Budapeszt :)
d a n e w y j a z d u
384.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:38.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8
https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963
Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na
Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej
Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie
pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może
być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie
uprzedzajmy jednak faktów.
Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się
orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy.
Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc
docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest
bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja
ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie
ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na
granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny
zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz
widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz.
Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza
gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma
zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a
zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie
płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem,
i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B.
Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę
pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z
tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na
niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak
szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie
„niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam
Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór
słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie
znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy
przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś
zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne
kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka
wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa
rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać
:) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i
potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga
gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym
chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija
remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej
„TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli,
w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko.
Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się
ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym
elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie
wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na
przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :)
Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i
pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika,
ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz
wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się
więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie
porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą
już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są
tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków.
Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w
krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś
na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie
drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej
szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam
wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek.
Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest
pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej
będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na
ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I
to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka.
Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z
tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już
robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno
ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska
spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po
horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi
robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z
filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w
miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica
kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba
nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego
wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum
Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni
w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim
krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka
niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max
po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne
litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane,
jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są
niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z
ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie
jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa
tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle
myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła
Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co
zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd
podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd
do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na
dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na
pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i
schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że
ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super
trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu
Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i
promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu,
i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o
19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie
można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić
się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię
się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim
nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką
rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY.
Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na
drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju
:) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem
na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram
na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest
taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w
wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę
musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie.
A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak
zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na
wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla
pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju
podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej
ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj.
Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny,
a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo
przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się
ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę
niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno
najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały
budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek
nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A
Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego
też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz
przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania
wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na
ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte
po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną.
Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie
odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi
jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i
potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do
jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny
upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś
pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam
biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa.
Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją
przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob
(odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie
Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po
słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że
to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja
bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę
mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut
a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka
grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko
do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym
pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu
pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część
do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale
to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną
siłą ;)
Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt
pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie
przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby
zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle
to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad
i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić,
i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu
miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?
7.30 (pt) - 15.25 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Turbacz 2
d a n e w y j a z d u
108.50 km
23.50 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/ZXnnEUuPB3DJ9qi98
https://connect.garmin.com/app/activity/23747327496
Dwójeczka w tytule, gdyż to drugi Turbacz w tym roku :) Trzy Turbacze to był by dobry wynik. Sobota wieczór, szybka decyzja. Jutro 30 stopni i zero szans na burze, zatem to idealna pogoda na wycieczkę w góry. Aby się jednak nie zamęczać, i nie orać asfaltem w dwie strony, podjadę pociągiem do New Targu. Akurat udało się kupić bilet na ostatnie miejsce siedzące z rowerem.
Wyruszam 7.30, pociąg z Krakowa Głównego 8.53. Podróż mija wolno i przyjemnie. Wolno bo 115km w 2 godziny to nie jest rekordowy czas (a pociąg IC, czyli pośpiech). Jedzie z nami też dziwny rowerzysta, który chyba nie wie co to Turbacz, mówi o jakichś asfaltach i szutrówkach :D Pewnie myśli że to jakaś wieś, a nie najwyższy szczyt Górców. Mniejsza jednak o to. W New Targu o 11tej, uzupełniam zapasy i ruszam ostro do góry. A jest co kręcić, zółty szlak jakkolwiek łatwy by nie był, to jednak to są Beskidy, i są kamienie, stromizny i błoto. A "jedynka" u mnie słaba, raptem 30x46. Następny napęd muszę kupić z kasetą 48 albo i 50 bo to nie jest jazda. Co stromsze odcinki podprowadzam, bo to nierówna walka. Błota trochę więcej niż zwykle, wszak były ostatnio deszcze i burze. Ruch turystyczny bardzo intensywny, mnóstwo piechurów, rowerów (głównie zelektryfikowanych) a nawet inne 4 kołowe pojazdy które jadą tam nie wiem czy do końca legalnie. Może tak, a może nie, a może ch*j to wie. Na szczęście dziś zero bandytów na krosach i kładach. 2 godziny i wiaderko potu później jestem na szczycie :) Tzn. prawie na szczycie, bo pod schroniskiem. Tu to już w ogóle tłumy, dawno takich nie widziałem. Wciągam to co zawsze, tj. naleśniki z dżemem +piwko, żeby nie zbankrutować (48zł). Potem końcowy atak na szczyt, pod betonowy obelisk. Jak zawsze podjechane 99% (bez jednego progu z korzeni), a zjechane 100%. Pogoda super stabilna, godzina młoda, czas na zjazd. Oczywiście ulubionym, czerwonym do Rabki :) Tu też bez niespodzianek, dwie kamienno-błotniste strome rynny zaraz za Turbaczem jak zwykle sprowadzam. A potem to już prawie że płynna jazda. Prawie, bo "wieczne kałuże" są za sprawą ostatnich deszczy bardziej rozległe. Jedno małe wodowanie było, prawego buta ;) Na Starych Wierchach zgodnie z odwieczną tradycją międzylądowanie (odpoczynek), i międzytankowanie (piwko) :) Odcinek Stare Wierchy - Maciejowa - Rabka to już z górki na pazurki, tempo ekspresowe. Błota też mniej niż na odcinku Turbacz - Stare Wierchy. Na Maciejowej zajeżdżam pod schronisko, trzeba by je kiedyś obadać i napić się piwka. Ale to już nie dziś, co za dużo to niezdrowo. Szybko lot do Rabki, końcówka szlaku wysypana kamieniami, ależ się po tym leci. Z ciekawostek taki oto znak postawili, w polach, na górskim szlaku :D W Rabce jak zawsze ten co zawsze Cheeseburger tam gdzie zawsze. Mniam. Z ciekawostek parowóz jechał, z pociągiem retro, niestety nie zdążyłem uwiecznić na fotce. Rabka - Kraków to 65km asfaltu do nawinięcia. Formalność. W dół do Mszany, pod górę do Kasiny, jedna, druga przełęcz i dłuuuugi lot w dół do Dobczyc. Vmax prawie 70km/h. W Dobczycach wspomagam się jeszcze kebsem (otwarte do północy codziennie!). Na koniec kilka hopek Pogórza Wielickiego do wciągnięcia, i potężny zjazd do Wieliczki. Noc ciepła, forma dobra, tak że ta asfaltowa końcówka to też jest przyjemność z jazdy. W parku jeszcze oskrobalem rower patykiem z błota, i domyłem mokrymi chustkami.
Udana wycieczka :) Taki Turbacz Idealny. Pogoda idealna, piwka takoż. Bez sensu orać asfaltem na MTB w dwie strony, w jedną wystarczy.
7.30 - 1.15
Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo
Rozjazd
d a n e w y j a z d u
60.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Taka tam chmurka ;)
https://photos.app.goo.gl/1YVprS3t6FJnTrMm9
https://connect.garmin.com/app/activity/23696186042
Taki tam rozjazd po wczorajszem :) W sumie to najbardziej
interesowała mnie dziś zapiekana na Kazimierzu. Jednak pozamykane było, za
wcześnie. Więc wciągnąłem zapiekanę pod Halą Targową, też dobra. Pogoda dziś
mocno burzowa. Pierwsze burza szykowała się w mieście, ale ostatecznie minęła
Kraków. Pojechałem trochę bez planu wzdłuż Rudawy, w stronę Lasku Wolskiego. W
pewnym momencie zza lasu wyłoniła się niczego sobie chmurka :) Chmura szelfowa.
Taka chmura mówi jedno: CHOWAĆ SIĘ PRZED BURZĄ! No i znalazłem schronienie w
wiacie na wózki pod Lidlem. Nie całkiem szczelne ale wystarczające. No i
lunęło. Jak na tak groźną chmurę burza nie była jakaś przepotężna, bez gradu a
pioruny gdzieś daleko. Gdy się wypogodziło ruszyłem dalej. Temp. to chyba spadła z 30 na 20 stopni po tej ulewie. Okrążyłem Las Wolski
i przez Tyniec wróciłem do miasta i do domu.
Kategoria > km 050-099
Wiedeń :)
d a n e w y j a z d u
400.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8
https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.
No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem
do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo
Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023!
Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę
ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do
Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła
wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo
350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.
Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4
nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na
5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę
następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny.
Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja
:) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem –
pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20
lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych
lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :)
W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też
ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W
sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie
spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda
piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe
chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste
grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie
bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A
wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy
kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę
PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i
klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa,
miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość
pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka
hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście
granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w
Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie
zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy
czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją.
Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji
kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe
i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i
ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie
jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok,
jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i
ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny
check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się
wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa
– tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż
autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym
zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko
spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia
kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na
szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy
na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen
na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na
niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód
Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych
chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi
znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram
zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez
starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz
potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała
ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do
drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno
że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć
Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi,
niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto
na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo
do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod
400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania
map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :)
Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni,
ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu
niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i
traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod
osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam
w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w
Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z
plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z
minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz
minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny.
Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale
to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice.
Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija
jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich
pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy
rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie
bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście
i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś
restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty…
Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek.
Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie
zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale
jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i
spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam
tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.
„MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30” (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).
Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest
14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w
mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję
się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia
granicznego docieram o 15.30.
"REPUBLIK OSTERREICH"
Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy
raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś!
Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to
już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi
dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami
niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już
wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś
80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem
się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i
ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo
sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie
małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni
wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą
przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego
jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie
ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak
że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej,
ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg
map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze
pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w
burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu
jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze
wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie
nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację.
Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na
ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę
popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie,
pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już
głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY…
DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu
lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym
autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach,
autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki
wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym
energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez
WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już
czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę
"WIEN"
Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku,
gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie
zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na
zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę
Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka
złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie
ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w
tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki
odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna,
czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne,
stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim
zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym
EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje
jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na
dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam
stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką
pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy
ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę,
brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że
zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam
mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta.
INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do
przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra
Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc
pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko,
dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem
jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta
katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem.
Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko
ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale
to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem
mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć
trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany
piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie
widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do
właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak
dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez
Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów
ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w
razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z
niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka
na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż
mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to
już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do
Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go
rozwalają?! W domu przed 16tą.
Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze
ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)
~7.30 (czw) - 15.50 (sb)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Koszyce
d a n e w y j a z d u
275.30 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)
https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA
https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928
Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak
wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę,
niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na
sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie
temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby
urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.
Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej.
Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i
nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można
zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza
różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są
spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy
pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem
wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną
drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody
z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej
granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z
Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic
ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i
tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste
piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy
dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig
kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam
pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych
okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą
napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą.
W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny
zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że
zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na
Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami
jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te
okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest
Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję
telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to
co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe
obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km.
Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona
bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna
drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki
Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed
Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest
zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na
charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz
życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo
dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z
burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią
do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma
to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach,
blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i
krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na
ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest
prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak
patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki
jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i
kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej
granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się
dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna,
możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W
Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po
chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w
nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów.
Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2
lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i
gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w
powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek
Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana,
ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden.
Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej.
Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w
niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej
chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję
bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to
dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy,
muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla
odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na
Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.
Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej
długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć
i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w
odpowiednie okienko pogodowe.
4.40 (sb) - 15.40 (ndz)
Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem
Szczyt lipiec (zbiorówka) cz. II/II
d a n e w y j a z d u
665.95 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt lipiec (zbiorówka) cz. I/II
d a n e w y j a z d u
665.95 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Krakowski Mordor, tj. Osiedle Avia ;)
https://photos.app.goo.gl/pTKwpeBa1FyvSC4n8
1.07 88,5km Ostatni dzień upałów, na koniec dnia na Kraków szły mega burze, ale ostatecznie front rozdzielił się na dwie części, i ominął Krk z zachodu i ze wschodu. W mieście tylko parę kropel spadło, poza tym tylko groźne chmurzyska. Uber Eats, ciągle fajne, upalne stawki a nawet jakiś quest.
2.07 74,1km Ochłodzenie do 20 stopni :C Uber.
6.07 97,1km Dalej chłodno, U/S, wycieczki do Wieliczki i Tyńca, powrót na kapciu.
7.07 64,7km Dniówka na Uber na dwie raty: wyruszyłem, zrobiłem kursa do Wieliczki, zaczęło padać, wróciłem do domu, i potem poszłem drugi raz. Lunęło drugi raz :) A potem wypogodziło się. Fajny kurs za 80,- na koniec.
8.07 66,9km Lipcopad ciąg dalszy :( Chyba mniej niż 20 stopni, przynajmniej nie pada. No nie kleiła się dziś robota.
9.07 46,9km Wrzesień w lipcu :C Znowu coś niecoś na Uber.
10.07 80,4km Pogoda j.w. dniówka OK, oczywiście Uber, jakoś ciężko mi się przestawić na inne apki.
11.07 66,5km Lajtowa, ulgowa dniówka na Uber, no ale kiedy lato?
12.07 39,4km popołudniowa półdniówka na Uber. Znów deszcze niespokojne i chłodno, do tego gleba na krawężniku...
13.07 69,1km c.d przelotnych burzy, dniówka na Uber. Zauważyłem na 99% pęknięcie na ramie (Accent Peak). Szybko poszło, jakieś 5tys km :D Tym razem też na węźle podsiodłowym, ale od spodu górnej rury. Czy to zasługa wczorajszej gleby? Nie wiem, po prostu dziś tą ramę dokładnie obejrzałem. Nawet jeśli to zasługa gleby, to to była śmieszna gleba, i rama MTB nie ma prawa pęknąć od czegoś takiego. No nic, na razie jeżdżę obserwuję. Może dociągnę na tym do jesieni i na spokojnie wtedy rozbiorę i oddam na reklamację.
14.07 69,5km Wreszcie wraca letnie ciepło. Ale ciągle mocno burzowo, szło coś na Kraków ale ominęło. Uber. Muszę wreszcie coś pośmigać na innych apkach żeby mi kont nie zamknęłi...
20.07 62,6km Dziś dniówka na Uber. Ale wydałem więcej niż zarobiłem ;) Najpierw poszły jedna po drugiej dwie dętki (na tyle). No chuj mnie strzeli, trzeba wymienić te opony bo zbankrutuję na dętkach. W oponach nawbijane setki małych szkiełek, ziarenek piasku, pełno przecięć, nacięć, dziurek itp. Po pierwszym kapciu dymałem z buta z dostawą w plecaku 500m, a po drugim już 2km... Tak że obrałem kierunek na Auchan Bonarka, i za kwotę circa 140zł nabyłem dwie opony z Chińskiej Republiki Ludowej marki CHUJO JANG z metką polskiej chyba marki PROFEX (700x40) oraz dwie dętki takiej samej marki. Usiadłem przed galerią, i na szybkości, w jakieś 40 minut wymieniłem wszystko i pojechałem dalej na lśniących nowością chińskich oponkach :) Zobaczymy ile wytrzymają te CHUJO JANGI, ale powinny być dobre bo widzę że kurierzy na elektrycznych motorkach na takich śmigają :)
21.07 75,8km Znów mało zarobiłem, tym razem padł prawie nowy powerbank. Wytrzymał z 1,5 mies. Kupiłem kabel w Lidlu i podładowałem się na przystanku autobusowym, przy niektórych wyświetlaczach są tam porty USB do darmowego ładowania.
22.07 64,3km Dziś też bez kokosów, bo zachciało mi się testować inne apki (Glovo i Wolt). Posucha taka że szkoda to włączać, trzeba rznąć dalej na Uber. Ale z drugiej strony muszę też czasem jakiś kursik na czymś innym zrobić, żeby mi nie zablokowali kont. Może przyjąć sobie postanowienie, że każdego dnia jeden z kurs z innej apki, a reszta Uber?
24.07 91,3km Dobra dniówka na Uber. Chłodny dzień z ulewą a potem przejaśnieniami.
25.07 89,9km Wraca lato. Dziś Uber +Stuart +Bolt
27.07 73,0km Chłodna dniówka na Uber. Dętka Profex jebła sama z siebie :)
28.07 59,3km j.w. z tą różnicą że dziś dętka nie jebła
29.07 52,6km j.w. Dziś druga dętka Profex jebła sama z siebie :) Nie ma sensu tego kupować. Kurs na Decathlon po zapas dętek różnego typu. Prawie codziennie kupuję dętki...
Kategoria Zbiorówka :(
Mega upalna przejażdżka :D
d a n e w y j a z d u
70.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:37.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Krakowski Balaton, tj. Kryspinów ;)
https://connect.garmin.com/app/activity/23446576129
https://photos.app.goo.gl/wcppxmk2LvFRRATaA
Tak więc mamy ten dzień, pierwszy dzień rekordowego upału :)
W Krk będzie dziś 38 stopni, a maxy w Polsce 39 a nawet i 40! Trochę zmęczony
po wczorajszem, startuję koło południa. Planem na dziś jest brak planu, tak się
poszwędać tu i tam i nie zejść na zawał. Bo na maratonie MTB w Markach dwóch
kolarzy dziś wyzionęło ducha… Staram się jechać cieniem, parkami, alejami, a
potem Młynówką Królewską. To niezwykły krakowski park, poprowadzony wzdłuż
koryta dawnego potoku (o takiej samej nazwie) który liczy 8km długości (!). I
cały czas cieniem można jechać. Docieram nim do Mydlnik, no i tu już trzeba
wyjechać na patelnię. Ale nie ma tragedii nawet. Myślę żeby wykąpać się w
Kryspinowie, lub raczej w mniejszym zalewie obok, w Cholerzynie. Mam
kąpielówki. Ogravelowałem na szosówce terenowe wertepy wokół Kryspinowa, i jadę
niby nad ten drugi zalew. Ale tłumy takie że odpuszczam. To nie dla mnie. Do
tego bilety po 15-20zł czy coś… Tyle to się płaci nad Balatonem. Nie mając
pomysłu pojechałem nad Wisłę, obejrzeć klasztor z drugiej strony rzeki, oraz poleżeć
w trawie w cieniu i odpocząć. Wpadłem na pomysł że sprawdzę kondycję na
podjeździe pod kopiec, w Lesie Wolskim. Poszedłem tam w trupa, sapiąc jak
lokomotywa osiągnąłem puls 172 :) Dobry wynik. Potem dłuższą chwilę wracałem do
świata żywych na polanie pod kopcem. Plusem takiego upału jest że przepocone
ubrania schną w oczach. Gdy upał jest mniejszy, schną dłużej. Tu wpadłem też na
pomysł że spróbuję kąpieli w Bagrach, niedaleko domu. Pierwszy raz w życiu ;)
Tak też zrobiłem, powoli potoczyłem się w stronę domu. Tam oczywiście za dnia też były
tłumy, ale wieczorem ludzie już powoli zbierają się na chatę. O 21.30 nie było już tłoku,
a woda ciągle przyjemnie ciepła :) Bez potrzeby adaptacji, można wskakiwać od
razu. Udana to była wycieczka :) Kocham lato, kocham upały :) Choć zdaję sobie
sprawę że dla części ludzi są ciężkie do przetrwania, ale ja akurat jestem jak
wielbłąd :)
Kategoria > km 050-099
Turrrbacz :)
d a n e w y j a z d u
170.90 km
27.50 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/A3qEJXinZfYWRRrs5
https://connect.garmin.com/app/activity/23406248710
Do trzech razy sztuka :) Dziś zdobyłem Turrrrbacz. Nauczony
doświadczeniem że wyjazdy w góry o 7 rano nie mają sensu, bo już wtedy jest
upał, dziś wystartowałem zaraz po 5tej.
I tak jest gorąco :) Do Polski zmierza właśnie potężna fala
upałów, maxy mają być pod 40 stopni! A dziś jest jej początek, ze 30-33 ma być na południu kraju, z tym że
w górach oczywiście chłodniej. Tonę we własnym pocie, wypijam kolejne litry
płynów, i jakoś ciągnę powoli asfaltem przez Dobczyce, Kasinę, Mszanę. Po
drodze do wciągnięcia 3 przełęcze: Wierz banowska, zaraz obok Wielkie Drogi
oraz ostatni wspin na przeł. Przysłop Lubomierski, skąd wjeżdża się już na Gorczańskie szlaki. No tu to już w ogóle
patelnia, odpoczywam kilka razy żeby nie wyzionąć ducha. Napędza mnie wizja chłodu górskiego strumienia
oraz cienia iglastego lasu. W zasadzie pierwotny plan był taki, że z Lubomierza
chciałem wjechać (raczej wepchać) rower niebieskim szlakiem na Gorc, a potem grzbietem, zielonym
szlakiem, grzbietem kierunek Turbacz. Z tym że ten plan był zbyt ambitny. Wybieram
łatwiejszy, znany mi już wariant: z Lubomierza czerwonym szlakiem rowerowym na
pol. Jaworzynę Kamienicką, skąd już rzut beretem na Turbacz. Spory kawałek
wjeżdża się wgłąb Gorczańskich kniei asfaltową
alejką wzdłuż potoku. O tak, chłód od potoku
bije bardzo przyjemny :) Cała dolina tonie w
łopianach, i w cieniu ogromnych
świerków/jodeł. Mam zapas 2,5l wody także przygotowany jestem dobrze :) Kawałek
dalej zaczyna się terenowy szlak. Choć teren jest to (jak na Beskidy) bardzo
lekki – ubita, lekko kamienista
droga, która łagodnie trawersuje zbocza gór i
stopniowo nabiera wysokości. Podjeżdżalne w 100%, nawet dla dziecka, tyle że męczące. Droga
ciągnie się i ciągnie, zalicza kilka serpentyn ponad głębokim parowem potoku.
Ruch nawet jakiś jest, mijam kilku turystów, jednego e-bike’a, oraz 2
terenówki. W końcu las
przerzedza się, to znak że do szczytowych partii gór już
niedaleko. Pojawiają się widoki (m.in. na Gorc, na który chciałem jechać), i
zaczynają rozległe, porośnięte bezkresnymi
borowinami polany, spośród których sterczą samotne kikuty martwych drzew. Docieram do charakterystycznego miejsca. Jeszcze 2 lata temu droga tutaj kończyła się ślepo, a w lewo szła ledwie widoczna zielona ścieżka przez polanę. Ale zaraz, zaraz, coś tu się pozmieniało. Przedłużyli tą drogę, tj. wysypali kamieniami i ma ona dalszy swój bieg stromo pod górę, po polanie. No i dalej dało by się jechać, z tym że jest taki upał a mnie tak brakuje sił.
Więc wypycham tylko rower z mozołem, odpoczywając co chwila. Byle uciec z tej piekielnej łąki, byle do lasu. A całe to piękne miejsce to polana Jaworzyna Kamienicka. Jest też więc i słynna
Kapliczka Bulandy, i rozległe widoki na morze gór :) Kilka fotek i chowam się szybko w cieniu lasu. Obieram zielony->czerwony szlak na polanę Długą i dalej na schronisko pod Turbaczem. Wg. drogowskazów 45minut marszu. Rowerem z 15 minut
:) Trochę łomotu po szlaku wyłożonym
kłodami, i już jestem na wielkiej polanie, a na drugim jej końcu widać już okazały budynek schroniska pod
Turbaczem. Widać też panoramę Tatr, a ponad nią coraz mniej ciekawie
wyglądające chmury, w tym jeden wielki wysoki biały grzyb. Z którego może być
(ale nie musi) potem burza ;) W schronisku ludzi kupa, w tym circa 7 rowerzystów. Ja chyba jestem jedynym przedstawicielem tradycyjnej, nieelektrycznej szkoły MTB ;) Reszta
to elektryczne motorki a nie rowery. Wciągam naleśniki oraz piwo. 48zł :D Jakby coś większego zjeść i deser to można bez problemu ze stówy wyskoczyć :D No ale
nic, nie jem przecież tu codziennie obiadu, czasem można sobie pozwolić. Tymczasem chmurzastych grzybów nad Tatrami jest już kilka :) Kilka fotek, i siup na ścieżkę, na
czerwony szlak na sam szczyt Turbacza. Tzn. ścieżka to tu była kiedyś, rok temu
rozorali ją i jest teraz szeroka droga pełna głazów i korzeni. Podjeżdżalne w 99%, zjeżdżalne w 100%. Jednego
progu z korzeni nie umiem bowiem podjechać. Mała sesja foto, i w dół pod schronisko. Plan na zjazd jest
najfajniejszy możliwy tzn. czerwonym do Rabki. Jak dla mnie flow nie z tej
ziemi – idealny poziom trudności, albo raczej łatwości. Trochę kamieni oraz
korzeni oczywiście jest, ale zjeżdżalne dla mnie w 95%. Dwa odcinki pod
Turbaczem wolę sprowadzić. Do tego szlak jest już dobrze wyprażony upałami, błota prawie
brak, czyli też tak jak lubię. Po drodze międzylądowanie na Starych Wierchach,
i tu też tankowanie – drugie piwko. Zaraz potem jest Maciejowa, i kolejne
trzecie schronisko. Nie piłem tu nigdy piwa, ale dziś chyba odpuszczę, bo trzy
to za dużo, trzeba wszak wracać asfaltem do domu. Na Maciejowej widzę też coraz
rzadszy w górach widok, tj. dwa tradycyjne fulle, bez elektryki. Ogólnie dziś w Gorcach rowery nieelektryczne policzyć można było na palcach jednej ręki. I to włącznie
z moim rowerem. Odcinek z Maciejowej do Rabki to już lot a nie zjazd, bardzo łatwy i szybki odcinek. W Rabce chillout w parku, jakieś koncerty i śpiewy góralskie. Dobijam
trochę atmosfer w oponki, wciągam cheeseburgera w moim ulubionym bistro na
dworcu. I stąd mam jakieś 65km asfaltu do domu. W dół do Mszany, potem mozolne
kręcenie pod górę na przeł. Wielkie Drogi/Wierzbanowską. Tam podejmuję jedyną
słuszną decyzję, i ściągam koszulkę. Zjazd 65km/h z gołą klatą jest bardzo orzeźwiający :) W Dobczycach ładuję się jeszcze energolem i batonami, i
resztkami sił ciągnę hopki do Wieliczki. Ostatni zjazd do Wieliczki znów 60+
km/h :) Do domu dowlokłem się o 1.30. Burzy jednak nie było.
Udana wycieczka, Turbacz zawsze spoko :) A jutro tropikalny
żar wleje się do Polski, już nie mogę się doczekać :) Ale raczej jakaś taka
przejażdżka będzie tylko po okolicy. Nie podejmuję się jazdy po górach w 40 stopniach ;)
5.10 - 1.30
Kategoria > km 150-199, Terenowo
Góreczki koło Rabeczki
d a n e w y j a z d u
137.92 km
5.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/WJ1eNGtQLguRUpfFA
https://connect.garmin.com/app/activity/23330081733
https://connect.garmin.com/app/activity/23344926797
Po dniu przerwy znów wyruszyłem na górskie szlaki, z myślą
zdobycia wielkich szczytów ;) Ale po kolei. Nietypowo obudziła mnie poranna
burza O.o No nic przeczekałem, wyjechałem godzinkę później, o 7.30, gdy drogi
trochę podeschły. Jadę na Wieliczkę, ale chmury coś nie chcą przechodzić.
Ciągle coś się kotłuje. Patrzę na radary burzowe, i wychodzi mi że żadna burza mnie nie
goni, tylko to ja gonię burzę. Więc nie jadę zbyt szybko, odpoczywam i wciągam bułki, aby jej nie dogonić ;) A jadę standard, na Dobczyce, Wiśniową, Kasinę,
Mszanę. Myślę to o Turbaczu, to o Starych Wierchach, albo chociaż Maciejowej? Zobaczymy co z
tego wyniknie, ale sukcesów wielkich się nie spodziewam. Tymczasem mijam ślady burzy: rwącą rzekę, zalane rowy, połamane gałęzie oraz kamienie i błoto, naniesione na
szosę z górskich dróg. Okoliczni mieszkańcy jak i strażacy OSP wspólnymi siłami porządkują cały ten bałagan. W okolicy przełęczy Wielkie Drogi odwiedzam dawno nieodwiedzany pomnik. Jest to prawdziwa ciekawostka. Pomnik upamiętnia bitwę z września '39 roku, a do jego budowy wykorzystano wieżę niewielkiego czołgu Vickers, który tu walczył w obronie przed Niemcami: LINK
Pogoda taka se. Porno i
dusno. To chmury, to znów Słonko. Burza wisi w powietrzu, tak czuję. Tak więc
dociągam do Rabki Zaryte, i tu postanawiam obadać niebieski szlak do centrum Rabki, chyba
nim jeszcze nie jechałem (ale kto to wie, kto to spamięta?). Po drodze są dwa szczyty do zaliczenia: Grzebień
(679) oraz Bania (609).
[ Wtedy wydawało mi się że to nowości, że jeszcze nie byłem, i wpadną mi do
tabelki ze szczytami po prawej. Po powrocie do domu jednak okazało się, że mam jej już
zdobyte ;) ]
Szlak z początku przejezdny, potem staje się jednak wąską ścieżką w lesie. Coś
tam ujechać by się dało, ale strach. Po lewej bardzo stroma skarpa, opadająca do
doliny potoku. Tak więc raczej prowadzonko. Zgodnie z oczekiwaniami w końcu
wyjeżdżam jednak na rozległą polanę. Porośnięta młodymi dębami oraz chyba
jakimiś drzewkami owocowymi (stary sad?). Rozpościerają się z niej kapitalne widoki na Luboń
Wielki, oraz morze innych gór. Aby zdobyć dwa wspomniane szczyty, Grzebień i Banię, trzeba
zboczyć trochę ze szlaku. Grzebień to najpierw bardzo stromy wypych, a potem w
miarę płaska jazda na szczyt. Szybka fota, i lecę nazad po śladzie. Bo pogoda się psuje! Karkołomne znoszenie roweru z powrotem na polanę. Mijam stado owiec,
pasterza mówiącego w dziwnym języku, i po pewnym błądzeniu obieram leśną drogę na
szczyt Bani. Raz, dwa, fotka tabliczki, i z górki na pazurki, do Rabki. Zdążam jakieś 5
minut przed ulewą :) Przeczekuję ją na dworcu. Wciągam też niedrogiego cheeseburgera w moim
ulubionym dworcowym bistro. Gdy rozpogadza się nieco, ruszam w drogę powrotną. W zasadzie
po śladzie, Mszana, Kasina, Wiśniowa, Dobczyce. Już bez pogodowych ekstremów.
Sprawnie toczę się do Krakowa. W Kasinie szybkie wspomaganie w Żabce. Pomimo że
jakichś niesamowitych szczytów dziś nie zdobyłem, to i tak było fajnie :)
7.25 - 00.15
Kategoria > km 100-149, Terenowo





























