Bratysława na rozgrzewkę :)
d a n e w y j a z d u
410.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6
https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)
Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na
jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława?
Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr
2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w
górach.
Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka
Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię
spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę
na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do
stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało
zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak
tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem”
jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed
11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez
problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona
szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża
się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super
widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno
zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego
tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne
drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie
szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie
zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na
główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka.
Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje,
ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No
tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami
deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od
południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w
deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę
sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie
jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami
pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba
uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w
Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka
na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy
wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych
na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących
lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna
stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego
Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od
tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina,
po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz
to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne
granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w
siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór.
W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami,
ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba
dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego
skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na
kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12
stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada
zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią
wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się
Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą
brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak
leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I
wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą
drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni.
Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i
jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane
miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem.
Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce
mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z
nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz
ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na
ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem,
bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją
obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet
fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba
wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego
równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy
rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz
mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych
warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z
powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i
pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :)
Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej
magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma
swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest
przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle
autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków
zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka
elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz
południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też
jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy
zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem
płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę
klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym
miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo
gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :)
W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu
nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem
oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja,
wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą
wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam
bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję
się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest
chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę
odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i
jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak
kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam
po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na
czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka
kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem
m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym),
Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi
drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia
plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są
rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do
ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że
złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym
momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze.
Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło,
ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz.,
więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam
ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie,
stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające
się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej,
i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie
handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i
tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie
spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem
na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran,
ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower,
ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za
oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko
bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym
słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę
do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej
kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z
kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20
EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam
pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego.
Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już
bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei
Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia
przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych
pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.
Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy
jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem
zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny
deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila
kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.
6.10 (pt) - 12.50 (ndz)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem





























