Powrót pociągiem
| Dystans całkowity: | 64480.28 km (w terenie 313.00 km; 0.49%) |
| Czas w ruchu: | 1232:54 |
| Średnia prędkość: | 18.48 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 406.64 km/h |
| Suma podjazdów: | 240690 m |
| Liczba aktywności: | 225 |
| Średnio na aktywność: | 286.58 km i 14h 00m |
| Więcej statystyk | |
Lajcik
d a n e w y j a z d u
186.21 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1300 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/cSz1LiNJwpcJH9aP9
10.00 (18.05) - 7.30 (19.05)
AVS 17,1
Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 150-199, Powrót pociągiem
Sanok
d a n e w y j a z d u
300.02 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:3250 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/wtMEGf3gbNXXvnhe7
5.45 (11.05) - 11.00 (12.05)
AVS 18,1
Nowe gminy: 3
Podkarpackie: 3
Kołaczyce
Iwonicz-Zdrój
Besko
Kategoria ^ UP 3000-3499m, > km 300-349, Powrót pociągiem
Poznań
d a n e w y j a z d u
430.38 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2800 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/sQtKkqCaW6VYY52w8
Dobra marcowa passa
została przerwana i ostatnie tygodnie były rowerowo bardzo słabe.
Zawirowania w związku z przesiadką na nowy rower, „uczenie się”
go, potem rozwalenie koła pod Łodzią, weekend na warsztacie,
weekend ze słabą pogodą itp. itd. Nawet dwie ostatnie traski, do
Zakopanego i Rabki nie ratują tu sytuacji. Słabo ostatnio przędę,
i jestem z tego powodu bardzo niezadowolony. Czas to zmienić!! Na
Święta pogoda szykuje się piękna, rower zrobiony, nadwyrężony
glebą lewy nadgarstek/dłoń też już w miarę OK.
Przedświąteczny piątek -> wolne, wsiadam na rower i jadę, jadę
aż wpadnę do rowu ze zmęczenia. ;). Kurs sobie zaplanowałem
północno-zachodni, tam ma być najcieplej. Liczę na jakieś
400-500km, może więcej. Jakiś Poznań, Toruń, Bydgoszcz, te
sprawy. Może dalej?! Niestety wiatr zaplanował sobie wiać z
podobnego, bo północno-wschodniego, kierunku. Na wykresach
pogodynek nie wygląda to aż tak strasznie, ma być umiarkowany, z
silniejszymi porywami. W rzeczywistości będzie jednak gorzej, i to
właśnie wiatr ustali długość trasy na 400km z hakiem.
Wstaję o 4 nad
ranem i nie mogąc dalej usnąć o 4.25 siedzę już na rowerze.
Szybko przelatuję pierwsze chłodne i ciemne jeszcze kilometry przez
miasto i na wylocie DW794 wita mnie równie chłodny, ale już coraz
jaśniejszy poranek. Wspinająca się na coraz to wyższe i wyższe
pagórki Jury K-CZ droga nie pozwala jednak zmarznąć. W budzącej
się do życia Skale melduję się przed siódmą. Nie zabawiam tu
zbyt długo, robię tylko to co niezbędne, tj. uzupełniam
zapasy kalorii i ruszam dalej. Droga dalej
pagórkowata i tak będzie
aż do Częstochowy. Z miasteczek po drodze jest jeszcze
Wolbrom, tu też mały pit-stop. Przypiekające coraz mocniej Słońce
zmusza mnie do zrzucania kolejnych i kolejnych warstw, tak że od
Pilicy jadę już zupełnie na krótko a i krem z filtrem wchodzi do
użycia. Dalej zamiast jak zwykle na Pradła, Koniecpol tym razem
bokami: na Żarki, Olsztyn. Wokół sielskie krajobrazy budzącej się
do życia przyrody i pełnego spokoju życia wsi.
Zieleniące się
pola, kwitnące na biało drzewa, śmigające po polach traktory i
ludzie kręcący się wokół kościoła nawet w dzień powszedni.
Jedynym co zakłóca tę sielankę pierwszych kilometrów drogi jest
wiatr. Będzie przeszkadzał przez większość trasy i zdecyduje o
jej długości. W walce z nim natomiast pomagał będzie dolny chwyt.
Odkąd mam szoskę jestem w nim po prostu zakochany :) Ileś tam
podjazdów dalej docieram w znaną mi, ale rzadko odwiedzaną
miejscówkę. Kuesta Jurajska. A dokładnie to punkt widokowy na
niej, z parkingiem, ławeczkami i ruinami kościółka. Sama Kuesta
to długa, wysoka skarpa, uskok, zrąb. Górą idzie droga a w dole
piękny
widok na niższą część Jury, na bezkres pól i lasów. Na
horyzoncie natomiast majaczą zabudowania Częstochowy. Niestety
długo się tym widokiem nie mogę cieszyć. Dwa zdjęcia i uciekam.
Zaraz wydrapię sobie bowiem oczy, tak mnie swędzą. Podejrzanymi są
te pięknie kwitnące na biało drzewka ;) W Żarkach od razu wpadam
do apteki. Jeszcze tylko odczekam swoje w kolejce za babą radzącą
się aptekarki jak by u lekarza była, i mam cudowne pastylki na
alergię. Łykam dwie, popijam energetykiem. Pół godziny odpoczynku
na Żareckim rynku, na ławeczce pod wierzbą, i objawy jak ręką
odjął :) Można jechać dalej bez drapania oczu. Ileś tam km
zdemolowanymi asfaltami przez sosnowo-brzozowe laski i kolejna godna
odnotowania miejscowość – Olsztyn. A to za sprawą (ruin) zamku,
górujących nad rynkiem miasteczka. Na
zdjęciu mało co widać, nie
miałem głowy do zdjęć. Zaraz za miastem wskakuję na krajówkę,
skąd już tylko 10km do Częstochowy. Jest zakaz dla rowerów i w
miarę nawet ścieżka rowerowo-pieszo-rolkowa. Tzn. była by w
miarę, gdyby nie przebijające spod asfaltu korzenie. Na szosówce
niebezpieczne. W Częstochowie koło 14tej. Tłukę się po
zdemolowanych asfaltach i jeszcze bardziej zdemolowanych chodnikach w
stronę Jasnej Góry. Czyli bez zmian, Cz-Wa taka jak ją
zapamiętałem –
syf, kiła i mogiła za wyjątkiem pięknie
odpicowanego centrum. W końcu jest. Piękna reprezentacyjna aleja
prowadząca do klasztoru, piękne słoneczne popołudnie i pięknie
smakujący „przysmak pielgrzyma” (
zapiekanka taka) pozwalają
zapomnieć o wszystkich wcześniejszych niedogodnościach. Posiliwszy
się nieco i odpocząwszy zajeżdżam pod główną
atrakcję (jeśli
można to tak trochę nieładnie określić) tego miasta. Chwila
zadumy, może nawet modlitwy, i pora się zbierać. Z Cz-wy planuję
wyjechać idealnie prosto idącą, centralnie na północ, boczną
drogą. Przynajmniej tak to ładnie wygląda na GPSie. W rzeczywiści
na początku w istocie jest fajnie. Nie jest to właściwie droga a
urocza brzozowa
aleja, deptak, na całej swej długości obsadzona
tymi ładnymi drzewami. Potem jednak przeradza się ona w gruntową,
leśną
drogę. Czyli niewymarzona nawierzchnia na 25mm slicki, ale
da się powoli jechać. Koniec końców ląduję zaś na ciągnącej
się kilka km wśród pól i zagajników pełnej piasku, piaszczystej
piaskownicy. Przekleństwom i bluzgom nie ma końca, większość tego odcinka pokonuję z buta, w lejącym się z popołudniowego nieba żarze. To
nie pierwszy mój raz kiedy wynajduję taki „skrót” ;) Ileś tam
kurw dalej jest wreszcie zdemolowany asfalt a wreszcie asfalt w
sensie asfalt, tzn. można jechać na szosówce z normalną
prędkością. A dokładniej to DW491 na Działoszyn. Kuląc się w
dolnym chwycie (wiatr) w miarę sprawnie pokonuję kolejne km w miarę
gładkiego asfaltu. Już wolę wiatr w twarz niż piaskownicę pod
kołami ;) Przekraczam (pierwszy raz z kilku dziś)
Wartę i jest i
Działoszyn. Duży plac/rynek, z pomnikiem Chrystusa, to chyba
wszystko z atrakcji. Godzina – po 18tej, zbliża się wieczór.
Tempo żałosne. Ostatnie promienie
Słońca między Działoszynem a
Wieluniem. W tym drugim już ciemnawo. Zaliczam jakiś tam
rynek,
Orlen (hot-dogi) i przygotowuję do nocnej jazdy. Tzn. na razie tylko
przekładam w sakwie ubrania, aby te co potrzeba były na wierzchu.
Wieczór póki co jest bowiem dość ciepły, a i wiatr chwilowo
ustał. Kolejnych 70km, aż do Kalisza zaplanowałem bocznymi
drogami. Z początku jest
magicznie – bezwietrzną nocą sunę
sobie po gładkich asfaltach pośród rozświetlonych blaskiem
Księżyca otwartych przestrzeni centralnej Polski. Potem zaś,
wiadomo, będzie gorzej. Przekraczam S8-kę, robię fotkę
imponującego jak na taką dziurę, kościoła w
Lututowie. Przy
okazji budząc chyba połowę psów w tej wiosce, oraz wzbudzając
niemałe zainteresowanie tubylców ;) Rowerzysta w środku nocy?! W
dodatku na oświetlonym rowerze ?!?! Toż to prawie jak UFO pewnie
dla nich ;) Kolejne km coraz to cięższe – coraz zimniejsze i
coraz bardziej śpiące. W końcu, gdy oczy zaczynają mi na
sekundę-dwie same zamykać muszę ratować się krótkimi drzemkami
na przystankach. A w takiej temperaturze (między 0 a 5 stopni
pewnie) nie są te drzemki zbyt przyjemne. Ale lepiej się przeziębić
niż usnąć na rowerze i zginąć pod kołami samochodu. W końcu
docieram do dziury takiej, że nawet latarnie na noc wyłączają. ( ;) )
Brzeziny się ona nazywa. Odliczam tylko dzielące mnie od Kalisza
kilometry i pozostałe do końca tej cholernej nocy godziny. W końcu
jest.
Kalisz. A za chwilę będzie i wschód Słońca. 4.30. Czyli
prawie całą noc zajęło mi przeturlanie tych 70km Wieluń-Kalisz…
Przejeżdżam przez most (widać już brzask), a na wjeździe do
centrum kolejna atrakcja – kontrola Policji. Kogoś tam chyba
właśnie chycili po pijaku, sądząc z zasłyszanej rozmowy. Ode
mnie chcieli tylko dowód osobisty, i tyle. W mieście zwiedzam
przejazdem centrum – rynek to sprawa oczywista, a poza tym: jakieś
tam bulwary,
parki, mniej ważne zabytki. Przed wyjazdem zatrzymuję
się na Shellu. Wciągam dwie zapiekanki i herbatę, przy okazji
ogrzewając się nieco. Od pewnego już czasu wiem że tym razem
skończy się na Poznaniu. Dobry i Poznań, raz tylko byłem, w
2017. Interesujący mnie pociąg odjeżdża o 22.30, czyli zdążę
jeszcze pozwiedzać. Tym samym nie spieszę się już zupełnie,
przede mną cały dzień i 100km z hakiem do pokonania. Wojewódzką:
Chocz, Pyzdry, potem Września, i krajówką do Poznania. Trochę
walcząc z wiatrem, trochę dokręcając na blacie (gdy droga
biegnie na zachód), co chwila odpoczywając, z muzyką w słuchawkach
i uśmiechem na twarzy wciągam kolejne płaskie km Wielkopolskiej
patelni. Wokół bezkres kwitnących na żółto pól rzepaku oraz
bielących się kwiatów drzew w sadach owocowych. Krajobrazu tego
dopełniają potężne szklarnie i występujące tu w coraz większej
ilości wiatraki elektrowni wiatrowych. W
Choczu odpoczywając na
ławeczce przyglądam się przygotowaniom do świąt i ogólnie,
całemu temu małomiasteczkowemu życiu tubylców. Z któregoś tam
już dziś z kolei mostu na Warcie wyłania się ciekawie ulokowane,
na skarpie nad rzeką, miasteczko. Pyzdry. Spędzam tu chyba z
godzinę, odpoczywając pod wiatą na rzecznej przystani. Wiadukt nad
A2-ką i jest Września. Na zdjęciach uwieczniam ulicę pełną
bliźniaczo podobnych, kwadratowych
domków, jakiś tam kościół i
rzecz jasna
rynek. Wciągam też kolejne zapiekanki, oczywiście na
Shellu. Spośród tych „stacyjnych”, odgrzewanych, te z Shella są
wg mnie bezkonkurencyjne. Za miastem wskakuję na szeroką niczym
autostrada, dwupasmową
krajówkę. Całkiem jednak przyjemną na
rower, za sprawą szerokiego asfaltowego pobocza. W dodatku idzie ona
za zachód, więc wiatr już tak nie przeszkadza, a na kolejnych jej
hopkach można nawet trochę zaszaleć dokręcając do 60ki. Ostatnie
~50km dzielące mnie od Poznania minie więc bardzo przyjemne. Przed
głównym celem odwiedzam jeszcze leżący tuż obok głównej szosy
Swarzędz. Na którejś dziurze gubię okulary p/słon. zawieszone
wraz z kaskiem na kierownicy. Wracam się aby ich szukać ale nic z
tego. Nie martwią mnie one jednak zbytnio, już i tak były
poklejone taśmą i ciepłym klejem, już czas na nie. Wreszcie jest
pretekst żeby kupić nowe ;) Tablicę „
Poznań” osiągam przed
19tą. 3,5h na zwiedzanie mam. Zaczynam je od estakad i przemysłowych
przedmieść, by potem bocznymi, nie zawsze asfaltowymi, leśnymi
dróżkami dotrzeć do głównego (tak mi się wydaje) terenu
rekreacyjnego Poznanian –
jez. Maltańskiego. Tory do ścigania się
w jakichś wodnych sportach, sztuczny mini stok narciarski, ścieżki
rowerowe, kolejka wąskotorowa wokół i pełno innej
sportowo-turystyczono-rekreacyjnej infrastruktury robi wrażenie.
Czego tu nie ma. A jeszcze większe wrażenie robi widok wysokiej
zabudowy ścisłego centrum. Odbijającej się od
pomarańczowo-żółto-różowej, skąpanej w promieniach
zachodzącego Słońca,
tafli jeziora. Tam, do centrum, się właśnie
udaję. Najpierw ścieżką okalającą jezioro, potem różnymi
głównymi lub bocznymi uliczkami. Tocząc się na 25mm oponkach po
tych ostatnich, często-gęsto brukowanych kocimi łbami, trzeba
bardzo uważać, prawie wyrżnąłem ;) Bez większych problemów
docieram na rynek, gdzie miły Pan z kawiarnianego stolika robi mi
fotkę na tle ratusza. A raczej
Ratusza. Bo to zdecydowanie polska
ekstraliga jeśli chodzi o ten rodzaj budynku. W Krakowie na ten
przykład… ratusza nie ma :) Jeno wieża się ostała, i ta taka
se. Budynek jakiś geniusz zburzył kiedyś tam. Sama fotka
mistrzowsko wykadrowana może nie jest, ale mniejsza o to, wiadomo o
co chodzi. Robię jeszcze fotkę słynnych, kolorowych, szerokich a
raczej wąskich na jedno okno
kamieniczek. I udaję się w
poszukiwaniu kolejnego ciekawego obiektu – wieżowca
Uniwersytetu Ekonomicznego. Jakiś kosmicznie wysoki nie jest, ale jak na
nie-Warszawę i tak jego projekt jest dość śmiały i robi
wrażenie. Zwiedzam przejazdem nowoczesne, zadbane centrum. Np. dla
rowerów to jakieś cuda tu są na jezdniach wymalowane, całe osobne
pasy na czerwono, osobne oznakowanie, osobna organizacja ruchu, cuda
nie widy. W powoli gasnącej łunie zachodzącego nad miastem Słońca
zajeżdżam na
dworzec, by kupić bilety. Pani w kasie mówi że nie
ma gwarancji że wejdę do tego pociągu, ale zbytnio się tym
przejmuję, mam spore doświadczenie w podróżowaniu PKP ;) Zostało
1,5 godz. czasu, robię więc jeszcze małą pętelkę po Poznaniu,
już po zmroku + zakupy. Jakieś tam boczne uliczki, parki, hot-dogi
w Żabce itp. itd. O 22giej z powrotem na dworcu. Odnalezienie peronu
5b było nie lada osiągnięciem, a przecież nie jestem debilem, w
kręgu znajomych uchodzę za osobę inteligentną. 3 takie same
rundki po galerii i dworcu zrobiłem ;) W końcu jest i peron 5b a na
nim lekko opóźniony pociąg. I wtłaczająca się do niego
nieprzebrana ludzka masa. W tym sporo Ukraińców, nic dziwnego,
pociąg kończy bieg w Przemyślu. Udało się jakoś wejść,
rower miał swoje miejsce na wieszaku, ja niestety na podłodze. Ale
czy to ma jakieś znaczenie? Dla mnie żadne. Dałem radę
dojechać tu na rowerze, dam radę i wrócić siedząc na podłodze,
nie pierwszyzna zresztą ;) Podróż bez przygód, na zmianę
siedząc, drzemiąc, spacerując dotarłem szczęśliwie do Krakowa.
I tak dobiegła końca kolejna rowerowa przygoda :) W domu w
Niedzielę Wielkanocną, o 6.30 rano.
Udana wycieczka,
mogło być dalej ale 430km w kwietniu też nie jest złym wynikiem
:)
AVS 17
4.25 (pt) - 6.35 (ndz)
8,15l (w tym 2l energetyka)
Nowe gminy: 9
Wielkopolskie: 9
Blizanów
Chocz
Gizałki
Pyzdry
Kołaczkowo
Września
Nekla
Kostrzyn
Swarzędz
Kategoria ^ UP 2500-2999m, > km 400-499, Powrót pociągiem
Dziewiczy rejs
d a n e w y j a z d u
230.15 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:70.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:2300 m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/6LSqKYzSR5urvdCj7
A więc tak. Niecałe
40km na szosce nakręcone. Wiem już jak trzymać barana i jak
zmieniać biegi/hamować. Czasem się jeszcze pomylę i szukam klamki
tam gdzie była w rowerze MTB. Pora na pierwszy daleki (powiedzmy)
rejs. Sprawdzić jak moje plecy, dłonie i przedramiona zniosą
pochyloną pozycję. Czy przy wąskim chwycie, ściskającym klatkę
piersiową, nie braknie powietrza. Oraz sprawdzić czy, a jeśli tak
(no raczej tak) to o ile wzrośnie średnia. Jakieś +-200km powinno
być OK. Tym bardziej że do dyspozycji mam tylko niedzielę. Jako że wiatr gna z
tego samego kierunku (choć słabiej) co tydzień temu, więc i kurs
jest podobny: Kielce/Radom, ze wskazaniem na to drugie.
Wyjazd chwilę po
4tej. W lekkim chłodzie i ciemnościach dobiegającej końca
marcowej nocy przelatuję najkrótszą drogą przez miasto. Na
którejś tam z kolei hopce, których nie brak na północ od
Krakowa, wita mnie nowy dzień. No właśnie, odnoście
tych hopek. Mają one sobie tak max 7-8% nachylenia. Nie więcej. A mnie brakuje
przełożeń :) Znaczy się przesadziłem kupując dwutarcz i kasetę
11-28. „Jedynka” to u mnie 36-28. Przełożenie 1,3 inaczej rzecz
ujmując. Dla porównania w MTB miałem najlżej 22-36, czyli 0,6 :D
Ale mam co chciałem, należało mi się. A chciałem klasyczny,
piękny dwutarcz i malutką kasetkę, tak jak prosi ;) Cóż,
najwyżej zmieni się kasetę na bardziej ludzką. Korby na pewno nie, jest za ładna ;) Albo nic się nie zmieni, tylko zamiast dookoła
Tatr będę jeździł na Morze :) Na razie staram się tym nie
przejmować, bo to nie tak że nie da się jechać. Jakoś tam
jadę, tylko że siłowo przepycham korby, z kadencją 80-letniej
babci. Martwię się bardziej że jeśli tu jest tak, to co będzie
się działo w górach, np. na Słowacji… Sprawnie Mniej
sprawnie niż zwykle łykam kolejne hopki Wyżyny Miechowskiej, czy
jak jej tam. W Słomnikach robię fotkę ciekawego Nissanika. Im
dalej na północ tym więcej przyjemnych, leśnych odcinków. A w
tych coraz to więcej zielonych pączków, pierwszych kwiatów i
innych oznak nadchodzącej wiosny. W okolicach Wodzisławia/Jędrzejowa
zaczynają się pierwsze utrudnienia związane z coraz dalej
sięgającą na południe ekspresówką. Tzn. dla kierowców
ekspresówka to ułatwienie, dla rowerzystów niestety nie. W miarę
możliwości staram się trzymać idących równolegle serwisówek.
Ale z nimi jest taki problem, że nie zawsze zachowują ciągłość.
A tam gdzie nie ma ciągłości (lub jest, ale trzeba kombinować,
jeździć z jednej strony szosy na drugą, lub tłuc się
gruntówkami) no to cóż ;) Testuję dolny chwyt i 52-zębny blat na
gładkiej tafli szerokiego pobocza głównej drogi :) Bo nic o tym
jeszcze nie pisałem ale to jest naprawdę potęga. Sztywność
roweru szosowego, jego przyspieszenie, responsywność, aerodynamika,
zapas ciężkich przełożeń itp. itd. Coś pięknego. W połączeniu
z wiatrem w plecy trzeba pomnożyć razy dwa te wszystkie doznania.
Tydzień temu, z kosmicznym wiatrem w plecy na niewielkim zjeździe
miałem tu ponad 70. Z tym że tydzień temu byłem tu na MTB. Gdybym
miał wtedy szoskę… Podczas jednego takiego poszukiwania
alternatywnej dla Ski drogi nadkładam ze 2-3km, tłukąc się
błotnistą drogą przez plac budowy i zajeżdżając ostatecznie nad
brzeg Nidy… Nad głową most drogi ekspresowej i żadnej
alternatywy, można tylko na nielegalu, tym mostem przejechać...
Przynajmniej fajny dźwig zobaczyłem. Po tym incydencie przestałem
już specjalnie szukać. Leciałem jak leci główną szosą, chyba
że zjazd na lokalną drogę sam mi się napatoczył. Ostatnie km
przed Kielcami to na szczęście wojewódzka i (chwilowy) koniec
nerwów związanych z potencjalnym mandatem. Same Kielce tylko
przelatuję, jakiś blokowiska i główne drogi. Żadnego zwiedzania,
bardziej interesuje mnie dziś Radom a poza tym wypadałoby
zdążyć na pociąg. Temperatura taka że popołudniu jadę zupełnie na krótko. Odcinek Kielce-Suchedniów-Skarżysko (w
miarę ;) ) legalnie. Drogą ruchu lokalnego/starą siódemką.
Niestety za Skarżyskiem powtórka z rozrywki. Nowowybudowany odcinek
S-ki. Bez żadnego ostrzeżenia wyrastają znaki „Droga tylko dla
pojazdów samochodowych”. Nie ma jak to zwykle bywa oznaczeń że
zacznie się np. za 1000m, nie ma możliwości zjazdu lub zawrócenia (siatki, barierki). Tylko tak po prostu: mogę jechać legalnie na rowerze. Metr dalej, za znakami już nie mogę. Po obu stronach siatki a za nimi jakieś rozmiękłe błotniste drogi. No to nic, myślałem że jakoś przemknę tak jak wcześniej wiele razy i nikt nie zauważy. Niestety zauważył ;) Patrol Policji, 300m przed zjazdem :D 300m przed nimi był MOP, i szansa na ewakuację, zaczynała się tam bowiem boczna asfaltówka, ale nie zdecydowałem się. Rozmowa z Panami Policjantami była bardzo długa, chyba pół godzinna. Byli bardzo mili i zatroskani o moje bezpieczeństwo. Jeden był wręcz spanikowany że w każdej chwili może mnie tu zabić samochód. No może. Może mnie zabić również na krajówce, wojewódzkiej i osiedlowej uliczce. Jego też może zabić - przy prędkościach 100+ nie ma znaczenia rower, samochód, ciężarówka czy hulajnoga, to i tak jest zgon na miejscu. Oczywiście takie miałem tylko przemyślenia. Bo w rzeczywistości skomlałem o litość ;) Jak powiedziałem że znaki wyrosły ni stąd, ni zowąd a zawrócić się nie dało – to mi poradzili że powinienem zsiąść z roweru i prowadzić poboczem z powrotem. Tłumaczyłem się jak mogłem, choć wiedziałem że jestem na straconej pozycji, bo nie miałem prawa się tu znaleźć. Mandat zgodziłem się przyjąć. Panowie powiedzieli że nie będą się przesadnie starać z jego wysokością. Po sprawdzeniu okazało się że za taką przyjemność stawka jest stała, zryczałtowana. 250zł, żadnych widełek, możliwości pouczenia brak. Wsiedli jeszcze raz do radiowozu i dłuższą chwilę radzili. Uradzili że: „mandatu nie będziemy pisać”. :O Zostałem tylko odeskortowany do tego zjazdu za 300m i tu się rozstaliśmy. O_o. Może dlatego że byłem miły, i się nie kłóciłem, tylko próbowałem usprawiedliwić? Może dlatego że pochwaliłem się skąd dokąd jadę? A może po prostu policjant też człowiek? W każdym razie ten brak mandatu odniósł lepszy „efekt wychowawczy” niż jego wypisanie. Jak bym dostał mandat to bym nie jeździł po ekspresówkach i był wkurwiony na policję. A tak nie jeżdżę po ekspresówkach i bardzo wzrosła moja ocena tej służby mundurowej. Końcówka trasy już bez przygód. „Starym szlakiem” nie błądząc już docieram do Radomia. Zachód Słońca kawałek za Szydłowcem. W Radomiu mam jeszcze trochę czasu, zwiedzam więc przygnębiająco wyglądający (pusty, zaniedbany, nie ma nic) rynek i centrum miasta (to już OK). Dla porównania rynek w Kielcach, podobnym wielkością mieście jest dużo bardziej reprezentacyjny i całą noc tętni gwarem, życiem. Powrót jakimś tam TLK czy innym ICekiem, w domu przed północą.
Dziewiczy rejs z przygodą ale udany :) Co do roweru, to pisałem jakie mam odczucia. Zapierdala się. Po średniej tego nie widać ale średnia w moich trasach nic nie mówi i nie będę jej podawał we wpisach. Nic nie mówi bo to nie jest trening ani maraton po wyznaczonej asfaltowej prostej trasie. Czasem omijając korki przeturlam się przez pół miasta jakimś chodnikiem. Czasem toczę się skrótem gruntową lub piaszczystą/błotnistą drogą. Innym razem prowadzę rower po dworcu albo jakimś rynku i średnia spada na łeb na szyję. A licznika zdejmować mi się chce, poza tym jak zdejmę to ubędzie kilometrów. Plecy zniosły nową pozycję nadspodziewanie dobrze, bolą natomiast okolice łokci (?!). Jedyne co mnie jednak naprawdę martwi to ciężkość przełożeń, a raczej kolejne wydatki jakie trzeba będzie ponieść żeby je zmiękczyć.
AVS 21,8
4.10 - 23.55
Kategoria ^ UP 2000-2499m, > km 200-249, Powrót pociągiem
Wykorzystać go
d a n e w y j a z d u
160.59 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:71.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1600 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
Wykorzystać wiatr. 68 ma płaskim i 71 z górki ;) 40x11 na więcej nie pozwoliło.
https://photos.app.goo.gl/5EBkBdshqriwrADr7
5.55 - 21.35
AVS 19
2,65l (w tym 0,9l energetyka)
Kategoria ^ UP 1500-1999m, > km 150-199, Powrót pociągiem
Przeziębić się
d a n e w y j a z d u
173.41 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:7.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1500 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)
Misja wykonana.
https://photos.app.goo.gl/JtwuudF5Tyh96Yc58
AVS 18,9
6.20 - 23.55
3,05l (w tym 0,8l energetyka)
Kategoria ^ UP 1500-1999m, > km 150-199, Powrót pociągiem
Wrocław
d a n e w y j a z d u
300.02 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:7.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1621 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

https://photos.app.goo.gl/bP9PZJKhhCikeh1XA
Zapowiadany na środkowo lutowy weekend pierwszy prawdziwy
powiew wiosny nie postawił przede mną żadnego wyboru: trzeba ruszyć swoje
tłuste, 90-kg dupsko gdzieś dalej. Cele, wartości na dziś przestawiają się następująco:
Plan minimum: Wrocław. Optimum: Legnica. Porażka: Opole. Science-fiction:
Zielona Góra ;) Przed wyjazdem poczyniłem pewne zmiany sprzęcie, w postaci
zmiany opon. W miejsce losowej mieszanki Kendy z przodu i Mitasa zakupionego w
trasie, w Połańcu na tyle wzułem komplet używanych 32mm Detonatorów. Używanych
bo kupiłem je rok temu, na początku sezonu. Śmigałem na nich zachwycony
lekkością toczenia dopóty, dopóki się na nie nie pogniewałem po serii snejków.
Postanowiłem dać im drugą szansę. Nabiłem ostrożnie do niecałych 6 barów, z
nadzieją aby jeszcze raz poczuć tę przyjemną lekkość zapierdalania :)
Spać położyłem się wcześnie, więc wstawszy bez wspomagania
budzika o godz. 4 minut 45 nie byłem w stanie kontynuować nocnego wypoczynku.
Trzeba ruszać. Zanim się jednak wygramoliłem, dokończyłem pakowanie, wypiłem
herbatkę itp. na zegarze była już 5.35, ale dalej za ciemności. Jak by się tak
nie guzdrać to +0,5h można zaoszczędzić. Czyli w trasie np. zachciało by mi się
spać 10km dalej. Albo zimo zrobiło by się 10km dalej. Itp. itd. Wahałem się na
wyborem drogi na Śląsk. Standardowe warianty są cztery: DK44 na Oświęcim, DW 780
na Libiąż, DK 94 na OIkusz i DK 79 na Trzebinię, Chrzanów. Najkrótsza,
najszybsza i najbardziej oczywista jest ta ostatnia, i to ją często (za często)
wybieram. Jechałem nią tydzień temu, myślałem więc że teraz może na Libiąż by
pocisnąć? Przelatując przez miasto Alejami tak się jednak rozpędziłem że kompletnie
zapomniałem i podświadomie i tak wylądowałem na szosie na Trzebinię. Przed
wyjazdem z miasta jeszcze tylko fotka krakowskiej wieży „Salwator Tower” (tak
brzmi cały napis, tylko na zdjęciu jest ucięty). O co mi chodzi z tą „wieżą”,
do czego zmierzam, wyjaśnię na końcu. Na wylocie z Krakowa zaczyna świtać. Poranek
za miastem jest lekko mroźny i ponury a jezdnie mokre i śliskie. Taki typowy
zimowo-syfiasty początek dnia po prostu. Jednak zanim wciągnę na przystanku pierwszą,
śniadaniową bułę z kiełbasą rozpogadza się. Coraz mocniej operujące promienie
Słońca opierają się na czarnym kurtalonie i przyjemnie wygrzewają plecki :) W
Krzeszowicach jakaś tam pauza, w Trzebini za to nie. W pełni zaśnieżony jeszcze
tydzień temu lasek w Dulowej dziś już niemal całkiem odtajały. Oj czuć tę
przyjemną lekkość zapierdalania Detonatorów o której wspominałem :) Póki co jestem
zadowolony. Tylko nie pękać mi tu proszę, w sensie snejka nie łapać. W
Chrzanowie nie mogę oprzeć się i nie zrobić zdjęcia mojego ulubionego pomnika.
On niemal zawsze załapuje się na zdjęcie gdy tylko przejeżdżam przez to miasto.
W Jaworznie uwieczniam zaś na kliszy obraz tamtejszej niesamowicie rozbudowanej
infrastruktury rowerowej, jak na taką dziurę to nienajgorszej jakości. Ale tu
to chyba przekombinowali. Szkoda asfaltu i farby, lepiej było po prostu zrobić
szerszą drogę. Pierwsza dziś kopalnia – również w tym mieście. Co prawda
nieczynna, obudowana handlowym burdelem ale jednak kopalnia. Kolejne na mej
dzisiejszej marszrucie miasteczko to Mysłowice. Gdzie zamiast jak zawsze
skrzyżowania w centrum na fotkę załapuje się tym razem wjazd do miasta, w takim
oto energetycznym klimacie. Przy kolejnej nieczynnej kopalni w ostatniej chwili
udało mi się wyszarpać telefon z torby i złapać takie piękne bordowo-żółte bydlę. Między Mysłowicami a Katowicami DK79 rozszerza swój przekrój do n-pasów,
ruch też przybiera na gęstości. Nieco abstrakcyjnie wygląda przy tej pełnej
szybko mknących, lśniących samochodów arterii oddalone o 100m bagnistego
trawnika, przedwojenne osiedle bieda-familoków. Na klimatycznym skwerku obok zasiadam
przy stoliku zrobionym ze starych drzwi i wciągam kolejną bułę z kiełbasą. Temperatura
już bardzo przyjemna, wrzucam więc do sakwy część zbędnej garderoby. Kilka
kilometrów dalej a widoki jakże inne: zamiast przykopconych ceglanych ścian familoków
– ściany lśniących, gładkich szyb Katowickiej korpo zabudowy. Czasu nie spędzam
tu za wiele, szybko dalej, na Bytom. Bo plany dziś ambitne a całą dobę tak
ciepło nie będzie. Oj nie będzie ;) Kolejny odpoczynek dopiero na rynku w
Bytomiu, czyli już praktycznie na wylocie z górnośląskiej konurbacji. Jeszcze
tylko kilka km zabudowań i zurbanizowany przemysłowo-kopalniano-drogowo-kolejowo-usługowo-handlowy
kocioł GOPu skończy się a zaczną lasy i otwarte przestrzenie. Ostatnia
górnośląska ciekawostka to taka oto figurka na jednym Zabrzańskim domu a
ostatni element górnośląskiego „kotła” to węzeł drogowy i chyba energetyczny,
zaraz za Rokitnicą. Od tej pory wiejskie tereny i małe miasteczka niczym nie
będą przypominać już przypominać ostatnich 40km przejechanych de facto po
jednym wielkim mieście. Mini atrakcja to stojący przy wodociągach w
Karchowicach zabytkowy zawór. Na rurce o konkretnej, bo chyba z metrowej
średnicy. Pierwsze mijane na tych odludziach miasteczko to Pyskowice. Na
rabatach zasadzili już bratki – nie za wcześnie, nie umarznie toto? Ostatnie
przed zmianą województwa miasto to Toszek. Ze swym charakterystycznym ratuszem
z dwoma bliźniaczymi zegarami – na bogatości ;) Województwo Opolskie atakuję
chwilę przed 16tą. Ciepło osiągnęło już chyba apogeum – 10 stopni ze sporym
hakiem. Ale 15 nie ma. Od teraz temperatura będzie już tylko spadać. Toszecki
ratusz z swymi dwoma zegarami to jednak nic przy stolicy ekstrawagancji takiej
jak Strzelce Opolskie – tu mają nawet piramidę (!). Za Strzelcami Słońce chyli
się już ku zachodowi. A właściwie to już zaszło. Gdy zacząłem hamować widziałem
jeszcze maleńki brzeg jego tarczy, gdy wykadrowałem zdjęcie było już po ptokach. Z pauzy na przystanku (ekstrawaganckim przystanku) ruszam już z
włączonymi lampkami. Na zdjęciu za wiela nie widać, ale przydrożna tablica
pogodowa wskazywała temperaturę niecałych 7 stopni. I jest mi już trochę
chłodno. Zagubioną w ciemnym lesie tablicę z napisem „Opole” osiągam o godz.
18.20. Jeszcze tylko fotka na słynnym opolskim Wiadukcie i czem prędzej udaję
się centrum. Czem prędzej, z dwóch powodów: po pierwsze zimno będzie narastać,
nie chciałbym do tego Wrocławia całą noc jechać. Po drugie, ważniejsze – żeby
mi się czasem nie przypomniało że jestem zmęczony i żebym nie wpadł na durny
pomysł uznania Opola za cel i zakończenia tu trasy. Pod pięknie iluminowanym
opolskim ratuszem robię na szybko fotkę, wciągam ostatnie ciastka i ostatnie
łyki soku. Z Opola uciekam zapomniawszy nawet zrobić zakupów – zemści się to
potem łokrutnie. Do Wro ~80km. Zastanawiam się czy 80km zimną lutową nocą to
dużo czy mało. Biję się myślami. Upewniam się, myślę życzeniowo, naginam fakty,
przekręcam znaczenia, naciągam ku swojemu, zaokrąglam w dół. W końcu wypieprzam
z frazy „80 km zimną lutową nocą” jeden tylko mało ważny, nic nie znaczący,
pomijalny wyraz „zimną” i dochodzę do wniosku że to jest to tyle co nic :) Pozytywnie
i bojowo nastawiony atakuję ciemne
czeluścia Opolsko-Dolnośląskich zadupi. Ciemne ale nie zimne, bo przecież ten
wyraz wypieprzyłem z mojej głowy, no nie? No właśnie nie. Bo w końcu przestaję
się oszukiwać. Jest ciemno, zimno i domu daleko. Do tego głodno. Bo nie
zrobiłem zakupów w Opolu. Morale spada na łeb na szyję. Toczę się zupełnie bez
siły i wiary przez te pustkowia. Wkurwiam na licznik na którym nie chce
przybywać kilometrów. Na horyzoncie nie widać żadnej oazy (świecących neonów
stacji benzynowej). Ogólnie kryzys i dramat, syf i kiła, i mogiła. Jest Brzeg.
Jest Orlen! A nie, jednak nie ma… Otwarte 24/7. Ale teraz akurat zamknięte,
przerwa jakaś… To niech urwa napiszą że otwarte 23,5h na dobę a nie 24!
&%*$^$%^
Jestem bardzo zły i jeszcze bardziej głodny. Na szybkości
robię zdjęcie kościoła, ratusza i szukam innej stacji w mieście lub
całodobowego sklepu. Ale jak na złość jest tylko całodobowa apteka, ale ja nie
jestem chory tylko głodny. No nic, do Oławy dyszka, tam na pewno coś będzie.
Musi być. No i jest!!! Shell który ratuje mi życie. Dawać dwa hot dogi! „- są
tylko duże”. Tak jakby był to dla mnie jakiś problem :D Nie jadłem od 50km.
Dawać herbatę! „jest tylko kawa i czekolada”. Kawy nie pijam, wybieram więc
gorącą czekoladę. Nie jest dla mnie w tym momencie żadnym problemem połączenie
parówek, ostrego keczupu i słodkiej czekolady. Ważne że kalorie się zgadzają (i
że te kalorie są gorące). I że wewnątrz stacji też ciepło. Z nowymi siłami
wracam na ostatnią prostą. 20km. Kryzys mija, więc to już taka tylko
formalność. Właściwie to już praktycznie jestem we Wrocławiu. Zaraz za Oławą
widzę migające na czerwono kominy elektrociepłowni w podwrocławskich
Siechnicach. Zawsze gdy jadę nocą do Wrocławia te kominy to jest dla mnie taka
migająca w oddali latarnia morska dająca znak, sygnał, że do portu
przeznaczania już niedaleko. No bo jest niedaleko. Kominy zbliżają się, stają
się coraz większe aż w końcu mijam wspomniany zakład przemysłowy i mym
zmęczonym oczom ukazuję się upragniona tablica. Wrocław! 2.30 w nocy. Rzecz
jasna o Legnicy dawno już przestałem myśleć. W planach tylko zwiedzanie miasta
i powrót pociągiem po 6tej rano. Sam wjazd do Wrocławia od tej strony taki
trochę nietypowy. Bo niby jest tablica informująca o wjeździe do ponad 600-tys.
miasta ale droga wlotowa ciągle wąska, jedna jezdnia, ruch mały, po bokach
jakieś małe domki, laski, zadupia. W końcu pojawia się końcówka linii
tramwajowej – pętla. Czyli jednak się zgadza, wjechałem do wielkiego miasta a
nie do jakiejś tam Oławy czy innego Brzegu. Lokalizuję na GPSie dworzec i
obieram na niego kurs. Gdy tylko wjeżdżam do starej części miasta zaczyna się
dramat, czyli poniemieckie przedwojenne kocie łby. Ale nie jakaś jedna tam
uliczka. One są w ilości ogromnej, większość mniej głównych ulic jest tym
gównem wyłożona… Jadę ostrożnie, gdzie się tylko da korzystając z asfaltowych
łat i plomb, ale i tak się obawiam o snejka w Detonatorach. Jest dworzec. A
raczej Dworzec. Absolutna ekstraklasa jeśli chodzi o dworce, nie widziałem
ładniejszego w Polsce. A przynajmniej ładniejszego tej wielkości, tej skali. Kupuję
bilety, oganiam się od bezdomnych, wciągam barszcz z automatu, przywracam ciału
właściwą temperaturę. I ruszam na zwiedzanie stolicy Dolnego Śląska. Inne niż
zwykle zwiedzanie. Bo starówka, zabytki itp. mnie dziś nie interesują. Widziałem
dwa razy. Dziś celem jest nowsze dzielnice miasta a właściwie to jeden budynek.
Sky Tower. Ewenement w skali kraju. Wieżowiec o „warszawskiej” wysokości, ponad
200-m, poza stolicą! W żadnym innym polskim mieście nie ma takiego. Na żywo go
nigdy nie widziałem. Już chciałem go szukać na GPSie ale niepotrzebnie – zaraz
za dworcem dostrzegam błyskające podejrzanie wysoko czerwone światełka ;) To
nie może być nic innego. Mijam plac budowy i zbliżam się do tego kolosa. Naprawdę
robi wrażenie. Jestem już blisko, okrążam tą imponującą wieżę ale nie mogę
znaleźć miejsca żeby jakiś kadr ładny sobie zrobić na jego tle. W końcu takie cuś
wyszło. Takie se, wieża leci na bok, ale będzie musiało wystarczyć. To z czego
ludzie się śmieją, że nie pasuje do niskiej okolicznej zabudowy to prawda. Statywik
do tego zdjęcia stawiałem na starym ogrodzeniu jakiejś kamienicy ;) Ale czy to
ważne? Przecież zawsze musi być ten jeden pierwszy, żeby potem mogły powstać
kolejne wieżowce, i będzie to lepiej wyglądało. Napatrzywszy się na to cudo,
mając jeszcze trochę czasu, i trochę km do dokręcenia (do 300) zwiedzam dalej.
Jakieś tam bloki, parki, ogródki działkowe okrążam. Z ciekawostek jeszcze
parking piętrowy ze ślimakiem wjazdowym. Jak żywo przypomina mi on scenerię z któregoś
tam GTA, w które zagrywałem się za małolata. Jednak nie tylko w Hameryce takie fajne
parkingi mają. No i ta migająca czerwonymi lampkami 200m wieża. Widzę ją
ciągle, góruje nad drzewami, nad blokami, z każdego miejsca miasta chyba ją
widać. Fajna sprawa. Zziębnięty zajeżdżam na dworzec z zapasem czasu i
brakującymi 12km. Dokręci się po Krakowie. Na razie sadowię się w komfortowym,
wagonowym ICku i drzemię. Za drzemki wybudza mnie piękny widok wschodu Słońca
nad pobielonymi porannym szronem polami. Pociąg jedzie dłuższą i nieco pokrętną
drogą, zamiast przez Śląsk: przez Częstochowę. Na Głównym po 10tej, a w domu
przed 11tą.
Udana wycieczka, 300 jak na luty nie jest wynikiem złym.
Oczywiście trochę żal tej Legnicy, ale ona nie ucieknie. Nawet Detonatory dały
radę. Są już lekko zużyte więc jako następne planuję kupić coś podobnie
lekkiego, gładkiego i szybkiego. A tym zdjęciem krakowskiego budynku na
początku relacji chciałem zwrócić na niesamowitą zaściankowość miasta w którym przyszło
mi żyć. W Krakowie „wieża” ma 50m wysokości, we Wrocławiu Wieża ma 50 pięter
wysokości ;)
AVS 17,5 (chyba nie będę wpisywał średniej bo to nie ma sensu, te 17,5 wynika ze zwiedzania Wrocławia. Do Wrocławia było 18, do Opola 19)
3,93l (w tym 1,4l energetyka)
5.35 - 10.55
Kategoria ^ UP 1500-1999m, > km 300-349, Powrót pociągiem
Częstochowa
d a n e w y j a z d u
183.62 km
0.00 km teren
09:56 h
Pr.śr.:18.49 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1281 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

https://photos.app.goo.gl/gDD3HeA2H1K4PgfZ6
Celem na drugi w tym roku, nienajgorzej zapowiadający się
pogodowo weekend było Opole. Opole, ponieważ nienajgorzej pogodowo zapowiadała
się południowa część Polski. Na wschodzie byłem tydzień temu, więc teraz
wypadało by na zachód. A na zachodzie, w odległości akuratnej na jednodniową
traskę (200km) jest Opole. Jak widać po tytule wyszło inaczej, a stało się to
tak:
Wyjazd chwila przed 7. Sobotni poranek jest lekko mroźny, co
widać po przybielonych szronem drzewach i trawie. A czuć po szczypaniu w
palcach rąk i stóp. Przejeżdżam szybko przez miasto, a śniadanie w postaci buły
z wędliną wciągam na przystanku zaraz za węzłem w Modlniczce. Im dalej za
miasto tym więcej oznak zimy. Nieciągła śnieżna skorupa pokrywa pola, głównie
północne stoki wzgórz. A ciągła pokrywa śnieżna wypełnia szczelnie każdy
większy lasek. O, na przykład taki, przed Trzebinią. Na rynku w Trzebini
pauza, kolejna na placu w Chrzanowie. Wahałem się czy jechać przez plac czy
przez rynek, na szczęście podjąłem dobrą decyzję. Udekorowany biało-czerwoną
flagą postument jednego z moich ulubionych pomników nie jest codziennym
widokiem. Jednego z moich ulubionych, bo w moim prywatnym rankingu imponujących
pomników ten jest ścisłej czołówce. Pomimo że nie ma on jakichś gartantuicznych
rozmiarów i jest prosty w formie. To jednak jest w nim jakaś taka wielka duma i
moc, a jego otoczenie – blokowiska – potęgują ten efekt. Następne miasto na
trasie to Jaworzno. Pełne nie do końca potrzebnych i przemyślanych, ale jednak
trzymających jako-taki poziom ścieżek rowerowych. Tzn. da się nie zabić jeżdżąc
po tym. Od niedawna stałym elementem panoramy miasta jest wielka, niemal 200-m chłodnia kominowa elektrowni. Druga największa w Polsce!Robi wrażenie. Teraz zawsze zamiast wyjeżdżać
główną szosą, z Jaworzna wyjeżdżam boczniejszą drogą przez las, aby obejrzeć ją
z bliska. Kawałek na nielegalu (zakaz na DK) i są Mysłowice. Właściwy początek
górnośląskiej konurbacji, to tu dopiero to wszystko się zaczyna. Wszystko czyli
cały ten klimacik, zniszczone pojedyncze torowiska, po których leniwie toczą
się jedno wagonowe tramwajki. Co i rusz takiej czy innej konstrukcji szyb
kopalniany, niestety większość nieczynna. Charakterystyczne budownictwo:
pokryte czarnym wieloletnim brudem mini ceglane bloczki, familoki po
ichniejszemu. Plątanina torowisk kolejowych i pobazgranych grafitti wiaduktów.
Cały ten bałagan i nieład GOPu, który tak bardzo mi się podoba :) Na takich
właśnie rozkminkach o bliskim (80km od Krk) a jakże odmiennym świecie mijają mi
kilometry. Jedną rzecz za to mamy wspólną – smog ;) Bo dzisiaj tak trochę
ekhem, mgliście jakoś ;) Gryzę więc dokładnie i przeżuwam powietrze, tak
smakuje o wiele lepiej. W Katowicach jestem koło południa. Katowice to
wyróżniające spośród tego śląskiego bytu miasto – wszystko bardziej zadbane,
sporo wysokich budynków, nowych inwestycji, ogólnie taka jakby wyspa nowoczesności i rozmachu, w tym morzu śląskiego, zniszczonego, przemysłowego
świata. W odrestaurowanym centrum Kato wciągam drugą i zarazem ostatniąbułę. Zostanie mi już sam słodki prowiant. Po
drodze komiczny widok: koleś sportowo ubrany, na niezłym MTB w spdach, ogólnie
pros lub raczej kreujący się na prosa. Z tym że jest jedno ale: to jest e-MTB
:D Chyba wiem czemu w kominiarce jechał: żeby nikt go nie poznał. Ma chłop
rację, też bym się wstydził ;) W międzyczasie ociepliło się rzecz jasna, jest
te kilka stopni na plusie. Ale też włączył się południowy wiatr, który
przypieczętował decyzję o zmianie trasy. Niesprzyjający, niezgodny z kierunkiem
mojej trasy kierunek ruchu mas powietrza to jedno. Drugie to niezgrany z moją
niewielką prędkością przemieszczania się odjazd pociągu z Opola. Przed 20. Albo
nie zdążę albo wpadnę do pociągu z jęzorem na wierzchu. Ja tak nie lubię. W
Bytomiu podejmuję ostateczną decyzję: Cz-wa. Cztery razy na tak:
- wiatr w plecy
- 20km bliżej
- pociąg godzinę później
- dawno nie byłem pod Jasną Górą.
Z Bytomia uderzam więc zamiast Pyskowic, na Tarnowskie Góry.
Faktycznie coś jest w tej nazwie, było tu troszkę pod górkę. Zanim opuszczę GOP
zwrócę tylko uwagę na inną charakterystyczną rzecz dziś: czy na Śląsku istnieje
coś takiego jakoś zimowe utrzymanie chodników? Czy tylko jezdnie tam
odśnieżają? Takich widoczków widziałem dziś mnóstwo. Do centrum T. Gór nie
zajeżdżam, innym razem. Miasto okalam obwodnicą i obieram DW908, która prosto
jak po sznurku zaprowadzi mnie do Częstochowy. Wiatr pokazuje co potrafi,
większość km będę jechał na wspomaganiu. Po drodze dużo leśnych odcinków. W
Miasteczku Śląskim fotka centrum i jakiejś fabryki (huta cynku – teraz widzę na mapie).
Samo zdrowie sąsiedztwo takiego zakładu ;) Ale nie to jest w Miasteczku Śląskim
najgorsze. Najgorsze jest TO. Wierzcie lub nie ale kawałek wcześniej ów
rozmiękły, bagnisty twór z odciśniętymi oponami traktora oznaczony był znakiem
„Droga dla rowerów”. Ok, przejdźmy do rzeczy przyjemniejszych. Na przykład do
pauzy na zaśnieżonym, leśnym parkingu. Jest on jednocześnie takim „punktem
widokowym” na pięknie meandrujący między drzewami leśny strumień. Wedle instrukcji
na etykiecie schładzam tutaj napój ;). Przyglądam się też śladom jakiejś
zwierzyny. Jeden trop był naprawdę dziwny. Zobaczcie zresztą sami. Powoli
zapada zmrok, z parkingu wyruszam z włączonymi lampkami. Kawałek dalej leśne
odcinki kończą się a zaczynają otwarte, pagórkowate przestrzenie Jury. Śmigła
wiatraków wirowały tak szybko, że aparatowi w telefonie rozdwajały, roztrajały
się końcówki łopat. W Cz-wie o 18.30. Tzn. o tej godzinie osiągam tablicę z
nazwą miasta, bo do centrum z 10km. Tu też nie tylko zasyfione chodniki i
ścieżki rowerowe, ale również główna, reprezentacyjna aleja… Mniejsza o to,
widocznie tak musi być. Powoli turlam się omijając slalomem śliskie placki
zlodowaciałego śniegu ku imponująco podświetlonej wieży Jasnej Góry. Na biało
czerwono podświetlonej. Naprawdę pięknie to wygląda. Robię pamiątkową fotkę.
Temat modlitwy, wiary itp. to moja prywatna sprawa więc nie powiem czy, a jeśli
tak, to o co się pomodliłem ;). Do odjazdu ponad godzina. Wydaje się dużo, pozwalam
sobie więc na małą pętelkę. Gdy przypomniałem sobie że jestem głodny i
wciągnąłbym coś ciepłego, jest już tylko 30-40 minut. I właśnie zauważam kapcia
na tylnym kole. Tzn. powietrze jest, ale mało. Ok, mam dość. Ostatnie kilkaset
metrów do stacji z buta. Nie chce mi się z tym teraz bawić. Na dworcu bar już
zamknięty. Automaty są, ale tylko z napojami. Gorącymi napojami. Dobre i co,
wciągam barszczyk, herbatkę, plus ciastka które mi zostały i usadawiam się w
pociągu. Komfortowy, pustawy, wagonowy IC, z wi-fi i przedziałem rowerowym. Do
Krakowa raptem 1,5h jazdy. Szkoda, takim to mógłbym całą noc jechać :) W
Krakowie przed 23. Jednokrotne dorzucenie atmosfer do tylnego koła wystarczyło
aby doturlikać się do domu.
Udana wycieczka, Częstochowa to sam raz cel na lutową jednodniówkę.
6.55 - 23.20
2,55l (w tym 0,5l energetyka)
Kategoria Zimowo, Powrót pociągiem, > km 150-199, ^ UP 1000-1499m
Pozimowy rozruch
d a n e w y j a z d u
168.72 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:7.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:1400 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

https://photos.app.goo.gl/ZiMmmLoQET5N5hmJ8
Tytuł wpisu wydaje mi się adekwatny. Wstyd bowiem
przyznać, ale ostatnia długa trasa miała miejsce… 11 listopada, roku ubiegłego.
Nie licząc grudniowej, 80-km przejażdżki do Tarnowa moja rowerowa aktywność w
tym okresie ograniczała się li tylko do dojazdów do pracy czy innego Tesco. Na
ten weekend wreszcie zapowiadają w miarę rowerową pogodę – ponad 10 stopni,
brak wszelkiej maści opadów (+ halny wiatr). Trzeba więc się gdzieś ruszyć, żeby
nie ważyć 100kg. Forma pod znakiem zapytania więc bez jakichś szaleństw: plan
minimum to Rzeszów (160km), a szczytem ambicji na dziś jest Przemyśl (+80km).
Wyjeżdżam dobrze wyspany przed 7 rano, i obieram standardowy
kurs na wschód, krajówką. Śniadanie zamiast w Wieliczce jem na przystanku
gdzieś między Krakowem a Bochnią. Na początkowych kilometrach biegnącej
otwartymi przestrzeniami głównej szosy odczuwam pierwsze podmuchy halnego. Wieje
z boku, ale nie wybija z toru jazdy. Nie tyle mi ten wiatr nie przeszkadza, co
wręcz jest przyjemny – bo ciepły :) (póki co). Tzn. przyjemny i ciepły w
porównaniu z zimową pizgawicą jaka panowała przez ostatnie dwa miesiące. Do
tego powoduje niesamowitą jak na tą porę roku przejrzystość powietrza. Na
południu, tam gdzie nie ma chmur, ciemnoszare grzbiety
Beskidów ostro
odgraniczają się od jasnego nieba. No właśnie –
tam gdzie nie ma chmur, bo
stan nieba określiłbym słowami pogodynek: „pochmurno z przejaśnieniami”. Ale
podobno ma nie padać. Drugim pozytywnym odczuciem jest sprzęt. Jak przyjemnie
przesiąść ze stalowego złomka na sztywną i zwartą aluminiową maszynę. Jadę
z uśmiechem na gębie :) I nie przeszkadza tu nawet niedomagająca przednia przerzutka, która nie zrzuca z blatu na średnią tarczę. Trzeba jej trochę pomóc, kopiąc piętą ;) Zepsuła się chyba podczas listopadowej ulewy za Łodzią i jeszcze "nie zdążyłem" do niej zajrzeć. 9’C – taką
temperaturę pokazuje termometr na wjeździe do Bochni. W mieście żadnej pauzy
nie robię, odpoczynki mają dziś być krótkie i zwięzłe. Tylko niektóre na
ławeczkach w centrum, reszta na wiatach przystankowych przy krajówce. Bo ten Przemyśl
chodzi po głowie. Z Bochni takie tylko na szybko – sklep polskiej (rzadkość
dziś) sieci „
PSS Społem”, sporo ich w tych okolicach. „Społem” jest w Bochni,
jest w Brzesku, jest i w Dębicy, i w Rzeszowie. W Tarnowie pewnie też, tylko
trzeba poszukać. Lada chwila jest Brzesko, a potem i Wojnicz. W Tarnowie jestem
koło wpół do pierwszej. Oglądam tu charakterystyczny,
okazały kościół, czytam tablice informacyjne na ratuszu i śmieję się z Pana naprawiającego auto ;)
Chociaż z drugiej strony do takiego „auta” to szkoda coś droższego wlewać ;)
Obrazek
z wyjazdu z miasta najlepiej pokazuje co potrafi wiatr. Z charakterystycznych
obiektów przy drodze – malutka
Huta Szkła w Ładnej. I zaczynamy Podkarpackie.
Im dalej na wschód tym więcej pozostałości zimy – tj. ostałych się placków
śniegu i podtopień/bajor w zagłębieniach terenu. O tym że zbliżam się do Pilzna
świadczą imponujące szeregi czerwonych ciężarówek
Omegi. Mają ponad 500 aut,
ten placyk to tylko cząstka ich floty. Na przydrożnym drzewie dostrzegam bardzo
pozytywny znak – pierwsze pączki kwiatów :) Znaczy się wiosna tuż, tuż. Jeszcze
tylko max miesiąc zimowego syfu i sezon ruszy z kopyta :) W Pilźnie Bożonarodzeniowa
szopka jeszcze obecna - w Brzesku już na przykład zdemontowana. Zbliżam się do
Dębicy a dzień zbliża się do swojego końca. A wiatr który wydawał mi się ciepły
i przyjemny już nie wydaje mi się ciepły. Przyjemny tym bardziej NIE. Po prostu
pizga złem. Chwilami wytchnienia od wiatru są nieliczne osłonięte lasem lub
ekranami akustycznymi odcinki drogi. Ale przede wszystkim miasta, teren
zabudowany. Centrum każdego z nich będę więc skrupulatnie zaliczał, żeby nie
jechać obwodnicą na otwartej przestrzeni. Dębica chyba pozazdrościła Krakowowi
„Jubilatu” i ma swoje „
Jubilatki”. Całą sieć „Jubilatek”! Aż kilka ich naliczyłem
przejeżdżając przez centrum tego niewielkiego miasta. A za bardzo nie skupiałem
się na czytaniu szyldów sklepów. Tymczasem wieje coraz bardziej, kilka razy
niebezpiecznie mną miotnęło do osi jezdni. Trzeba uważać, do tego stopnia że na
zjazdach trochę przyhamowuję (!). Poza narastającym wiatrem narasta też zachmurzenie
– do tego stopnia, że rosną moje obawy co do ew. opadów. Plan podboju Przemyśla
dawno upadł – to się nie uda. Połowa z tych ostatnich 80km byłaby ciemną nocą,
pod wiatr, w narastającym chłodzie, być może i w deszczu. Bo właśnie zaczyna
trochę padać… Po chwili przestaje ale jazda i tak nie jest przyjemna. W
Ropczycach na szybkości kupuję i wciągam 3 drożdżówki, kapuśniaka i ciastko (z
galaretką i owocem granata). Wszystko co mieli z wypieków na ladzie obok kasy (sobota wieczór). Na
szybkości, bo spieszę się na ostatni dziś pociąg z Rzeszowa: o 20.10. Następny
4 rano. Na rynku w
Sędziszowie też za długo nie zabawiam. Czas nagli. Ostatnia
fotka przed Rzeszowem to fajnie iluminowany (na
zielono) kościół w Trzcianie. Tablicę
wjazdową osiągam o 19.30. Przed odjazdem zdążam jeszcze tylko zrobić ze 3
zdjęcia i kupić bilet. Kupić jedzenia ani rzecz jasna pozwiedzać Rzeszowa nie
zdążam. Nie lubię tak – nie pojeździć sobie trochę po mieście gdzie kończę
trasę. Choćbym był w tym mieście wiele razy, to i tak lubię sobie pojeździć bez
celu po starówce, blokowiskach, parkach czy terenach przemysłowych. Ale nie
widzi mi się zwiedzać Rzeszowa przez 8 godzin (next pociąg). Powrót PKP bez
przygód, najpierw nowym, potem starym EZT. W Tarnowie przesiadka, nawet
zdążyłem kupić wafelki i sok w automacie. W domu po 23-ciej.
Kilka lat temu taką trasę uznał w lutym uznałbym za
niesamowity sukces, dziś uznaję za taką sobie przejażdżkę. A średnia to 16,8
km/h.
6.45 - 23.15
2,65l (w tym 0,6l energetyka)
Kategoria ^ UP 1000-1499m, > km 100-149, Powrót pociągiem
Przejażdżka
d a n e w y j a z d u
83.30 km
0.00 km teren
04:42 h
Pr.śr.:17.72 km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:2.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:650 m
Kalorie: kcal
Rower:Nawijacz asfaltu/szlakopomykacz własnej roboty (archiwalny)

Do Tarnowa krajóweczką.
https://photos.app.goo.gl/vV3DMTuQP5Se4jeBA
12.10 - 19.50
1,16l (w tym 0,5l energetyka)
Kategoria > km 050-099, Powrót pociągiem





























