Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Wiedeń :)

d a n e w y j a z d u 400.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:30.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Czwartek, 16 lipca 2026 | dodano: 23.07.2026



https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8

https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.

No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023! Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo 350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.

Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4 nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na 5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny. Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja :) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem – pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20 lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :) W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa, miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją. Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok, jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa – tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi, niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod 400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :) Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni, ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny. Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice. Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty… Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek. Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.

MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30 (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).

Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest 14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia granicznego docieram o 15.30.

"REPUBLIK OSTERREICH"

Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś! Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś 80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej, ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację. Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie, pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY… DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach, autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę

"WIEN"

Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku, gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna, czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne, stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę, brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta. INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko, dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem. Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go rozwalają?! W domu przed 16tą.

Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)

~7.30 (czw) - 15.50 (sb)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz trzy pierwsze znaki ze słowa ncosz
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]