Koszyce
d a n e w y j a z d u
275.30 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)
https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA
https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928
Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak
wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę,
niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na
sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie
temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby
urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.
Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej.
Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i
nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można
zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza
różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są
spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy
pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem
wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną
drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody
z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej
granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z
Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic
ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i
tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste
piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy
dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig
kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam
pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych
okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą
napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą.
W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny
zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że
zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na
Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami
jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te
okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest
Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję
telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to
co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe
obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km.
Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona
bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna
drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki
Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed
Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest
zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na
charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz
życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo
dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z
burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią
do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma
to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach,
blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i
krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na
ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest
prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak
patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki
jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i
kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej
granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się
dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna,
możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W
Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po
chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w
nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów.
Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2
lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i
gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w
powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek
Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana,
ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden.
Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej.
Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w
niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej
chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję
bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to
dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy,
muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla
odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na
Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.
Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej
długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć
i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w
odpowiednie okienko pogodowe.
4.40 (sb) - 15.40 (ndz)
Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem





























