Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Wpisy archiwalne w miesiącu

Czerwiec, 2026

Dystans całkowity:2270.50 km (w terenie 43.50 km; 1.92%)
Czas w ruchu:b.d.
Średnia prędkość:b.d.
Liczba aktywności:7
Średnio na aktywność:324.36 km
Więcej statystyk

Mega upalna przejażdżka :D

d a n e w y j a z d u 70.70 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:37.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Niedziela, 28 czerwca 2026 | dodano: 12.07.2026


Krakowski Balaton, tj. Kryspinów ;)

https://connect.garmin.com/app/activity/23446576129

https://photos.app.goo.gl/wcppxmk2LvFRRATaA

Tak więc mamy ten dzień, pierwszy dzień rekordowego upału :) W Krk będzie dziś 38 stopni, a maxy w Polsce 39 a nawet i 40! Trochę zmęczony po wczorajszem, startuję koło południa. Planem na dziś jest brak planu, tak się poszwędać tu i tam i nie zejść na zawał. Bo na maratonie MTB w Markach dwóch kolarzy dziś wyzionęło ducha… Staram się jechać cieniem, parkami, alejami, a potem Młynówką Królewską. To niezwykły krakowski park, poprowadzony wzdłuż koryta dawnego potoku (o takiej samej nazwie) który liczy 8km długości (!). I cały czas cieniem można jechać. Docieram nim do Mydlnik, no i tu już trzeba wyjechać na patelnię. Ale nie ma tragedii nawet. Myślę żeby wykąpać się w Kryspinowie, lub raczej w mniejszym zalewie obok, w Cholerzynie. Mam kąpielówki. Ogravelowałem na szosówce terenowe wertepy wokół Kryspinowa, i jadę niby nad ten drugi zalew. Ale tłumy takie że odpuszczam. To nie dla mnie. Do tego bilety po 15-20zł czy coś… Tyle to się płaci nad Balatonem. Nie mając pomysłu pojechałem nad Wisłę, obejrzeć klasztor z drugiej strony rzeki, oraz poleżeć w trawie w cieniu i odpocząć. Wpadłem na pomysł że sprawdzę kondycję na podjeździe pod kopiec, w Lesie Wolskim. Poszedłem tam w trupa, sapiąc jak lokomotywa osiągnąłem puls 172 :) Dobry wynik. Potem dłuższą chwilę wracałem do świata żywych na polanie pod kopcem. Plusem takiego upału jest że przepocone ubrania schną w oczach. Gdy upał jest mniejszy, schną dłużej. Tu wpadłem też na pomysł że spróbuję kąpieli w Bagrach, niedaleko domu. Pierwszy raz w życiu ;) Tak też zrobiłem, powoli potoczyłem się w stronę domu. Tam oczywiście za dnia też były tłumy, ale wieczorem ludzie już powoli zbierają się na chatę. O 21.30 nie było już tłoku, a woda ciągle przyjemnie ciepła :) Bez potrzeby adaptacji, można wskakiwać od razu. Udana to była wycieczka :) Kocham lato, kocham upały :) Choć zdaję sobie sprawę że dla części ludzi są ciężkie do przetrwania, ale ja akurat jestem jak wielbłąd :)


Kategoria > km 050-099

Turrrbacz :)

d a n e w y j a z d u 170.90 km 27.50 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Sobota, 27 czerwca 2026 | dodano: 12.07.2026



https://photos.app.goo.gl/A3qEJXinZfYWRRrs5

https://connect.garmin.com/app/activity/23406248710

Do trzech razy sztuka :) Dziś zdobyłem Turrrrbacz. Nauczony doświadczeniem że wyjazdy w góry o 7 rano nie mają sensu, bo już wtedy jest upał, dziś wystartowałem zaraz po 5tej.

I tak jest gorąco :) Do Polski zmierza właśnie potężna fala upałów, maxy mają być pod 40 stopni! A dziś jest jej początek, ze 30-33 ma być na południu kraju, z tym że w górach oczywiście chłodniej. Tonę we własnym pocie, wypijam kolejne litry  płynów, i jakoś ciągnę powoli asfaltem przez Dobczyce, Kasinę, Mszanę. Po drodze do wciągnięcia 3 przełęcze: Wierz banowska, zaraz obok Wielkie Drogi oraz ostatni wspin na przeł. Przysłop Lubomierski, skąd wjeżdża się już na Gorczańskie szlaki. No tu to już w ogóle patelnia, odpoczywam kilka razy żeby nie wyzionąć ducha. Napędza mnie wizja chłodu górskiego strumienia oraz cienia iglastego lasu. W zasadzie pierwotny plan był taki, że z Lubomierza chciałem wjechać (raczej wepchać) rower niebieskim szlakiem na Gorc, a potem grzbietem, zielonym szlakiem, grzbietem kierunek Turbacz. Z tym że ten plan był zbyt ambitny. Wybieram łatwiejszy, znany mi już wariant: z Lubomierza czerwonym szlakiem rowerowym na pol. Jaworzynę Kamienicką, skąd już rzut beretem na Turbacz. Spory kawałek wjeżdża się wgłąb Gorczańskich kniei asfaltową  alejką wzdłuż potoku. O tak, chłód od potoku bije bardzo przyjemny :) Cała dolina tonie w  łopianach, i w cieniu ogromnych świerków/jodeł. Mam zapas 2,5l wody także przygotowany jestem dobrze :) Kawałek dalej zaczyna się terenowy szlak. Choć teren jest to (jak na Beskidy) bardzo lekki – ubita, lekko kamienista  droga, która łagodnie trawersuje zbocza gór i stopniowo nabiera wysokości. Podjeżdżalne w 100%, nawet dla dziecka, tyle że męczące. Droga ciągnie się i ciągnie, zalicza kilka serpentyn ponad głębokim parowem potoku. Ruch nawet jakiś jest, mijam kilku turystów, jednego e-bike’a, oraz 2 terenówki. W końcu las  przerzedza się, to znak że do szczytowych partii gór już niedaleko. Pojawiają się widoki (m.in. na Gorc, na który chciałem jechać), i zaczynają rozległe, porośnięte bezkresnymi  borowinami polany, spośród których sterczą samotne kikuty martwych drzew. Docieram do charakterystycznego miejsca. Jeszcze 2 lata temu droga tutaj kończyła się ślepo, a w lewo szła ledwie widoczna zielona ścieżka przez polanę. Ale zaraz, zaraz, coś tu się pozmieniało. Przedłużyli tą drogę, tj. wysypali kamieniami i ma ona dalszy swój bieg stromo pod górę, po polanie. No i dalej dało by się jechać, z tym że jest taki upał a mnie tak brakuje sił. Więc wypycham tylko rower z mozołem, odpoczywając co chwila. Byle uciec z tej piekielnej łąki, byle do lasu. A całe to piękne miejsce to polana Jaworzyna Kamienicka. Jest też więc i słynna  Kapliczka Bulandy, i rozległe widoki na morze gór :) Kilka fotek i chowam się szybko w cieniu lasu. Obieram zielony->czerwony szlak na polanę Długą i dalej na schronisko pod Turbaczem. Wg. drogowskazów 45minut marszu. Rowerem z 15 minut :) Trochę łomotu po szlaku wyłożonym  kłodami, i już jestem na wielkiej polanie, a na drugim jej końcu widać już okazały budynek schroniska pod Turbaczem. Widać też panoramę Tatr, a ponad nią coraz mniej ciekawie wyglądające chmury, w tym jeden wielki wysoki biały grzyb. Z którego może być (ale nie musi) potem burza ;) W schronisku ludzi kupa, w tym circa 7 rowerzystów. Ja chyba jestem jedynym przedstawicielem tradycyjnej, nieelektrycznej szkoły MTB ;) Reszta to elektryczne motorki a nie rowery. Wciągam naleśniki oraz piwo. 48zł :D Jakby coś większego zjeść i deser to można bez problemu ze stówy wyskoczyć :D No ale nic, nie jem przecież tu codziennie obiadu, czasem można sobie pozwolić. Tymczasem chmurzastych grzybów nad Tatrami jest już kilka :) Kilka fotek, i siup na ścieżkę, na czerwony szlak na sam szczyt Turbacza. Tzn. ścieżka to tu była kiedyś, rok temu rozorali ją i jest teraz szeroka droga pełna głazów i korzeni. Podjeżdżalne w 99%, zjeżdżalne w 100%. Jednego progu z korzeni nie umiem bowiem podjechać. Mała sesja foto, i w dół pod schronisko. Plan na zjazd jest najfajniejszy możliwy tzn. czerwonym do Rabki. Jak dla mnie flow nie z tej ziemi – idealny poziom trudności, albo raczej łatwości. Trochę kamieni oraz korzeni oczywiście jest, ale zjeżdżalne dla mnie w 95%. Dwa odcinki pod Turbaczem wolę sprowadzić. Do tego szlak jest już dobrze wyprażony upałami, błota prawie brak, czyli też tak jak lubię. Po drodze międzylądowanie na Starych Wierchach, i tu też tankowanie – drugie piwko. Zaraz potem jest Maciejowa, i kolejne trzecie schronisko. Nie piłem tu nigdy piwa, ale dziś chyba odpuszczę, bo trzy to za dużo, trzeba wszak wracać asfaltem do domu. Na Maciejowej widzę też coraz rzadszy w górach widok, tj. dwa tradycyjne fulle, bez elektryki. Ogólnie dziś w Gorcach rowery nieelektryczne policzyć można było na palcach jednej ręki. I to włącznie z moim rowerem. Odcinek z Maciejowej do Rabki to już lot a nie zjazd, bardzo łatwy i szybki odcinek. W Rabce chillout w parku, jakieś koncerty i śpiewy góralskie. Dobijam trochę atmosfer w oponki, wciągam cheeseburgera w moim ulubionym bistro na dworcu. I stąd mam jakieś 65km asfaltu do domu. W dół do Mszany, potem mozolne kręcenie pod górę na przeł. Wielkie Drogi/Wierzbanowską. Tam podejmuję jedyną słuszną decyzję, i ściągam koszulkę. Zjazd 65km/h z gołą klatą jest bardzo orzeźwiający :) W Dobczycach ładuję się jeszcze energolem i batonami, i resztkami sił ciągnę hopki do Wieliczki. Ostatni zjazd do Wieliczki znów 60+ km/h :) Do domu dowlokłem się o 1.30. Burzy jednak nie było.

Udana wycieczka, Turbacz zawsze spoko :) A jutro tropikalny żar wleje się do Polski, już nie mogę się doczekać :) Ale raczej jakaś taka przejażdżka będzie tylko po okolicy. Nie podejmuję się jazdy po górach w 40 stopniach ;)

5.10 - 1.30


Kategoria > km 150-199, Terenowo

Góreczki koło Rabeczki

d a n e w y j a z d u 137.92 km 5.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Niedziela, 21 czerwca 2026 | dodano: 12.07.2026



https://photos.app.goo.gl/WJ1eNGtQLguRUpfFA

https://connect.garmin.com/app/activity/23330081733
https://connect.garmin.com/app/activity/23344926797

Po dniu przerwy znów wyruszyłem na górskie szlaki, z myślą zdobycia wielkich szczytów ;) Ale po kolei. Nietypowo obudziła mnie poranna burza O.o No nic przeczekałem, wyjechałem godzinkę później, o 7.30, gdy drogi trochę podeschły. Jadę na Wieliczkę, ale chmury coś nie chcą przechodzić. Ciągle coś się kotłuje. Patrzę na radary burzowe, i wychodzi mi że żadna burza mnie nie goni, tylko to ja gonię burzę. Więc nie jadę zbyt szybko, odpoczywam i wciągam bułki, aby jej nie dogonić ;) A jadę standard, na Dobczyce, Wiśniową, Kasinę, Mszanę. Myślę to o Turbaczu, to o Starych Wierchach, albo chociaż Maciejowej? Zobaczymy co z tego wyniknie, ale sukcesów wielkich się nie spodziewam. Tymczasem mijam ślady burzy: rwącą rzekę, zalane rowy, połamane gałęzie oraz kamienie i błoto, naniesione na szosę z górskich dróg. Okoliczni mieszkańcy jak i strażacy OSP wspólnymi siłami porządkują cały ten bałagan. W okolicy przełęczy Wielkie Drogi odwiedzam dawno nieodwiedzany pomnik. Jest to prawdziwa ciekawostka. Pomnik upamiętnia bitwę z września '39 roku, a do jego budowy wykorzystano wieżę niewielkiego czołgu Vickers, który tu walczył w obronie przed Niemcami: LINK
Pogoda taka se. Porno i dusno. To chmury, to znów Słonko. Burza wisi w powietrzu, tak czuję. Tak więc dociągam do Rabki Zaryte, i tu postanawiam obadać niebieski szlak do centrum Rabki, chyba nim jeszcze nie jechałem (ale kto to wie, kto to spamięta?). Po drodze są dwa szczyty do zaliczenia: Grzebień (679) oraz Bania (609).
[ Wtedy wydawało mi się że to nowości, że jeszcze nie byłem, i wpadną mi do tabelki ze szczytami po prawej. Po powrocie do domu jednak okazało się, że mam jej już zdobyte ;) ]
Szlak z początku przejezdny, potem staje się jednak wąską ścieżką w lesie. Coś tam ujechać by się dało, ale strach. Po lewej bardzo stroma skarpa, opadająca do doliny potoku. Tak więc raczej prowadzonko. Zgodnie z oczekiwaniami w końcu wyjeżdżam jednak na rozległą polanę. Porośnięta młodymi dębami oraz chyba jakimiś drzewkami owocowymi (stary sad?). Rozpościerają się z niej kapitalne widoki na Luboń Wielki, oraz morze innych gór. Aby zdobyć dwa wspomniane szczyty, Grzebień i Banię, trzeba zboczyć trochę ze szlaku. Grzebień to najpierw bardzo stromy wypych, a potem w miarę płaska jazda na szczyt. Szybka fota, i lecę nazad po śladzie. Bo pogoda się psuje! Karkołomne znoszenie roweru z powrotem na polanę. Mijam stado owiec, pasterza mówiącego w dziwnym języku, i po pewnym błądzeniu obieram leśną drogę na szczyt Bani. Raz, dwa, fotka tabliczki, i z górki na pazurki, do Rabki. Zdążam jakieś 5 minut przed ulewą :) Przeczekuję ją na dworcu. Wciągam też niedrogiego cheeseburgera w moim ulubionym dworcowym bistro. Gdy rozpogadza się nieco, ruszam w drogę powrotną. W zasadzie po śladzie, Mszana, Kasina, Wiśniowa, Dobczyce. Już bez pogodowych ekstremów. Sprawnie toczę się do Krakowa. W Kasinie szybkie wspomaganie w Żabce. Pomimo że jakichś niesamowitych szczytów dziś nie zdobyłem, to i tak było fajnie :)

7.25 - 00.15


Kategoria > km 100-149, Terenowo

Upalna przejażdżka

d a n e w y j a z d u 48.70 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Sobota, 20 czerwca 2026 | dodano: 12.07.2026



https://photos.app.goo.gl/By546b8iFvAQXspNA

Plany były ambitniejsze, ale wyszła tylko taka przejażdżka tylko po mieście, muszę odpocząć. Zobaczyłem Zakrzówek z zamkniętymi, zarośniętymi glonami basenami oraz wieczorem Wianki w mieście. Ale to już chyba nie te wianki co kiedyś...


Kategoria > km 010-049

Liznąć Gorców

d a n e w y j a z d u 158.88 km 11.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:27.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Piątek, 19 czerwca 2026 | dodano: 12.07.2026



https://photos.app.goo.gl/av7xZUMoQ3AJifzw8

https://connect.garmin.com/app/activity/23310763991

Tak więc nadszedł ten dzień, gdy trzeba pierwszy raz zaatakować góry, góry w sensie MTB. Wzuwam Peakowi terenowe 2,25" laczki, i startuję 6.45. No ale gdzie tu jechać? Od razu Turbacz? Czy może łagodniej, Wierzbanowska Góra + Lubomir na rozgrzewkę? Wyjdzie w praniu. Na razie mozolnie nawijam asfalt wojewódzkiej szosy, najdalej na przeł. Wielkie Drogi będę mógł podjąć decyzję. Jest porno i dusno. Ale nie ma całkowitej patelni, bo niebo zasnute jest chmurami. Takimi potencjalnie burzowymi chmurami. Jakże zmienił się spokojny i sielski krajobraz w okolicach Kasiny, Mszany, Rabki. Teraz to jeden wielki plac budowy. Potężny ruch ciężarowy, tumany kurzu. Stosy betonowych podkładów kolejowych. Budują nową linię kolejową. To dobrze. Za kilka lat nie będę musiał dymać asfaltem w góry, tylko sobie podjadę pociągiem np. do Mszany i od razu wskoczę na szlak :) W międzyczasie podejmuję decyzję, że zaatakuję Stare Wierchy, od strony Olszówki. A potem się zobaczy. I tak też robię, wciągam szybką zapiekanę w Mszanie, a Rabie Niżnej odbijam na Olszówkę. Droga przez wieś pnie się do góry. Wieś kończy się, a stromizna narasta. Do tego pełna patelnia, tak że ledwo dycham. W końcu jestem jednak w miejscu gdzie wjeżdża się na zielony szlak. Ten jest bardzo przyjemny, w cieniu lasu i chłodzie strumienia zupełnie inna jazda. Zielony to taki tylko łącznik. Dobijam nim do głównego czerwonego, i stąd już fajna droga na Stare Wierchy. Ilość błota większa niż zwykle, no kapryśne to lato mamy. Na Starych Wierchach już wiem że pass. Turbacz to nie dzisiaj. Jest już po 15tej, do tego mnóstwo chmur, nie chcę ryzykować burzy na szlaku. Tak że wciągam tylko zimne piwko, i szukam na mapie szlaku na powrót. Z tym piwkiem na Starych Wierchach to też jest ciekawa sprawa ;) Pani nalewa je z takiego typowego barowergo nalewaka, no i jak to zwykle bywa robi się piana. Rzecz normalna. Ale nienormalne jest to, że Pani tą pianę z wierzchu wybiera łyżką do garnuszka, a dolewa płynu (piwa) po brzegi :D Z jednej strony dobrze, bo więcej piwa się dostaje. Z drugiej strony jest to chyba niezgodne ze sztuką. Z trzeciej strony, ciekawe co Pani robi z tą pianą w garnuszku, która powoli zmienia się w płyn. Dolewa z powrotem do kega? Mniejsza jednak o to, piwo w górach zawsze smakuje lepiej niż domu, choćby było i bez piany. Tymczasem stanęło na tym, że zjazd odbędzie się szlakiem niebieskim, na Obidową, do starej zakopianki. No tu błotka jeszcze więcej :) Ale sam szlak jak dla mnie to 5km przyjemności, płasko lub łagodnie w dół po niezbyt dużych kamolach. Raz dwa zlatuję nim na Obidową, pod stację benzynową. Zaraz będzie atrakcja innego rodzaju :) Stromy (15-20%) zjazd asfaltem do Rabki :) Przy 60km/h można fajnie odwirować błoto z kół :) Tak że do Rabki to właściwie się teleportuję. Jakieś tam lody, coś tam w Żabce, i zbieram się w drogę powrotną. A zamiast po raz setny jechać na Mszanę, Kasinę, Dobczyce, dziś wrócę starą Zakopianką. Po zbudowaniu równoległej ekspresówki, ze starej szosy zrobiła się fajna na rower droga ruchu lokalnego. Najpierw wspinam się na zbocze Lubonia (ekspresówka idzie pod spodem, słynnym tunelem), a potem znowu kolejny szybki zjazd aż do Lubnia. No efektownie wyglądają te potężne estakady nowej Zakopianki. Z Lubnia do Myślenic droga już prosta, i płaska - serwisówka. W Myślenicach jakaś tam impreza (Dni Myślenic), szybka pizza w Żabce, i do domu, po pogórkach Pogórza Wielickiego. Na szybkich zjazdach odrobina orzeźwienia po tym upalnym dniu. Turbacza co prawda nie zdobyłem, ale i na niego przyjdzie czas. Udana wycieczka.

6.45 - 00.30


Kategoria Terenowo, > km 150-199

Bratysława na rozgrzewkę :)

d a n e w y j a z d u 410.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 5 czerwca 2026 | dodano: 18.06.2026



https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6

https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)

Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława? Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr 2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w górach.

Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem” jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed 11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka. Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje, ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina, po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór. W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami, ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12 stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni. Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem. Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem, bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :) Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :) W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja, wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym), Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze. Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło, ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz., więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie, stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej, i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran, ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower, ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20 EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego. Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.

Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.

6.10 (pt) - 12.50 (ndz)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem

Szczyt czerwiec (zbiorówka)

d a n e w y j a z d u 1273.40 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura: HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Szczyt
Poniedziałek, 1 czerwca 2026 | dodano: 04.06.2026



https://photos.app.goo.gl/YDBsWbZVNNJQCrpW9

Nie muszę dzielić na mniejsze wpisy, bo jakiś głupek dodał zbiorówkę prawie 2000km i to ona wisi na głównej...

1.06 70,9km Niby dzień Dziecka, ale dniówka taka se. U/S/B. Dużo po Ruczaju/Klinach. Wiozłem chyba z 10km zakupów 10km na Rudzaj z murzyńskiego marketu... Myślałem że mi plecy odpadną. Potem jeszcze paczkę z laptopem.
2.06 65,1km Letnia dniówka na U/S/B/W
3.06 56,8km Burzowo-deszczowa dniówka na U/S.
8.06 86,8km Dniówka na Uberze, lato w pełni
9.06 62,3km Dziś Uber+Glovo. Na dalekim Ruczaju zaatakowała mnie burza, ledwie zdążyłem się schronić pod Leroyem, Jako że nie chciało przestać padać, powrót do domu w ulewie/w deszczu. Wziąłem 2x Sushi po drodze, jedno nie dojechało suche ;)
11.06 72,2km Uber/Stuart Po deszczach zostały ino chmury, i ochłodzenie do 15 stopni. Wiozłem jakieś odciski dentystyczne na Uber paczce.
12.06 81,6km Dniówka U/S. Pogoda się polepsza. Tak z ciekawości wziąłem udział w krakowskim nocnym przejeździe rowerowym. Nie wiem po co są te wszystkie przejazdy, masy krytyczne, i inne głupoty. Ostatni raz brałem udział w takiej imprezie kilkanaście lat temu (2011?), więc raz na kilkanaście lat nie zaszkodzi się przejechać ;) Ale nie jest to ani mądre ani bezpieczne. Widziałem 3 gleby, a w przecież w całym peletonie na pewno było ich więcej. W tym jeden chłop zajebał banią w asfalt. Bo nie miał lampki, i nie zauważył niskiego czarnego separatora na jezdni. Kasku też oczywiście nie miał, bo po co.
13.06 81,1km Dziś Uber, dużo po New Hucie. Znów powrót w deszczu, a rower dopiero co umyty...
14.06 72,6km Deszcze niespokojne, mały wał szkwałowy, ulewy, tęcza, Słońce, zwariowana pogoda. Z plusów kurs za 75zł na Uberze ofc.
15.06 66,6km Znów wichry, potem ulewa, a potem rozpogodzenie. Na koniec dnia fajny kurs zjazdowy do Wieliczki na Uber za 40zł.
16.06 62,1km Pogoda się stabilizuje. Za to pomylony kurs na Stuart. Na Stuarcie supportu praktycznie nie ma, więc musiałem chłopu zwrócić 50zł. A ja sobie zjadłem to gówno z KFC. W sumie niewielka strata, bo i tak chciałem zjeść coś ciepłego.
17.06 47,5km Ino tyle, bo mam dość, muszę dychnąć...
22.06 67,0km W/U Po burzy, ale dalej porno i dusno, zwariowana pogoda
23.06 80,5km U/B Gorrąca i fajna dniówka, wreszcie bez burz :)
24.06 72,9km Piękna pogoda, U/S
25.06 74,1km J.w.
29.06 76,0km Drugi i niestety ostatni dzień mega upału, 38 stopni w Krk. Pośmigałem w tym upale w Uberze, fajne stawki były, kursy po kilka dych :) Chyba kurierzy wymiękli, za gorąco im w zimowych łapawicach i kominiarkach ;) Fajny kurs na Rząskę, pojechałem Młynówką Królewską w cieniu, potem wymiana dętki w upale. Szły jakieś burze ale przeszły bokiem, przez Katowice, Opole.
30.06 77,3km Upałów ciąg dalszy, ale niestety już mniejszy, bliżej 30 niż 40 stopni... Uber, i dalej fajnie płatne kursy.