być jedyną atrakcją turystyczną tej dziury. Do Grudziądza
~50km. Tako rzecze przydrożny drogowskaz. Po drodze jest co prawda dziura
imieniem
Wąbrzeźno, ale prawie nic nie zapamiętałem z tego miasteczka. Poza
kościołem (ale kościoły są wszędzie) i kranikiem z wodą. Mało tego, działającym
kranikiem! Tego typu niepozorna, mała architektura na rynku jest ogromnym
wybawieniem. Pozwala zmyć z siebie część brudu, część skorupy z kremu z filtrem
z wklejonym pyłem i muszkami. Po prostu się odświeżyć :) Kilometry między
Wąbrzeźnem a Grudziądzem były zaś magiczne. Chyba najbardziej widokowe tej
trasy. Ekstremalnie krótka noc szybko dobiega końca. A od prawej strony
(wschodu) wkracza coraz to bardziej żółciejąca, coraz intensywniej różowa i wściekle
pomarańczowa łuna brzasku, wstającego nowego dnia. Bo wieczornych chmurzyskach
ani śladu, kropla deszczu też nie spadła. Na horyzoncie zaś cały rząd, cały
szereg mijających na czerwono lamp. Co to jest to jeszcze nie wiem, ale się
dowiem, jak podjadę bliżej. Interesuje mnie też dlaczego te lampki nie migają w
jednym cyklu, w jakimś schemacie, tylko jedne wcześniej, inne później, każda
inaczej. Rozważania te przerwała mi senność. Na podobnym co poprzedniego ranka
przystanku, pośród pól, urządzam drzemkę. Może pół godziny? Nie wiem. Wiem natomiast
że jest coraz bardziej żółto, pomarańczowo, różowo, coraz bardziej kolorowo i
coraz bardziej bajkowo. Zdjęcia nie oddają nawet w części tego piękna, z jakim
podnosił się kolejny dzień. Kawałek dalej już wiem czym są owe światła, i wiem
dlaczego nie migają jednym rytmem. Są to czerwone lampy na
elektrowniach farmy
wiatrowej. A migają niejednostajnie, bo śmigła wiatraków obracają się i przesłaniają
widok na lampę umieszczoną na gondoli :) Zanim będzie długo oczekiwany
Grudziądz jest jeszcze Radzyń Chełmiński. Jakaś
wieża ciśnień, i ruiny zamku,
tyle pamiętam a i to tylko za sprawą zdjęć które zrobiłem. U celu (częściowym, tymczasowym
celu), Grudziądzu chwilę po piątej. Niespełna 100tys. Grudziądz jest słynny z
faktu bycia najmniejszym miastem w Polsce posiadającym własną sieć tramwajową. Jakieś
Ozorkowy, Zgierze się nie liczą, tam sięgają tramwaje ale są one częścią
systemu komunikacyjnego Łodzi. To się ceni, wszak transport szynowy to
przyszłość. A że tramwaje to 60letnie, niemieckie
Duwagi? No i co z tego,
dostaną kiedyś dotację z Łunii i będą nówki sztuki, i będą miały po czym
jeździć. Na Shellu kolejna zapiekanka. Kusi żeby obadać centrum, jakiś rynek,
plac, cokolwiek, ale rozsądek podpowiada że nie ma czasu na takie atrakcje. I tak
idzie jak po grudzie, dobowe przebiegi robię żałosne… Shella więc tylko
zwiedzam (zapiekanka). Z Grudziądza tak właściwie to miałem na Kwidzyn, i potem
Gniew lecieć. Ale coś mi się pomieszało i w Grudziądzu wskoczyłem na most na
Wiśle. Kwidzyn wypadł więc z grafiku, do Gniewu dotrę inną drogą. Most na Wiśle
w Grudziądzu - również stary,
kratownicowy, temu z Włocławka jednak nie
dorównujący. Widok na Wielką Wisłę - podobnie
imponujący. Za mostem kolejny
skrócik. Zamiast jak leci krajową 91ką, ~20km przejadę boczną drogą, idącą
zaraz pod Wiślanym wałem. Drogą, a raczej piękną
aleją, otoczoną starymi,
nieraz wiekowymi dębami. Druga (i chyba ostatnia po drugiej nocy) senność łapie
mnie właśnie tutaj. Żaden problem, wiata jest
w sam raz. Gdy skrót się kończy, wspinam
się niczego sobie, jak na te rejony podjazdem. Z doliny Wisły na jakąś
powiedzmy że „wyżynę”, którą idzie DK nr 91. Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk,
Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk, Gniew-Tczew-Pruszcz Gd.-Gdańsk…… Powtarzam
sobie w myślach. To już tuż tuż, to już zaraz, to się nie może nie udać. W to
się uda już nie wątpię, za to jestem pewien że pobiję wszelkie moje rekordy
jeśli chodzi o zamulanie, wleczenie się, emeryckie tempo… Pogoda w niedzielę
okazuje się być podobnie piękna, słoneczna i bezchmurna co w pt./sb. Z tą
różnicą że jest ciepło, a nie duszno. Żeby nie było za łatwo wznów wzmaga się wiatr.
Jeszcze mocniejszy, i już nie płn.-wsch., a po prostu północny… *%&$^#
północy wiatr. Dołączając do tego że fakt że Pomorze bynajmniej płaskie nie jest
(jest pagórkowate, rzeźba polodowcowa), ogólne zmęczenie i zniszczenie sprawia
to że średnią brutto mogę mieć z 10km/h… No właśnie -
POMORZE – długo
wyczekiwana tablica na granicy województwa wreszcie ukazuje się mym oczom. Tablica,
a nawet dwie! Dumnie się prezentujące, po obu stronach szosy. Choć trochę
nietypowe, jedna linia – samo „Województwo Pomorskie”, nie ma natomiast jak
zazwyczaj wymienionych w dalszych wierszach nazwy powiatu i gminy do której się
wjeżdża. Drugim, poza ów tablicą (tablicami) pocieszeniem w tej niedoli, w tym
kryzysie, są piękne okoliczności przyrody. Zdjęć z kwiatami z tej trasy było
już sporo, ale to co tu się dzieje na łąkach przebija wszystko poprzednie.
FOTO.
Wg mnie najładniejsze z tej trasy. Jak widać w galerii, lubię też uwieczniać na
fotkach różne ciekawe pojazdy, maszyny, ciężarówki itp. Ale to co uwieczniłem
tutaj… No to jest ewidentnie
MASZYNA DO NISZCZENIA WSZECHŚWIATÓW!!! Produkcji
„Zakłady Mechaniczne Nowe” – bo taki zardzewiały szyld widać nad bramą tej
posesji. „Nowe” – to nazwa miejscowości. Do czego to służy to nie wiem, ale mogło by grać w flimach post-apo, steampunkt itp Dużym utrapieniem zaczynają być bolące
nieznośnie dłonie – ale tu wystarcza znany patent ze zmianą rękawiczek na inne.
Co ciekawe mniej miękkie, z zupełnie wygniecionymi poduszeczkami. W trasach
wiele razy żongluję co najmniej dwoma parami rękawiczek, plus czasem też jadę
bez. To bardzo pomaga na ból dłoni. Ileś tam podjazdów, ileś zamulań na
przystankach i ileś ton wiatru wyłapanego na twarz dalej jest Gniew. Miasteczko Gniew, z ładnym widokiem na
starówkę znad rzeki. Coś jak Malbork, choć oczywiście to nie ta sama liga. Fotka
z tym
widokiem musi mi wystarczyć, trzeba męczyć te pozostałe do Morza
kilometry a nie zwiedzać. 30km czołgania się i jest
Tczew. Też tylko szybko
przez centrum, i podejmuję decyzję że zamiast na Pruszcz, i na Gdańsk, zahaczę
po drodze o jakieś nadmorskie wioseczki, i o plażę kawałek od 3miasta. +-35km,
tyle zostało do brzegu. Dużo i niedużo zarazem. Przez chwilę to się w ogóle
wichura w twarz włącza. Steblewo, Cedry Wielkie, Cedry Małe. Kolejne wioseczki
w tej Żuławskiej dolinie. Podobna nieco sytuacja co wcześniej, jak mi się
dwójkę chciało w Kuj-Pomie. Tzn. teraz mi się nie chce, ale podobnie jest to
wszystko zurbanizowane, zorganizowane. Jedzie się pośród wysokich drzew,
niemalże w lesie ale wokół dom za domem. Tak jakby każdy ten zagajniczek, każde
do drzewo do kogoś należało, rosło mu w ogródku po prostu. Trochę tych
wioseczek, trochę normalnych lasów i widzę wreszcie jakąś wodę. A na tej wodzie
porcik, pełen żaglówek i łódeczek. Porcik na Martwej Wiśle – teraz wiem z mapy.
Kawałek jadę wzdłuż wału, zza którego ewidentnie widać spory kawał wody – to
jest właściwe koryto
Wisły, na ostatnich km jej biegu! Emocje sięgają zenitu, zmęczenie
gdzie znikło, wiatr w niczym nie przeszkadza. Jakaś śluza i BARDZO efektowna
aleja, obsadzona wielkimi topolami. Tablica „GDAŃSK”. Świbno. Znany mi już, za
sprawą trasy z 2018 roku,
prom. Przez Wisłę rzecz jasna. Oczywistym jest że
skorzystam :) Taki prom to atrakcja sam w sobie, a nie tylko jakaś tam
przeprawa na drugi brzeg rzeki. W ogóle promy to są klimaty, a nie jakieś tam
mosty. To oczekiwanie na zaokrętowanie, widok kołyszącej się łajby, miłe
pogawędki z sympatyczną obsługą, przyglądanie się technikaliom pływającej
jednostki. A ten prom jest naprawdę konkretny, największy jakim płynąłem. Musi
być konkretny, bo obsługuje konkretną trasę: drogę łącząca nadmorskie kurorty z
3miastem. Zabiera do 18 osobówek, + sporo motocykli, rowerów, pieszych.
Rowerzysta 5zł. x2 trzeba liczyć, bo zaraz będę wracał. Ale tym się nie
martwię, nie pływam przecież tym promem codziennie do pracy. Razem ze mną
płynie też inny, nazwijmy Go, kolarz. Pro ubrany, jakieś Castelli i inne drogie
ciuchy, oksy za tysiaka i inne cuda na kiju. I do tego ebike… Jakoś mnie zawsze
mnie śmieszą tacy zawodnicy ;) Ale co kto lubi. Wiatr wieje taki, takie fale,
że holownikiem nieźle kiwa. Nagrałem nawet
filmik. A i promem lekko kołysze. Aż
mi się trochę nieprzyjemnie przez ten krótki czas przeprawy zrobiło ;) 500m
żeglugi, bo tyle szerokości ma przy ujściu Wisła, i jestem na drugim brzegu.
Prowadząc rower po wyślizganych kocich łbach poprzedzielanych piachem podziwiam
kozaka lecącego żwawo na szosówce po
tym czymś w dół :O Ja bym na bank
wyglebił. Emocje sięgają zenitu. Zaraz, po 2,5 dobach jazdy zobaczę Bałtyk! Nie
szukam nie wiadomo czego, na plażę dotrę pierwszym z wejść po drugiej stronie
Wisły – w Mikoszewie. Skręcam w ulicę Bursztynową. Wioska kończy się, a zaczyna
gruntowa droga przez nadmorski las. Ten ciągnie się przez 1,5km że aż zastanawiam
się czy na pewno jadę na północ a nie skręciłem na wschód czy zachód. Ale nie,
wszystko się zgadza. Zaczynają się betonowe
płyty. A każda kolejna z nich coraz
to bardziej, i bardziej przysypana piachem. W końcu płyty kończą się a zaczyna
sam piach :) Szum Morza słyszę już dawna. Oto i jest! 17.37, 14.05 AD 2020.
Piąty
raz w życiu dotarłem na rowerze nad
Bałtyk :)
No, tak właściwie to czwarty – bo
ten pierwszy raz z 2017 roku to nie wiem czy się liczy. To był początek
października, noc, i skończyło się na zwiedzaniu Gdańska. Nad samo Morze
dotarłem pierwszy raz w 2018. Wtedy po raz pierwszy po kilkudziesięciu
godzinach jazdy dotarłem na samą plażę. Gdy usłyszałem szum fal, zobaczyłem
zlewającą się z horyzontem falującą taflę wody, i zanurzyłem stopy w gorącym piasku,
a zaraz potem w ciepłej wodzie Bałtyku to był prawdziwy rowerowy orgazm :D Teraz
jest „tylko” bardzo fajne uczucie osiągnięcia ambitnego celu :) Samo
plażowanie: z pół godzinki tylko. Głowę bowiem coraz bardziej zaprząta mi
problem powrotu PKP, ale o tym za chwilę. Plaża, o dziwo, prawie pusta.
Pojedyncze, spacerujące osoby. Tylko jeden pieseł się pluska. Z jednej strony
to dobrze. No a z drugiej niedobrze. Bo mniej ładnych widoków ;) Tak więc tylko
zamoczyłem się lekko w całkiem ciepłej wodzie, zmyłem z siebie część brudu -
żeby śmierdzieć trochę mniej, zrobiłem kilka fotek, no i zbieram się. Oprócz
„widoków” brakło też gorącego, rozpalonego Słońcem piasku. Piasek był tylko
letni :/ Z mozołem pcham rower z powrotem, przez piach. Z każdym rokiem idzie
coraz ciężej. Bo z każdym rokiem mam coraz węższe, coraz bardziej zasysane
przez miałkie podłoże oponki ;) Pchanie MTB w 2018r na 32mm semislickach to był
lajcik. Pchanie szoski na 25mm gumkach to jest naprawdę duży wysiłek. Nie chcę
przesadzić, ale wg. mnie wysiłek podobny jakby pchać zepsute auto. Czasem to aż
lżej jest nieść. Przez ten sam las wracam do Mikoszewa, i tym samym promem
wrócę na drugi brzeg Wisły. Pływa co pół godziny. Akurat zdążam wciągnąć
niezłego, i niedrogiego (8zł?) hamburgera w budzie przy przystani. Znowu 5zł na
przeprawę. Po tym odpoczynku na plaży, i tym hamburgerze moc w nogach czuję
potężną. Tak że na podjeździe na drugim brzegu staję na pedałach i pokazuję
kolarzom nizinnym jak to się robi w Małopolsce ;) Z tego co pamiętam spod tego
promu do centrum Gdańska jest +-20km. Na razie droga jest jedna, DW501. Po
kilku km docieram do mostu w Sobieszewie, nad Martwą Wisłą. Pachnącego
nowością,
mostu zwodzonego. W 2018, gdy ostatnio tu jechałem, był jeszcze w
budowie, a przejeżdżało się jakimś tymczasowym mostem, pontonowym. Na
podnoszenie, i przeprawę jakiegoś statku niestety się nie załapuję. Kolejne
kilometry wojewódzkiej szosy to imponujące widoki na ogrom przemysłowych
instalacji
Rafinerii Gdańskiej. Spotykam tu jakichś bikerów, też w podróży, z
Poznania podążają, zamieniliśmy kilka słów. Kolejne km to gładka, szeroka,
asfaltowa
DDRka przecinająca chaszcze i nieużytki przemysłowych rubieży
Gdańska. Do samego centrum wtaczam się pewnym „skrótem” – drogą ze
zdemolowanych, betonowych
płyt. Eh, w Gdańsku to zawsze gdzieś pobłądzę w tych
portach, fabrykach, magazynach itp. Zaraz jestem w centrum, jest i
Motława.
Jest zabytkowy żuraw, są bramy, jest
Długi Rynek, Fontanna Neptuna. Jest cała ta zabytkowa, dość
dobrze mi już znana starówka. Zwiedzam więc tylko przejazdem a kurs obieram na
dworzec PKP. Bo tak właściwie to plan powrotu posypał się dawno. Jest
niedzielny wieczór, godzina 21sza, trzeci dzień w trasie, zbliża się też
trzecia noc. Planowo miałem wracać o 16.40, Pendolino do Wawy, potem TLK i w
Krk przed północą. Ale to musiał bym odpuścić plażę, lecieć na Gdańsk i od razu
wskakiwać do pociągu. W telefonie sprawdzam dokładnie, kolejno, jedna po
drugiej, wszystkie alternatywy. Druga opcja to dwa ICki, z przesiadką w
Poznaniu. Odjazd o 19tej, w Krk po 5tej rano. Z tym że tu na przesiadkę są 3
minuty, nie wiem czy te pociągi są skomunikowane, zresztą i tak nie zdążyłem. Wariant
trzeci to nocny, bezpośredni TLK. Odjazd przed północą, w domu po 9tej rano. To
on mnie najbardziej interesował. Ale szkopuł z nim był taki, że to nocny. I ma
w składzie dużo miejsc do spania, dużo kuszetek a mało zwykłych, siedzących, do
tego nie wozi rowerów. Ten problem da się obejść robiąc z roweru „duży bagaż podręczny”.
Mam to opanowane, wystarczy trochę folii, taśmy i dwa imbusy, w 2018 roku tak
wracałem. Ale biletu kupić się nie da, wg. internetowego systemu wszystkie
miejsca w 1/2 klasie zajęte. Pewnie zostały same kuszetki… Bezpośrednie
Pendolino o wpół do siódmej rano w pon.? Wszystkie miejsca na rower zajęte… A chyba
nie będę próbował złożonego roweru do Pendolino pakować, tam jest bardzo ciasno.
Teoretycznie można by zapytać w kasie, może to jakiś błąd w internetowym
systemie i w kasie uda się kupić bilet na rower. Ale kasy na dworcu głównym w
400tys. mieście… nieczynne. Zabytkowy gmach jest w remoncie. Obok stoi jakiś
barak z tymczasowymi kasami, otwartymi 6-16, czy jakoś tak :DDD Nawet jakbym
kupił bilet bez roweru a miejsce na rower w rzeczywistości by było, to i tak
pokładzie Pendolino biletu na rower (żadnego biletu) kupić nie da, pewnie
zapłaciłbym karę. Stanęło na pierwszym porannym TLK. Odjazd wpół do szóstej, w
Krakowie po 13. Jako że mam przed sobą całą noc na zwiedzanie to kupuję bilet z
Gdyni, tam ten startuje. Aha, rowerów teoretycznie nie wozi. Kupiłem więc bilet
na większy bagaż. I obieram kurs na Urząd Pocztowy Number One, otwarty 24/7.
Późny niedzielny wieczór. Niehandlowy wieczór. Tam w 2018 roku kupiłem folię i
taśmę, i teraz chcę zrobić to samo. Urząd Pocztowy nr 1 w Gdańsku mieści się na
tyłach zabytkowej kamienicy, zaraz przy Długim Rynku. Jest tu naprawdę
klimatycznie :) Wielkie, ciężkie, stare drewniane drzwi. Wysoki chyba na 4m
hol. U sufitu ogromny żyrandol z podobnej epoki, świecący dziesiątkami żarówek.
A ściany pokryte są SETKAMI małych, stalowych, ponumerowanych skrzyneczek. Skrytek
pocztowych. Wszystko to wiekowe, nadgryzione zębem czasu, z poprzedniej epoki, niesamowicie
się prezentujące.
Zdjęcie takie sobie, niewiela widać. Taśmy ani folii co
prawda nie mają – długi weekend, wszystko wyprzedane. Ale i tak warto było
wstąpić, żeby jeszcze raz obejrzeć to wyjątkowe miejsce :) Zaczynam powoli
toczyć się w kierunku Gdyni. W całodobowym spożywczym znalazł się regalik z
artykułami higieniczno/przemysłowymi, i kupiłem rolkę worków na śmieci. Taśma –
przypomniało mi się że w moim podręcznym, 1,5kg pakiecie narzędzi zawsze wożę
taśmę naprawczą. Czyli powrotem nie zaprzątam już sobie głowy. Głowę zaprząta
mi teraz co innego. Zbliżająca się noc. Trzecia, nieprzespana normalnie noc.
Nie lubię i boję się trzeciej nocy. Planowałem rozsądnie, tylko dwie noce ale
zrobić. Wyszło jak wyszło. Dwa upalne, duszne dni, trzeci dzień po wiatr, szło
jak po grudzie. Do tego swoją cegiełkę dorzuciło PKP, i chcąc nie chcąc będę
się teraz włóczył z halucynacjami po 3mieście. Tzn. jeszcze jest OK, ale wiem
że to kwestia najbliższych godzin jak zacznie być grubo. Jak ktoś nie wierzy w
cuda, to zapewniam że cuda istnieją. Cuda dzieją się trzeciej nocy w trasie na
rowerze ;) Mijam
Stocznię Gdańską, potem jakieś inne zakłady przemysłowe.
Kończy się Gdańsk, a zaczyna Sopot. Turlam się raczej bocznymi uliczkami,
ścieżkami rowerowymi, chodnikami. Żeby w razie jak usnę po prostu wyglebić a
nie wpaść pod koła samochodu. Odnajduję ładny bulwar, deptak,
promenadę nad
samym brzegiem morza. Ścieżka rowerowa też tu jest. Pierwszy raz jestem w
Sopocie i naprawdę pięknie się to prezentuje. Oczywiście pustki zupełne, jest
noc z niedzieli na poniedziałek. A z tej efektownej alejki co kawałek są
zejścia na plażę. Tak więc pierwszy raz zobaczyłem jak wygląda morze
nocą :)
Promenada kończy się, a do Gdyni docieram jakimś terenowym leśnym
szlakiem,
trochę jadąc, trochę prowadząc a trochę niosąc rower ;) Od jakiegoś czasu mam
już halucynacje – te co najczęściej. Widzę sylwetki ludzi, które gdy podjeżdżam
bliżej zmieniają się w to czym naprawdę są – koszem na śmieci, krzaczkiem,
słupkiem itp. Co usiądę na ławeczce to boję się że usnę, i że ktoś ukradnie mi
rower. Zawsze staram się przypinać rower łańcuchem do ławki / jak się nie da,
to do mojego uda ;) Ale czasem zdarza mi się zapomnieć. Jest jedna rzecz której
nad morzem ciągle nie widziałem, a chciałbym zobaczyć – statki. Ale takie prawdziwe,
wielkie, pełnomorskie jednostki. 200, 300m i dłuższe. Wiem już że widoków na
takie cudeńka trzeba szukać właśnie w Gdyni a nie w Gdańsku. A jestem w Gdyni,
i mam 3 godziny czasu. Ale nie mam już sił, mam dość, za dużo wrażeń, za dużo
szczęścia na raz. Zrobiłem tylko jakąś pętelkę po terenach
przemysłowych,
statków nie było, jadę na dworzec. Dochodzi 4ta. W pół godziny z pomocą dwóch
imbusów, taśmy i worków na śmieci robię z roweru duży bagaż podręczny. Łatwa
sprawa, odkręcić 3 śruby przy mostku, jedną przy sztycy, rozpiąć dwa
szybkozamykacze kół. Wyjąć widelec, i sztycę. Złożyć to wszystko kompaktowo,
jedno do drugiego, obkleić taśmą, opatulić workami, jeszcze raz taśma, i voila!
Jest bagaż podręczny. Mam jeszcze godzinę, ale nie wpadłem na pomysł
zorganizowania czegoś ciepłego, lub przynajmniej niesłodkiego do jedzenia.
Kilka batoników tylko kupiłem w automacie, plus litr wody mi został. Będzie musiało
wystarczyć na 8h podróży. Wystarczy z zapasem, nie będę miał siły nic jeść. Wsiadam
do ostatniego wagonu,
pakunek stawiam na końcu składu, przypinam łańcuchem,
kluczyk chowam do majtek ;) Dzięki czemu nie boję się że usnę na dłuższy czas.
Tak właściwie to przedział i miejsca na rowery to wydaje mi się że były. Ale kto to mógł wiedzieć. A nawet jakby nie było i tak pewnie udało by mi się przewieźć ten rower w całości. Wolałem mieć jednak 100% pewność że do tego pociągu wsiądę i nim pojadę. A nie że jakiś konduktor służbista mnie wyprosi. TLK wlecze się i wlecze, ale to jest bez znaczenia. Jest miękki fotel, nie pada
na głowę, nie wali gradem po nerach. Nie jest zimno ani gorąco, jest toaleta z
wodą i papierem toaletowym. W porównaniu do jazdy rowerem podróż koleją to jest
przecież wypoczynek, regeneracja, relaks, chillout :) Do Krakowa pociąg dociera
planowo. W 20 minut z bagażu podręcznego robię zdatny do jazdy rower. Na
liczniku 678km. Jestem zregenerowany, głupotą byłoby więc nie dokręcić do 700.
Robię małą rundkę po mieście, zahaczam o serwis rowerowy o coś zapytać, oraz
oglądam słynny balon. Jest w Krakowie taki balon widokowy nad Wisłą, można
sobie polatać ponad miastem. A właściwie to
BYŁ, a nie jest. A SŁYNNY dlatego,
że przedwczoraj rozerwała go burza. Tutaj
link, w ramach ciekawostki. W domu o
15.30, 80,5h od wyjazdu, jeśli dobrze liczę :)
Kolejna niesamowita przygoda za
mną :) Piąty raz nad morze, mnóstwo nowych miast, dróg, krain zaliczone.
Właściwie to wszystko co po ~200km trasy, z małymi wyjątkami, było nowością. Sam
natomiast aspekt sportowy tej wyprawy to tak jak wspominałem nie raz – masakra.
Jeżdżę coraz wolniej. Średnie robię tak niskie, że ze wstydu w ogóle przestałem
je wpisywać. Z tym że średnie netto to jedna rzecz, a średnie brutto – druga. W
ogóle nie trzymam tempa, jakiegoś reżimu. Czas przecieka mi przez palce na
przystankach i ławeczkach. Mój max wynosi obecnie 800km. I wydaje mi się że
osiągnięcie w ten sposób celu, czyli przejechanie tysiaka nie jest możliwe.
Wystarczy mi kondycji, wystarczy tyłka, i wystarczy dłoni. Ale pokona mnie
senność. Czasu czuwania nie można tak sztucznie wydłużać w nieskończoność. To
nie może trwać tak długo. Jeśli chcę myśleć o 1000, muszę zacząć jeździć
szybciej. Z drugiej strony takie emeryckie tempo ma też swoje plusy. Te 20, 30, czy nawet 40 godzin w siodle każdej trasy niesamowicie utwardziły mój organizm. Dolegliwości ze strony tyłka są u mnie po prostu zerowe. Po tym tripie tyłek jak zawsze, niedraśnięty, żadnych boleści. A jeżdżę bez pampersa i ważę prawie stówę. Kark, plecy, przedramiona, nadgarstki - tak samo. Tylko dłonie od czasu do czasu się odzywają.
Coś jeszcze? Aaaa - tak! 3 dni jechałem i zapomniałem zjeść
normalnego obiadu :D Tylko słodkie + fast foody ;) Ale to się chyba nie ma czym chwalić, bo to raczej był błąd..
6.55 (pt) - 15.30 (pon)
Nowe Gminy: 27
Łódzkie: 8
Czarnocin
Będków
Rokiciny
Stryków
Krzyżanów
Kutno obszar miejski
Kutno teren wiejski
Łanięta
Kuj.-Pom.: 13
Fabianki
Zbójno
Golub-Dobrzyń obszar miejski
Golub-Dobrzyń teren wiejski
Dębowa Łąka
Ryńsk
Wąbrzeźno
Radzyń Chełmiński
Gruta
Grudziądz obszar miejski
Grudziądz teren wiejski
Dragarz
Nowe
Pomorskie: 6
Gniew
Pelplin
Subkowy
Tczew teren miejski
Tczew obszar wiejski
Suchy Dąb
Kategoria > km 700-799, Powrót pociągiem
Konin
d a n e w y j a z d u
406.51 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Lepszy wróbel w garści, niż gołąb na dachu. (wróbel = Konin, gołąb = Poznań). Potem napiszę kilka zdań.
EDIT: Albo i nie napiszę. Bo jest grudzień i dalej nic tu nie ma :D
https://www.alltrails.com/explore/map/map-f8417d0--20?u=md
https://photos.app.goo.gl/eSHHccrKo8uMUHQ86
8.35 (sb) - 00.35 (pon)
Nowe gminy: 7
Wielkopolskie: 7
Grabów nad Prosną
Sieroszowice
Nowe Skalmierzyce
Żerków
Czermin
Zagórków
Rzgów
Kategoria Powrót pociągiem, > km 400-499
Strzelce
d a n e w y j a z d u
117.44 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Trasa podobna jak tutaj:
https://www.alltrails.com/explore/map/map-cab070d--13
Dojazd wojewódzką, powrót wałem Wiślanym. Z tym że na WTR wjechałem dopiero za mostem na Rabie, w Uściu.
https://photos.app.goo.gl/1nSUDkB5QpaxWkPX8
17.10 - 00.35
Zapierdalacz czerwiec 2020 (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
11.31 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
W zasadzie to póki co jedna przejażdżka szosówką do paczkomatu w Boże Ciało, 11.06
+test szoski 25.06 2,15km





























