Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Budapeszt :)

d a n e w y j a z d u 384.20 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:37.5 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 31 lipca 2026 | dodano: 12.08.2026



https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8

https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963

Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy. Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz. Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem, i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B. Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie „niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać :) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej „TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli, w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko. Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :) Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika, ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków. Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek. Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka. Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane, jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu, i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o 19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY. Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju :) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie. A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj. Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny, a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną. Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa. Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob (odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną siłą ;)

Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić, i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?

7.30 (pt) - 15.25 (ndz)


Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa wskie
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]