Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Wpisy archiwalne w kategorii

Powrót pociągiem

Dystans całkowity:65546.78 km (w terenie 340.00 km; 0.52%)
Czas w ruchu:1232:54
Średnia prędkość:18.48 km/h
Maksymalna prędkość:406.64 km/h
Suma podjazdów:240690 m
Liczba aktywności:229
Średnio na aktywność:286.23 km i 14h 00m
Więcej statystyk

Turbacz 3

d a n e w y j a z d u 117.20 km 27.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Wtorek, 8 września 2026 | dodano: 11.09.2026


Widok z Godermana

https://photos.app.goo.gl/WXj54QsmtmWooZLZ9

https://connect.garmin.com/app/activity/24294694919

Tak więc nadchodzi wielkimi krokami pewnie już ostatnia w tym roku (buuu…) 2-dniowa fala upałów, i zamierzam wykorzystać pierwszy jej dzień na trip na Turrrbacz :) Trzeci w tym roku :) Nie ma ochoty na oranie asfaltu w dwie strony, zatem podjadę sobie PKP do New Targu. Przed trasą robię jeszcze serwis prawie wszystkiego w Peaku, tj. napęd, widelec, obie piasty. Zwłaszcza tylna wymagała zaglądnięcia, by spory luz. Zapodałem nowe łożyska – dalej jest luz, tylko że mniejszy :D Nie ma to jak stare dobre kulki i konusy od Shimano jednak.

Zrywam się z łóżka o 5 rano. Albo i nie rano, bo za oknem noc. Ciągnę szybko na dworzec, wsiadam w pociąg, ciągle ciemno. Odjazd planowo 5.58, na starcie już obsuwa 15 minut. A w New Targu pół godziny, jestem o 8.30, ale to i tak bardzo wcześnie, czasu a czasu. Poszukując nowych opcji podjazdu na szczyt wynalazłem żółty szlak. Ale nie ten kultowy żółty, z New Targu, a żółty z Łopusznej. Nie PTTK, tylko jakaś ścieżka dydaktyczna czy cuś. Tak więc ciągnę asfaltową (piękną!) trasa Velo Dunajec do Łopuszna, i próbuję odnaleźć wspomniany szlak. Oznaczeń brak. Przez cały ten żółty szlak znajdę dosłownie jeden, przewrócony słupek z oznaczeniem. Nie wiem czy to nie jest czasem robota miejscowych zachłannych góroli, którzy celowo niszczą oznaczenia. Bo moje pole, mój las, moje wszystko, itp., wiadomo ocb. Ale to tylko hipoteza. W każdym razie mam na telefonie stosowną mapę, która poprowadzi mnie jak po sznurku. Pogoda – żyleta. Niecałe 30 stopni, zero szans na deszcz czy burzę. Początek szlaku to średnio stroma asfaltowa ścianka – z kapitalnym widokiem na ścianę Tatr! A potem zaczyna się całkiem przystępna pod rower leśna droga. Zero błota, nachylenia do podjechania. Tzn. byłyby do podjechania, gdyby nie małe problemy ze sprzętem. Nie wchodzi mi „jedynka”… Tzn. wchodzić wchodzi, ale łańcuch skacze po zębatce jak szalony. Powód raczej oczywisty – skrajnie zużyty napęd. A dokładnie rozciągnięty łańcuch nie przyjmuje już tej jednej, prawie nie zużytej, największej koronki. Próby regulacji kąta opasania/dolnego zakresu na nic się zdają, jak skakało, tak skacze dalej. A jeszcze w lipcu gdy byłem poprzednio na Turbaczu było ołkej... Zatem zamiast na 30-46 jadę na 30-40, i serce mi zaraz wybuchnie albo dostanę wylewu ;) Walczę ile się da, ale podprowadzania było więcej niż być powinno. Plan podjazdu zakłada też zdobycie 3 nowych szczytów na tym żółtym szlaku: Legutków (704), Goderman (coś jakby po DE, 721) oraz Gralowej (873). Aby zdobyć Legutków muszę odbić ze szlaku i błądzić po polach i chaszczach. Gdy jestem w odległości ze 40m od wielkiej sosny która rośnie na szczycie (paluch ją pokazuje), uznaję go za zaliczony. Jak chodzi zaś o Godermana - docieram tu centralnie na szczyt szczytu, znajduję się on na środku pola uprawnego, łatwo dotrzeć, kawałeczek od szlaku. Widoki na Tatry – M – E – G – A (fotka tytułowa). Gralową, cóż, objeżdżam w niewielkiej odległości szlakiem i uznaję za zaliczoną. Nic za wszelką cenę, nie będę przedzierał się przez strome zbocza i zwalone drzewa, raz tak wdepłem w gniazdo os :) W międzyczasie żółty szlak nie-PTTK dobija do niebieskiego szlaku PTTK, i nim dociągnę na dobrze mi już znaną Bukowinę Waksmundzką. Po drodze jedna sroga stromizna, skalna rynna w kształcie litery V, i tachanie roweru pod górę. Na Bukowinie jak to na Bukowinie, mnóstwo buków :) Pełno poskręcanych, powyginanych wiatrem drzew, na pniach których jakby wypisany jest cały ten trud trwania w wysokich górach. Stąd na szczyt Turbacza już w zasadzie rzut beretem. Do niebieskiego dołącza kolejno czarny, zielony i żółty szlak i taka ich „wiązka” idzie już pod samo schronisko. Szlak znów bardzo przyjemny i podjeżdżalny, nawet na „dwójce”. Za zakrętem w lewo wyłania się potężna bryła schroniska. Jedno z największych w polskich górach, 110 miejsc noclegowych! Turystów dziś ilość średnia, no ale wrzesień i środek tygodnia. Reprezentacje dwóch teamów: E-MTB i MTB dziś są wyrównane :) Z reguły jest miażdżąca przewaga elektryków. W schronisku tradycyjnie piwko + naleśniki. A potem hyc na szczyt Turbacza, pod obelisk, kawałeczek czerwonym szlakiem. Pomimo braku jedynki dziś podjechałem wszystko :) Nawet ten jeden próg z korzeni, na którym zwykle wymiękam. Fotka pod obeliskiem, i nazad, pod schronisko, zjechałem ofc 100%. Młoda godzina, raptem 13ta, miałem niby jakieś plany na eksperymentalne zjazdy innymi szlakami. Ostatecznie jednak stanęło znów na czerwonym do Rabki. On jest taki fajny, że nie mogłem mu się oprzeć. Dwie wysypane kamieniami rynny jak zwykle wolę sprowadzić, jednak pozostałe 95% szlaku to bardzo płynna i przyjemna jazda. Na szlaku totalna susza, jedyna woda to słynne „wieczne kałuże”, ale też mniejsze niż zwykle. Zainteresowały mnie pewne niebieskie kwiaty, to dość nietypowe, kwiaty kwitnące we wrześniu. Na Starych Wierchach tradycyjnie międzylądowanie, i międzytankowanie - drugie piwko :) Odcinek przez Maciejową do Rabki to już w zasadzie formalność. Sru w dół, i tyle :) Circa 2h zajął mi zjazd Turbacz-Rabka, wliczając pit-stop na Starych Wierchach. W Rabce tradycyjnie wciągam cheeseburgera w moim ulubionym bistro na dworcu (podrożał z 17 na 18zł!). No a reszta to już mozolne trochę oranie 60km asfaltu do Krakowa. Do Mszany w dół, do Kasiny pod górę. W Żabce w Kasinie wspomagam się zapiekanką i energolem. Wszędzie piętrzące się na kilka metrów stosy betonowych podkładów kolejowych. Budowa linii kolejowej BARDZO odmieni tą okolicę. Na przeł. Wielkie Drogi zapada już powoli zmrok. Ostatnie fotki panoramy Beskidu Wyspowego. I SRU w dół, do Dobczyc :) Vmax coś koło 60km/h, terenowe opony z klockami buczą przy tej prędkości prawie jak jakiś motór :) W Dobczycach wspomagam się pysznym kebsem tam gdzie zawsze. No i trzeba jeszcze wymęczyć te kilka podjazdów w poprzek Pogórza Wielickiego. Inwersje temperatur spore, raz ciepło, raz zimno. Na koniec znów ekstra zjazd, też coś koło 60ki, do centrum Wieliczki. Piwko, a nawet dwa w parku na osiedlu. W domu o 00.50.

I tak minęła ta kolejna, trzecia już wycieczka na Turbacz w tym sezonie. Być może ostatnia w tym roku, a może nie :) Kocham Turbacz :)

Zaliczone szczyty:

Gorce:
Turbacz (1310)
Rozdziele (1198)
Obidowiec (1106)
Bukowina Waksmundzka (1102)
Groniki (1027)
Jaworzyna Ponicka (995)
Mnisko (959) – dopisać do tabelki po prawej, bo brakuje!!!
Bardo (948)
Wierchowa (940)
Przeł. Pośrednie (918)
Gralowa (873)
Przysłop (pod Maciejową) 836 – dopisać do tabelki po prawej, bo brakuje!!!
Przeł. Pod Godermanem (820)
Maciejowa (815)
Goderman (721)
Legutków (704)


Beskid Wyspowy:
Przeł. Wielkie Drogi 562
Przeł. Wierzbanowska 502

5.10 - 00.50


Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo

O kolarzu, który jeździł koleją ;)

d a n e w y j a z d u 371.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 28 sierpnia 2026 | dodano: 07.09.2026


Losowa fotka z Bratysławy

https://connect.garmin.com/app/activity/24167249118
https://connect.garmin.com/app/activity/24167257222
Do tego dochodzi dojazd/powrót z dworca w Krk, trochę po Brzecławiu itp.

https://photos.app.goo.gl/5H8ewBZtQvU88T6i8

Koniec sierpnia, być może ostatnie w tym roku upały i ciepłe noce, trzeba pocisnąć gdzieś dalej. Na etapie planowania trasy pewnym utrudnieniem jest zapowiadany front atmosferyczny. Ma on przejść w sobotę z zachodu na wschód, i przynieść opady, burze i wiatr (start planuję na pt.). Rozważam różne opcje: Praga, Budapeszt, Bratysława, Wiedeń? Czechy odpadają w pierwszej kolejności, tam załamanie pogody ma być największe. Później na celowniku jest Budapeszt. Kupiłem nawet bilet do Piwnicznej, ale zwróciłem. Ostatecznie stanęło na Bratysławie, a jak będzie dobrze szło, można zmienić cel na Wiedeń. Im dalej na południe tym front ma być słabszy, tak że jestem dobrej myśli. Bilet kupiony do Czechowic-Dziedzic – stąd wystartuję.

Pobudka 5.00. Za oknami noc :D No coraz krótsze są te dni :( O 5.15 siedzę już na rowerze i lecę na dworzec. Odjazd 6.15. Podróż mija szybko i przyjemnie. Jakąś raptem godzinkę później jestem w Czechowicach. Obieram kurs na Czeską granicę, dokładniej to na dawne przejście graniczne w Lesznej Górnej. Okolice z początku płaskie, dookoła królują stawy rybne i piękne, dębowe (!) lasy. Na wsiach mnóstwo zmyślnych instalacji dożynkowych, kilku z nich zrobiłem fotki. Docieram do Skoczowa. Kawałek wojewódzką szosą, i znów skręcam w boczne drogi, ku czeskiej granicy. W oddali majaczą wysokie szczyty Beskidu Śląskiego i innych pasm górskich. Coraz bardziej zadupiastą i pagórkowatą drogą docieram do dawnego przejścia granicznego. Czechy. Ahoj przygodo! Czeska kraina wita mnie potężnym zjazdem w dolinę, do Trzyńca. W oddali widzę już hutę, kominy i cały ten przemysł tonący w zielonej dolinie. Przejeżdżam przez miasto i trzycyfrowymi drogami kieruję się ku słowackiej granicy. Bo Czechy to tylko mały epizod tej trasy. Większość przygody to jednak Słowacja. Przynajmniej tak mi się w tej chwili wydaje. Pod koniec opowieści wszystko się wyjaśni ;) Pogoda petarda, 30 stopni i pełna lampa. Póki co nic nie zapowiada załamania pogody. Regularnie zerkam na pogodowe radary. Burze i deszcze są dopiero hen daleko na Niemcami. Z czeskich miasteczek mijam jeszcze Jabłunków i Mosty koło Jabłunkowa. Około godziny 13tej melduję się na słowackiej granicy. Dawne wielkie przejście graniczne, pełno opuszczonych budynków i innych zabudowań. Cóż za zmiana krajobrazu ;) Asfalt zmienia z gładkiego na morze dziur i łat. Latarnie krzywe i pordzewiałe. W małym zagajniku pełno chusteczek higienicznych. Te kilka drzewek pełni bowiem funkcję toalety ;) No Słowacja tak już ma, przestrzeń publiczna, drogi, chodniki to trochę trzeci świat. W rowach pełno śmieci. Cestą nr 11 dociaram do Cadcy. W Tesco robię duże i chyba niedrogie zakupy. Jak chodzi o picie i suchy prowiant, powinno mi go wystarczyć do rana :) (wystarczy aż do Bratysławy ;) ). Kieruję się dalej ku Żylinie. Ale nie główną szosą nr 11. Jadę idącą równolegle do niej, po drugiej stronie rzeki, boczniejszą drogą. Tu też jednak duży ruch, i wszechobecne roboty drogowe, ciężarówki, tumany kurzu i zwężenia. Kawałek fajną trasą rowerową, mijam Kysuckie Nowe Miasto. Boczną drogą zaliczam nieplanowany podjazd. I wreszcie zjazd do Żyliny. Na celowniku mam już od pewnego czasu McDonald. Wciągam tam jakiś zestaw, poprawiam drugą Colą, i to by na tyle było ze zwiedzania Żyliny. Nie ma czasu, nie ma siły ani chęci. Wbijam na krajową drogę nr 61. Jeszcze tylko niebezpieczny odcinek, gdzie drogą dzieli się na starą 61kę i na autostradę nr D1. I już jestem na starej, przyjemnej drodze nr 61, która jak po sznurku zaprowadzi mnie do Bratysławy. Circa 200km. Tak mówią tablice kilometrowe przy szosie. Dochodzi 19ta, a więc powoli zapada zmrok. W ostatnich jasnościach wieczoru, docieram do Powazskiej Bystrzycy. W centrum jakiś koncert, festyn itp. kupa ludzi i hałasu. Kolejnym checkpointem, większym miastem, będzie dopiero Trenczyn. Za jakieś 50km. Póki co mijam kolejne senne miasteczka i miejscowości. Belusa, Ilava, Dubnica… Znam te okolice doskonale, jechałem tą drogą na Bratysławę wiele razy. Dziś jest jednak pewna odmienność, stosunek: czas/kilometraż. Jestem bowiem w tych miejscach dużo wcześniej niż zwykle. Co za tym idzie zachód Słońca, noc, wschód łapią mnie w zupełnie innych miejscach w trasie. W takim dajmy na to Trenczynie jestem o pierwszej w nocy. Podczas gdy zwykle bywam tu dużo później, o świcie lub wręcz rano/przed południem. W Trenczynie znów jakaś impreza, śpiewy i gwar na ulicach. Symbol Trenczyna to rzecz jasna zamek na charakterystycznej skale. Jest on ładnie iluminowany, zanim jednak zdążyłem zrobić fotę, iluminacja zgasła. W zamian za to zdjęcie skały, na której stoi zamek, z jakąś płaskorzeźbą. To by było na tyle ze zwiedzania Trenczyna, trzeba lecieć na Bratysławę. Jakieś 150km. W środku nocy pogoda niesamowita. 20 stopni i ciągle rośnie! 22, 24, 25… Najwięcej zaobserwowałem 25,5’C o godz. 2 w nocy!!! Do tego ciepłe podmuchy wiatru. Niesamowite rzeczy dzieją się też za górami po prawej. Za górami czyli na zachodzie, nad Czechami. Błyska się tam potężnie. Patrzę na radar burzowy i wszystko jasne. Równolegle do mnie, z pł-zach na płn-wsch idzie front burzowy. Właściwie to całe Czechy to jedna wielka burza i deszcz. Jak to dobrze że nie zdecydowałem się na Pragę… Ja tymczasem podziwiam sobie ten niesamowity spektakl z bezpiecznej odległości. Tam mi się przynajmniej wydaje. W ogóle nie słychać bowiem grzmotów, więc jestem (chyba) bezpieczny. Jednak po pewnym czasie zaczyna się błyskać i grzmieć centralnie przede mną. Wg map jakaś (mała) komórka burzowa uformowała się również na SK, centralnie na mojej drodze. Zapinam blat i pędzę ile wlezie, żeby się gdzieś schronić. W ostatniej chwili dopadam wiadukt kolejowy. Chowam się pod spodem. Okazało się jednak że burza nie była zbyt silna, popadało z 10 minut, kilka razy błysko/zagrzmiało i to by było na tyle. Można jechać dalej. Dalej chyba mocniej walnęło deszczem, bo koleiny na drodze całe toną w wodzie. Przy okazji ochłodziło się do przyjemnych 20 stopni. Gdy noc ma się ku końcowi, nadchodzą jeszcze inne zawirowania pogodowe. Wzmaga się potężny wicher, i znowu zaczyna trochę padać. Wykorzystuję to na małą drzemkę na przystanku. Wiatr napiera na stalową wiatę, aż trzeszczy! Padać szybko przestaje, ale potężna wichura duje dalej, akurat w sprzyjającym kierunku. Będzie jeszcze przez chwilę mnie wspomagać ;) Po płaskim 50km/h chwilami leciałem :) Śladem po przejściu frontu atmosferycznego, a raczej muśnięciu Słowacji przez ten front, są wszechobecne chmurzyska. Te brzydsze, bardziej groźne zostawiam za plecami, a tam gdzie jadę chmury wyglądają na niegroźne, i niedeszczowe. Dość szybko wyjrzy spoza nich Słońce, a wiatr stopniowo je rozwieje ponad bezkresnymi równinami południowej Słowacji. W międzyczasie upada temat Wiednia. Plan na dziś to po prostu Bratysława. Dalej wieje, tym razem z zachodu, dodatkowe 70+km, nie mam siły, po prostu brak mi ambicji. Mam też co chwila powracający kryzys związany z bólem dłoni od kiery. Na szosówce zrobiłem w tym raptem 3,5tys km i pewnie dlatego tak, brak przyzwyczajenia do barana. Zmiany chwytów co pół minuty nie pomagają, jak bolało tak dalej boli. Tankuję się energolem i bagetą na małym Slovnafcie, tym co zawsze. Aby tylko dotrzeć do McDonalda w Trnavie. Na horyzoncie na wschodzie majaczą już chłodnie kominowe elektrowni atomowej, to znak że do celu już blisko. W Trnacie jestem o poranku, i mój chwilowy plan na teraz to McDonald :) Dwa hamburgerki z omletem i boczkiem. Mniam :) Z Trnavy wychodzę na przedostatnią prostą, do stolicy SK jakieś 50km. Przerwa w Macu pomogła nie tylko na głód, ale i też na dłonie :) Odpoczęły i chwilowo nie bolą. Ostanie km to już jazda niemal jednym ciągiem, na autopilocie, na tempomacie, jak zwał tak zwał. W międzyczasie podejmuję bowiem decyzję, że wracam pociągiem dziś, o 15.58. Następne sensowne połączenie jutro o 6 rano – tym pociągiem wracam zwykle do domu. Do Bratysławy dotrę bowiem koło południa, nie mam siły na 18h zwiedzania miasta. Z jednej strony będę za wsześnie, z drugiej za późno. Bo za wiele nie pozwiedzam za te 4h. W zasadzie to plan mam taki: jak najszybciej dojechać do Bratysławy –> szybka kąpiel w Złotych Piaskach ew. Vajnorach –> przebierka w czyste ciuchy –> zakupy –> hlavna stanica –> pociąg. I kilka byle jakich fotek po drodze. Senec mijam tranzytem, zdjęć brak. Ostatnie 20km. Widać już wieżę TV na wzgórzu Kamzik. Zaraz potem dobrze mi znane zielone jeziorka przy drodze. Do stolicy SK docieram o godz. 12 minut 38. Szybka fotka tablicy, i siup na Vajnory (jezioro). Będzie bliżej niż na Zlate Pesky (zalew po drugiej stronie drogi). Chlup do wody. Trochu zimna ale nie ma tragedii. Ekspresowa przebierka w czyste ubrania. Jest koło 13tej, do pociągu niecałe 3h. Kurs na hlavną stanicę. W zasadzie jadę prawie że na pamięć. Bratysławę znam dość dobrze, często tu bywam. Jakieś tam szybkie fotki tylko przy okazji, po drodze. Na dworcu jestem po 14tej, prawie 2h czasu żeby coś zjeść, kupić bilety itp. Powrót dwoma pociągami, przesiadka w Brzecławie. Powrót w zasadzie zaczyna komplikować się już tutaj, choć jeszcze nie zdaję sobie wtedy z tego sprawy. Pociąg przyjeżdża opóźniony o jakieś 15 minut. Mniej więcej tyle ile czasu jest na przesiadkę w Brzecławiu. Myślę sobie że nawet jak mój pociąg się spóźni to ten drugi poczeka, na pewno są skomunikowane (yhy). Nerwowo obserwuję pozycję GPS obu pociągu w specjalnej apce. Początkowo idą dość równo w stronę Brzecławia. Po chwili jednak ten którym jadę zaczyna mocno odstawać. Jestem gdzieś w Kutach, czyli zaraz przed czeską granicą. Drugi pociąg już stoi na stacji w Brzecławiu. Nadchodzi 7.16 (godzina odjazdu), 17.17, 17.18… I sku*wiel odjeżdża!!!
*&%(**&^%^
No nie poczekał je*anych 10 minut. Nie było skomunikowania. Tak więc jest sobota, godzina 17.30, a ja jestem w totalnej dupie. W Brzecławiu, małym miasteczku na południu Czech, niedaleko Austriackiej granicy. Badam w wyszukiwarce pociągów inne możliwości powrotu. Kupuję nawet w apce bilet na inny międzynarodowy, do Katowic, odjazd 19.10. Jednak nie ma możliwości przewozu roweru – miejsca wyczerpane. Idę do kasy, tam też się nie dokupić. Co robić? Wsiadać na przypale i jakoś to będzie? (&*%%$(* Zwracam ten cholerny bilet przez neta, nawet nie wiem czy mi przyszły pieniądze za niego. Są inne pociągi w nocy, tzw. Euronighty, sypialne. Ale w nich o przewozie roweru można zapomnieć. To jest ten jeden jedyny typ pociągów, w których roweru kategorycznie przewieźć się nie da. Myślałem nawet o patencie jaki stosowałem przed laty, tj. rozebrać rower na kilka części, owijać workami na śmieci, taśmą i przewieźć jako bagaż. Ale nie mam worków, nie mam taśmy, nie ma otwartych sklepów i nie mam siły na takie akcje. Różne inne pomysły mi chodzą po głowie, burza mózgów, w zasadzie to jednego mózgu. Intensywność procesów myślowych zachodzących w mojej głowie jest jednak tak duża, że 3 osoby można by nimi obdzielić, i każda by intensywnie myślała. Najgorszy scenariuysz – kibluję w tym Brzecławiu do rana, na następy Eurocity do Krk/Katowic. Rozważam opcję podjechania do innego miasta rowerem, i stamtąd pociąg. Brno, Żlin a może jakieś inne miasto? Dystanse rzędu 60-80km, więcej raczej nie biorę pod uwagę. Szukam pociągów odjeżdżających z tych innych miast, ale to bez sensu. Kolejna próba walki z wyszukiwarką, i EUREKA! Wpadam na pomysł, że będę przybliżał się w stronę polskiej granicy, w stronę domu za pomocą pociągów regionalnych! W nich nie ma żadnych rezerwacji, rower można przewieść bez problemu. Jest po 18, czyli jeszcze nie noc, i sporo regio jeszcze jeździ. Nawet wyskoczył mi w apce plan jazdy czterema regio, z 3 przesiadkami. Teoretycznie przed północą można nimi dotrzeć do Buhumina, czyli pod Polską granicę! Ale nie wiem czy ten plan jest dobry, czas na te przesiadki to znowu kilka-kilkanaście min. No nic, na razie pędzę z powrotem na ten dworzec, i wpadam kilka minut przed odjazdem do pierwszego regio z listy, do Prerova. Nowiutki EZT, przemiła czeska konduktorka pomaga mi kupić bilet w automacie w środku. Po tych wszystkich kurwach i wkurwach chwilowo jestem dobrej myśli :) Przybliżam się w stronę Polski, i to całkiem sprawnie, bo pociąg pędzi nawet pod 150km/h :) Oczywiście nie oglądam widoków za oknem, cały czas główka pracuje, telefon mi zaraz wybuchnie. Wstępny plan powrotu tymi 4 regio mam, ale kombinuję dalej. Szukam generalnie pociągów które przybliżać mnie będą w stronę Polski, ale nie odbijać gdzieś w bok typu Ołomuniec. Analizuję kolejne miasta – pod kątem, co będzie gdy kolejny pociąg ucieknie, czy są, a jeśli tak to ile, kolejne pociągi stamtąd tego wieczora. Stanęło na tym, że z Prerova podjadę kawałek kolejnym regio do Hranic na Morave. W Prerovie jestem 20.22, przeskakuję do drugiego pociągu, odjazd 20.30. Pociąg bliźniaczo podobny, lśniący nowością EZT. Ale obsługa w nim jakże inna. Nie mam biletu, nie kupiłem przez apkę, bo mam dość zmarnowanych biletów, żeby mi znowu pieniądze nie przepadły. Szukam automatu w pociągu, ale nie ma. Lecę zatem do konduktora że chce kupić listok na siebie i na kolo (rower po czesku). A ten z ryjem do mnie że jest pokładnica (chyba kasa biletowa?) na dworcu. No kurwa wiem że jest ale jest 20.27 a odjazd za 3 minuty. Naprawdę nie ma możliwości kupienia jebanego bileta u konduktora w pociągu? Muszę sprawdzić ten temat, bo to druga taka sytuacja w tym roku że mnie odsyłają do kasy na dworcu. Wydupcam z tego pociągu, już wiem nic z tego nie będzie. Ale! Na tablicy odjazdów znajduję interesującą opcję! 20.40, Regiojet do Bohumina!!! To chyba ten opóźniony z 20.25, bo w wyszukiwarce nie znalazłem tej pozycji wcześniej. Pędzę do kasy kupić bilet. Zapłaciłem za siebie i za rower, ale patrzę a na bilecie nie ma biletu na rower. 3 minuty przed odjazdem podbiega do mnie kasjer, i przeprasza że zapomniał, i daje mi do ręki 50 koron, żebym dokupił bilet na kolo u konduktora. Pakuję się do pociągu, ciekawy skład, trochę stary, wagonowy, z bufetem, gazetami do poczytania itp. Tu znowu dla odmiany konduktor miły, bez problemu dokupuję bilet na rower. Jadę. Udało się :) Znów sprawnie przybliżam się do polskiej granicy. W Bohuminie będę dużo wcześniej niż w tym pierwszym planie z 4x regio, bo około 21.30! Kolejna burza w mózgu, kolejne poszukiwania. Patrzę na radar z pociągami i są pewne szanse że tym Regiojetem w Bohuminie dogonię ten pierwszy pociąg, EC do Katowic (ten który odjeżdżał z Brzecławia 19.10, ale nie było miejsc na rowery). Patrzę bowiem na apkę Intercity, i od Bohumina miejsc na rowery już jest w nim dużo wolnych. A może poczeka ten EC na Regiojeta, może są skomunikowane? Dotarł bym nim do Katowic po 23, pozwiedzał sobie miasto, i pierwszym porannym regio wrócił do Krk. Dupa tam. EC mi odjeżdża na GPSie, już po wszystkim. Tak że już nie jestem w ciemnej dupie, tylko w dupie :) Bohumin, miasto kilka km od polskiej granicy, godzina – dochodzi 22ga. Pierwsze pociągi którymi można wyruszyć stąd w stronę PL raczej nad ranem. (są te wspomniane Euronighty, ale z rowerem tam nie wsiądę). Jest jeszcze jedna szansa. Niewielka ale jest. Na tablicy odjazdów widnieje Leo Express do Krakowa! Planowo 21.30 ale przez megafony mówią że opóźniony chyba 70 minut. W ogóle tych Leo Expresów więcej stąd jeździ do Krk, będą jeszcze kolejne tej nocy. Nie widziałem ich na wyszukiwarce pociągów. Pokładnice (kasy) zamknięte, próbuję kupić bilet przez @, ale lipa, przy każdym z tych pociągów wyświetla się komunikat, że albo nie przewozi rowerów, albo wszystkie miejsca zajęte. Mam zatem plan taki, że podjadę z tego Bogumina rowerem do jakiegoś miasta w PL. Może do Rybnika? 30+ km. Ale patrzę że najbliższe miasto z którego jedzie coś w stronę górnego Śląska, to Wodzisław Śl. Raptem 20km z Bogumina. Stamtąm jest regio Kolei Śląskich o 4.20 do Katowic. Wskakuję zatem na rower, przez Stary Bogumin, starym mostem na Odrze opuszczam Czeską ziemię. W Orlenie na Chałupkach tankuję się energolem i dwoma hot-dogami. Wskakuję na krajową 78kę. Noc jest chłodna. Raptem ze 12 stopni. Jakże odmienna od poprzedniej tropikalnej nocy na południowej Słowacji! Jest koło 23ciej. O tej porze powinienem być już w domu, i kłaść się do wyra. A ja jadę zimną nocą na tym jebanym rowerze przez jakieś śląskie zadupia i marznę. Mam też lekkie halucynacje – różne przedmioty, słupy, drzewa kosze na śmieci itp. przypominają mi postacie i zwierzęta. W ogóle się tym jednak nie przejmuję, to standard. Druga nieprzespana noc w trasie często daje takie atrakcje, miałem to wiele razy, ultrakolarze też mają często halucynacje. W oddali na horyzoncie majaczą czerwone światła kominów elektrowni i fabryk - Górny Śląsk. W sumie to już nie jestem wkurwiony tylko mi się to podoba :) Przygoda jak za starych dobrych czasów. Druga nieprzespana noc w trasie, zimno, halucynacje, uciekające pociągi, kolejne puchy energola… Znam to dobrze :) Kiedyś to było, kiedyś to się jeździło :) Tymczasem coraz bardziej pagórkowatą szosą docieram do Wodzisławia. Dobrze że wziąłem długie spodnie na przebranie, przydadzą się. Jest północ, do odjazdu 4 godziny. Muszę te 4 godziny jakoś tu przekiblować, nie zamarznąć itp. Na przedmieściach jest McDonald ale chyba właśnie go zamykają. Nie jestem bardzo głodny, na razie jadę obadać dworzec. Stary, pięknie odremontowany ceglany budynek. Z przeszklono – ceglaną dobudówką, z windą i klatką schodową. Perony też nowiutkie, a przy nich stoi już nowiutki biało-niebieski Impuls (EZT), który zawiezie mnie do Katowic. Właściwie to dwa obok siebie stoją, więc jeden z nich. Niestety oczywiście zamknięte, nie ogrzeję się w środku. Poczekalnia na dworcu też zamknięta, otwierają o 5.00… Ależ to cieszy oko, taka wstająca z ruin kolej w peryferyjnych małych miasteczkach, w Polsce „B”. Ta jedna tylko rzecz mi nie pasuje, to różni tą moją dzisiejszą nocną przygodę z przygodami sprzed lat. Dawniej szwędałem się nocą po zasyfiałych, zardzewiałych obszczanych dworcach, a nie takich pięknych jak ten. Wracałem starymi „kiblami” a nie Impulsami. Na razie nic tu po mnie, jadę pozwiedzać miasto. Pusty i senny Wodzisław (z małymi wyjątkami), zagubiony wśród dębowych lasów, na zadupiach przy południowej granicy. Obadałem rynek, a potem przekimałem się chwilę na ławce koło jakiegoś pomnika. Ubrane dwie kurki i jeasny, ale dalej zimmmmnoo. Trochę jadę, trochę prowadzę rower (spacerkiem się tak nie marznie). JEST OTWARTY KEBAB! A ZARAZ OBOK DRUGI!!! Kupuję małego boxa. W smaku średni, ale da się zjeść. Tzn. dało by się zjeść, gdyby nie był tak ogromny (a kupiłem mały!). Do środka wpada też wesoła rozwrzeszczana ekipa ze stuningowanej starej BMKi z wielkim napisem MARLBORO na tylnej szybie. To jest właśnie ten „mały wyjątek” w śpiącym mieście ;) No cóż młodzież w małych miasteczkach nie ma wiele możliwości nocnego imprezowania. Mają w całym mieście w nocy dwa otwarte kebaby i dwie stacje benzynowe, i tyle. To bawią się tak jak mogą :) Dopiero trzecia dochodzi, jeszcze godzina szwendania się, marznięcia i halucynacji. Jadę jeszcze raz na dworzec, spaceruję po peronach. Kupuję bilet przez neta. Pijany kulawy chłop mnie zaczepia, jest mocno „zmęczony”. Pyta gdzie tu jest stacja benzynowa żeby się napić. Pytam czy chodzi o alkohol, ale nie. Chodzi o piwo ;) No to mu znajduję CircleK na mapie i mówi gdzie iść. Ja też idę na stację , ale inną, na Orlen, i kupuję, nie piwo a jeszcze jednego energola, żeby dotrwać. Dochodzi 4ta czekam na tym peronie razem z 3 innymi podróżnymi. OTWIERAĆ TEN EBANY POCIĄG, ZIMNO I SPAĆ SIĘ CHCE. Ledwo stoję, a ławki mokre od rosy. 4.00 wreszcie cieć pilnujący zestawu wychodzi ze środka i otwiera drzwi. Siadam, łeb opieram na ręce, rękę opieram na rowerze i idę spać, nara. Budzi mnie konduktorka do kontroli. Za oknami ciągle ciemna noc. Dalej idę spać. Budzę się przed Katowicami. Zaczyna świtać. I już wiem że ucieknie mi jeszcze jeden pociąg :) W Kato przyjazd miał być 5.44. Regio do Krakowa o 5.48, i to taki fajny regio, którym dojadę nie tylko na Krk Głowny, ale na Prokocim, prawie pod sam dom. No i znowu w pizdu, i wylądował, i cały plan w pizdu. Opóźnienie 8 minut złapaliśmy, skomunikowania oczywiście brak, bo po co. Regio do Krk odjechał. Sprawdzam na apce jakiś IC, miejsca zajęte. Ale jest TLK! Znad morza do Krk. Odjazd 6.13. Tu są wolne miejsca! Tym pojadę. Na dworcu kupuję energola za 10zł i pączka za 10zł :D Nadjeżdża dłuuuugachny TLK, pakuję się do środka i idę spać. Budzę się w Krakowie, przed dworcem głównym. Jest 7.30. Zaczyna się gorąca, piękna niedziela a ja turlam się powoli do domu i kończę swoją niesamowitą rowerowo-kolejową przygodę :) Albo raczej kolejowo-rowerową :D W domu o 8.15. Czyli circa 10 godzin później niż pierwotnie planowałem. A powrót pociągami zajął mi 16h zamiast 6h. Ile pieniędzy więcej wydałem? Nie wiem, i nie wiem czy chcę to liczyć. Część niewykorzystanych biletów udało się pozwracać (te przez apki) a część nie (te kupione w kasie w Bratysławie).

Przygoda jak za starych dobrych czasów, gdy się jechało dwie noce pod rząd w trasie :) Dawno nie miałem takich halucynacji drugiej nocy :) Z wniosków:
- nie można ufać w połączenia z przesiadkami, lepiej poczekać na bezpośredni pociąg
- trzeba było jechać rowerem do Rybnika, raptem 30km zamiast 20, a byłbym w nocy w dużym fajnym mieście, z większą ilością miejsc do ogrzania się i do pozwiedzania
- wyszukiwarka połączeń kolejowych której używam nie pokazuje wszystkich pociagów, jest dużo więcej pociągów Leo Express / Regiojet.

5.15 (pt) - 8.15 (ndz)


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem

Wawa 2 (Defilada!!!)

d a n e w y j a z d u 194.10 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 14 sierpnia 2026 | dodano: 20.08.2026



https://photos.app.goo.gl/Bq997n2NMo3nQzuW7

https://connect.garmin.com/app/activity/24014947850
(plus dojazd/powrót z dworca 20km, plus prawie 70km nakręcone po Wawie!)

W tym roku postawiłem udać się pierwszy raz na defiladę z okazji Święta Wojska Polskiego, w Warszawie. Do tej pory zawsze jakoś nie było okazji albo o niej zapominałem. Raz tylko, w ’24 widziałem nocne próby do defilady. W tym roku się uda być, wolne od pracy mogę sobie zrobić w każdy dzień. Do tego piękna pogoda 30+ stopni. Z tygodniowym wyprzedzeniem kupuję bilety PKP. Kupić bilet na trasę Wawa-Krk to nie takie hop-siup, w wakacje pociągi są nabite po dach i brakuje miejsc.

Jak zwykle podjadę sobie pociągiem do Radomia, tak aby od razu wylądować na spalonej Słońcem, mazowieckiej patelni :) Ma to płaskie Mazowsze jakiś swój urok, też je lubię. Pociąg odjazd 8.30, przyjazd planowo 12.30. Oczywiście jest opóźnionko, w Radomiu koło 13tej. Zwiedzam przejazdem Radom i wylatuję na północ główną dwupasmówką. Pomimo dużego ruchu jedzie się fajnie, jest szerokie pobocze lub równoległe boczne dróżki. Kawałek za Radomiem dociągiam do S7ki. Oczywiście Eską nie pojadę (choć są kolarze co tak jeżdżą ;) ). Po obu stronach drogi ciągną się boczne drogi techniczne, ruchu lokalnego. Jak zawsze będę sobie nimi powoli ciągnął w stronę stolicy. Po drodze fajny odcinek gdzie Eska przebiega wśród starych, OGROMNYCH sosen. Fajnie że ich nie wycięli, jakoś się dało je zostawić. Co jakiś czas odbija się bocznymi drogami dalej na bok od S7ki, taki odcinek jest np. w Suchej. Tu przejazd piękną aleją obsadzoną wielkimi kasztanowcami. W dość urokliwych Białobrzegach jak zawsze wciągam kebaba tam gdzie zawsze. Jest i fotka z Grójca, ze słynnym pomnikiem jabłuszka oraz starymi wierzbami na rynku. Ta część Mazowsza tonie bowiem w sadach owocowych. Co i rusz przejeżdża się pośród hektarów małych drzewek, z coraz to dorodniejszymi owocami – połowa sierpnia. Upalny dzień powoli kończy się, wieczory są coraz chłodniejsze. W Tarczynie chwilę przed zachodem Słońca, zaliczyłem tu tylko Biedronkę, żeby zrobić zakupy. Ostatnie km do Janek dociągam DW 778. Tablicę WARSZAWA osiągam przed 22gą. Plan mam taki że poszwendam się w nocy i rano po mieście, pozwiedzam coś, a potem zarezerwuję sobie dogodne miejsce do obserwacji defilady. Zwiedzam chyba to co zawsze, Śródmieście, Solec, Powiśle, Mariensztat… Warszawa zawsze mi imponuje, tu wszystko jest takie wielkie, ogromne, wspaniałe… Te 200m szklane wieże, szerokie aleje, ogromne kilkusetmetrowe mosty, wielka Wisła… No jest co zwiedzać. Nowy dzień wstaje koło 5tej. Wciągam kultową zapiekanę u Lussy, poprawiam bułką z pieczarkami. Wpadłem na świetny pomysł, aby TERAZ, rano dokonać ablucji. Teraz, a nie po defiladzie. Ablucji czyli umycia się mokrymi chustkami i przebrania w krzaczorach po drugiej stronie Wisły. Po defiladzie bym nie zdążył. Ulice powygradzane, wszędzie policja, wojsko, barierki, nie tak łatwo się przemieszczać po mieście. O 9.30 zajmuję strategiczny punkt obserwacyjny. Na skarpie, przy Wisłostradzie, pod jednym jedynym drzewem :) Strategicznie też bardzo mało piję, żeby nie chciało mi się sikać. Defilada o 12tej a ile potrwa to nie wiadomo. Miejscówka jak się potem okaże GENIALNA. Większość ludzi będzie się smażyć na trawniku (będą 32-33 stopnie), a garstka, w tym ja ma przyjemny cień. Próby już trwają, raz-dwa-trzy próba mikrofonu. A właściwa część defilady startuje koło 11.30. Czego tam nie było…
- transmisja przemówienia Tuska z Gdańska (mogli sobie darować, pierdolił trzy po trzy)
- wprowadzenie Polskiej flagi
- hymn Polski
- salwa honorowa
- kultowe CZOŁEM ŻOŁNIERZE Nawrockiego
- nominacje generalskie, admiralskie
- transmisja z defilady okrętów z Trójmiasta (na telebimach)
- Lotnicza część defilady – w tym m.in. Apache, F16, F35, latające cysterny… No ogromne wrażenie, większość typów samolotów leciała po 4 sztuki w formacji. Gdy leciały F35 niebo nad Warszawą zagrzmiało ;)
Potem może i podniosłe, może i mądre (a może nie) przemówienia prezydenta i Kosiniaka, ale naprawdę za długie, niepotrzebne w takich warunkach i ciężkie do wystania/wysiedzenia w tym upale. Tak przez widzów jak i żołnierzy. 33 stopnie a Ci pierdolą przez 45 minut… Ludzie mieli dość. Część widowni poszła i nie doczekała najciekawszej części defilady, czyli przejazdu pojazdów kołowych/gąsienicowych. Ja pomimo że stałem w cieniu też już miałem dość. Postawiłem sobie jednak za cel dotrwać do tego co najciekawsze, czyli czołgów i innych wozów gąsienicowych, które będą na samym końcu. I tak też zrobiłem, przejechał OGROM sprzętu kołowego, pojechały pierwsze gąsienicowe potwory. Znowu zagrzmiało, tym razem z dołu, nie z góry ;) Borsuki, K2, Abramsy… I zacząłem powoli się zbierać, jakbym stał do końca to utknąłbym w tłumie przy wyjściu. Ominęły mnie chyba tylko Leopardy, Kraby i K9. Jest 14.30, pociąg o 16tej, muszę dotrzeć na dworzec, coś zjeść, znaleźć peron… Powrót do Krk bez przygód, nawet klima działała w pociągu. W Krakowie po 20tej.

Udana wycieczka, defilada zaliczona. Choć trochę za dużo szczęścia naraz, było po prostu za długo. Od 9.30 do 14.30 to jest 5 godzin. Następnym razem trzeba przyjść trochę później, np. 10.30. Choć nie wiem czy nie większe wrażenia są przy próbach do defilady. Kiedy można posłuchać ryku silnika Leoparda z odległości 3 metrów :)

7.30 (pt) - 22.00 (sb)


Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem

Budapeszt :)

d a n e w y j a z d u 384.20 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:38.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 31 lipca 2026 | dodano: 12.08.2026



https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8

https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963

Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy. Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz. Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem, i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B. Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie „niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać :) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej „TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli, w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko. Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :) Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika, ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków. Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek. Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka. Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane, jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu, i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o 19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY. Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju :) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie. A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj. Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny, a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną. Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa. Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob (odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną siłą ;)

Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić, i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?

7.30 (pt) - 15.25 (ndz)


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem

Turbacz 2

d a n e w y j a z d u 108.50 km 23.50 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Niedziela, 26 lipca 2026 | dodano: 30.07.2026



https://photos.app.goo.gl/ZXnnEUuPB3DJ9qi98

https://connect.garmin.com/app/activity/23747327496

Dwójeczka w tytule, gdyż to drugi Turbacz w tym roku :) Trzy Turbacze to był by dobry wynik. Sobota wieczór, szybka decyzja. Jutro 30 stopni i zero szans na burze, zatem to idealna pogoda na wycieczkę w góry. Aby się jednak nie zamęczać, i nie orać asfaltem w dwie strony, podjadę pociągiem do New Targu. Akurat udało się kupić bilet na ostatnie miejsce siedzące z rowerem.

Wyruszam 7.30, pociąg z Krakowa Głównego 8.53. Podróż mija wolno i przyjemnie. Wolno bo 115km w 2 godziny to nie jest rekordowy czas (a pociąg IC, czyli pośpiech). Jedzie z nami też dziwny rowerzysta, który chyba nie wie co to Turbacz, mówi o jakichś asfaltach i szutrówkach :D Pewnie myśli że to jakaś wieś, a nie najwyższy szczyt Górców. Mniejsza jednak o to. W New Targu o 11tej, uzupełniam zapasy i ruszam ostro do góry. A jest co kręcić, zółty szlak jakkolwiek łatwy by nie był, to jednak to są Beskidy, i są kamienie, stromizny i błoto. A "jedynka" u mnie słaba, raptem 30x46. Następny napęd muszę kupić z kasetą 48 albo i 50 bo to nie jest jazda. Co stromsze odcinki podprowadzam, bo to nierówna walka. Błota trochę więcej niż zwykle, wszak były ostatnio deszcze i burze. Ruch turystyczny bardzo intensywny, mnóstwo piechurów, rowerów (głównie zelektryfikowanych) a nawet inne 4 kołowe pojazdy które jadą tam nie wiem czy do końca legalnie. Może tak, a może nie, a może ch*j to wie. Na szczęście dziś zero bandytów na krosach i kładach. 2 godziny i wiaderko potu później jestem na szczycie :) Tzn. prawie na szczycie, bo pod schroniskiem. Tu to już w ogóle tłumy, dawno takich nie widziałem. Wciągam to co zawsze, tj. naleśniki z dżemem +piwko, żeby nie zbankrutować (48zł). Potem końcowy atak na szczyt, pod betonowy obelisk. Jak zawsze podjechane 99% (bez jednego progu z korzeni), a zjechane 100%. Pogoda super stabilna, godzina młoda, czas na zjazd. Oczywiście ulubionym, czerwonym do Rabki :) Tu też bez niespodzianek, dwie kamienno-błotniste strome rynny zaraz za Turbaczem jak zwykle sprowadzam. A potem to już prawie że płynna jazda. Prawie, bo "wieczne kałuże" są za sprawą ostatnich deszczy bardziej rozległe. Jedno małe wodowanie było, prawego buta ;) Na Starych Wierchach zgodnie z odwieczną tradycją międzylądowanie (odpoczynek), i międzytankowanie (piwko) :) Odcinek Stare Wierchy - Maciejowa - Rabka to już z górki na pazurki, tempo ekspresowe. Błota też mniej niż na odcinku Turbacz - Stare Wierchy. Na Maciejowej zajeżdżam pod schronisko, trzeba by je kiedyś obadać i napić się piwka. Ale to już nie dziś, co za dużo to niezdrowo. Szybko lot do Rabki, końcówka szlaku wysypana kamieniami, ależ się po tym leci. Z ciekawostek taki oto znak postawili, w polach, na górskim szlaku :D W Rabce jak zawsze ten co zawsze Cheeseburger tam gdzie zawsze. Mniam. Z ciekawostek parowóz jechał, z pociągiem retro, niestety nie zdążyłem uwiecznić na fotce. Rabka - Kraków to 65km asfaltu do nawinięcia. Formalność. W dół do Mszany, pod górę do Kasiny, jedna, druga przełęcz i dłuuuugi lot w dół do Dobczyc. Vmax prawie 70km/h. W Dobczycach wspomagam się jeszcze kebsem (otwarte do północy codziennie!). Na koniec kilka hopek Pogórza Wielickiego do wciągnięcia, i potężny zjazd do Wieliczki. Noc ciepła, forma dobra, tak że ta asfaltowa końcówka to też jest przyjemność z jazdy. W parku jeszcze oskrobalem rower patykiem z błota, i domyłem mokrymi chustkami.

Udana wycieczka :) Taki Turbacz Idealny. Pogoda idealna, piwka takoż. Bez sensu orać asfaltem na MTB w dwie strony, w jedną wystarczy.

7.30 - 1.15


Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo

Wiedeń :)

d a n e w y j a z d u 400.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 16 lipca 2026 | dodano: 23.07.2026



https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8

https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.

No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023! Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo 350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.

Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4 nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na 5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny. Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja :) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem – pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20 lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :) W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa, miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją. Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok, jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa – tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi, niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod 400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :) Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni, ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny. Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice. Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty… Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek. Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.

MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30 (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).

Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest 14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia granicznego docieram o 15.30.

"REPUBLIK OSTERREICH"

Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś! Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś 80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej, ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację. Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie, pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY… DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach, autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę

"WIEN"

Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku, gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna, czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne, stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę, brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta. INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko, dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem. Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go rozwalają?! W domu przed 16tą.

Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)

~7.30 (czw) - 15.50 (sb)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Koszyce

d a n e w y j a z d u 275.30 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 4 lipca 2026 | dodano: 12.07.2026


Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)

https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA

https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928

Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę, niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.

Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej. Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą. W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km. Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach, blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna, możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów. Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2 lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana, ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden. Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej. Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy, muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.

Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w odpowiednie okienko pogodowe.

4.40 (sb) - 15.40 (ndz)


Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem

Bratysława na rozgrzewkę :)

d a n e w y j a z d u 410.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 5 czerwca 2026 | dodano: 18.06.2026



https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6

https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)

Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława? Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr 2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w górach.

Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem” jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed 11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka. Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje, ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina, po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór. W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami, ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12 stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni. Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem. Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem, bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :) Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :) W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja, wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym), Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze. Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło, ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz., więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie, stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej, i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran, ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower, ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20 EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego. Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.

Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.

6.10 (pt) - 12.50 (ndz)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Wawa 1

d a n e w y j a z d u 207.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 23 maja 2026 | dodano: 26.05.2026



https://photos.app.goo.gl/dAra8zFtdtX3P35e8

https://connect.garmin.com/app/activity/22994275037
(na śladzie brak zwiedzania Wawy 90km, i 2 razy na dworzec/z dworca Krk 2x10km)

Lato za pasem, czas więc zwiększyć trochę dystanse oraz ogólnie rozmach wycieczek :) A nie jeździć ciągle wzdłuż Wisły do Oświęcimia. Na pierwszy ogień idzie Warszawa. Tak żeby sobie coś na spokojnie pozwiedzać, czyli wariant z Radomia. Bilety kupione tydzień wcześniej, i tak ledwo się udało. Tak bardzo brakuje miejsc w pociągach Wawa – Krk.
Rowerek narychtowany i spakowany dzień wcześniej. Start o wpół do siódmej, pociąg mam o 7.56. Zdążam z zapasem takim że wciągam jeszcze zapiekanę na dworcu na dobry start. Wychodzą dwa felery. Pierwszy - wziąłem nie te rękawiczko co trzeba, tylko stare, roztegowane... Drugi to siadłem na gumie do żucia. Wkleiło się w spodenki.

*^(*^&*%&.

Podróż do Radomia mija za to spokojnie i przyjemnie. Im dalej na północ tym bardziej zachmurza się, ale tak było też w prognozach, a padać z tego nie powinno. Z ciekawostek podobno jakimś objazdem jedziemy, przez Włoszczową. Oraz w Kielcach łączenie dwóch pociągów w jeden (ten drugi przyjechał z Gliwic). W Radomiu lekkie opóźnionko ale bez tragedii. W Radomiu obieram kurs na Brzózę (nie Brzozę). Jest lekko pod wiatr (też zgodnie z prognozami) ale mimo to jedzie się wybornie. Boczne drogi, mały ruch, spalone Słońcem, pachnące żywicą sosnowe lasy Mazowsza :) Przejeżdżam pod potężną linią WN, która patrząc w jedną stronę prowadzi do majaczącej na horyzoncie ogromnej elektrowni w Kozienicach. A gdzie prowadzi w drugą stronę? Cholera wie, ale jest szansa że w stronę stolicy. Gdy przejeżdżam pod takimi słupami, zawsze zachwyca mnie ogrom tych instalacji. I to że płynie nimi prąd do milionów żarówek, fabryk, latarni ulicznych itp. itd. Z miasteczek docieram do Głowaczowa, a stąd jeszcze bardziej boczną i dziurawą drogą do Magnuszewa. Tu wskakuję na krajówkę, która jest bardziej ruchliwa. Okolice mocno naznaczone przez wojnę, podziwiać można różne wojskowe pomniki i zabytki – takie jak armata (haubica?) oraz czołg T-34. Krajobraz zmienia się z lasów na morza sadów owocowych, z który słynie Mazowsze. A ja jestem coraz bardziej głodny. Wypatruję kebaba ale nic takiego nie ma w miejscowościach, które mijam. Dopadam zatem sklep i ratuję się suchym prowiantem. W Piasecznie wciągam upragnionego kebsa. Powoli zbliża się zmrok, do Wawy (tablicy WARSZAWA) dociągam chyba punktualnie o zachodzie Słońca. Warszawa jak to Warszawa, odległości ogromne. Zanim dojadę do centrum to 15km trzeba nakręcić… Jakieś tam małe zakupy na noc i rozpoczynam nocne, a potem dzienne zwiedzanie. Głównie to co zawsze, Śródmieście, PKiN, drapacze chmur, Praga, kręcę się w kółko… Jakoś nie mam pomysłu ani sił na coś bardziej ambitnego. Noc jest ciepła i bardzo imprezowa (sb/ndz). Zawsze nie mogę się nadziwić jakie to wszystko w tym mieście jest ogromne, przeskalowane, w porównaniu do Krakowa. Np. takie mosty w Krk mają max 150m długości, te w Wawie kilkaset metrów do kilometra… Nie wspominając o wysokości, którą muszą osiągać, aby wspiąć się na Skarpę Wiślaną. Biurowce, wieżowce to już w ogóle inna liga. Ogólnie to wszystko takie piękne, potężne, dumne i wspaniałe z jednej strony. Z drugiej strony to nie wiem czy bym się odnalazł w takim mieście. Nawet z moją formą, przemieszczać się po takim mieście na rowerze… Chyba wolę mój ciasny, śmierdzący i wypierdziany Kraków ;) Nie wspominając o górach na rzut beretem :) Na takich właśnie rozkminkach mija mi to zwiedzanie. Wciągam zapiekankę od Lussi, i podwójną jajecznicę w barze mlecznym. Zaszywam się w krzaczorach na wschodnim brzegu Wisły, żeby dokonać ablucji. Za pomocą 2/3 paczki mokrych ręczniczków zmywam z siebie większość brudu i smrodu. Żeby jako tako prezentować się w pociągu. Plus czyste ciuchy ofc. Siedząc pod mostem Świętokrzyskim (też ogromnym) podziwiałem sąsiedni most kolejowy. Jak te pociągi tam nakurwiają! W sensie ile ich tam jeździ!!! Dosłownie pociąg za pociągiem, po 2-3 pociągi na minutę chyba!!! Miałem jeszcze jechać na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, ale brakło sił i chęci. Posiedziałem, pokimałem sobie trochę na ławeczkach w parkach. Na koniec pozwiedzałem sobie przejścia podziemne w okolicach dworca. No tam to się można zgubić, prawdziwy labirynt łączący dwa dworce kolejowe, metro, biurowce i kto wie co jeszcze. Na dworcu jak to dworcu, czasem podejdzie jakiś typ i czegoś chce. Tak było i tym razem. Koleś mówi że mu plecak ukradli z telefonem, laptopem, nie ma pieniędzy nie ma nic. Rodzice w Pradze, jakiś hostel mają w Krk, chce żebym mu kupił bilet do Pragi (260zł) to mi odda pieniądze. I że jest zawodnikiem MMA i pojechał do Warszawy podpisać kontrakt... Kurwa czy ja wyglądam na 6-latka żeby mi bajki opowiadać?! Powrót PKP niestety w standardzie „Bangladesz”. Za krótki na takie trasy 4-członowy Flirt z za małą ilością miejsc, za małą ilością wieszaków na rowery (zamocowanych tak że rowery blokują przejście). Klimatyzacja nie działa, w środku temperatura równa tej na zewnątrz, tj. 27 stopni i mała ilość tlenu w powietrzu, delikatnie rzecz ujmując… Pociąg przepełniony, siedzenie na podłodze, bolą nogi. Pociąg wraz ze zbliżaniem się do Krakowa wlecze się coraz bardziej, coraz częściej staje, jedzie 20km/h, uj wie o co chodzi. Ale o dziwo to jest rozkładowo tak, jedzie prawie 5 godzin. W Krk przed 19tą. Zdążam jeszcze na referendum.

Udana wycieczka, Wawa zawsze spoko, lubię się poszwędać na rowerze po stolicy. A do przygód z PKP jestem przyzwyczajony ;)

6.35 (sb) - 19.50 (ndz)


Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem

Rzeszowik

d a n e w y j a z d u 180.50 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:20.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 23 października 2025 | dodano: 24.10.2025


Krajóweczką do Rzeszowa :)

Tak więc z prognoz wynikało że szykuje się nam JEDEN jedyny dzień babiego lata w październiku. Wow. No ale jak planeta płonie to płonie, nie ma rady. Postanowiłem zatem ten dzień godnie wykorzystać. Zamiast tłuc się po mieście z wielką zieloną torbą na plecach, pojechałem na wycieczkę. Pewnie skończyło by się na jakimś kręceniu się po Puszczy Niepołomickiej ale wszedłem sobie na stronkę PKP a tam tani bilecik z Rzeszowa do Krk, za 29zł (w tym rower za 9zł). Tak że się skusiłem :) Kiedy jak ostatnio byłem w Rzeszowie, ho ho... Wyruszyłem dość wcześnie, o 8mej, choć wypadałoby tak naprawdę wcześniej. Standardowo w Wieliczce wskoczyłem na starą czwórkę. Wiatr południowo-zachodni, tak że leciało się dobrze, choć bywało lepiej. Bochnię, Brzesko, Tarnów - omijam tranzytem, szkoda czasu. Wszystkie pozostałe miasteczka po drodze, tj. Wojnicz, Dębicę, Pilzno, Ropczyce, Sędziszów -  przejeżdżam przez centrum. Pogoda faktycznie piękna, od 10tej do około 16tej jadę całkiem na krótko. Ze stałych ciekawostek odwiedzam opuszczoną stację benz. oraz (czynną) pompę ropy naftowej. W Dębicy wciągam dobrego i niedrogiego kebsa (20zł). Do Rzeszowa dociągam po zmroku, o 20tej. Mam 2 godziny na zwiedzanie. Rzeszów to szybko rozwijające się i bardzo nowoczesne, progresywne można by rzec, miasto. Mają zarówno gejowską tęczową kładkę, jak i okazały, 160m wieżowiec - Olszynki Park. Jest to warszawski kaliber wieżowca. W Krakowie takich nie ma. To właśnie Olszynki Park był głównym celem mojego zwiedzania. Widać go z bardzo daleka i łatwo trafić. No wygląda bardzo imponująco, zwłaszcza jeśli patrzeć z odpowiedniej strony. Poza tym przejechałem bulwarami nad Wisłokiem, zwiedziłem kawałek starówki - ale na rynek jakoś nie trafiłem. Potem jeszcze okolice wyremontowanego dworca PKP oraz obskurnego dworca PKS. Pociąg o 22.25. Nie dość że niedrogi, to jeszcze szybki i pusty :) W Krk przed północą.

https://photos.app.goo.gl/L8utLtduc2L2khPn6

https://connect.garmin.com/modern/activity/20779158042

8.05 - 1.10


Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem