Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Wpisy archiwalne w kategorii

Powrót pociągiem

Dystans całkowity:64480.28 km (w terenie 313.00 km; 0.49%)
Czas w ruchu:1232:54
Średnia prędkość:18.48 km/h
Maksymalna prędkość:406.64 km/h
Suma podjazdów:240690 m
Liczba aktywności:225
Średnio na aktywność:286.58 km i 14h 00m
Więcej statystyk

Turbacz 2

d a n e w y j a z d u 108.50 km 23.50 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Niedziela, 26 lipca 2026 | dodano: 30.07.2026



https://photos.app.goo.gl/ZXnnEUuPB3DJ9qi98

https://connect.garmin.com/app/activity/23747327496

Dwójeczka w tytule, gdyż to drugi Turbacz w tym roku :) Trzy Turbacze to był by dobry wynik. Sobota wieczór, szybka decyzja. Jutro 30 stopni i zero szans na burze, zatem to idealna pogoda na wycieczkę w góry. Aby się jednak nie zamęczać, i nie orać asfaltem w dwie strony, podjadę pociągiem do New Targu. Akurat udało się kupić bilet na ostatnie miejsce siedzące z rowerem.

Wyruszam 7.30, pociąg z Krakowa Głównego 8.53. Podróż mija wolno i przyjemnie. Wolno bo 115km w 2 godziny to nie jest rekordowy czas (a pociąg IC, czyli pośpiech). Jedzie z nami też dziwny rowerzysta, który chyba nie wie co to Turbacz, mówi o jakichś asfaltach i szutrówkach :D Pewnie myśli że to jakaś wieś, a nie najwyższy szczyt Górców. Mniejsza jednak o to. W New Targu o 11tej, uzupełniam zapasy i ruszam ostro do góry. A jest co kręcić, zółty szlak jakkolwiek łatwy by nie był, to jednak to są Beskidy, i są kamienie, stromizny i błoto. A "jedynka" u mnie słaba, raptem 30x46. Następny napęd muszę kupić z kasetą 48 albo i 50 bo to nie jest jazda. Co stromsze odcinki podprowadzam, bo to nierówna walka. Błota trochę więcej niż zwykle, wszak były ostatnio deszcze i burze. Ruch turystyczny bardzo intensywny, mnóstwo piechurów, rowerów (głównie zelektryfikowanych) a nawet inne 4 kołowe pojazdy które jadą tam nie wiem czy do końca legalnie. Może tak, a może nie, a może ch*j to wie. Na szczęście dziś zero bandytów na krosach i kładach. 2 godziny i wiaderko potu później jestem na szczycie :) Tzn. prawie na szczycie, bo pod schroniskiem. Tu to już w ogóle tłumy, dawno takich nie widziałem. Wciągam to co zawsze, tj. naleśniki z dżemem +piwko, żeby nie zbankrutować (48zł). Potem końcowy atak na szczyt, pod betonowy obelisk. Jak zawsze podjechane 99% (bez jednego progu z korzeni), a zjechane 100%. Pogoda super stabilna, godzina młoda, czas na zjazd. Oczywiście ulubionym, czerwonym do Rabki :) Tu też bez niespodzianek, dwie kamienno-błotniste strome rynny zaraz za Turbaczem jak zwykle sprowadzam. A potem to już prawie że płynna jazda. Prawie, bo "wieczne kałuże" są za sprawą ostatnich deszczy bardziej rozległe. Jedno małe wodowanie było, prawego buta ;) Na Starych Wierchach zgodnie z odwieczną tradycją międzylądowanie (odpoczynek), i międzytankowanie (piwko) :) Odcinek Stare Wierchy - Maciejowa - Rabka to już z górki na pazurki, tempo ekspresowe. Błota też mniej niż na odcinku Turbacz - Stare Wierchy. Na Maciejowej zajeżdżam pod schronisko, trzeba by je kiedyś obadać i napić się piwka. Ale to już nie dziś, co za dużo to niezdrowo. Szybko lot do Rabki, końcówka szlaku wysypana kamieniami, ależ się po tym leci. Z ciekawostek taki oto znak postawili, w polach, na górskim szlaku :D W Rabce jak zawsze ten co zawsze Cheeseburger tam gdzie zawsze. Mniam. Z ciekawostek parowóz jechał, z pociągiem retro, niestety nie zdążyłem uwiecznić na fotce. Rabka - Kraków to 65km asfaltu do nawinięcia. Formalność. W dół do Mszany, pod górę do Kasiny, jedna, druga przełęcz i dłuuuugi lot w dół do Dobczyc. Vmax prawie 70km/h. W Dobczycach wspomagam się jeszcze kebsem (otwarte do północy codziennie!). Na koniec kilka hopek Pogórza Wielickiego do wciągnięcia, i potężny zjazd do Wieliczki. Noc ciepła, forma dobra, tak że ta asfaltowa końcówka to też jest przyjemność z jazdy. W parku jeszcze oskrobalem rower patykiem z błota, i domyłem mokrymi chustkami.

Udana wycieczka :) Taki Turbacz Idealny. Pogoda idealna, piwka takoż. Bez sensu orać asfaltem na MTB w dwie strony, w jedną wystarczy.

7.30 - 1.15


Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo

Wiedeń :)

d a n e w y j a z d u 400.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 16 lipca 2026 | dodano: 23.07.2026



https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8

https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.

No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023! Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo 350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.

Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4 nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na 5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny. Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja :) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem – pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20 lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :) W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa, miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją. Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok, jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa – tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi, niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod 400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :) Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni, ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny. Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice. Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty… Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek. Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.

MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30 (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).

Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest 14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia granicznego docieram o 15.30.

"REPUBLIK OSTERREICH"

Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś! Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś 80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej, ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację. Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie, pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY… DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach, autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę

"WIEN"

Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku, gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna, czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne, stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę, brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta. INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko, dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem. Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go rozwalają?! W domu przed 16tą.

Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)

~7.30 (czw) - 15.50 (sb)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Koszyce

d a n e w y j a z d u 275.30 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 4 lipca 2026 | dodano: 12.07.2026


Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)

https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA

https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928

Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę, niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.

Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej. Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą. W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km. Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach, blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna, możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów. Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2 lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana, ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden. Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej. Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy, muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.

Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w odpowiednie okienko pogodowe.

4.40 (sb) - 15.40 (ndz)


Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem

Bratysława na rozgrzewkę :)

d a n e w y j a z d u 410.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 5 czerwca 2026 | dodano: 18.06.2026



https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6

https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)

Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława? Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr 2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w górach.

Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem” jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed 11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka. Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje, ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina, po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór. W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami, ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12 stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni. Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem. Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem, bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :) Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :) W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja, wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym), Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze. Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło, ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz., więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie, stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej, i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran, ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower, ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20 EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego. Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.

Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.

6.10 (pt) - 12.50 (ndz)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Wawa 1

d a n e w y j a z d u 207.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 23 maja 2026 | dodano: 26.05.2026



https://photos.app.goo.gl/dAra8zFtdtX3P35e8

https://connect.garmin.com/app/activity/22994275037
(na śladzie brak zwiedzania Wawy 90km, i 2 razy na dworzec/z dworca Krk 2x10km)

Lato za pasem, czas więc zwiększyć trochę dystanse oraz ogólnie rozmach wycieczek :) A nie jeździć ciągle wzdłuż Wisły do Oświęcimia. Na pierwszy ogień idzie Warszawa. Tak żeby sobie coś na spokojnie pozwiedzać, czyli wariant z Radomia. Bilety kupione tydzień wcześniej, i tak ledwo się udało. Tak bardzo brakuje miejsc w pociągach Wawa – Krk.
Rowerek narychtowany i spakowany dzień wcześniej. Start o wpół do siódmej, pociąg mam o 7.56. Zdążam z zapasem takim że wciągam jeszcze zapiekanę na dworcu na dobry start. Wychodzą dwa felery. Pierwszy - wziąłem nie te rękawiczko co trzeba, tylko stare, roztegowane... Drugi to siadłem na gumie do żucia. Wkleiło się w spodenki.

*^(*^&*%&.

Podróż do Radomia mija za to spokojnie i przyjemnie. Im dalej na północ tym bardziej zachmurza się, ale tak było też w prognozach, a padać z tego nie powinno. Z ciekawostek podobno jakimś objazdem jedziemy, przez Włoszczową. Oraz w Kielcach łączenie dwóch pociągów w jeden (ten drugi przyjechał z Gliwic). W Radomiu lekkie opóźnionko ale bez tragedii. W Radomiu obieram kurs na Brzózę (nie Brzozę). Jest lekko pod wiatr (też zgodnie z prognozami) ale mimo to jedzie się wybornie. Boczne drogi, mały ruch, spalone Słońcem, pachnące żywicą sosnowe lasy Mazowsza :) Przejeżdżam pod potężną linią WN, która patrząc w jedną stronę prowadzi do majaczącej na horyzoncie ogromnej elektrowni w Kozienicach. A gdzie prowadzi w drugą stronę? Cholera wie, ale jest szansa że w stronę stolicy. Gdy przejeżdżam pod takimi słupami, zawsze zachwyca mnie ogrom tych instalacji. I to że płynie nimi prąd do milionów żarówek, fabryk, latarni ulicznych itp. itd. Z miasteczek docieram do Głowaczowa, a stąd jeszcze bardziej boczną i dziurawą drogą do Magnuszewa. Tu wskakuję na krajówkę, która jest bardziej ruchliwa. Okolice mocno naznaczone przez wojnę, podziwiać można różne wojskowe pomniki i zabytki – takie jak armata (haubica?) oraz czołg T-34. Krajobraz zmienia się z lasów na morza sadów owocowych, z który słynie Mazowsze. A ja jestem coraz bardziej głodny. Wypatruję kebaba ale nic takiego nie ma w miejscowościach, które mijam. Dopadam zatem sklep i ratuję się suchym prowiantem. W Piasecznie wciągam upragnionego kebsa. Powoli zbliża się zmrok, do Wawy (tablicy WARSZAWA) dociągam chyba punktualnie o zachodzie Słońca. Warszawa jak to Warszawa, odległości ogromne. Zanim dojadę do centrum to 15km trzeba nakręcić… Jakieś tam małe zakupy na noc i rozpoczynam nocne, a potem dzienne zwiedzanie. Głównie to co zawsze, Śródmieście, PKiN, drapacze chmur, Praga, kręcę się w kółko… Jakoś nie mam pomysłu ani sił na coś bardziej ambitnego. Noc jest ciepła i bardzo imprezowa (sb/ndz). Zawsze nie mogę się nadziwić jakie to wszystko w tym mieście jest ogromne, przeskalowane, w porównaniu do Krakowa. Np. takie mosty w Krk mają max 150m długości, te w Wawie kilkaset metrów do kilometra… Nie wspominając o wysokości, którą muszą osiągać, aby wspiąć się na Skarpę Wiślaną. Biurowce, wieżowce to już w ogóle inna liga. Ogólnie to wszystko takie piękne, potężne, dumne i wspaniałe z jednej strony. Z drugiej strony to nie wiem czy bym się odnalazł w takim mieście. Nawet z moją formą, przemieszczać się po takim mieście na rowerze… Chyba wolę mój ciasny, śmierdzący i wypierdziany Kraków ;) Nie wspominając o górach na rzut beretem :) Na takich właśnie rozkminkach mija mi to zwiedzanie. Wciągam zapiekankę od Lussi, i podwójną jajecznicę w barze mlecznym. Zaszywam się w krzaczorach na wschodnim brzegu Wisły, żeby dokonać ablucji. Za pomocą 2/3 paczki mokrych ręczniczków zmywam z siebie większość brudu i smrodu. Żeby jako tako prezentować się w pociągu. Plus czyste ciuchy ofc. Siedząc pod mostem Świętokrzyskim (też ogromnym) podziwiałem sąsiedni most kolejowy. Jak te pociągi tam nakurwiają! W sensie ile ich tam jeździ!!! Dosłownie pociąg za pociągiem, po 2-3 pociągi na minutę chyba!!! Miałem jeszcze jechać na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, ale brakło sił i chęci. Posiedziałem, pokimałem sobie trochę na ławeczkach w parkach. Na koniec pozwiedzałem sobie przejścia podziemne w okolicach dworca. No tam to się można zgubić, prawdziwy labirynt łączący dwa dworce kolejowe, metro, biurowce i kto wie co jeszcze. Na dworcu jak to dworcu, czasem podejdzie jakiś typ i czegoś chce. Tak było i tym razem. Koleś mówi że mu plecak ukradli z telefonem, laptopem, nie ma pieniędzy nie ma nic. Rodzice w Pradze, jakiś hostel mają w Krk, chce żebym mu kupił bilet do Pragi (260zł) to mi odda pieniądze. I że jest zawodnikiem MMA i pojechał do Warszawy podpisać kontrakt... Kurwa czy ja wyglądam na 6-latka żeby mi bajki opowiadać?! Powrót PKP niestety w standardzie „Bangladesz”. Za krótki na takie trasy 4-członowy Flirt z za małą ilością miejsc, za małą ilością wieszaków na rowery (zamocowanych tak że rowery blokują przejście). Klimatyzacja nie działa, w środku temperatura równa tej na zewnątrz, tj. 27 stopni i mała ilość tlenu w powietrzu, delikatnie rzecz ujmując… Pociąg przepełniony, siedzenie na podłodze, bolą nogi. Pociąg wraz ze zbliżaniem się do Krakowa wlecze się coraz bardziej, coraz częściej staje, jedzie 20km/h, uj wie o co chodzi. Ale o dziwo to jest rozkładowo tak, jedzie prawie 5 godzin. W Krk przed 19tą. Zdążam jeszcze na referendum.

Udana wycieczka, Wawa zawsze spoko, lubię się poszwędać na rowerze po stolicy. A do przygód z PKP jestem przyzwyczajony ;)

6.35 (sb) - 19.50 (ndz)


Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem

Rzeszowik

d a n e w y j a z d u 180.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 23 października 2025 | dodano: 24.10.2025


Krajóweczką do Rzeszowa :)

Tak więc z prognoz wynikało że szykuje się nam JEDEN jedyny dzień babiego lata w październiku. Wow. No ale jak planeta płonie to płonie, nie ma rady. Postanowiłem zatem ten dzień godnie wykorzystać. Zamiast tłuc się po mieście z wielką zieloną torbą na plecach, pojechałem na wycieczkę. Pewnie skończyło by się na jakimś kręceniu się po Puszczy Niepołomickiej ale wszedłem sobie na stronkę PKP a tam tani bilecik z Rzeszowa do Krk, za 29zł (w tym rower za 9zł). Tak że się skusiłem :) Kiedy jak ostatnio byłem w Rzeszowie, ho ho... Wyruszyłem dość wcześnie, o 8mej, choć wypadałoby tak naprawdę wcześniej. Standardowo w Wieliczce wskoczyłem na starą czwórkę. Wiatr południowo-zachodni, tak że leciało się dobrze, choć bywało lepiej. Bochnię, Brzesko, Tarnów - omijam tranzytem, szkoda czasu. Wszystkie pozostałe miasteczka po drodze, tj. Wojnicz, Dębicę, Pilzno, Ropczyce, Sędziszów -  przejeżdżam przez centrum. Pogoda faktycznie piękna, od 10tej do około 16tej jadę całkiem na krótko. Ze stałych ciekawostek odwiedzam opuszczoną stację benz. oraz (czynną) pompę ropy naftowej. W Dębicy wciągam dobrego i niedrogiego kebsa (20zł). Do Rzeszowa dociągam po zmroku, o 20tej. Mam 2 godziny na zwiedzanie. Rzeszów to szybko rozwijające się i bardzo nowoczesne, progresywne można by rzec, miasto. Mają zarówno gejowską tęczową kładkę, jak i okazały, 160m wieżowiec - Olszynki Park. Jest to warszawski kaliber wieżowca. W Krakowie takich nie ma. To właśnie Olszynki Park był głównym celem mojego zwiedzania. Widać go z bardzo daleka i łatwo trafić. No wygląda bardzo imponująco, zwłaszcza jeśli patrzeć z odpowiedniej strony. Poza tym przejechałem bulwarami nad Wisłokiem, zwiedziłem kawałek starówki - ale na rynek jakoś nie trafiłem. Potem jeszcze okolice wyremontowanego dworca PKP oraz obskurnego dworca PKS. Pociąg o 22.25. Nie dość że niedrogi, to jeszcze szybki i pusty :) W Krk przed północą.

https://photos.app.goo.gl/L8utLtduc2L2khPn6

https://connect.garmin.com/modern/activity/20779158042

8.05 - 1.10


Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem

WaWa 2

d a n e w y j a z d u 236.90 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 20 września 2025 | dodano: 22.09.2025



https://photos.app.goo.gl/9u1jAmTmuHMdMDfJA

https://connect.garmin.com/modern/activity/20450336440
(do tego co na śladzie dochodzi ponad 100km zwiedzania Warszawy, oraz dojazd/powrót z dworca PKP w Krk, 2x10km)

Ostatnie już na 99% uderzenie lata tego roku postanawiam spożytkować na standardową wycieczkę na zwiedzanie stolicy. Żelaznym szlakiem docieram do Radomia, skąd startuję około południa. Zamiast jak zwykle przez Białobrzegi - Grójec - Piaseczno (wzdłuż S7) dziś polecę wojewódzkimi szosami przez Głowaczów,  Piaseczno, Górę Kalwarię. Ten wariant jest chyba przyjemniejszy niż kluczenie drogami serwisowymi raz po jednej, raz po drugiej stronie eski. Pogoda piękna, pod 30 stopni, drzewa ciągle zielone. Żółtych liści bardzo niewiela. Można by pomylić dzisiejszy dzień z np. II połową sierpnia. Wiatr w plecy sprawia że w Warszawie melduję się przed zachodem Słońca, o 18tej. Rozpoczynam dogłębną eksplorację miasta. Zaliczyłem m.in. słynny Wilanów :D., Solec, Śródmieście, Stare Miasto, Pragę, a nawet dotarłem pod Tarchomin. Do mostu Marii Skłodowskiej-Curie, tego obok którego stał słynny by-pass tłoczący gówno przez Wisłę :) Pojeździłem też dzikimi leśnymi ostępami po wschodniej stronie Wisły, zobaczyłem nocą Grób Nieznanego Żołnierza, zjadłem 2 kebaby. Powrót TLK o 13-tej. Oczywiście jak zawsze nabity na full. Nie wiem co jest z tymi pociągami Krk-Wawa. Naprawdę nie da się ich dać więcej i/lub wydłużyć? Skończyło się siedzeniem na podłodzie. Chyba trzeba było dopłacić stówę do Pendolino.

7.45 (sb) - 17.40 (ndz)


Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem

Bratysława

d a n e w y j a z d u 400.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 28 sierpnia 2025 | dodano: 04.09.2025



https://connect.garmin.com/modern/activity/20221659721
https://connect.garmin.com/modern/activity/20221676465

https://photos.app.goo.gl/a4F3kAuSKBQy3E1DA

Na ostatnie (?) w tym roku uderzenie upałów trzeba zaplanować jakąś traskę. Pewną trudnością jest tu silny halny, tj. wiejący z południa Europy wiatr. Przeglądam prognozy, wykresy, i mam dziwne pomysły aby pojechać gdzieś na północ. Tylko gdzie i po co? Olsztyn, Białystok? To są moje dwa niezaliczone polskie miasta, które kiedyś wypada zaliczyć. Ale mi się nie chce. Może Wawa? Ale to za blisko, wycieczka z założenia ma być 3-dniowa. Ryzykuję, i postawiam uderzyć standardowo za granicę. Wiedeń, a jak się nie uda, to Bratysława.

Podjeżdżam sobie najnudniejszy odcinek do New Targu pociągiem Regio. Tak że trasę rozpoczynam dopiero o 11tej. Jest bardzo gorąco, porno i dusno. W N. Targu zawsze ten sam problem z błądzeniem po terenach przemysłowych zanim wjadę na trasę rowerową, ale w końcu się udaje. Póki co wiatru w mieście za bardzo nie odczuwam. Trasa rowerowa również na razie biegnie w lesie, więc też problem chwilowo nie istnieje. Jednak pierwszy wyjazd na otwarte przestrzenie ujawnia pełną skalę problemu. No nakurwia wichrem, i to konkretnie. W twarz, lub czasem trochę z lewa. Nie jest dobrze. Powoli kulam się jednak z do przodu z nadzieją, że wjadę w górskie doliny Słowacji i będzie wiać mniej. W nocy też powinien wicher ucichnąć, a i jutro wg prognoz również ma osłabnąć (yhy…). Malownicza trasa rowerowa idzie śladem dawnej linii kolejowej. Co za tym idzie jest łagodnie wyprofilowana, i zalicza zabytkowe mostki i wiadukty. Po lewej piękny widok na panoramę Tatr. Dociągam nią do Trsteny. Tu wskakuję na krajową szosę, i obieram kurs na Oravsky Podzamok, Dolny Kubin. W Twardoszynie fotka rynku z ogromnymi topolami. Po wjeździe w dolinę rzeki Oravy, droga wiję się pomiędzy górami. Przez co faktycznie wiatr staje się mniej uciążliwy, a czasem droga wywija tak wzdłuż rzeki, że nawet wieje w plecy. Z którymś zakrętem na szczycie strzelistej skały wyłania się dobrze znana sylwetka wieży. Tak, to mój ulubiony Zamek Orawski. Jest on naprawdę imponujący. Najwyższa wieża wzniesiona jest właśnie na ponad 100m metrowej skale, ponad doliną rzeki Oravy. Mały podjazd i zjazd do kolejnego check pointu, czyli Dolnego Kubina. Ponad okolicą góruje potężny masyw Wielkiego Chocza (ponad 1600m n.p.m.!). Przez Kubin tylko przelatuję, a myślami jestem już w McDonaldzie w Martinie ;) Chcę dotrzeć do Martina jak najszybciej, również po to, aby zrobić zakupy przed nocą. W Kralovanach następuje zaś zmiana rzeki, tj. Orava wpada tu do wielkiego Wagu, i wzdłuż niego będę kontynuował jazdę przez wiele km. Droga skręca też bardziej na zachód, więc problemu z wiatrem chwilowo nie ma. Im bliżej wieczora tym bardziej zachmurza się. Spadło nawet kilka kropel deszczu. Do Martina dociągam przez zmrokiem, który zapada już szybko, po przed 20tą. W mieście robię szybkie zakupu w Billi, oraz wpadam do McDonalda. Nie żebym był fanem tej sieci, bo stosunek cena/ilość żarcia jest tu bardzo niekorzystny. Ale niewątpliwą zaletą jest możliwość zakupienia jedzenia przez tablet, nie trzeba dukać po słowacku oraz pokazywać paluchem co chce się kupić ;) Co bardzo ważne, można też podładować telefon, są gniazdka. Z Martina wyjeżdżam już po zmroku. Teraz czeka mnie odcinek specjalny. Czyli bardzo wąski i bardzo ruchliwy odcinek drogi nr 18. Szosa wije się doliną Wagu, i jest przyklejona do stromego zbocza. Przez to jest również wąska, nie ma miejsca na szerszą. Do tego ciągną całe stada TIRów – bo nie ma weekendu, tylko jest czwartek. Na szczęście droga idzie delikatnie w dół, za rzeką, oraz chwilowo obiera północno-zachodni kurs, czyli mam idealnie z wiatrem w plecy. Pędzę więc ile zębów w blacie, żeby mieć ten stresujący i niebezpieczny fragment za sobą. Uff udało się :) Przed Żyliną ciągle jestem żyw. Chyba ostatni raz pojechałem tędy w dzień roboczy. Jak tak jechać to tylko w weekend, gdy mało ciężarówek. W dni robocze lepiej jechać objazdem – boczniejszą drogą nr 583 przez Terchovą. Z tym że tam jest spory podjazd do wciągnięcia. Ale kiedyś ten odcinek 18ki był jeszcze gorszy. Był tu układ drogi 2+1. Tj. pod górę 2 pasy a w dół jeden. Kierunki drogi rozdzielone betonowymi separatorami. ZERO POBOCZA. Jeśli jechało się w dół rowerem 35km/h, to za plecami miało się 30 aut również jadących 35km/h, przez ładnych parę km :D Teraz jest ździebko lepiej. Po jednym pasie w każdą stronę, bez separatorów, za to są skromne, asfaltowe pobocza po obu stronach. Przed Żyliną opuszczam niebezpieczną drogę, i zjeżdżam w dół, nad zbiornik wodny na Wagu (Vodne Dielo Zilina). Jego brzegiem idzie fajna alejka pieszo-rowerowo-biegowa, którą docieram do centrum miasta. Badam radary burzowe, ale oprócz jakichś placków z małym deszczykiem, nad Słowacją generalnie czysto. Najbliższe burze hen daleko, w Czechach. I oby tak zostało. Noc jest bardzo ciepła. Zwiedzanie Żyliny tylko przejazdem. Co dziwne miasto jest mocno rozimprezowane. Przecież jest czwartek, a nie pt/sb. Ale to się potem wyjaśni. Odnajduję wylot drogą 61, prosto na Bratysławę. Równe 200km do stolicy Słowacji, cały czas jedną drogą, nr 61. Tu wreszcie zaczyna się przyjemna jazda, gdyż cały ciężki ruch tranzytowy idzie równoległą autostradą. Noc jest ekstremalnie wręcz ciepła. Pośrodku gór, przed trzecią w nocy licznik pokazuje ponad 26’C!!! Te ciepłe podmuchy wiatru w twarz są wręcz niesamowite. Niezbyt też mocne (póki co), więc nie przeszkadzają zbytnio w jeździe. Senność również nie przeszkadza, kilka krótkich (i ciepłych) drzemek na przystankach pozwala gładko przetrwać noc. Okolice doskonale mi znane, jechałem tą drogą na Bratysławę wiele razy. Cukrownia po prawej, cementownia po lewej. Z większych miast Povazska Bystrica, Dubnica n/ Wahem, Ilava itp. itd. Trenczyn. Trenczyn wraz ze swoim charakterystycznym zamkiem na skale wita mnie już po świcie. Przejeżdżam przez rozpierdolony, dziurawy (czyli typowy dla Słowacji), wielki most nad wielkim Wagiem. Kawałek odpoczywam tu sobie od głównej drogi, i jadę alejką pieszo-rowerową po wale rzeki. Poranek pochmurny, ale tylko do czasu, zaraz wiatr rozwieje te chmury. Tak. WIATR. Zaczyna się na dobre. Wyjechałem spomiędzy gór na rozległe równiny południowej Słowacji i skurwiel rozkręca się na dobre. Towarzysz wiatr będzie mnie męczył i wiał w ryj odtąd aż do Seneca, czyli przez ostatnie 100km :) Widać to dobrze na mapce Garmina, po kolorze śladu. Pomimo płaskiego odcinka prędkości mam tu niewysokie. Wlokę się 12km/h, a jak przycisnę to czasem 16 się uda :D Do tego boli mnie stopa (od wyginającej się podeszwy), bolą mnie dłonie i mam dość wszystkiego. Klnę na głos, rzucam rower na ziemię, leżę w krzakach i zbieram siły… Ale jakoś walczę. Przeliczam czas/km i już wiem że jak chodzi o Wiedeń to uj, dupa i kamieni kupa. Nie da rady. Dobrze będzie jak zdążę do Bratysławy przed zmrokiem i się wykąpię w zalewie. (Nie, nie zdążę i się nie wykąpię…) W Pieszczanach, dość ładnym jak na SK miasteczku, wciągam zasłużoną pizzę. Jak zawsze w tym samym lokalu 4 wielkie ćwiary za łącznie 8 EUR, czyli nie drogo. Przy okazji wyjaśnia się o co chodziło z tą weekendową nocą w czwartek w Żylinie. Ta noc była weekendowa, bo piątek w SK jest święto państwowe, rocznica powstania. Zorientowałem się po tym jak wszystkie markety w mieście były zamknięte. Za miastem wyłania się na horyzoncie kolejny milestone tej trasy, czyli chłodnie atomnej elektrostancji, na horyzoncie, ponad polami kukurydzy. W Pieszczanach nie kupiłem nic do picia, i zaczynam że tak powiem usychać, bo jest już ze 30 stopni. Odbijam w bok w jakieś miasteczko w poszukiwaniu sklepu, ale wszystko zamknięte. Na szczęście mijam znak – stacja benz. za 2km. I faktycznie jest Slovnaft. Wymarzona oaza na tej rozpalonej patelnii. Tankuję tu naraz ponad litr różnych kolorowych i niezdrowych płynów, oraz wody. Zaraz potem mijam dobrze znane mi dwa potężne zbiorniki czegośtam. Nakurwia wichrem w ciągu dalszym, tu się nic nie zmienia :) Zmienia się za to stan nieba. Staje się ono coraz bardziej zachmurzone. Znowu spadło parę kropel deszczu. Doczołguję się do Trnavy. Tu mam pomysł aby zjeść coś ciepłego. Niestety na pomyśle się kończy, bo KFC zamknięte. Jakieś przedrożone lody tylko kupuję na OMVce. Do Bratysławy tak blisko, i tak daleko zarazem. Jakieś 50-60km. Kilometry tej męki odliczają mi tabliczki z kilometrażem, zarówno przy szosie, jak i przy idącej równolegle linii kolejowej. ALE PIZGA MAM DOŚĆ. Do tego zaczynam odczuwać miękkość w tylnim kole… Uchodzi powietrze, na szczęście powoli, więc będę ino dopompowywał po drodze… Do Seneca dociągam przed 20tą, czyli o zmroku. Już wiem że nie zdążę się wykąpać w zalewie w Bratysławie. Ani nawet w tych małych jeziorkach, które są zaraz za Sencem, obok drogi. Bo zaczyna się prawdziwa wichura, która przygnała deszcz… Patrzę na radary a tam strefa opadów ciągnie się od Chorwacji, i wjeżdża właśnie na Słowację… Mam dość. Chowam się pod dachami, nawet nie mam siły ubieram ubrania p/deszcz. Mam tak dość wszystkiego, że wpadam na pomysł podjechania stąd ostatnich 25km pociągiem. I tak też robię, w dupie to mam. Już się w życiu najeździłem w deszczu, i pod wiatr też się najeździłem. Akurat zaraz jest pociąg, którym kosztem 3 EUR teleportuję się na Bratyslavę Hlavną Stanicę. Deszcz w sumie nie za mocno popaduje. Do tego jest taki gorąc, że szybkość schnięcia ubrań jest równa szybkości ich moknięcia ;) Czyli stan zamoczenia się nie zwiększa. Nie ma sensu wyciągać ubrania p/deszcz. Zwiedzanie rozpoczynam od wciągnięcia kebsa, oraz wspomożenia się życiodajnym energolem. A potem zaczynam nocne szwędanie po rozimprezowanej stolicy. Z tym że zamek mam w dupie. Byłem pod nim nie raz, nie mam siły wspinać się na to wzgórze. Dziś skupiam się głównie na mostach, oraz różnych parkach, trasach rowerowych wzdłuż Dunaju itp. itd. Zaliczam m.in. Sad Janka Krala, oraz wszystkie 4 mosty w centrum miasta. Na pierwszy ogień idzie Most SNP - ten najbardziej znany, symbol miasta, chyba każdy wie jak wygląda. Potem kieruję się na Most Apollo, z wielkimi białymi łukami i linami, przejeżdżam nim do północnej części miasta. Następnie kieruję się na najbardziej na wschód położony, Pristavny Most. Ten zawsze robił na mnie nie mniejsze wrażenie niż most SNP. Gdyż jest po prostu OGROMNY. Nie chodzi mi tu tylko długość (wszystkie mosty mają po kilkaset m długości), ale o ogrom jego konstrukcji. Górą idzie wielopasmowa jezdnia, a pod nią, z 8m niżej, wewnątrz potężnej kratownicy jest poprowadzona magistrala kolejowa. A po obu jej stronie dwie kładki pieszo-rowerowe. To zdjęcie dobrze pokazuje ogrom tej konstrukcji. Na most, z obu stron stron Dunaju, prowadzi plątanina efektownych estakad, na 20-25 metrowych żelbetowych filarach, pośród/ponad drzewami bujnego lasu. Z mostu rozpościera się panorama na wieżowce w centrum, oraz na port rzeczny na Dunaju z wysokimi dźwigami. Pristavnym jadę na południowy brzeg rzeki, a do centrum, na północ, wracam na sam koniec Starym Mostem. Dostępnym tylko dla rowerów/pieszych/tramwajów, z charakterystyczną zieloną konstrukcją kratownicową. W międzyczasie przestaje padać… Czyli można było jechać z Senca na rowerze. Ale w dupie to mam. Bratysława zdecydowanie ma swój klimat. Z jednej strony pokruszone chodniki, zardzewiałe latarnie stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Inne relikty poprzedniego ustroju, typu rozwalające się betonowe płaskorzeźby, pomniki czczące kult pracy i potęgę socjalistycznego ustroju. Z tym wszystkim kontrastują niewiele niższe od warszawskich, sięgające niebios szklane wieże. Dworzec kolejowy – dla odmiany stary, obskurny, zażulony, zaszczany, zasrany, socjalistyczny. Całości dopełniają ciekawe drzewa – jeden gatunek, którymi obsadzone są wszystkie ulice. Nie wiem jaki to gatunek, w PL chyba on nie występuje. Mają charakterystyczne drobne liście występujące w ilości po 20-30szt na jednej łodyżce. Cóż podoba mi się ten misz-masz, ten uroczy Słowacki pierdolnik :) Co godzinkę dobijam tylne koło, nawet nie mam siły zabierać się za wymianę dętki… Wciągam jeszcze 4 ćwiary pizzy, tym razem drożej, łącznie 12 EUR. Robię jakieś zakupy na drogę. Bilet już kupiony – na pierwszy pociąg, do Żyliny. Odjazd 5.27. Z kolejnymi pociągami się zobaczy. Nie chcę kupować od razu biletu na następny pociąg, bo mam złe doświadczenia z przesiadkami w Żylinie. Dwa razy uciekł mi tam pociąg… W pociągu coś tam pospałem. W międzyczasie wstaje nowy dzień. Na razie bardzo chmurny i mglisty. Ale gdy wysiadam w Żylinie zaczyna wychodzić Słońce. Mam ponad godzinę na przesiadkę, i bardzo dobrze. Zrobiłem rundkę po centrum Żyliny, dokupiłem żarcia. Ten dworzec chyba od kilku lat jest w remoncie i dalej nie skończyli :D Ale przynajmniej działają już wyświetlacze z odjazdami - nie muszę bazować na komunikatach (po słowacku) z głośników. Tak że pociąg mi dziś nie ucieka :) Dojadę nim do Bogumina (Czechy, zaraz pod polską granicą), a potem się zobaczy. Ostatecznie na ostatni pociąg kupuję bilet nie z Bogumina, a z Chałupek – pierwsza wioska po polskiej stronie granicy. Na przejazd paru km mam 1,5h. Przynajmniej sobie zwiedziłem kawałeczek CZ/PL, i odbiłem częściowo stracone kilometry na odcinku Senec-Bratysława. Pojeździłem w te i nazad po wiosce, po stacji, po peronie, nabijając kilometry, tak żeby mieć ich dziś 400. Pociąg nadjeżdża oczywiście opóźniony jakieś pół godziny. To i tak niedużo, inny wyłapał tu 110min ;) Z plusów dużo miejsca w wagonie, z minusów – klima która chłodzi tak że wewnątrz było cieplej niż na zewnątrz. A wagon szwajcarski, taki ładny zagraniczny. Polskie wagony jednak lepsze są. Powrót do Krk bez przygód. Dokręcam przed domem do równych 400km.

W sumie udana wycieczka. Coś tam powalczyłem z wiatrem, coś się powkurwiałem, coś pozwiedzałem, 4 mosty przejechałem, 5 pociągów zaliczyłem :) W trakcie trasy znalazłem też całkiem sporo fantów :) Mało śmiganą pompkę firmy Dunlop, zieloną opaskę odblaskową Merida, oraz 2,25 EUR w bilonie :)

6.40 (czw) - 16.20 (sb)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Budapeszcik :)

d a n e w y j a z d u 383.20 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 8 sierpnia 2025 | dodano: 11.08.2025



https://photos.app.goo.gl/QuY41AL3LbDEw9WL8

https://connect.garmin.com/modern/activity/20011298720
https://connect.garmin.com/modern/activity/20011343407

Tak więc wielkimi krokami nadchodził ten dzień. Dzień w którym miało wrócić lato po lipcowych zimnicach i słotach. Wg prognoz piątek 8 sierpnia (zgodziło się). Na ten dzień zaplanowaną miałem wycieczkę rowerową na Węgry. Budapeszt i/lub Balaton. Niestety w środę 6 sierpnia obudziłem się z zatkaną prawą dziurką nosa/uchem oraz bólem gardła. O_o. No nieźle się zdziwiłem. Nie wiedziałem że da się złapać jakąś infekcję w środku lata ale jednak tak. Da się. Przy czym nie była to raczej mimo wszystko wina chłodu a musiałem złapać jakiegoś syfa, w trakcie pracy kuriera. Gdzie każdego dnia naciskam dziesiątki klamek + dziesiątki guzików na domofonach taka sytuacja jest możliwa. Może covid? Najnowszy, najmodniejszy wariant do Nimbus. Wycieczka zaplanowana na piątek i nie chcę ruszać tego terminu, gdyż chcę zobaczyć rozświetlony w nocy Parlament, a ten już wiem że nie świeci w nocy poprzedzające dni powszednie. A za tydzień to lato może się skończyć i znowu być 15 stopni. Do czwartku nie polepszyło się a raczej pogorszyło, katar przeszedł do lewej dziurki. Jechać? Nie jechać? W czw. wieczór kupuję bilet PKP do Piwnicznej. Miało być do Nw. Targu ale „brak miejsc na rowery”… Może to i lepiej. Nowy cel to Budapeszt krótszą drogą, ok. 320km. Balaton skreślam z listy, z taką formą nie da rady. Jechać czy nie? Oto jest pytanie. Zadaję je sobie jeszcze w piątek rano. Może zwrócić bilet, i pojechać jednodniową przejażdżkę po Wale Wiślanym?

Jednak ryzykuję. Jadę na ten pociąg. Będę zdrowiał po drodze :D Biorę zapas Paracetamolu, Cholinexu i spray do nosa. W najgorszym razie albo zrobię jakąś zastępczą pętelkę po SK lub podwiozę się kawałek pociągiem do tego Budapesztu. Przyśpieszonym Regio dojeżdżam do Muszyny o 11tej. Stąd boczną, pozarywaną przez rzekę drogą przekraczam  Słowacką granicę. I tu obieram główną szosę no 68. Dawno tą drogą nie jechałem ale jedno przypominam sobie dobrze. Będzie zaraz podjeździk, oj będzie ;) Na przełęczy  Vabec melduję się zmęczony, czyli już wiem że lekko nie będzie. Infekcja ma niestety pewien wpływ na formę. Póki co staram się tym jednak nie przejmować. Z miejsca tego rozpościera się ciekawy widok na Tatry (Wysokie). Widać tu mianowicie wschodnią końcówkę tego pasma. Szary potężny masyw zjeżdża tu stromo w dół, i kończy się w polach i lasach. Zdjęcie wyszło  słabe. Z przełęczy zlatuję do Lubowli, i rozstaju dróg 68/77. I obieram tą drugą, na Poprad. Gorąc narasta, ale na razie nie ma żadnych większych podjazdów więc jako tako się kulam. Widok na potężny masyw Tatr, od wschodniego profilu, towarzyszył mi będzie długo. Tu fotki wyszły  lepiej :) Przez Kieżmark docieram do największego miasta w tej okolicy – Popradu. Jest 16ta, i tym razem nie zapominam zrobić zakupów w Lidlu - zapasów na noc na słowackie bezludzia. Jakieś tam małe zwiedzanko, festyn w  centrum i wylatuję główną szosą na południe. Zaraz będę w znanej mi, niesamowitej miejscówce. Podjazd za miastem z którego rozpościera się fenomenalna  panorama Tatr z zachodu na wschód. Przesłonięta częściowo przez blokowiska Popradu, które są na pierwszym planie. Przypomina się też że niestety zaczyna się mocno górski odcinek przez Niżne Tatry. (To „niestety” dotyczy tylko dzisiejszych okoliczności, gdyż jestem osłabiony. Ogólnie bardzo lubię podjazdy). Póki co droga tonie w chłodzie leśnej  doliny, no a potem zaczyna się mozolna wspinaczką na ponad 1000m n.p.m. Co kawałek spadam z roweru żeby dychnąć. Masakra. Pewnym pocieszeniem jest nowy gładziutki asfalt na szosie. Prace budowlane jeszcze tak właściwie trwają – Panowie malują najciaśniejsze zakręty na zjeździe na  czerwono. No i jest jakaś tam przełęcz, nawet nie chce mi się sprawdzać jaka. Wyłania się też ogromna góra z nadajnikiem na szczycie. Jej sprawdzać nie muszę, znam ją dobrze ;) To  Kralova Hola (1934m n.p.m.) Byłem na niej na rowerze w 2017 roku, i jest to mój nie pobity rekord wysokości :) Bo wyżej się prostu nie da w tej części Europy. Wyżej to w Alpy trzeba. Na zjeździe cieszy mnie głównie gładki asfalt, bo chłód już nie. Żeby się bardziej nie załatwić. Krzyżówka, jeszcze jeden mały podjazd… i zjazd do Telgartu. Jest tu bardzo ciekawy wiadukt kolejowy. Na  fotce mało co widać bo już nadchodzi noc. Jeszcze tylko rzut oka na Kralovą –  maszt na szczycie już świeci czerwonym światłem. Trochę poniżej widać światło białe – jakiś śmiałek zapewne zdobywa tą górę nocą! Pieszo lub na rowerze. Zjazd jest ciekawy. Na zmianę atakuję mnie raz zimne, a raz rozgrzane powietrze. Tak działają inwersje w górach. Gdy wyrasta kolejny znak „ podjazd 12%” mam już dość. Nie żeby tam te 12% gdzieś było, bo pewnie jest 8, max 10%. Ale jestem prostu chory i słaby!!! Zjeżdżam do Tisovca, i to już koniec podjazów w tej trasie. Jeszcze tylko pagórki przed Budapesztem mnie czekają. Wreszcie jadę z przyjemnością. Księżyc nawala tak że można by bez lampki ciąć te ciemne Słowackie bezludzia :) Jest magicznie. Z większych miejscowości mijam Hnustę, a z ciekawostek wszędzie te cholerne pomniki i tablice pamiątkowe z czerwoną gwiazdą. Przy jednym nawet  radziecki towarzysz sobie stoi... No wypadałoby by coś z tym wreszcie zrobić. Ale chyba na Słowacji nikt nie ma do tego jaj. Docieram do Rymawskiej Soboty. O bliskości do Węgierskiej granicy informują mnie dwie wersje nazw miejscowości na tablicach, po słowacku i węgiersku. Robię mały skok w bok aby zwiedzić Sobotę. Jakiś tam rynek, kościół, wszyscy śpią, cisza, nic ciekawego, standard. Na przedmieściach drzemię na przystanku aby oszukać organizm i zwalczyć senność. A w międzyczasie zaczyna się  przejaśniać, noc w sierpniu ciągle krótka. Noc zaczynała się w wysokich górach, i iglastych lasach, pomiędzy 2000m szczytami Niżnych Tatr. A kończy się w ciepłych równinach południowej Słowacji, wśród akacjowych lasów i słonecznikowych pól po horyzont. Taka jest właśnie ciekawa zmiana stref klimatycznych w tym niewielkim kraju, na bardzo niewielkim dystansie. Dociągam do  Łuczeńca. To ostatnie większe miasto przed Węgrami. Wypada być kupić wreszcie coś ciepłego do jedzenia, lub minimum suchy prowiant kupić. Ale jakoś przeleciało mi się miasto, i nic nie kupiłem. Został mi raptem litr wody z zapasów. Trzycyfrową szosą docieram do miejscowości Raros, w której przekroczę węgierską granicę. Pierwszy raz w tym miejscu. Ładny zabytkowy  mostek graniczny, nad rzeką Ipel/Ipola (SK/HU). Węgry witam po godzinie 9tej. Kilka km ciągnę wzdłuż tej granicznej rzeki. No i zaczyna się ta cholerna, rozpalona węgierska patelnia :D Żar z nieba, akacjowe gaje, spalona na wiór trawa, pola cholernych słoneczników. Węgierskie miasteczka, choć widać że również nie za bogate, to bardziej zadbane od Słowackich dziur. Bardzo spodobała mi się obsadzona potężnymi,  ciemnoczerwonymi kwiatami droga w jednym z nich. W większej miejscowości, Szecseny, dopadam wreszcie Szuper Diskont (supermarket) gdzie robię zakupy. Głównie słodki prowiant, ale dobre i to. Przy okazji łapię kapcia na tyle (szkiełko). Szukam kawałka cienia, rozbebeszam rower z sakw żeby dętkę zmienić. Przy okazji  rozdupca się też pompka – pęka plastikowy pierścień wokół otworu do pompowania… Jakoś zaciskam to paluchem i dobijam ile da radę. A da radę nie za wiela, na oko ze 3 bary… Wypadało by mieć z 5 atm. Na razie jadę na takim niskim ciśnieniu, i uważam na dziury, żeby snejka nie zaliczyć, bo tą pompką to sobie już nie popompuję. Wypatruję stacji z kompresorem. Do Budapesztu realnie jakaś stówa z hakiem. Myślę życzeniowo, i wmawiam sobie że do granic miasta to będzie raptem 90. A może tylllllko 85????!! Trzeba jakoś podnosić sobie morale. Zalegam w cieniu akacji. Wbijam sobie wielki akacjowy kolec w dłoń. Rower z lasu WYNOSZE a nie wyprowadzam bo JAK SE WBIJE TAKI KOLEC W OPONE TO SE DENTKI JUŻ NIE NAPOMPUJE!!! W mieście o długiej i dziwnej nazwie dopadam wreszcie OMVkę (stację benz.) Coś tam kupuję do picia, żeby nie było że za darmo wszystko chcę. Dwoma kliknięciami  pistoletu dobijam ciśnienie w tylnym kole do pożądanych 5 atmosfer :) Co za ulga, przynajmniej sprzęt jest ok :) Męczę dalej te kilometry po rozpalonej węgierskiej patelni. Od cienia do cienia. Dojeżdżam do znanego mi ronda, gdzie droga nr 22 łączy się z drogą nr 2 na Budapeszt. Dobrze znane mi miejsce, z tym że zawsze docieram tu od innej strony. Oznacza to że do Budapesztu ostatnia już prosta. Tablica przy drodze pokazuje że  65km… A ja dalej oszukuję sam siebie, i myślę sobie że 40, może 45 ;) Znam tą drogę dobrze, to nią najczęściej wjeżdżałem do Budapesztu. Trzeba się przebić przez kilka wzgórz. Choć niewysokie to jednak dają w kość, gdyż nie dysponuję swoją pełną mocą. W końcu jest wymarzony, upragniony zjazd w dolinę Dunaju, do Vac. Widoki z niego są przednie, zwłaszcza wielka fabryka na tle panoramy miasta, ale szkoda stawać na fotki. Nakręciłem za to bardzo trzęsący się  filmik (kamera na kierownicy + chropowaty asfalt). W końcu jest  Vac. A to oznacza koniec męczarni (przynajmniej w teorii). W miasteczku tym zaczyna się trasa rowerowa do Budapesztu. „Trasa” to dobre określenie, nie żadna tam „ścieżka”. Jest perfekcyjnie oznaczona. I albo wiedzie gładką asfaltową alejką, albo kluczy bocznymi uliczkami miasteczek (gdzie zaznaczone jest na asfalcie lub tabliczkami gdzie trzeba skręcić). I pomyśleć że pierwszy raz, zanim ją odkryłem, ciągnąłem do Budapesztu równolegle idącą szosą nr 2, razem ze stadami tirów, w pełnym Słońcu ;) A tu asfaltowa alejka wiedzie w chłodku, brzegiem Dunaju, pośród zarośli i ogromnych platanowo/topolowych  lasów. Co do drzew to chyba niedawno przeszedł brzegiem Dunaju jakiś huragan. Wielka ilość ogromnych topoli połamana jak zapałki, i właśnie trwa wycinka i wywózka drewna. Platany i np. dęby okazały się odporniejsze, przeżyły kataklizm w lepszym stanie niż  pogruchotane topole. Alejka zalicza też wały rzeki czy dociera do dzikich plaży, porcików, przystani rzecznych. No jest tu bardzo  pięknie :) Ale ja jestem bardzo zmęczony, i ledwo jadę. O 20tej jestem powiedzmy że prawie w Budapeszcie (tak naprawdę to w Dunakeszi, ale ja myślę życzeniowo). Dopadam Burger Kinga, wciągam duży zestaw który stawia mnie trochę na nogi, i podładowuję tel. W końcu ta ostatnia-ostatnia prosta, czyli ścieżka rowerową wzdłuż drogi nr 2, którą już naprawdę wjeżdża się do stolicy. Tablicę „ BUDAPEST” osiągam o godz. 20.25. Stąd do centrum jakieś 15km, żeby nie powiedzieć że 20 :) W centrum-centrum Budapesztu jestem tak naprawdę koło 21.30. Dopadam MANNA 24 (całodobowa sieć sklepów) i wciągam 3 Helle o  ciekawych smakach. Wciągam te 3 energole na raz żeby nie zasłabnąć zanim dojadę do centrum-centrum-centrum, czyli pod Parlament ;) Nie wiem czy to zasługa tych energoli, czy ciągłego dmuchania nosa, czy tego że o 21szej jest temperatura 30 stopni, ale leje mi się krew z nosa. Pewnie wszystko po trochu :D Tamuje krwawienie, a gdy nieco ustępuje toczę się dalej. Nie ma miękkiej gry :D Powietrze jest gorące, ciężkie i gęste. Nieprzyjemne. Plan zwiedzania ustalam na bieżąco. Dojechałem w ciekawe miejsce, możliwe że pierwszy raz.  Szent Isvan Basilika, czyli Bazylika Świętego Stefana. Najbardziej Świętego ze Świętych Węgrów. Jest naprawdę potężna i imponując, i dlatego zasłużyła aby stać się tytułowym zdjęciem. Nie musi być zawsze tylko Parlament i Parlament. Kulam się dalej wśród innych imponujących gmachów i budowli, i wreszcie jest. Rozświetlony  Parlament, Most Małgorzaty, Most Łańcuchowy. Czyli samo serce Budapesztu. Jest też oczywiście potężny zamek na wzgórzu po drugiej stronie Dunaju, ale nie, tam dziś nie dotrę. Nie mam siły, ochoty ani chęci na ŻADNE PODJAZDY, NAWET NAJMNIEJSZE!!! Zaliczam inne rzeczy które zaliczyć można jadąc po płaskim. Na wyspę Małgorzaty wjeżdżam innym wielkim mostem, na północnym jej końcu. Jak tu przyjemnie – wyspa otoczona jest wodami Dunaju, i zamiast 30 jest tylko 25 stopni :) Zaliczam wielki park pełny ogromnych  platanów, wyjeżdżam mostem Małgorzaty. Zaliczę jeszcze obowiązkowo Most Łańcuchowy, i następny na południe od niego. Ogólnie 4 mosty zaliczone – wynik dobry. Kupuję przez internet bilety. Stanęło na pociągu o 8.12. Bezpośredni (teoretycznie – o tym później) do Krk, przyjeżdża o 17tej (!). Objeżdżam jeszcze rozimprezowane centrum. Weekendowa noc w Budapeszcie taka jaką ją zapamiętałem sprzed roku. Czyli Need for Speed na ulicach. Normalne regularne wyścigi samochodowe/motocyklowe na ulicach miasta. Stawanie na tylnym kole, strzelanie z wydechu w tunelu pod zamkiem, palenie kapcia na światłach... Ścigają się drogie bryki, jak i zupełne gruzy. I policja która udaje że nic nie widzi. To chyba taki węgierski, budapesztański sport narodowy i jest po prostu na to przyzwolenie. Wciągam kebsa, trochę kimam na ławeczkach, trochę się kręcę po mieście, trochę dmucham nos…I tak wita mnie  nowy dzień. Chwilowo jest jak na Węgry rześko, raptem 20 stopni ;) Dokańczam zwiedzanie, robię dodatkowe fotki, w tym obowiązkowa –  Ja na tle Parlamentu. Z ciekawostek dostrzegam wodowskaz który pokazuje aktualny poziom wody w Dunaju.  245cm. Kulam się raz jeszcze na Wyspę Małgorzaty aby w krzakach na brzegu dokonać ablucji. Tj. zmyć z siebie część potu/brudu/moczu/much/(…) aby w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Za pomocą mokrych chustek. Jest to standardowa procedura w długich letnich trasach, gdy nie ma możliwości wykąpania się w zbiorniku wodnym typu rzeka/zalew. Wciągam jeszcze burgera, kupuję zapasy na 9h (!) podróż pociągiem. I na Budapest Nyugati, dworzec. Kilka fotek ciekawych loków oraz imponującej  zabytkowej hali, autorstwa samego Gustava Eiffla. Ładuję się do pociągu. Wpieprzam rowerowy złom na stojak a swoje zwłoki na fotel. Zamykam oczy i idę spać. Coś się tam zdrzemnąłem. Ale podróż nie będzie luksusowa. Obłożenie duże, nie można wybrać miejsca, tylko przy stoliku, gdzie po 2 fotele są zwrócone do siebie przodem. I nie ma miejsca na nogi. Najwidoczniej KTOŚ ZAPROJEKOWAŁ WAGON DLA LUDZI BEZ NÓG. Po prostu nie wiem co mam zrobić z tymi nogami żeby nie bolały. Zmęczony jestem nie tylko ja, zmęczyła się też klimatyzacja. Termometr w liczniku pokazuje 29stopni (a on trochę zaniża)… Okna nie otwierane. Męczę się, pocę, dmucham nos, doszedł kaszel, bolą mnie podkurczone nogi, podróż nie jest przyjemna. W dodatku pociąg wlecze się miejscami 30-40km/h, przez rozpaloną Słowacką, a potem Czeską patelnię. Bratysława, Brzecław, Bogumin… Tu po 14tej wysiadko-przesiadka. W Boguminie, zaraz przez Polską granicą, spotykają się bowiem dwa pociągi: jeden z Pragi, i drugi z Budapesztu. I wymieniają się wagonami. Potem jeden jedzie na Warszawę, a drugi sformowany skład – przez Krk na Przemyśl. W założeniu jest to po to, aby można było bez przesiadki dojechać z Budapesztu do Warszawy ORAZ Przemyśla i z Pragi tak samo – do Wawy i do Przemyśla. Czyli 4 pociągi zamiast 2. Przesiadać się mają w założeniu tylko lokomotywy i wagony ;) Założenie założeniami ale wielu ludzi, w tym ja i tak musi się przesiąść z wagonu do wagonu, bo wybrało złe miejsce lub nie było odpowiednich i system ich przydzielił byle gdzie. Na szczęście jest na to dużo czasu, bo jakieś pół godziny czasu, a konduktor mówi które wagony gdzie jadą. I na szczęście trafił mi się wygodny pustawy wagon, z działającą klimą :) I wreszcie sobie odpocząłem, na tych ostatnich dwóch godzinach podróży PKP przez Polskę. W Krk koło 17.30, czyli podróż trwała 9,5h :)

Mimo trudności wycieczka udana. Pierwszy raz dojechałem przeziębiony do Budapesztu, jest to swego rodzaju rekord :)

7.05 (pt) - 19.00 (ndz)

Zaliczone szczyty:

Góry Lubowelskie (SK):
Sedlo Vabec 760

Niżne Tatry (?)
Vernarske Sedlo 1053 - miałem już to zaliczone, ale nie było w tabelce


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem

Wawa 1

d a n e w y j a z d u 216.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 2 sierpnia 2025 | dodano: 05.08.2025



https://photos.app.goo.gl/LJLrxNoykELn1yEW7

https://connect.garmin.com/modern/activity/19937718559
(na śladzie tylko 115km, bo do tego dochodzi 80km na zwiedzanie stolicy +2x 10km na dojazd/powrót z dworca PKP w Krk)

Standardowa przejażdżka na zwiedzanie wspaniałej i dumnej Warszawy :) Pogoda mało pewna, więc lepiej takie coś machnąć niż użerać się z burzami i deszczem na Węgierskich zadupiach.
Jak w większości przypadków skracam sobie trasę i teleportuję się PKP do Radomia. Oczywiście jak zawsze brakuje biletów na pociągi ale coś udało się kupić. Chyba nie ma znaczenia ile tych pociągów by było i ile by miały wagonów, i tak na trasie Krk-Wawa w weekend wszystko będzie nabite na full zawsze. Z Radomia wyjeżdżam ruchliwą dwupasmówką a potem wzdłuż S7 drogami technicznymi najpierw prawą, potem drugą jej stroną. Zaliczam po drodze Jedlińsk oraz Białobrzegi. I pogoda zaczyna się psuć, z wszechobecnych chmur w końcu formuje się mała, na szczęście, burza. Przeczekuję pod kładką na S7. Gdy wychodzi Słońce, ruszam dalej na Grójec. Z Grójca już ostatnia prosta, DW722 przez Piaseczno na Warszawę. Woda z drogi spłukała mi cały olej z łańcucha, a nie wiedzieć czemu nie wziąłem zapasu z narzędziami. Miałem pomysł aby zakupić olej w Decathlonie Piaseczno, zdążyłbym spokojnie. Ale pewnie nie było by mojego ulubionego zielonego MucOffa, kupiłbym jakiś inny, wydał ze 30-40zł... W Netto przed Piasecznem kupiłem olej spożywczy :) Równe 5zł :) Nie było jak tego dozować z litrowej butli więc oblałem tym cały łańcuch. Zalewając, zatłuszczając przy tym obręcz (hamulec obręczowy mam). Na szczęście miałem w sakwie spirytus, którym ją odtłuściłem. Olej spełnił swoje zadanie, tj. nasmarował doraźnie na te 100km, mam nowy napęd i szkoda żeby pracował na sucho. Oczywiście wszystko będzie czarne od brudu który się przyklei, ale w domu na spokojnie umyję to w benzynce. W stolicy o 20tej. Całonocne i potem półdniowe zwiedzanie. Głównie to co zawsze, Wola, Śródmieście, Praga... Chyba muszę się kiedyś wreszcie przygotować i zaplanować co chcę zwiedzić, żeby zobaczyć coś nowego. Choć oczywiście w centrum też jest fajnie. Szklane wieże, długachne mosty, szerokie aleje. Skarpa Wiślana na którą drogi/chodniki wspinają się różnymi sposobami i nachyleniami. A z drugiej strony rzeki dzikie chaszcze i zarośnięty, naturalny nadrzeczny las w samym centrum wielkiego miasta. Potem jeszcze nowa kładka pieszo-rowerowa, zapiekanka od Lussy, no i rzecz jasna uroczysta zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza. Oczywisty problem z zakupem biletu na powrót, więc wróciłem Pendolino kosztem 170zł... No ale co tam, raz w roku można. Woda 0,5 litra warta 50gr w pociągu gratis :D

EDIT: jednak smarowanie napędu olejem spożywczym jest złym pomysłem. Powstaje czarny mocno przyklejowy klaster który ciężko zmyć. Chyba lepiej jechać 100km z suchym łańcuchem.

7.35 (sb) - 18.05 (ndz)


Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem