WaWa 1
d a n e w y j a z d u
250.10 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/CceVDVUxUXsXKLdN7
https://www.alltrails.com/explore/map/map-august-13-2024-4f81b1d?u=m&sh=qek9hh
(na śladzie tylko 150km bo ~90km to szwędanie się 14h po Warszawie +10km powrót z dworca w Krk)
Przejażdżka do stolicy Lechistanu. Czyli do wspaniałej,
dumnej Warszawy :) W Wawie zawsze coś ciekawego
się zobaczy, coś się pozwiedza. Tak było i tam razem :)
A żeby tego czasu (i sił) na zwiedzanie było więcej,
zazwyczaj skracam sobie trasę i podjeżdżam kawałek pociągiem, np. do Kielc czy
Radomia. Dziś stanęło na podwózce PKP do Skarżyska-Kam. Regio odjazd z Krk
Głównego 9.06, przyjazd 12.11 – przynajmniej rozkładowo. Bo małe opóźnionko
oczywiście było, i do Skarżyska dotarłem o 12.30. O dziwo pociąg nie był nabity
na full, nawet udało się trochę posiedzieć. Bo jak patrzyłem przed wyjazdem to
wszystkie miejscówki w pociągach IC/TLK do Wawy pozajmowane. Tak samo i w
pociągach powrotnych do Krakowa. W piątek nie dało już kupić się biletu z
rowerem na niedzielę. Ino same miejsca dla niepełnosprawnych się ostały wolne.
A ja nie zamierzam być niepełnosprawny i zwichnąć sobie kolana, tak jak w trakcie pewnej wycieczki do
stolicy z 2020 roku ;) Wolne miejscówki są tylko w Pendolino. I taki też bilet sobie kupiłem na drogę powrotną. Z rowerem 178zł… Ale już nie podróżuję pociągami tyle co
kiedyś, więc czasem mogę sobie zaszaleć. Ze Skarżyska wylatuję starym szlakiem 7ki,
który miejscami pozostał po wybudowaniu S7. Pogoda jest bardzo przyjemna, koło
25 stopni, umiarkowane zachmurzenie (niegroźne białe baranki) i mocniejszy,
południowo-zachodni wiaterek. Choć mógłby być bardziej z południa niż z
zachodu. Potem kawałek serwisówką, i docieram do Szydłowca. Jakieś tam zwiedzanie,
fotka na ryneczku. Dalej jadę Route no. 735. Czyli znowu starą DK7, która po
wybudowaniu expresówki została zdegradowana do rangi drogi wojewódzkiej. Jest
przez to bardzo szeroka, a ruch niewielki, na rower super. Parę km za
Szydłowcem zaczyna się bardzo dłuuuga prosta. Wg mapy 21km prostej jak strzała
drogi, aż do wylotu z Radomia! Jako że skończyły mi się kanapki i picie, w
Radomiu robię zakupy w Biedrze. Za Jedlińskiem 735ka kończy się, i kontynuuję
podróż serwisówkami, raz jedną, raz drugą stroną eski. Zdarzają się szutrowe odcinki ale one mi nie straszne, mam opony 28ki. Przypadkowo trochę robię mały
skok, w bok, oddalam się od S7 i zaliczam Suchą. Przejeżdżam tam piękną,
obsadzoną ogromnymi starami kasztanowcami aleją. Ul. Kasztanowa zresztą tak się
ona nazywa. Zaraz potem ładne, zadbane miasteczko – Białobrzegi. Zawsze wciągam
tam kebaba, wciągam i dziś. Słońce powoli zachodzi ponad owocowymi sadami
południowego Mazowsza. Mnie też idzie jakoś powoli. Będę w tej Wawie chyba o
północy, a planowałem o 21szej ;) W Grójcu już po zmroku. Tu wskakuję na
ostatnią prostą: DW722 do Piaseczna. Gdyż mam złe doświadczenie z zakazami na
krajowej 7ce na tym odcinku. Przejeżdżam przez mrożący krew w żyłach znajomy
przejazd kolejowy. A właściwie to CH*J a nie przejazd kolejowy. To jest po prostu pułapka do zabijania
rowerzystów. Tonący w mrokach nocy w żaden sposób NIEOZNAKOWANY nieużywany tor
kolejowy pojawiający się znikąd, i przecinający drogę pod kątem ok. 15 stopni.
To tu właśnie w 2020 zwichnąłem sobie prawe kolano, w którym coś strzela mi po dziś dzień a prawą nogę mam ciągle trochę mniejszą od lewej. Dziś i
tak jest to już zalane asfaltem na gładko więc nie jest już śmiertelnie niebezpieczne. 4 lata temu były głębokie rowki, jak
szyny tramwajowe na ulicy w mieście. Ciekawe ilu rowerzystów tu wyjebało zanim
ktoś poszedł po rozum do głowy i cokolwiek z tym zrobił? Robi się całkiem chłodnawo. Jeszcze jedne
zakupy w Biedrze, póki otwarta. Miejscowość o wdzięcznej nazwie Łoś, no i
Piaseczno. Czyli taka prawie już Warszawa, gdyż zlewa się ono z ogromną aglomeracją stolicy. Miasteczko znane z kolejek
wąskotorowych, stoją zabytkowe lokomotywki, można obejrzeć. Do stolicy docieram
chwilę przed północą. Ciągnę do centrum, żeby rozpocząć jakieś zwiedzanie. Po
drodze ma miejsce niestety mały wypadek, z moim udziałem, acz nie z mojej winy.
Zderzam się czołowo z rowerzystką. Idiotka jechała pod prąd, lewą stroną
ścieżki i gapiła się wszędzie dookoła tylko nie przed siebie. Uderzyliśmy w
siebie prawymi stronami kierownic. Baba poleciała z rowerem na bok a toczyłem
się dalej do przodu :D Odbiła się ode mnie jak od ściany :DDD Na szczęście
nikomu nic poważnego się stało. Pani rozcięła palec a mnie trochę przytłukło
palce. Rowery też całe, przynajmniej mój.
Gdy zbliżam się do Mostu Poniatowskiego do mych uszu dociera głośny ryk.
RRTRRBBBR. RRRBBTTRRR. BBRRRTRR!!!
Myślę sobie co to, ciężarówki, autobusy jakieś? Ale raczej
nie, ten ryk jest za głośny. Podjeżdżam bliżej a tu… Wisłostradą suną Kraby,
jeden za drugim! Kraby w sensie armatohaubice takie. No tak, za parę dni wielka
defilada z okazji Święta Wojska Polskiego, i trwają próby. Cała Wisłostrada zamknięta
dla ruchu, obstawiona barierkami i setkami żołnierzy WOTu, którzy pilnują
porządku. Niestety to co widziałem to końcówka kolumny, właśnie Kraby były na
samym tyle. Ale popytałem Terytorialsów, i powiedzieli mi że będą jeszcze
jeździć rano. Tak więc będę się kręcił nieopodal żeby nie przegapić. Tymczasem
jadę pozwiedzać ścisłe centrum, i obieram kurs na PKiN. Coś tam pojeździłem
pośród szklanych, sięgających niebios wież. Coś tam poszwędałem się jeszcze wzdłuż
Wisłostrady. Zamknięta dla ruchu na odcinku ładnych kilku km! Wszędzie roi się
od żołnierzy, policji i innych bodyguardów. Widziałem też akcję usuwania aut
zaparkowanych w miejscu zarezerwowanym na próby defilady chyba. Podjechało
kilka holowników: jedna oś auta na widły, pod drugą oś mały 4-kołowy wózek.
Siup do góry i odjeżdżamy w siną dal! :D Coraz bardziej zaczęła morzyć mnie
senność, tak że chcąc nie chcąc zdrzemło mi się trochę na ławeczce. Obudził
mnie zbliżający się ryk silników. Oho, nadjeżdżają! Tym razem zobaczyłem
wszystko. Czego tam nie było! Począwszy od quadów, lżej lub ciężej
opancerzonych terenówek. Poprzez różne wyrzutnie/działka na podwoziach
ciężarówek, kołowe transportery i BWP. Na tyle zaś było to najciekawsze, tj.
reprezentacja pojazdów gąsienicowych ;)
RRTRRTRRBBBR. RRRBBTTRRR. BBRRRTRR!!!
I tak razy kilkadziesiąt? x100?
Bo tyle tego było. Abramsy, Leopardy, K2, Kraby, Borsuki, i
cała masa innego sprzętu. I to nie po jednej sztuce. Tylko ze 20 Abramsów, 20
Leopardów itd. Gościnnie chyba było też kilka pojazdów armii innych niż Polska
– USA/GB? Wrażenia niesamowite. Stałem kilka metrów od tych przejeżdżających
potworów. Ziemia drżała od gąsienic. Drżały też moje wnętrzności, od ryku
silników ;) Dosłownie, tak jak na koncercie stanie obok głośnika, i żołądek
wpada w wibracje, tak było i tutaj. Gdy wszystko już przejechało, pojechałem za
nimi, na południe. Tam stały dziesiątki zestawów niskopodwoziowych, i
obserwowałem operację załadunku całego tego sprzętu gąsienicowego na naczepy. Poszwędałem
się jeszcze trochę za dnia: przejechałem nową kładką pieszo-rowerową nad Wisłą,
z drugiej strony Wisły zwiedziałem Pragę. Zajechałem na Krakowskie
przedmieście, pod zamek, odwiedziłem sejm na Wiejskiej, oraz szutry i chaszcze
wzdłuż Wisły. Tam się przebrałem w czyste ciuchy. Standardowo obejrzałem uroczystą zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Kebab. I na pociąg, Pendolino, odjazd
14.48. Express, do Krk niecałe 3 godz. jazdy. Większość spałem/drzemałem. W
domu po 18tej.
Udana wycieczka, Warszawa zawsze spoko. Zawsze coś ciekawego
się zobaczy. Ale może trzeba było jechać 15 sierpnia na defiladę? Tylko że
znając życie, to takiej defilady to się raczej nie zobaczy. Zobaczy się tylko
morze ludzi. Taki jest problem z tymi wszystkimi imprezami na ulicach miast, że
nic widać bo są za duże tłumy. Tylko słychać jak spiker coś tam mówi, muzyka
gra, ale nie widać nic, poza głowami ludzi. Może za rok?
8.10 (sb) - 18.25 (ndz)
Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem
WTR i in.
d a n e w y j a z d u
115.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Czyli leniwa niedzielna przejażdżka. Krk - Zakrzów - Niepołomice - Droga Królewska - Puszcza - Baczków - Bochnia (kebab) - Baczków - Puszcza (leżakowanie) - puszczańskie MTB na rowerze szosawym - zagubiony 15t most w Puszczy - Chobot - WTR do Krk - Bagry
https://photos.app.goo.gl/hPnYNmpLhGcNBoza6
9.15 - 20.50
Kategoria > km 100-149, WTR 2024
Czołg sierpień (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
13.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Czołg
Tyle wyszło w sierpniu ze zbiorówki, ino jeden dzień.
14.08 13,4km ino praca
Kategoria Zbiorówka :(
Zapierdalacz sierpień (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
709.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

1.08 13,2km ino praca
2.08 85,1km praca +po pracy Puszcza, WTR itp. itd.
3.08 66,3km ino serwis Czołgu, i po deszczu przejażdżka Tribim: WTR za Niepołomice i nazad, i po mieście.
5.08 16,2km ino praca
6.08 84,5km praca +po pracy WTR, Puszcza, WTR, całkiem chłodnawo
7.08 66,2km praca +wieczorny objazd WTR
8.08 13,5km ino praca
9.08 64,9km praca +wieczorny objazd WTR
12.08 12,6km ino praca
13.08 12,7km ino praca
19.08 12,6km ino praca
20.08 60,2km praca +WTR wieczorem
21.08 13,2km ino praca
22.08 60,8km praca +WTR wieczorem, całkiem chłodno, za to piękny zachód Słońca
23.08 13,4km ino praca
25.08 74,6km Łagiewniki, Zakopianka (Deca, oglądanie rowerków), Borek Fał, Kryspinów, WTR przez Tyniec do Skawiny, Swoszowice, Kraków, Czyżyny (drugi Deca), Drops.
26.08 13,3km ino praca
27.08 12,9km ino praca
28.08 13,5km ino praca
Kategoria Zbiorówka :(
Rabka - Krk
d a n e w y j a z d u
68.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:59.20 km/h
Temperatura:22.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
Powrót z urlopu. Rabka - Mszana - Kasina - Wiśniówa - Dobczyce - Wieliczka - Krk. Pogoda z początku mocno niepewna, no i w Kasinie lunęło. Z godzinę na przystanku czekałem. A potem coraz bardziej się rozpogadzało.
Zaliczone szczyty:
Beskid Wyspowy:
przeł. Wielkie Drogi 562
przeł. Wierzbanowska 502 












12.40 - 19.00
Kategoria > km 050-099, Rabka 2024
Trstena
d a n e w y j a z d u
118.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Nie miałem pomysłu na tą wycieczkę. Niby miałem jechać na przeł. Krowiarki, bo dawno nie byłem. Ale zmęczony byłem z deka po wczorajszem Młynnem. Zatem stanęło na tym, że krajówką dojadę do Trzciany, a potem wrócę do N. Targu ścieżką rowerową, Velo cośtam. I to był strzał w dziesiątkę.
https://photos.app.goo.gl/beXFHywkmxqBxXeZ7
https://www.alltrails.com/explore/map/27-07-2024-trstena-4fd5aad?u=m&sh=qek9hh
10.55 - 21.30
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709
Gorce:
Przeł. Sieniawska 711
Kategoria > km 100-149, Rabka 2024
Młynne Uphill!
d a n e w y j a z d u
124.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:64.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

MNIAM!
Pogoda wróciła do normalności. A dziś atak na Młynne. Czyli taki Tour de Gorce w zmienionym wariancie. Zamiast na Zabrzeż i dalej na Krościenko, za Szczawą skręcam na Zasadne. Po paru km zaczyna się właściwa część podjazdu na przeł. Wierch Młynne, z maxami pod ładne kilkanaście %. Całość wciągnięta z krzesła na raz na przełożeniu 34x32, czyli 1,06. Choć nie będę ściemniał, ratowałem się jadać zakosami. Potem zjazd i kolejna wspinaczka, na przeł. Knurwoską, po bardziej już rozsądnym nachyleniu. Potem standard, do New Targu i przez Sieniawę do Rabki.
https://photos.app.goo.gl/vt5yrFn96xjNtA3H9
https://www.alltrails.com/explore/map/26-07-2024-mlynne-uphill-afecc60?u=m&sh=qek9hh
10.25 - 21.15
Zaliczone szczyty:
Gorce:
Przeł. Przysłop Lubomierski 750
Przeł. Wierch Młynne 750
Przeł. Knurowska 846
Przeł. Sieniawska 711
Kategoria > km 100-149, Rabka 2024
Zakopane
d a n e w y j a z d u
113.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:17.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Standardowa pętelka do Zako. Znaczące ochłodzenie, koło Witowa ledwie 16'C. Ale najważniejsze że nie padało. W Zakopanem schabowy w moim ulubionym barze mlecznym, w cenie jak nie z baru mlecznego.
https://photos.app.goo.gl/ky8XLAwHmq9B1LXG8
https://www.alltrails.com/explore/map/25-07-2024-zako-0b3f44d?u=m&sh=qek9hh
12.10 - 21.15
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki
Przeł. Pieniążkowicka 709
Gorce:
Przeł. Sieniawska 711
Kategoria > km 100-149, Rabka 2024
Gwóźdź programu - Balaton!!!
d a n e w y j a z d u
505.46 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:68.50 km/h
Temperatura:35.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/Nup3f9JNaSuKrTPX8
https://www.alltrails.com/pl-pl/explore/map/21-23-07-2024-balaton-690d839?u=m&sh=qek9hh
(nie jestem pewien trasy przez samo południe SK. Dodatkowo parę km zwiedzanie Budapesztu i na koniec 45km odcinek na rowerze Trstena-Rabka)
Balaton chodził mi po głowie już od dawna, ale zawsze jakoś
kończyło się tylko na Budapeszcie. Powodem nie był bowiem sam dojazd nad
jezioro (km niewiela więcej niż do stolicy Węgier) a raczej kłopotliwy powrót. Z
jakichś miasteczek nad samym wschodnim krańcem jeziora do Rabki żelaznym
szlakiem to minimum 4 pociągi +końcówka 45km gratis na ogumionych kołach, Trstena-Rabka.
Tym razem jednak stwierdziłem że mam to w dupie, i atakuję węgierskie morze.
Bratysława miesiąc temu weszła gładko jak nigdy, tak pójdzie i tym razem :) I
poszło :)
Na tradycyjny coroczny urlop do Rabki docieram w piątek
wieczorem. Po jednym dniu aklimatyzacji (sobota), pakuję się, przygotowuję buły
z konserwą turystyczną/ogórem + jajka na twardo i idę wczas spać aby sprawnie
wyruszyć. Start godz. 7.00. Zlatuję szybko do centrum Rabki, poranek
zaskakująco chłodny. Teraz „dół” Rabki to jeden wielki plac budowy - odbudowa
linii kolejowej do N.Sącza idzie pełną parą! Wspianem się boczną dróżką pod
wiaduktem Zakopianki do cesty na Chyżne, czyli route number 7. Upał szybko
narasta, ale na szczęście jest spore zachmurzenie, więc póki nie trzeba
klajstrować się kremem z filtrem. Rozpoczyna się wspinaczka na przeł.
Spytkowicką, pierwszy cięższy podjazd na trasie. Oprócz energetyków wspomagam
się żelkami z Deca, więc idzie sprawnie. Na przełęczy jak zawsze piękny widok
na królową Beskidów, Babią Górę. I jak rzadko pustki na parkingu, tj. nie ma
TIRów ani kontrolujących je służb: ITD, KAS itp. Pewnie dlatego że dziś niedziela.
Szybki zjazd, raz dwa po lewej wyłaniają się widoki na Taterki a chwilę potem
przejście graniczne w Chyżnem. Ahoj przygodo! Trzcianę oraz Twardoszyn mijam
szybko tranzytem. Chmury zanikają, wychodzi Słońce i w końcu trzeba jednak
zapodać krem z filtrem UV (i przy okazji dosmarować dupkę Sudocremem – kto smaruje
ten jedzie. Kto nie smaruje temu się zaciera tyłek). Szybka fotka mojego
ulubionego zamku w Oravskim Podzamoku i lecę dalej. I to dosłownie lecę, gdyż
co chwila przeliczam w głowie czas/km i wychodzi mi że idzie bardzo dobrze :)
Wiatr w plecy na pewno nieco mi w tym pomaga ale i siłę w nogach czuję dziś
skurwesyńską :) Chyba im rzadziej jeżdżę takie trasy tym lepiej mi idzie. Gdy dawniej
katowałem się w każdy weekend to byłem po prostu przemęczony. Widocznie
przekraczałem jakiś próg powyżej którego nie zyskiwałem nic na formie a tylko
traciłem. Jeden długi trip na miesiąc to jest sam raz :) W Kubinie zaglądam do
Lidla i robię nieduże zakupy, głównie życiodajne kolorowe płyny. Na większe
zakupy, zapasy na noc, przyjdzie jeszcze czas (albo i nie ;) ). Dalej krajowa cesta
pięknie wije się w cieniu i chłodzie doliny rzeki Oravy. Pierwsza setka czas 6h
czyli jak najbardziej OK. Przyjemnie i szybko dociągam zatem do Martina, gdzie
następuje zmiana cesty. Zazwyczaj lecę tu dalej na zachód, na Bratysławę. A
dziś skręcam w lewo, w drogę 65, która idzie prosto na południe, ku Węgierskiej
granicy. Szybkie zwiedzanie przejazdem Martina, i dalej w coraz to mniej mi
znane południowe rubieża Słowacji. Chyba w Martinie wypadało zrobić zakupy na
noc ale zapomniałem. Kupuję jakąś tam wodę i energole na Slovnafcie, a zakupy
zrobię np. w Kremnicy (yhy). Droga idzie tu chwilowo równiną, a po obu stronach
rozciągają się średniej wysokości pasma górskie. Z ciekawszych mijanych
miasteczek przejeżdżam przez Turcianskie Teplice, jakiś kurorcik taki. Gdzieś
od tego miejsca aż do Balatonu będę jechał przez nowymi, dziewiczymi jeszcze
dla mnie rejonami Słowacji/Węgier. W końcu dolina kończy a zaczyna podjazd na przełęcz.
Na szczycie której witają mnie tablice kraju Bańsko-Bystrzyckiego. I tu
następuje zmiana profilu trasy, tj. ciągnący się ok. 20km zjazd :) Jakieś 500m
w pionie się tutaj wytraca. Przez Kremnicę przelatuję 60km/h i nawet szkoda mi
się było zatrzymywać. Z miasta zapamiętałem tylko nieduże zardzewiałe szyby
nieczynnych kopalni - Kremnica to dawna górniczo-hutnicza osada. No i nie
zrobiłem zakupów a mamy niedzielę wieczór ;) Jedyne co to zatrzymałem się przez
samym końcem Kremnicy i kupiłem na Slovnafcie znowu jakieś napoje i dwie bułki
z szynką. Ale chwilowo żyję tym zjazdem a nie tym co będę jadł w nocy. A zjazd staje
się bardziej łagodny, ale ciągnie się dalej i dalej! Wiedzie on jakby szerokim
kanionem, otoczonym z obu stron stromymi górskimi szczytami, i urwiskami. Co
chwila jakieś stare kopalnie/kamieniołomy. Zjazd kończy w pełnym zakładów
przemysłowych i wysokich kominów miasteczku. Tu zaczyna się ekspresowa dwupasmówka,
ale póki co droga 65 też idzie do niej równolegle. Jeszcze jedna przemysłowa zona w „cośtam nad Hronom”. Ogólnie to spory kawałek będę jechał w pobliżu tej
właśnie rzeki, Hron. Gdzieś tu wybija druga setka na liczniku. Druga setka
zajęła mi coś koło 7h, więc też sprawnie. Słońce powoli chowa się za górskimi
szczytami. W Żarnowicy ogólnodostępna
dla wszystkich, w tym pedalarzy, krajowa szosa kończy się, a zostaje tylko
ekspresowa droga R1. Ale przy planowaniu trasy przewidziałem to. Drugim
brzegiem Hronu biegnie boczna lokalna droga, którą można kontynuować jazdę
lowelkiem. Jest ona bardzo klimatyczna - wije się ona, wznosi i opada, przyklejona
do opadającego do Hronu zbocza w cieniu starych drzew. Robi się całkiem ciemno.
Docieram do Hronskiego Benadiku, kolejne wysokie kominy zakładów przemysłowych.
Krajówka powraca, tym razem pod nrem 76. Tu przy planowaniu trasy miałem pewien
zgrzyt – na mapach Google odcinek drogi jest w remoncie. W istocie tak jest:
połowa szerokości drogi zerwana, zagrodzenie, i tablica “przejazd tylko dla
mieszkańców”. Ale spokojnie da się przejechać, nie zaczepiła mnie nawet
pilnująca drogi Policia. Noc jest ciepła, przyjemna i bardzo klimatyczna: świerszcze
wygrywają swą pieśń a zza gór po drugiej stronie Hronu wyłania się wielki,
pomarańczowy księżyc. Po prawej zaś stronie przez wiele kilometrów towarzyszyć
mi będą majaczące w oddali czerwone światła wielkiej elektrowni(?). Skręt w
jakiś skrót boczną drogą, miejscowość o wdzięcznej nazwie „Bajka” :) Potem
znowu DK – nr 75. Światła elektrowni po iluś tam km zostajaw tyle. Zaczyna mi
coraz bardziej dokuczać senność, oraz głód. Z pierwszym nie problem, przystanków
autobusowych nie brakuje. Gorzej z zapasami jedzenia: nie zrobiłem tych
cholernych zakupów i zostały mi tylko żelki, i na nich jakoś ciągnę. A nie. Jednak
nie! Jest jeszcze przecież paczka pierniczków z Lidla! Wolałbym coś
niesłodkiego, ale dobre i to. Najważniejsze że płynów mam pod dostatkiem.
Powoli zaczyna świtać, a o tym że zbliżam się do węgierskiej granicy świadczy
architektura domów. Mnóstwo jest tu
takich małych domków z charakterystycznymi dachami opadającymi pod dwoma
kątami. Dokoła pełno świeżo skoszonych pól, tak że drzemki na przystankach
zastępuję drzemkami na sianku :) Wstaje nowy dzień. I w ten sposób dociągam do
granicznego Komarna. Jestem tu pierwszy raz. Dojazd do granicy SK/HU (ok. 320-330km)
zajął mi około dobę. Wreszcie robię zakupy w Billi: dużo bułek, pasztecików,
serków itp. Przejazd przez granicę jest bardzo widowiskowy. Z zabytkowego,
kratownicowego mostu rozpościera się niesamowity widok na przemysłowe nabrzeża Dunaju.
Pełno portowych dźwigów, barek, bocznic oraz pociągów. Przejazd przez Węgry
rozpoczynam od drogi nr 13. Na której rozjechać, rozdeptać wręcz chcą mnie całe
pociągi TIRów. No tak, Komarno to jedne ważniejszych dla tranzytu przejść
granicznych. A dziś poniedziałek rano. Stan taki utrzymuje się na szczęście
tylko przez kilka skrzyżowań, zjazdów. Potem ruch normalnieje i jazda staje się
względnie bezpieczna. Nie licząc oczywiście dziur, przerębli i kraterów na
drodze, ale to już węgierska specjalność ;) Podobnie jak spalone żarem Słońca,
ciągnące się po horyzont pola słoneczników. O ile pierwsza, druga czy względnie
nawet trzecia setka szły bardzo sprawnie tak teraz tempo spada na łeb, na
szyję. Ale nie martwi mnie to zbytnio bo na początku wypracowałem sobie spory
zapas czasu i jestem pewien że będę nad Balatonem późnym popołudniem. W
najgorszym razie wczesnym wieczorem. A tymczasem może nie kryzys, ale kryzysik
mały. Żar leje się coraz większy a wielkie topole przy drodze niewiela
zmieniają, asfalt po prostu topi się, topię się i ja. Od cienia do cienia. Na
domiar złego droga robi się pagórkowata. A w końcu zaczyna niczego sobie, jak
na Węgry, podjazd. Droga wspina się serpentynami w nieskończoność. Trochę
pomaga w tej wspinaczce cień akacjowych gajów. Docieram do miejsca z super
widokiem na ruiny zamku na sąsiednim wzgórzu. Myślę sobie że zaraz zjazd ale
gdzie tam. Dalej orka pod górę. Miasteczko Zirc. Termometr pokazuje tutaj 34’C.
Fajne, gładkie ścieżki rowerowe. W końcu nadchodzi upragniony zjazd. Ale jest
on cosik krótki. W sensie za mało wysokości się na nim wytraca wg mnie. No ten
Balaton to chyba jeszcze trochę niżej ma być. Docieram do większego miasta, Veszprem.
Jakieś chmury wiszą nad miastem, ale spada dosłownie kilka kropel deszczu. No
stąd nad Balaton to już rzut beretem, kilkanaście. Trochę błądzę po
skrzyżowaniach i obwodnicach w okolicy lotniska na przedmieściach. Pierwotnie
chciałem jechać do Balatonfuzlo ale zmieniam cel na Balatonaldeli. Gdyż
prowadzi tam fajny zielony szlak rowerowy. Jestem głodny, przepalony Słońcem i
śmierdzący, tak że napędza mnie już tylko wizja kąpieli w Balatonie. I tu jest
właśnie brakujący mi zjazd!!! Asfaltową alejką (DDR) leci się w dół, i w dół, w
dolinę jeziora. W końcu zjeżdżam do pierwszych, przyklejonych piętrowo do
skarpy domków miasteczka. Spomiędzy których jeszcze hen niżej wyłania się
ogromna, zielona tafla Balatonu! Udało się! Jeszcze kilka stronnych uliczek w
dół, i jestem w centrum turystycznego kurortu. Nawet ładnie tu. Pełny starych platanów park, zadbane centrum, zabytkowy budyneczek stacyjki kolejowej czy przystań
żeglarska. Jest pewien szkopuł. Wychodzi mi na to że jedyna plaża jest tutaj
szczelnie ogrodzona, płatna, i zakaz wstępu z rowerem. Ale to nie problem. Nie
po to tyle dymałem na rowerze żeby się nie wykąpać. Jadę w krzaczory, przebieram
się, kąpielówki itp. Z sakwy zdejmuję górną część i robię z niej torbę na
ramię, gdzie wkładam co cenniejsze bagaże. Rower przypinam przed głównym
wejściem, mam przecież łańcuch. Kupuję bilet za ciężkie tysiące forintów (coś
koło 14zł) i wbijam. No “plaża” nie ma piasku ale z tym się liczyłem. Jest za
to równiutko przycięta zielona trawka, czyściutko, prysznice, kraniki,
ratownicy wodni i inni bodyguardzi. Brzeg jeziora wyłożony jest wielkimi
kamolami, a do samej wody schodzi się po schodkach. Ale mniejsza o to. To jest
zdecydowanie najcieplejsza kąpiel w życiu! Delektuję się tymi chwilami, robię
jakieś tam fotki. Ze 3 razy włażę do wody, to znowu odpoczywam na trawce. Trzeba
wyłazić, coś zjeść, ogarnąć się, kupić bilet i iść na pociąg. Mimo pewnej bariery
językowej udaje mi się kupić pizzę. Pierwszy ciepły posiłek tej trasy ;) Z
pociągiem też ok, kupiłem bilet przez tel. (kiedyś mi się to nie udało). Pociąg
do Budapesztu-Deli o 21.28. Jeszcze zakupy w markecie, i na stacyjkę. Wsiadam
do EZT, podróż mija szybko i przyjemnie. Sporo bikerów. Póki co nie usypiam, no
może ze 3 razy zamknęły mi się oczy. W Budapeszcie 23.30. Pierwszy pociąg do
Bratysławy 5.30, z dworca Nyugati. Mam zatem 6h na nocne zwiedzanko węgierskiej
stolicy. Znów na tel., przez stronkę kolei Słowackich ZSSK kupuję bilet na całą
resztę podróży. Na pozostałe 3 pociągi z przesiadkami w Bratysławie i Kralovanach.
Nawet niedrogo, 27 EUR. Bez gwarancji miejscówki, bez biletu na rower. Ale to w
pociągu się dokupi w razie czego. Zwiedzanie takie bez celu. Na wzgórze zamkowe
nie mam siły się wspinać. Parlament nie świeci, iluminacja wyłączona.
Przejechałem zabytkowym tunelem pod zamkiem, i pięknie wyremontowanym mostem
łańcuchowym. Pojeździłem po wyspie Św. Małgorzaty. Tam dłuższa drzemka,
skitrałem się w krzakach na brzegu i oparłem jak zawsze łeb o rower, o sakwę.
Po bulwarze wte i we wte. I tak dotoczyłem się na dobrze znany dworzec, Nyuagati.
Podobnie jak Budapest-Deli jest to ciekawego układu “ślepa” stacja kolejowa. Tj.
nie przelotowa a z kończącymi się torami. Jest też tu pięknie wyremontowana zabytkowa hala. Kupuję na migi i wciągam jeszcze 3
kawałki pizzy. Powoli rozjaśnia się. I tu pewien zgrzyt. Na wyświetlaczu z
odjazdami przy “moim” pociągu, tj. EC280 (Budapeszt-Bratysława-Praga) na
czerwono przesuwa się groźny napis. Oczywiście tylko po węgiersku ;) Coś tam
tłumaczę w Google i wychodzi mi że “wypadek, podróż odwołana(?!)”. Na szczęście
okazuje się że nie. Pociąg stoi gdzie ma stać, na peronie number 11. Wsiadam,
konduktor przesadza mnie w inny wagon, ale i upewnia że to pociąg do
Bratysławy, i że pojedzie. Wypadek faktycznie jakiś gdzieś był, ale jest tylko
opóźnienie, teoretycznie 50 minut. Nie powinno pokrzyżować mi to szyków, bo w
Bratysławie miałem planowo 1,5h na przesiadkę. Pociąg prawie pusty. Cały wagon
dla mnie, sporo pospałem :) Węgierski konduktor nie umiał wypisać biletu na
rower do tego mojego, słowackiego listoka. Ale machnął ręką. No i faktycznie
trochę się wlecze ten pociąg. Co chwila staje. A przez Bratysławę to chyba pół
godziny się turlał/stał na zmianę, zanim dotoczył się na Hlavną Stanicę. Kawałek
przed Bratysławą zdążyła mnie capnąć słowacka konduktorka i przez samym
wyjściem wypisała bilet 1,5 EUR za rower. Ale tylko do Bratysławy, potem
kolejny muszę kupić w kolejnym pociągu. Tak że zapas czasu stopniał do 10-15min.
Nie zdążę kupić nic do żarcia. Wsiadam do 3-go pociagu: nr 610, “Tatran”. Tu
jak zawsze frekwencja spora. Początkowo nie miałem gdzie usiąść ale po
pierwszych stacjach trochu się poluzowało i się znalazło miejsce siedzące do
spania ;) Konduktorka nie skojarzyła czyj ten rower i biletu na bicykla nie
sprzedała mi. 1,5 EUR do przodu. Ostatnia przesiadka w znajomych mi doskonale Kralovanach.
20 minut czasu więc zdążyłem kupić coś do żarcia/picia w automatach na stacji.
Ostatni pociąg to stary, klimatyczny, czechosłowacki spalinowy wagon motorowy.
Jak zawsze powoli i dostojnie toczy się koślawym torowiskiem w dolinie rzeki Oravy. Buja się na nierównych szynach, a pod podłogą głośno ryczy silnik diesla
:) W Trstenie po 14 tej. Tu żelazny szlak kończy się, i chcąc nie chcąc (nie
chcąc…) dochodzi 45km rowerkiem do Rabki. Wyspany jestem więc jakoś to pójdzie.
Najgorsze to jakbym jeszcze kimać musiał po przystankach. W Chyżnem w “Dzikim
Byku” wciągam Zboczka (hambugera takiego). Niby spać się nie chce, a ale
zmęczenie robi swoje, i idzie tak sobie. Na podjeździe wyprzedza mnie nawet jakiś
lokales na skrzypiącym rowerze ;) W końcu jest wzgórze trzech masztów, tj.
przeł. Spytkowicka. Tym razem frekwencja TIRów spora. Szalony zjazd, max pod
70km/h. Jeszcze tylko skrótem do Chabówki. W Rabce do sklepu po coś na obiad, i
po piwa. I na koniec męczący podjazd pod kwaterę. Dowlokłem się po 18tej.
Udana wycieczka:
- Balaton zdobyty
- kąpiel zaliczona
- prawie 300 km nowymi drogami
- 500+km
- forma ok
- zwiedzanko Budapesztu
7.00 (ndz) - 18.20 (wt)
Zaliczone szczyty:
Beskid Żywiecki:
Przeł. Bory Orawskie (Spytkowicka) 709 x2
Kategoria > km 500-599, Powrót pociągiem, Rabka 2024, ! WYCIECZKA SEZONU 2024
Rabka zbiorówka
d a n e w y j a z d u
25.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz
20.07 13,1km ino na zakupy, aklimatyzacja
24.07 11,9km ino na zakupy i cheesburgera po opadach deszczu



Śniadanie mistrzów ultrakolarstwa!
Kategoria Rabka 2024





























