Pidzej prowadzi tutaj blog rowerowy

Droga jest celem

Bratysława na rozgrzewkę :)

d a n e w y j a z d u 410.00 km 0.00 km teren h Pr.śr.: km/h Pr.max:0.00 km/h Temperatura:25.0 HR max: (%) HR avg: (%) Podjazdy: m Kalorie: kcal Rower:Zapierdalacz
Piątek, 5 czerwca 2026 | dodano: 18.06.2026



https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6

https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)

Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława? Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr 2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w górach.

Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem” jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed 11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka. Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje, ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina, po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór. W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami, ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12 stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni. Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem. Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem, bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :) Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :) W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja, wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym), Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze. Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło, ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz., więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie, stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej, i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran, ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower, ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20 EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego. Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.

Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.

6.10 (pt) - 12.50 (ndz)


Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem


komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy. Komentuj

Imię: Zaloguj się · Zarejestruj się!

Wpisz dwa pierwsze znaki ze słowa tynie
Można używać znaczników: [b][/b] i [url=][/url]