Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

O kolarzu, który jeździł koleją ;)

d a n e w y j a z d u 371.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:32.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 28 sierpnia 2026 | dodano: 07.09.2026


Losowa fotka z Bratysławy

https://connect.garmin.com/app/activity/24167249118
https://connect.garmin.com/app/activity/24167257222
Do tego dochodzi dojazd/powrót z dworca w Krk, trochę po Brzecławiu itp.

https://photos.app.goo.gl/5H8ewBZtQvU88T6i8

Koniec sierpnia, być może ostatnie w tym roku upały i ciepłe noce, trzeba pocisnąć gdzieś dalej. Na etapie planowania trasy pewnym utrudnieniem jest zapowiadany front atmosferyczny. Ma on przejść w sobotę z zachodu na wschód, i przynieść opady, burze i wiatr (start planuję na pt.). Rozważam różne opcje: Praga, Budapeszt, Bratysława, Wiedeń? Czechy odpadają w pierwszej kolejności, tam załamanie pogody ma być największe. Później na celowniku jest Budapeszt. Kupiłem nawet bilet do Piwnicznej, ale zwróciłem. Ostatecznie stanęło na Bratysławie, a jak będzie dobrze szło, można zmienić cel na Wiedeń. Im dalej na południe tym front ma być słabszy, tak że jestem dobrej myśli. Bilet kupiony do Czechowic-Dziedzic – stąd wystartuję.

Pobudka 5.00. Za oknami noc :D No coraz krótsze są te dni :( O 5.15 siedzę już na rowerze i lecę na dworzec. Odjazd 6.15. Podróż mija szybko i przyjemnie. Jakąś raptem godzinkę później jestem w Czechowicach. Obieram kurs na Czeską granicę, dokładniej to na dawne przejście graniczne w Lesznej Górnej. Okolice z początku płaskie, dookoła królują stawy rybne i piękne, dębowe (!) lasy. Na wsiach mnóstwo zmyślnych instalacji dożynkowych, kilku z nich zrobiłem fotki. Docieram do Skoczowa. Kawałek wojewódzką szosą, i znów skręcam w boczne drogi, ku czeskiej granicy. W oddali majaczą wysokie szczyty Beskidu Śląskiego i innych pasm górskich. Coraz bardziej zadupiastą i pagórkowatą drogą docieram do dawnego przejścia granicznego. Czechy. Ahoj przygodo! Czeska kraina wita mnie potężnym zjazdem w dolinę, do Trzyńca. W oddali widzę już hutę, kominy i cały ten przemysł tonący w zielonej dolinie. Przejeżdżam przez miasto i trzycyfrowymi drogami kieruję się ku słowackiej granicy. Bo Czechy to tylko mały epizod tej trasy. Większość przygody to jednak Słowacja. Przynajmniej tak mi się w tej chwili wydaje. Pod koniec opowieści wszystko się wyjaśni ;) Pogoda petarda, 30 stopni i pełna lampa. Póki co nic nie zapowiada załamania pogody. Regularnie zerkam na pogodowe radary. Burze i deszcze są dopiero hen daleko na Niemcami. Z czeskich miasteczek mijam jeszcze Jabłunków i Mosty koło Jabłunkowa. Około godziny 13tej melduję się na słowackiej granicy. Dawne wielkie przejście graniczne, pełno opuszczonych budynków i innych zabudowań. Cóż za zmiana krajobrazu ;) Asfalt zmienia z gładkiego na morze dziur i łat. Latarnie krzywe i pordzewiałe. W małym zagajniku pełno chusteczek higienicznych. Te kilka drzewek pełni bowiem funkcję toalety ;) No Słowacja tak już ma, przestrzeń publiczna, drogi, chodniki to trochę trzeci świat. W rowach pełno śmieci. Cestą nr 11 dociaram do Cadcy. W Tesco robię duże i chyba niedrogie zakupy. Jak chodzi o picie i suchy prowiant, powinno mi go wystarczyć do rana :) (wystarczy aż do Bratysławy ;) ). Kieruję się dalej ku Żylinie. Ale nie główną szosą nr 11. Jadę idącą równolegle do niej, po drugiej stronie rzeki, boczniejszą drogą. Tu też jednak duży ruch, i wszechobecne roboty drogowe, ciężarówki, tumany kurzu i zwężenia. Kawałek fajną trasą rowerową, mijam Kysuckie Nowe Miasto. Boczną drogą zaliczam nieplanowany podjazd. I wreszcie zjazd do Żyliny. Na celowniku mam już od pewnego czasu McDonald. Wciągam tam jakiś zestaw, poprawiam drugą Colą, i to by na tyle było ze zwiedzania Żyliny. Nie ma czasu, nie ma siły ani chęci. Wbijam na krajową drogę nr 61. Jeszcze tylko niebezpieczny odcinek, gdzie drogą dzieli się na starą 61kę i na autostradę nr D1. I już jestem na starej, przyjemnej drodze nr 61, która jak po sznurku zaprowadzi mnie do Bratysławy. Circa 200km. Tak mówią tablice kilometrowe przy szosie. Dochodzi 19ta, a więc powoli zapada zmrok. W ostatnich jasnościach wieczoru, docieram do Powazskiej Bystrzycy. W centrum jakiś koncert, festyn itp. kupa ludzi i hałasu. Kolejnym checkpointem, większym miastem, będzie dopiero Trenczyn. Za jakieś 50km. Póki co mijam kolejne senne miasteczka i miejscowości. Belusa, Ilava, Dubnica… Znam te okolice doskonale, jechałem tą drogą na Bratysławę wiele razy. Dziś jest jednak pewna odmienność, stosunek: czas/kilometraż. Jestem bowiem w tych miejscach dużo wcześniej niż zwykle. Co za tym idzie zachód Słońca, noc, wschód łapią mnie w zupełnie innych miejscach w trasie. W takim dajmy na to Trenczynie jestem o pierwszej w nocy. Podczas gdy zwykle bywam tu dużo później, o świcie lub wręcz rano/przed południem. W Trenczynie znów jakaś impreza, śpiewy i gwar na ulicach. Symbol Trenczyna to rzecz jasna zamek na charakterystycznej skale. Jest on ładnie iluminowany, zanim jednak zdążyłem zrobić fotę, iluminacja zgasła. W zamian za to zdjęcie skały, na której stoi zamek, z jakąś płaskorzeźbą. To by było na tyle ze zwiedzania Trenczyna, trzeba lecieć na Bratysławę. Jakieś 150km. W środku nocy pogoda niesamowita. 20 stopni i ciągle rośnie! 22, 24, 25… Najwięcej zaobserwowałem 25,5’C o godz. 2 w nocy!!! Do tego ciepłe podmuchy wiatru. Niesamowite rzeczy dzieją się też za górami po prawej. Za górami czyli na zachodzie, nad Czechami. Błyska się tam potężnie. Patrzę na radar burzowy i wszystko jasne. Równolegle do mnie, z pł-zach na płn-wsch idzie front burzowy. Właściwie to całe Czechy to jedna wielka burza i deszcz. Jak to dobrze że nie zdecydowałem się na Pragę… Ja tymczasem podziwiam sobie ten niesamowity spektakl z bezpiecznej odległości. Tam mi się przynajmniej wydaje. W ogóle nie słychać bowiem grzmotów, więc jestem (chyba) bezpieczny. Jednak po pewnym czasie zaczyna się błyskać i grzmieć centralnie przede mną. Wg map jakaś (mała) komórka burzowa uformowała się również na SK, centralnie na mojej drodze. Zapinam blat i pędzę ile wlezie, żeby się gdzieś schronić. W ostatniej chwili dopadam wiadukt kolejowy. Chowam się pod spodem. Okazało się jednak że burza nie była zbyt silna, popadało z 10 minut, kilka razy błysko/zagrzmiało i to by było na tyle. Można jechać dalej. Dalej chyba mocniej walnęło deszczem, bo koleiny na drodze całe toną w wodzie. Przy okazji ochłodziło się do przyjemnych 20 stopni. Gdy noc ma się ku końcowi, nadchodzą jeszcze inne zawirowania pogodowe. Wzmaga się potężny wicher, i znowu zaczyna trochę padać. Wykorzystuję to na małą drzemkę na przystanku. Wiatr napiera na stalową wiatę, aż trzeszczy! Padać szybko przestaje, ale potężna wichura duje dalej, akurat w sprzyjającym kierunku. Będzie jeszcze przez chwilę mnie wspomagać ;) Po płaskim 50km/h chwilami leciałem :) Śladem po przejściu frontu atmosferycznego, a raczej muśnięciu Słowacji przez ten front, są wszechobecne chmurzyska. Te brzydsze, bardziej groźne zostawiam za plecami, a tam gdzie jadę chmury wyglądają na niegroźne, i niedeszczowe. Dość szybko wyjrzy spoza nich Słońce, a wiatr stopniowo je rozwieje ponad bezkresnymi równinami południowej Słowacji. W międzyczasie upada temat Wiednia. Plan na dziś to po prostu Bratysława. Dalej wieje, tym razem z zachodu, dodatkowe 70+km, nie mam siły, po prostu brak mi ambicji. Mam też co chwila powracający kryzys związany z bólem dłoni od kiery. Na szosówce zrobiłem w tym raptem 3,5tys km i pewnie dlatego tak, brak przyzwyczajenia do barana. Zmiany chwytów co pół minuty nie pomagają, jak bolało tak dalej boli. Tankuję się energolem i bagetą na małym Slovnafcie, tym co zawsze. Aby tylko dotrzeć do McDonalda w Trnavie. Na horyzoncie na wschodzie majaczą już chłodnie kominowe elektrowni atomowej, to znak że do celu już blisko. W Trnacie jestem o poranku, i mój chwilowy plan na teraz to McDonald :) Dwa hamburgerki z omletem i boczkiem. Mniam :) Z Trnavy wychodzę na przedostatnią prostą, do stolicy SK jakieś 50km. Przerwa w Macu pomogła nie tylko na głód, ale i też na dłonie :) Odpoczęły i chwilowo nie bolą. Ostanie km to już jazda niemal jednym ciągiem, na autopilocie, na tempomacie, jak zwał tak zwał. W międzyczasie podejmuję bowiem decyzję, że wracam pociągiem dziś, o 15.58. Następne sensowne połączenie jutro o 6 rano – tym pociągiem wracam zwykle do domu. Do Bratysławy dotrę bowiem koło południa, nie mam siły na 18h zwiedzania miasta. Z jednej strony będę za wsześnie, z drugiej za późno. Bo za wiele nie pozwiedzam za te 4h. W zasadzie to plan mam taki: jak najszybciej dojechać do Bratysławy –> szybka kąpiel w Złotych Piaskach ew. Vajnorach –> przebierka w czyste ciuchy –> zakupy –> hlavna stanica –> pociąg. I kilka byle jakich fotek po drodze. Senec mijam tranzytem, zdjęć brak. Ostatnie 20km. Widać już wieżę TV na wzgórzu Kamzik. Zaraz potem dobrze mi znane zielone jeziorka przy drodze. Do stolicy SK docieram o godz. 12 minut 38. Szybka fotka tablicy, i siup na Vajnory (jezioro). Będzie bliżej niż na Zlate Pesky (zalew po drugiej stronie drogi). Chlup do wody. Trochu zimna ale nie ma tragedii. Ekspresowa przebierka w czyste ubrania. Jest koło 13tej, do pociągu niecałe 3h. Kurs na hlavną stanicę. W zasadzie jadę prawie że na pamięć. Bratysławę znam dość dobrze, często tu bywam. Jakieś tam szybkie fotki tylko przy okazji, po drodze. Na dworcu jestem po 14tej, prawie 2h czasu żeby coś zjeść, kupić bilety itp. Powrót dwoma pociągami, przesiadka w Brzecławie. Powrót w zasadzie zaczyna komplikować się już tutaj, choć jeszcze nie zdaję sobie wtedy z tego sprawy. Pociąg przyjeżdża opóźniony o jakieś 15 minut. Mniej więcej tyle ile czasu jest na przesiadkę w Brzecławiu. Myślę sobie że nawet jak mój pociąg się spóźni to ten drugi poczeka, na pewno są skomunikowane (yhy). Nerwowo obserwuję pozycję GPS obu pociągu w specjalnej apce. Początkowo idą dość równo w stronę Brzecławia. Po chwili jednak ten którym jadę zaczyna mocno odstawać. Jestem gdzieś w Kutach, czyli zaraz przed czeską granicą. Drugi pociąg już stoi na stacji w Brzecławiu. Nadchodzi 7.16 (godzina odjazdu), 17.17, 17.18… I sku*wiel odjeżdża!!!
*&%(**&^%^
No nie poczekał je*anych 10 minut. Nie było skomunikowania. Tak więc jest sobota, godzina 17.30, a ja jestem w totalnej dupie. W Brzecławiu, małym miasteczku na południu Czech, niedaleko Austriackiej granicy. Badam w wyszukiwarce pociągów inne możliwości powrotu. Kupuję nawet w apce bilet na inny międzynarodowy, do Katowic, odjazd 19.10. Jednak nie ma możliwości przewozu roweru – miejsca wyczerpane. Idę do kasy, tam też się nie dokupić. Co robić? Wsiadać na przypale i jakoś to będzie? (&*%%$(* Zwracam ten cholerny bilet przez neta, nawet nie wiem czy mi przyszły pieniądze za niego. Są inne pociągi w nocy, tzw. Euronighty, sypialne. Ale w nich o przewozie roweru można zapomnieć. To jest ten jeden jedyny typ pociągów, w których roweru kategorycznie przewieźć się nie da. Myślałem nawet o patencie jaki stosowałem przed laty, tj. rozebrać rower na kilka części, owijać workami na śmieci, taśmą i przewieźć jako bagaż. Ale nie mam worków, nie mam taśmy, nie ma otwartych sklepów i nie mam siły na takie akcje. Różne inne pomysły mi chodzą po głowie, burza mózgów, w zasadzie to jednego mózgu. Intensywność procesów myślowych zachodzących w mojej głowie jest jednak tak duża, że 3 osoby można by nimi obdzielić, i każda by intensywnie myślała. Najgorszy scenariuysz – kibluję w tym Brzecławiu do rana, na następy Eurocity do Krk/Katowic. Rozważam opcję podjechania do innego miasta rowerem, i stamtąd pociąg. Brno, Żlin a może jakieś inne miasto? Dystanse rzędu 60-80km, więcej raczej nie biorę pod uwagę. Szukam pociągów odjeżdżających z tych innych miast, ale to bez sensu. Kolejna próba walki z wyszukiwarką, i EUREKA! Wpadam na pomysł, że będę przybliżał się w stronę polskiej granicy, w stronę domu za pomocą pociągów regionalnych! W nich nie ma żadnych rezerwacji, rower można przewieść bez problemu. Jest po 18, czyli jeszcze nie noc, i sporo regio jeszcze jeździ. Nawet wyskoczył mi w apce plan jazdy czterema regio, z 3 przesiadkami. Teoretycznie przed północą można nimi dotrzeć do Buhumina, czyli pod Polską granicę! Ale nie wiem czy ten plan jest dobry, czas na te przesiadki to znowu kilka-kilkanaście min. No nic, na razie pędzę z powrotem na ten dworzec, i wpadam kilka minut przed odjazdem do pierwszego regio z listy, do Prerova. Nowiutki EZT, przemiła czeska konduktorka pomaga mi kupić bilet w automacie w środku. Po tych wszystkich kurwach i wkurwach chwilowo jestem dobrej myśli :) Przybliżam się w stronę Polski, i to całkiem sprawnie, bo pociąg pędzi nawet pod 150km/h :) Oczywiście nie oglądam widoków za oknem, cały czas główka pracuje, telefon mi zaraz wybuchnie. Wstępny plan powrotu tymi 4 regio mam, ale kombinuję dalej. Szukam generalnie pociągów które przybliżać mnie będą w stronę Polski, ale nie odbijać gdzieś w bok typu Ołomuniec. Analizuję kolejne miasta – pod kątem, co będzie gdy kolejny pociąg ucieknie, czy są, a jeśli tak to ile, kolejne pociągi stamtąd tego wieczora. Stanęło na tym, że z Prerova podjadę kawałek kolejnym regio do Hranic na Morave. W Prerovie jestem 20.22, przeskakuję do drugiego pociągu, odjazd 20.30. Pociąg bliźniaczo podobny, lśniący nowością EZT. Ale obsługa w nim jakże inna. Nie mam biletu, nie kupiłem przez apkę, bo mam dość zmarnowanych biletów, żeby mi znowu pieniądze nie przepadły. Szukam automatu w pociągu, ale nie ma. Lecę zatem do konduktora że chce kupić listok na siebie i na kolo (rower po czesku). A ten z ryjem do mnie że jest pokładnica (chyba kasa biletowa?) na dworcu. No kurwa wiem że jest ale jest 20.27 a odjazd za 3 minuty. Naprawdę nie ma możliwości kupienia jebanego bileta u konduktora w pociągu? Muszę sprawdzić ten temat, bo to druga taka sytuacja w tym roku że mnie odsyłają do kasy na dworcu. Wydupcam z tego pociągu, już wiem nic z tego nie będzie. Ale! Na tablicy odjazdów znajduję interesującą opcję! 20.40, Regiojet do Bohumina!!! To chyba ten opóźniony z 20.25, bo w wyszukiwarce nie znalazłem tej pozycji wcześniej. Pędzę do kasy kupić bilet. Zapłaciłem za siebie i za rower, ale patrzę a na bilecie nie ma biletu na rower. 3 minuty przed odjazdem podbiega do mnie kasjer, i przeprasza że zapomniał, i daje mi do ręki 50 koron, żebym dokupił bilet na kolo u konduktora. Pakuję się do pociągu, ciekawy skład, trochę stary, wagonowy, z bufetem, gazetami do poczytania itp. Tu znowu dla odmiany konduktor miły, bez problemu dokupuję bilet na rower. Jadę. Udało się :) Znów sprawnie przybliżam się do polskiej granicy. W Bohuminie będę dużo wcześniej niż w tym pierwszym planie z 4x regio, bo około 21.30! Kolejna burza w mózgu, kolejne poszukiwania. Patrzę na radar z pociągami i są pewne szanse że tym Regiojetem w Bohuminie dogonię ten pierwszy pociąg, EC do Katowic (ten który odjeżdżał z Brzecławia 19.10, ale nie było miejsc na rowery). Patrzę bowiem na apkę Intercity, i od Bohumina miejsc na rowery już jest w nim dużo wolnych. A może poczeka ten EC na Regiojeta, może są skomunikowane? Dotarł bym nim do Katowic po 23, pozwiedzał sobie miasto, i pierwszym porannym regio wrócił do Krk. Dupa tam. EC mi odjeżdża na GPSie, już po wszystkim. Tak że już nie jestem w ciemnej dupie, tylko w dupie :) Bohumin, miasto kilka km od polskiej granicy, godzina – dochodzi 22ga. Pierwsze pociągi którymi można wyruszyć stąd w stronę PL raczej nad ranem. (są te wspomniane Euronighty, ale z rowerem tam nie wsiądę). Jest jeszcze jedna szansa. Niewielka ale jest. Na tablicy odjazdów widnieje Leo Express do Krakowa! Planowo 21.30 ale przez megafony mówią że opóźniony chyba 70 minut. W ogóle tych Leo Expresów więcej stąd jeździ do Krk, będą jeszcze kolejne tej nocy. Nie widziałem ich na wyszukiwarce pociągów. Pokładnice (kasy) zamknięte, próbuję kupić bilet przez @, ale lipa, przy każdym z tych pociągów wyświetla się komunikat, że albo nie przewozi rowerów, albo wszystkie miejsca zajęte. Mam zatem plan taki, że podjadę z tego Bogumina rowerem do jakiegoś miasta w PL. Może do Rybnika? 30+ km. Ale patrzę że najbliższe miasto z którego jedzie coś w stronę górnego Śląska, to Wodzisław Śl. Raptem 20km z Bogumina. Stamtąm jest regio Kolei Śląskich o 4.20 do Katowic. Wskakuję zatem na rower, przez Stary Bogumin, starym mostem na Odrze opuszczam Czeską ziemię. W Orlenie na Chałupkach tankuję się energolem i dwoma hot-dogami. Wskakuję na krajową 78kę. Noc jest chłodna. Raptem ze 12 stopni. Jakże odmienna od poprzedniej tropikalnej nocy na południowej Słowacji! Jest koło 23ciej. O tej porze powinienem być już w domu, i kłaść się do wyra. A ja jadę zimną nocą na tym jebanym rowerze przez jakieś śląskie zadupia i marznę. Mam też lekkie halucynacje – różne przedmioty, słupy, drzewa kosze na śmieci itp. przypominają mi postacie i zwierzęta. W ogóle się tym jednak nie przejmuję, to standard. Druga nieprzespana noc w trasie często daje takie atrakcje, miałem to wiele razy, ultrakolarze też mają często halucynacje. W oddali na horyzoncie majaczą czerwone światła kominów elektrowni i fabryk - Górny Śląsk. W sumie to już nie jestem wkurwiony tylko mi się to podoba :) Przygoda jak za starych dobrych czasów. Druga nieprzespana noc w trasie, zimno, halucynacje, uciekające pociągi, kolejne puchy energola… Znam to dobrze :) Kiedyś to było, kiedyś to się jeździło :) Tymczasem coraz bardziej pagórkowatą szosą docieram do Wodzisławia. Dobrze że wziąłem długie spodnie na przebranie, przydadzą się. Jest północ, do odjazdu 4 godziny. Muszę te 4 godziny jakoś tu przekiblować, nie zamarznąć itp. Na przedmieściach jest McDonald ale chyba właśnie go zamykają. Nie jestem bardzo głodny, na razie jadę obadać dworzec. Stary, pięknie odremontowany ceglany budynek. Z przeszklono – ceglaną dobudówką, z windą i klatką schodową. Perony też nowiutkie, a przy nich stoi już nowiutki biało-niebieski Impuls (EZT), który zawiezie mnie do Katowic. Właściwie to dwa obok siebie stoją, więc jeden z nich. Niestety oczywiście zamknięte, nie ogrzeję się w środku. Poczekalnia na dworcu też zamknięta, otwierają o 5.00… Ależ to cieszy oko, taka wstająca z ruin kolej w peryferyjnych małych miasteczkach, w Polsce „B”. Ta jedna tylko rzecz mi nie pasuje, to różni tą moją dzisiejszą nocną przygodę z przygodami sprzed lat. Dawniej szwędałem się nocą po zasyfiałych, zardzewiałych obszczanych dworcach, a nie takich pięknych jak ten. Wracałem starymi „kiblami” a nie Impulsami. Na razie nic tu po mnie, jadę pozwiedzać miasto. Pusty i senny Wodzisław (z małymi wyjątkami), zagubiony wśród dębowych lasów, na zadupiach przy południowej granicy. Obadałem rynek, a potem przekimałem się chwilę na ławce koło jakiegoś pomnika. Ubrane dwie kurki i jeasny, ale dalej zimmmmnoo. Trochę jadę, trochę prowadzę rower (spacerkiem się tak nie marznie). JEST OTWARTY KEBAB! A ZARAZ OBOK DRUGI!!! Kupuję małego boxa. W smaku średni, ale da się zjeść. Tzn. dało by się zjeść, gdyby nie był tak ogromny (a kupiłem mały!). Do środka wpada też wesoła rozwrzeszczana ekipa ze stuningowanej starej BMKi z wielkim napisem MARLBORO na tylnej szybie. To jest właśnie ten „mały wyjątek” w śpiącym mieście ;) No cóż młodzież w małych miasteczkach nie ma wiele możliwości nocnego imprezowania. Mają w całym mieście w nocy dwa otwarte kebaby i dwie stacje benzynowe, i tyle. To bawią się tak jak mogą :) Dopiero trzecia dochodzi, jeszcze godzina szwendania się, marznięcia i halucynacji. Jadę jeszcze raz na dworzec, spaceruję po peronach. Kupuję bilet przez neta. Pijany kulawy chłop mnie zaczepia, jest mocno „zmęczony”. Pyta gdzie tu jest stacja benzynowa żeby się napić. Pytam czy chodzi o alkohol, ale nie. Chodzi o piwo ;) No to mu znajduję CircleK na mapie i mówi gdzie iść. Ja też idę na stację , ale inną, na Orlen, i kupuję, nie piwo a jeszcze jednego energola, żeby dotrwać. Dochodzi 4ta czekam na tym peronie razem z 3 innymi podróżnymi. OTWIERAĆ TEN EBANY POCIĄG, ZIMNO I SPAĆ SIĘ CHCE. Ledwo stoję, a ławki mokre od rosy. 4.00 wreszcie cieć pilnujący zestawu wychodzi ze środka i otwiera drzwi. Siadam, łeb opieram na ręce, rękę opieram na rowerze i idę spać, nara. Budzi mnie konduktorka do kontroli. Za oknami ciągle ciemna noc. Dalej idę spać. Budzę się przed Katowicami. Zaczyna świtać. I już wiem że ucieknie mi jeszcze jeden pociąg :) W Kato przyjazd miał być 5.44. Regio do Krakowa o 5.48, i to taki fajny regio, którym dojadę nie tylko na Krk Głowny, ale na Prokocim, prawie pod sam dom. No i znowu w pizdu, i wylądował, i cały plan w pizdu. Opóźnienie 8 minut złapaliśmy, skomunikowania oczywiście brak, bo po co. Regio do Krk odjechał. Sprawdzam na apce jakiś IC, miejsca zajęte. Ale jest TLK! Znad morza do Krk. Odjazd 6.13. Tu są wolne miejsca! Tym pojadę. Na dworcu kupuję energola za 10zł i pączka za 10zł :D Nadjeżdża dłuuuugachny TLK, pakuję się do środka i idę spać. Budzę się w Krakowie, przed dworcem głównym. Jest 7.30. Zaczyna się gorąca, piękna niedziela a ja turlam się powoli do domu i kończę swoją niesamowitą rowerowo-kolejową przygodę :) Albo raczej kolejowo-rowerową :D W domu o 8.15. Czyli circa 10 godzin później niż pierwotnie planowałem. A powrót pociągami zajął mi 16h zamiast 6h. Ile pieniędzy więcej wydałem? Nie wiem, i nie wiem czy chcę to liczyć. Część niewykorzystanych biletów udało się pozwracać (te przez apki) a część nie (te kupione w kasie w Bratysławie).

Przygoda jak za starych dobrych czasów, gdy się jechało dwie noce pod rząd w trasie :) Dawno nie miałem takich halucynacji drugiej nocy :) Z wniosków:
- nie można ufać w połączenia z przesiadkami, lepiej poczekać na bezpośredni pociąg
- trzeba było jechać rowerem do Rybnika, raptem 30km zamiast 20, a byłbym w nocy w dużym fajnym mieście, z większą ilością miejsc do ogrzania się i do pozwiedzania
- wyszukiwarka połączeń kolejowych której używam nie pokazuje wszystkich pociagów, jest dużo więcej pociągów Leo Express / Regiojet.

5.15 (pt) - 8.15 (ndz)


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz cztery pierwsze znaki ze słowa zieup
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]