Budapeszt :)
d a n e w y j a z d u
384.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:37.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8
https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963
Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na
Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej
Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie
pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może
być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie
uprzedzajmy jednak faktów.
Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się
orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy.
Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc
docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest
bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja
ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie
ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na
granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny
zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz
widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz.
Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza
gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma
zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a
zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie
płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem,
i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B.
Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę
pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z
tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na
niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak
szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie
„niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam
Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór
słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie
znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy
przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś
zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne
kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka
wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa
rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać
:) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i
potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga
gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym
chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija
remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej
„TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli,
w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko.
Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się
ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym
elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie
wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na
przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :)
Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i
pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika,
ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz
wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się
więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie
porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą
już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są
tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków.
Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w
krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś
na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie
drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej
szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam
wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek.
Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest
pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej
będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na
ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I
to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka.
Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z
tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już
robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno
ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska
spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po
horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi
robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z
filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w
miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica
kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba
nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego
wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum
Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni
w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim
krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka
niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max
po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne
litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane,
jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są
niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z
ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie
jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa
tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle
myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła
Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co
zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd
podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd
do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na
dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na
pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i
schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że
ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super
trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu
Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i
promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu,
i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o
19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie
można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić
się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię
się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim
nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką
rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY.
Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na
drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju
:) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem
na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram
na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest
taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w
wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę
musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie.
A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak
zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na
wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla
pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju
podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej
ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj.
Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny,
a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo
przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się
ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę
niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno
najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały
budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek
nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A
Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego
też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz
przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania
wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na
ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte
po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną.
Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie
odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi
jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i
potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do
jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny
upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś
pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam
biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa.
Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją
przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob
(odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie
Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po
słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że
to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja
bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę
mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut
a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka
grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko
do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym
pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu
pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część
do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale
to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną
siłą ;)
Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt
pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie
przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby
zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle
to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad
i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić,
i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu
miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?
7.30 (pt) - 15.25 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem





























