Wawa 2 (Defilada!!!)
d a n e w y j a z d u
194.10 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:32.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/Bq997n2NMo3nQzuW7
https://connect.garmin.com/app/activity/24014947850
(plus dojazd/powrót z dworca 20km, plus prawie 70km nakręcone po Wawie!)
W tym roku postawiłem udać się pierwszy raz na defiladę z
okazji Święta Wojska Polskiego, w Warszawie. Do tej pory zawsze jakoś nie było
okazji albo o niej zapominałem. Raz tylko, w ’24 widziałem nocne próby do
defilady. W tym roku się uda być, wolne od pracy mogę sobie zrobić w każdy
dzień. Do tego piękna pogoda 30+ stopni. Z tygodniowym wyprzedzeniem kupuję
bilety PKP. Kupić bilet na trasę Wawa-Krk to nie takie hop-siup, w wakacje
pociągi są nabite po dach i brakuje miejsc.
Jak zwykle podjadę sobie pociągiem do Radomia, tak aby od
razu wylądować na spalonej Słońcem, mazowieckiej patelni :) Ma to płaskie
Mazowsze jakiś swój urok, też je lubię. Pociąg odjazd 8.30, przyjazd planowo
12.30. Oczywiście jest opóźnionko, w Radomiu koło 13tej. Zwiedzam przejazdem
Radom i wylatuję na północ główną dwupasmówką. Pomimo dużego ruchu jedzie się
fajnie, jest szerokie pobocze lub równoległe boczne dróżki. Kawałek za Radomiem
dociągiam do S7ki. Oczywiście Eską nie pojadę (choć są kolarze co tak jeżdżą ;)
). Po obu stronach drogi ciągną się boczne drogi techniczne, ruchu lokalnego.
Jak zawsze będę sobie nimi powoli ciągnął w stronę stolicy. Po drodze fajny
odcinek gdzie Eska przebiega wśród starych, OGROMNYCH sosen. Fajnie że ich nie
wycięli, jakoś się dało je zostawić. Co jakiś czas odbija się bocznymi drogami
dalej na bok od S7ki, taki odcinek jest np. w Suchej. Tu przejazd piękną aleją obsadzoną wielkimi kasztanowcami. W dość urokliwych Białobrzegach jak zawsze
wciągam kebaba tam gdzie zawsze. Jest i fotka z Grójca, ze słynnym pomnikiem jabłuszka oraz starymi wierzbami na rynku. Ta część Mazowsza tonie bowiem w
sadach owocowych. Co i rusz przejeżdża się pośród hektarów małych drzewek, z
coraz to dorodniejszymi owocami – połowa sierpnia. Upalny dzień powoli kończy
się, wieczory są coraz chłodniejsze. W Tarczynie chwilę przed zachodem Słońca,
zaliczyłem tu tylko Biedronkę, żeby zrobić zakupy. Ostatnie km do Janek
dociągam DW 778. Tablicę WARSZAWA osiągam przed 22gą. Plan mam taki że poszwendam
się w nocy i rano po mieście, pozwiedzam coś, a potem zarezerwuję sobie dogodne
miejsce do obserwacji defilady. Zwiedzam chyba to co zawsze, Śródmieście,
Solec, Powiśle, Mariensztat… Warszawa zawsze mi imponuje, tu wszystko jest
takie wielkie, ogromne, wspaniałe… Te 200m szklane wieże, szerokie aleje,
ogromne kilkusetmetrowe mosty, wielka Wisła… No jest co zwiedzać. Nowy dzień
wstaje koło 5tej. Wciągam kultową zapiekanę u Lussy, poprawiam bułką z
pieczarkami. Wpadłem na świetny pomysł, aby TERAZ, rano dokonać ablucji. Teraz,
a nie po defiladzie. Ablucji czyli umycia się mokrymi chustkami i przebrania w
krzaczorach po drugiej stronie Wisły. Po defiladzie bym nie zdążył. Ulice
powygradzane, wszędzie policja, wojsko, barierki, nie tak łatwo się
przemieszczać po mieście. O 9.30 zajmuję strategiczny punkt obserwacyjny. Na
skarpie, przy Wisłostradzie, pod jednym jedynym drzewem :) Strategicznie też
bardzo mało piję, żeby nie chciało mi się sikać. Defilada o 12tej a ile potrwa
to nie wiadomo. Miejscówka jak się potem okaże GENIALNA. Większość ludzi będzie
się smażyć na trawniku (będą 32-33 stopnie), a garstka, w tym ja ma przyjemny
cień. Próby już trwają, raz-dwa-trzy próba mikrofonu. A właściwa część defilady
startuje koło 11.30. Czego tam nie było…
- transmisja przemówienia Tuska z Gdańska (mogli sobie
darować, pierdolił trzy po trzy)
- wprowadzenie Polskiej flagi
- hymn Polski
- salwa honorowa
- kultowe CZOŁEM ŻOŁNIERZE Nawrockiego
- nominacje generalskie, admiralskie
- transmisja z defilady okrętów z Trójmiasta (na telebimach)
- Lotnicza część defilady – w tym m.in. Apache, F16, F35,
latające cysterny… No ogromne wrażenie, większość typów samolotów leciała po 4
sztuki w formacji. Gdy leciały F35 niebo nad Warszawą zagrzmiało ;)
Potem może i podniosłe, może i mądre (a może nie)
przemówienia prezydenta i Kosiniaka, ale naprawdę za długie, niepotrzebne w
takich warunkach i ciężkie do wystania/wysiedzenia w tym upale. Tak przez
widzów jak i żołnierzy. 33 stopnie a Ci pierdolą przez 45 minut… Ludzie mieli
dość. Część widowni poszła i nie doczekała najciekawszej części defilady, czyli
przejazdu pojazdów kołowych/gąsienicowych. Ja pomimo że stałem w cieniu też już
miałem dość. Postawiłem sobie jednak za cel dotrwać do tego co najciekawsze,
czyli czołgów i innych wozów gąsienicowych, które będą na samym końcu. I tak
też zrobiłem, przejechał OGROM sprzętu kołowego, pojechały pierwsze gąsienicowe
potwory. Znowu zagrzmiało, tym razem z dołu, nie z góry ;) Borsuki, K2,
Abramsy… I zacząłem powoli się zbierać, jakbym stał do końca to utknąłbym w
tłumie przy wyjściu. Ominęły mnie chyba tylko Leopardy, Kraby i K9. Jest 14.30,
pociąg o 16tej, muszę dotrzeć na dworzec, coś zjeść, znaleźć peron… Powrót do
Krk bez przygód, nawet klima działała w pociągu. W Krakowie po 20tej.
Udana wycieczka, defilada zaliczona. Choć trochę za dużo
szczęścia naraz, było po prostu za długo. Od 9.30 do 14.30 to jest 5 godzin.
Następnym razem trzeba przyjść trochę później, np. 10.30. Choć nie wiem czy nie
większe wrażenia są przy próbach do defilady. Kiedy można posłuchać ryku
silnika Leoparda z odległości 3 metrów :)
7.30 (pt) - 22.00 (sb)
Kategoria > km 150-199, Powrót pociągiem
Leniwa niedzielna przejażdżka
d a n e w y j a z d u
112.20 km
1.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:27.5
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Najkrótsza z trzech przepraw promowych na Wiśle na zachód od Krakowa
https://photos.app.goo.gl/2zqfcuPMCUAcUUik7
https://connect.garmin.com/app/activity/23928869135
Taka tam leniwa niedzielna przejażdżka po okolicy wyszła. Pierwotnie
myślałem o jakimś Turbaczu, ale gdzie tam. Boli lewy kulas plus ogólne
zmęczenie, ino na tyle wystarczyło mi dziś ambicji. Co nie znaczy że nie
zdobyłem dziś żadnych górskich szczytów, bo jeden był ;) Za Tyńcem mianowicie,
w miejscu gdzie nowo wybudowana droga podcina zbocze góry, wspiąłem się na
szczyt Grodzisko (280m n.p.m.) Od jakiegoś czasu kusił mnie ten zielony szlak
pnący się strrrromo do góry :) Dziś wreszcie się zmobilizowałem i wtaszczyłem
tam rower, i siebie do góry bardzo stromą ścieżką. Nie było łatwo. Cały szczyt
porośnięty jest brzozowo-liściastym lasem. Poza widokami na Wisłę prześwitującą
spośród drzew, oraz na śmigających dołem rowerzystów, nie ma tu nic ciekawego.
Od szczytu zielony szlak jest już dla odmiany tak gładki i prosty, że da się
nim jechać nawet na szosówce. Szlakiem zjeżdża się do szosy Tyniec-Skawina. Jak
teraz patrzę na mapę to tam jest lasek i zielony szlak idzie dalej, jest
jeszcze kilka kolejnych wzgórz do zdobycia. Muszę się tam kiedyś wybrać na MTB.
Potem poleciałem na zachód wzdłuż Wisły, zmieniając co chwila brzeg rzeki. Głównie
za pomocą promów :) Fajna sprawa te promy. A przepłynąłem się dziś wszystkimi
trzema (bilety 1-1,5zł), plus przejechałem stopniem wodnym Łączany. Zjadłem
pizzę w ulubionej Żabce w Łączanach, i potoczyłem się w stronę Krakowa już
północną stroną Wisły. Wieczorem poszwendałem się trochę po mieście. Piękna
słoneczna, acz nie upalna pogoda. Ślady upałów widać za to w przyrodzie! Niski
poziom Wisły, oraz pożółkłe liście na drzewach! Na początku sierpnia! A topole
to już w ogóle lecą z liści konkretnie. Jak we wrześniu.
8.35 - 23.25
Kategoria > km 100-149
Uppppalna przejażdżka :)
d a n e w y j a z d u
119.80 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:38.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Znów krakowski Balaton ;)
https://photos.app.goo.gl/wf6mnsLfQggsBmJ47
https://connect.garmin.com/app/activity/23867951718
Upały wracają!!! I to jakie! Pierwsze prognozy mówiły o
nawet 40 stopniach w Krk, potem zmienili na 39. Ostatecznie dziś będzie 38
stopni. Też fajnie, choć mogło by być więcej. Chętnie sprawdziłbym swój
organizm w 40 albo i 42 stopniach :) A do sprawdzania organizmu to jakaś taka
przejażdżka tylko rzecz jasna, wkoło komina. Wyruszam 8.30. Rzut oka na Zakrzówek, i wskakuję na WTRkę. Polecę nią na Tyniec, a potem zmienię szlak na
Velo Łączany, wzdłuż Kanału Łączańskiego. Tradycyjnie już łapię kapcia na
przodzie, jakiś miniaturowy kolec roślinny przebił mi oponę… Wymiana dętki w
cieniu lasu poszła raz dwa. Który to już kapeć? Piąty czy dziesiąty w czasie
ostatniego miesiąca? W kultowej Żabce w Łączanach wciągam pizzę. No gorąco
jest, ale liczyłem na coś więcej szczerze mówiąc. Szczerze mówiąc to 38 stopni
nijak się ma do 38 stopni na końcówce trasy do Budapesztu. Zresztą wtedy w
Słońcu miałem na liczniku 50 stopni, dziś w Słońcu mam tylko 45. Upały w Polsce
jednak nie umywają się do upałów na Węgrzech. Dociągam do Przewozu, i ostatnim promem przeprawię się na drugi brzeg Wisły. Ostatnim w sensie, że jest to
ostatni z trzech promów na Wiśle licząc od Krakowa, następny jest już most na
szosie wojewódzkiej na wysokości Zatora. Dalej na zachód się nie zapuszczam, bo
mam w planach dziś kąpiel – albo w Kryspinowie, albo w Bagrach. Po drugiej
stronie rzeki wspinaczka na wzgórze, na szczęście w cieniu lasu. Kawałek szosą
wojewódzką a potem jeszcze raz na wzgórza z których widać już zieloną kopułę Lasu Wolskiego oraz wystającą spośród niej sylwetkę klasztoru na Bielanach.
Najpierw postanawiam jednak obadać zalew w Kryspinowie, oraz sąsiedni mniejszy
zalew Budzyński. Tłumy ludzi, płatny wstęp, nie wiadomo czy można z rowerem
wejść, no to jednak nie dla mnie. Wykąpię się wieczorem w Bagrach. Objechałem
zatem tylko zalew terenową drogą, trochę gravelovania na szosce nie zaszkodzi
;) Zjechałem do Piekar, przekimałem się w krzakach przy brzegu Wisły, i gdy
dzień miał się powoli ku końcowi przeturlałem się przez miasto w stronę Bagrów.
Wieczorna kąpiel w Bagrach, taka koło 21szej no coś wspaniałego :) Ludzie już
się zbierają na chatę, coraz luźniej na plaży a woda ciągle przyjemna,
ciepło-chłodna :) Szkoda że nie umiem pływać. Zatem popluskałem się tylko w
bezpiecznej odległości, nie przekraczając drugiej linii boi. Po ochłodzie
jeszcze nocna rundka po mieście i piwko w parku i tak minęła mi ta rowerowa
rekreacja w najbardziej upalny (do tej pory) dzień 2026 roku :) Wypiłem jakieś 10-11l płynów podczas tej trasy.
8.35 - 0.05
Kategoria > km 100-149
Szczyt sierpień (zbiorówka) cz. II/II
d a n e w y j a z d u
473.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt sierpień (zbiorówka) cz. I/II
d a n e w y j a z d u
473.70 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Stan na 20.08: 947,4km, będzie więcej.
3.08 ~77,0km Upalna (35'C) i owocna dniówka na Uber, zjebany licznik i zakup nowego licznika w Lidlu za 25zł. Biorę szybko z półki, nie patrzę nawet co to dokładnie jest. Potem okazuje się że kupiłem licznik bezprzewodowy za 25zł... Pierwszy bezprzewodowy licznik w życiu :D No zobaczymy co z tego będzie.
4.08 52,2km Lekka dniówka głównie na Uber, dziś upał tak pod 37'C. Nie szła robota, za po poszła mi kolejna dętka :D Tym razem na przodzie, chyba na łatce, pewnie od upału. No to kurs na Deca po nową dętkę xD
6.08 77,3km Ładna dniówka w końcówce upałów. Takie fala upałów zawsze kończą się przejściem frontu burzowego, tak było i dziś. Niebo wyglądało bardzo nieciekawie, ale ostatecznie burze przeszły bokiem, przez Wieliczkę, ominęły centrum Krk.
7.08 66,8km Po deszczach kończących falę upałów dniówka na U/W/B. Ochłodzonko.
8.08 57,8km Leniwa dniówka na U/W/B/S. Ale mnie dziś wkurwił Stuart, zamówienie z KFC 46zł przepadło, tj. musiałem sobie za nie zapłacić i potem zjeść. Nie lubię tej aplikacji, tu support nie istnieje, jak coś pójdzie nie tak płacisz ze swoich za uszkodzone zamówienie albo pomyłkę. Dlatego nie wożę na Stuart drogich zamówień.
10.08 78,1km Lekki (30'C) upał, dniówka również lekka gdyż dziś na tapecie był zakup wtyczek do prodiża oraz wieczorna kąpiel w Bagrach :) Ta zaległa, z wczoraj ;)
11.08 65,3km Pogodny ciepły dzień, wieczór chłodny. U/W/B. Ale liście lecą z topoli po tych upałach, a i inne drzewa podsychają i żółkną. Jak we wrześniu!!!
12.08 93,4km Ale szalona dniwóka :) Kurs (Uber) na Niepołomice za 43zł (+napiwek 19zł). Powrót do Krk oczywiście na pusto, ale i tak się opłacało :) U/W/B/S. Dzień pogodny i ciepły, a wieczór chłodny, prawie zimny.
16.08 109,8km Co za zwariowana dniówka :) Prawie 3 stówki zarobione na Uber/Stuart! Śmigałem sobie do 19tej. Jako że może to być ostatni taki upalny dzień w tym roku, zaliczyłem kąpiel w Bagrach. Coś tam szły jakieś opady, ale ino pokropiło, a zachód Słońca piękny. A potem śmigane jeszcze do północy. Uber zaczął zapodawać kursami po kilka dych, na jeden się skusiłem.
17.08 65,4km Dziś śmigane na U/S, poza miasto, Wieliczka i Brzegi! Stuart tam ładne kursy zapodaje gdy mnożnik jest np. 3.0 :) Dziś szła już konkretna burza. Prawie zdążyłem, dosłownie 5 minut jechałem w rosnącej ulewie, jak przyjechałem na chatę to walnęło już nieźle. Ale wszystko pożółkłe, zasuszone, drzewa z liści lecą. Połowa sierpnia a krajobrazy zielono-żółte jak w połowie września! Efekt suszy.
18.08 68,2km Chłodny dzień U/S/B. Dziś po Krk, nie Wieliczka. Wieczór jeszcze chłodniejszy.
19.08 ~77,0km(???) Kurwa zresetował mi się licznik... I ile ja mam teraz wpisać km? Wpiszę 77, pewnie nie pomylę się więcej niż o kilka... Ciepła i pogodna dniówka na U/S. Nie kleiła się robota, ale coś tam wymęczyłem.
20.08 59,1km Jednak jeszcze jeden dzień upału, coś koło 30 stopni. Upał jednak brutalnie zakończył front atmosferyczny z opadami deszczu. Skrócił mi też dniówkę ten front... Kilka kursów na Uber ino.
Kategoria Zbiorówka :(
Budapeszt :)
d a n e w y j a z d u
384.20 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:38.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/rMbtu3nAzUnp3TVD8
https://connect.garmin.com/app/activity/23817885384
https://connect.garmin.com/app/activity/23820631963
Zbliża się sierpień, a ja nie byłem jeszcze w tym sezonie na
Węgrzech. Czas zatem nadrobić te zaległości :) Plan jest taki, że raczej
Budapeszt. Ew. Balaton + Budapeszt, ale dużych nadziei nie mam na dwie
pieczenie na jednym ogniu. Zapowiadają upały, pod 40 stopni na Węgrzech może
być. Możliwe że i do Budapesztu nie dojadę, tylko skręcę na Bratysławę? Nie
uprzedzajmy jednak faktów.
Start odbywa się tradycyjnie z New Targu. Nie chce mi się
orać kilkudziesięciu km Krk – N. Targ, jechałem ten odcinek setki razy.
Zaoszczędzone siły lepiej przeznaczyć na zwiedzanie Budapesztu. Tak więc
docieram tym co ostatnio pociągiem do New Targu, o godzinie circa 11tej. Jest
bardzo gorąco. 40 stopni nie, ale 30 jak najbardziej tak. Początkowy odcinek trasy jest bardzo przyjemny, i daje trochę wytchnienia w tym upale. Jest to mianowicie moja
ulubiona trasa rowerowa, poprowadzona szlakiem dawnej linii kolejowej. Wiedzie
ona częściowo lasem oraz, jak to linie kolejowe, łagodnie nabiera wysokości. Na
granicy PL/SK jest najwyższy jej punkt, i potem zaczyna się równie łagodny
zjazd do Trsteny. Całość urozmaicają efektowne dawne wiadukty kolejowe, oraz
widoki na ścianę Tatr. Zgodnie z prognozami wiatr wieje z południa, w twarz.
Ale jest on tyle słaby że nie przeszkadza, a wręcz trochę pomaga, i ochładza
gorące, ciężkie powietrze. A od połowy Słowacji, po drugiej stronie gór ma
zacząć wiać z północy, tj. w plecy. Tymczasem cestą nr 59 zaliczam Trstenę, a
zaraz potem Tvardosin. Fotka rynku z OGROMNYMI TOPOLAMI. Droga chwilowo biegnie
płasko, doliną rzeki Oravy. Zaliczam Oravsky Podzamok z moim ulubionym zamkiem,
i dalej na Dolny Kubin. Tu szybkie zakupy w Lidlu. Zaczyna mi po głowie chodzić ciepły posiłek, ale trochę będę musiał na niego poczekać (do B.
Bystrzycy). W Dolnym Kubinie obieram kurs na Rozumberok. Nad okolicą góruje ogromna sylwetka Wielkiego Chocza. Od pewno czasu śledzę
pnące się coraz wyżej na niebiosach białe chmurowe grzybole. Czy nie będzie z
tego burzy? Na radach póki co jednak czysto. Tu pierwszy męczący podjazd na
niewielką przełęcz (?). Wylewam tu z siebie siódme poty. Zjazd zaś nie jest tak
szybki jakbym chciał. Ze względu na nazwijmy to eufemistycznie
„niedoskonałości nawierzchni” strach jechać 50km/h, 40 jest powiedzmy bezpiecznie. Zwiedzam
Rozumberok, mała pętelka po tym zadupiastym, zagubionym w bezkresie gór
słowackim miasteczku. Lukałem nieśmiało czy jakiegoś kebaba nie ma, ale nie
znalazłem. Trudno. Zaraz rozpoczynał się będzie podjazd na najwyższą tej trasy
przełęcz – Donovaly. Prawie 1000m n.p.m. Zawsze jadę tu główną szosą, ale dziś
zainteresowało mnie jakieś kolejowe mini muzeum. Stojące wózki, wagoniki i inne
kolejowe nieduże eksponaty. No tak. Dawniej biegła wśród tych potężnych gór kolejka
wąskotorowa, do zwożenia drewna z lasu. A dziś jej śladem urządzona jest trasa
rowerowa. Wg mapy trasa wiedzie wzdłuż głównej drogi tak więc postanawiam skorzystać
:) Z początku jest bardzo fajna, asfaltowa alejka tonąca w zieleni, w chłodzie lasu i
potoku. Potem jednak zaczyna się kiepścić. Kończy się asfalt, zaczyna droga
gruntowa, takie ziemne klepisko. Niby da się jechać, ale w rowerze szosowym
chodzi o to żeby jechać po szosie a nie po ziemnym klepisku. Sytuację dobija
remontowany mostek i brak przejazdu. Spadam na główną drogę :) Na stacji benzynowej
„TANKER” tankuję się energolem oraz bagietą. Tymczasem zbliża się noc. Powoli,
w chłodzie lasu kręcę podjazd na przeł. Donovaly. Wchodzi on zaskakująco lekko.
Ani się obejrzałem, a dostrzegam światła latarni. Znaczy się zbliżam się
ośrodków wypoczynkowych/narciarskich/imprezowych na szczycie. Najciekawszym
elementem są tu dwa drewniane, łukowate mostki przerzucone nad szosą. W zimie
wyłożone są śniegiem, i służą narciarzom do przejeżdżania górą na nartach. Na
przełęczy temperatura znowu wzrasta. Na szczycie o godzinie 22giej są 22 stopnie :)
Czas na to co tygryski lubią najbardziej. Czyli potężny zjazd :) Szybki, i
pomimo że droga dobra, chyba trochę niebezpieczny. Nie widzę w nocy licznika,
ale na czuja staram się nie przekraczać 60ki. Bo strach, jakby jakiś zwierz
wyskoczył czy nieplanowana dziura w drodze. Do Bańskiej Bystrzycy niemalże się
więc teleportuję. Objazdem zwiedzam centrum miasta oraz zaliczam wreszcie
porządnego kebaba. MNIAM. Wylot z miasta na południe, a na horyzoncie majaczą
już czerwone światła. To światła lotniska, znam te okolice. Poza lotniskiem są
tu też jednostki wojskowe, w okolicy mnóstwo drutu kolczastego i innych zasieków.
Tymczasem zbliżam się do Zwolenia. WTEM! Jak coś chrumknęło, chrząknęło w
krzakach przy drodze!!! No niezłego powera dostałem :) W Zwoleniu wskakuję zaś
na ostatnią prostą, ku Węgierskiej granicy. Świadczy o tym niezbicie
drogowskaz, z literką „H” w białej elipsie. Circa 75km płasko-pagórkowatej
szosy nr 66 mi zostało do Węgier. Trochu zaczyna morzyć mnie senność. Zaczynam
wypatrywać zatem potencjalnych miejscówek na drzemkę. Znalazłem przystanek.
Częściowo zajęty przez przyrodę, ale jakoś zmieszczę się obok niej ;) Noc jest
pogodna, księżycowa, więc pomimo fali upałów temperatura trochu spada. Najniżej
będzie 12 stopni o świcie. Gdzieś przed Krupiną zalegam jeszcze chwilę na
ławeczce w wiacie koło stacji benzynowej. Podczas drzemki wstaje nowy dzień. I
to wstaje bardzo szybko ;) Zza krzaków dostrzegam pierwsze promienie słoneczka.
Już ja wiem co się szykuje. Ruszam zanim żar z nieba rozleje się na dobre. Z
tych 12 stopni w mgnieniu oka zrobi się 25, 30, i więcej… W zasadzie o 7.30 już
robi się gorąco. Rzecz jasna Balaton dawno spisany na straty, a kurs dawno
ustawiony na Budapeszt. Ostatnie km przed węgierską ziemią, to już płaska
spalona Słońcem patelnia. Na polach uprawnych coraz więcej ciągnących się po
horyzont łanów słoneczników. Na Węgrzech będzie ich jeszcze więcej. W Billi
robię ostatnie na SK zakupy, nakładam pierwsze tego dnia warstwy kremu z
filtrem, i o godz. 11tej melduję się na dawnym przejściu granicznym SK/HU w
miejscowości Sahy. Kilka pamiątkowych fotek z tego miejsca, i pierwsza tablica
kilometrowa informuje mnie że do Budapesztu 86km walki, bo tak to trzeba
nazwać. Tzn. ja żeby poprawić sobie morale, odejmuję sobie w głowie od tego
wyniku 20km. 66km walki. Bo te 86km to jest do jakiegoś punktu w centrum
Budapesztu, a do granic dużo mniej. Żar jest piekielny, będzie po prostu 38 stopni
w cieniu. W Słońcu licznik pokaże coś koło 50… Do tego Węgry jakkolwiek płaskim
krajem by nie były, to na mojej drodze będzie miał do wciągnięcia kilka
niewysokich wzgórz. Jadę od cienia do cienia, od lasu do lasu, jednorazowo max
po kilka km. Na podjazdach to pauza chyba co kilometr… Wlewam w siebie kolejne
litry zimnych ciepłych kolorowych napojów i wody. Ciepłych, bo butelki są tak nagrzane,
jak ciepła herbata, taka nadająca się w sam do picia… Zjazdy też są
niesamowite. 50-60km na godzinę, a we mnie uderza powietrze rozgrzane niczym z
ogromnej suszarki do włosów :D Dłuższą chwilę zasiadam w lesie w połowie
jednego z podjazdów, i zastanawiam się po co mi to było. Oczywiście zaduma trwa
tylko chwilę, bo wiem że to robię ma sens i bardzo to lubię :) Niepotrzebnie tyle
myślałem, trzeba było jechać. Bo jakaś pojedyncza zabłąkana chmurka zasłoniła
Słońce dosłownie na 5 minut, a ja przegapiłem tą chwilę ulgi ;) Na MOLu, tym co
zawsze, w miejscowości tej co zawsze reanimuję się energolem. Oraz schładzam klimatyzacją. W końcu jest! Podjazd ostateczny, podjazd
podjazdów! A za nim jest już wytchnienie. Ostatni podjazd, za nim potężny zjazd
do Vac, w dolinę Dunaju. Ze zjazdu się niesamowity widok na
dolinę Dunaju i ogromną cementownię. Fotki brak. Muszę kiedyś zrobić, ale na
pewno nie dziś, nie mam siły się zatrzymywać w połowie zjazdu. W miasteczku Vac docieram do oazy. Tzn. McDonalda. Wciągam jakiś zestaw, pierwszy lepszy i
schładzam się przy okazji klimą. Teraz to zupełnie inna jazda. Tymbardziej że
ostatnie 20km dzielące mnie od granic Budapesztu to już formalność. Super
trasa rowerowa w cieniu ogromnych platanów, topoli i zarośli przy brzegu
Dunaju. Trochę bocznymi uliczkami przez przedmieścia, trochę przez bulwary i
promenady nad rzeką. Kilka fotek ogromnej rzeki, kilka litrów napojów z Penny marketu,
i jeszcze jeden hamburger w Burger Kingu. Do granic Budapesztu docieram o
19tej. Plan zwiedzania mam taki, że podobno jest jedna plaża przy Dunaju, gdzie
można się wykąpać. Romai part się to nazywa. Aby tam dotrzeć trzeba przeprawić
się na drugi brzeg rzeki, nigdy tamtą stroną jeszcze nie jechałem. A przeprawię
się ogromnym mostem autostradowym, zawsze pod nim przejeżdżałem, ale nigdy nim
nie jechałem. Tzn. oczywiście ścieżką
rowerową, która idzie równolegle do autostrady. No jest naprawdę OGROMNY.
Myślałem że most to te dwa wielkie pylony, i zaraz koniec. A tymczasem liny/cięgna podtrzymujące most kończą się, a most ciągnie się dalej, i dalej, i dalej... Już na podporach, jak estakada, ponad lasem na
drugim brzegu rzeki. A nie, jednak nie. To nie drugi brzeg ;) To była tylko wyspa na Dunaju
:) Most biegnie dalej, nad drugą odnogą rzeki i po jakichś niecałych 2km wreszcie jestem
na drugim brzegu. Zdecydowanie jeden z najdłuższych mostów jakimi jechałem. Najdłuższy zaliczyłem kiedyś w Austrii, też nad Dunajem, tamten miał 2km z hakiem jeśli dobrze pamiętam. Ciągnę przez jakieś przedmieścia do tej niby plaży. Docieram
na miejsce, przedzieram się przez stragany i budy z żarciem, no i hmmm… Ta plaża jest
taka mało plażowa. Kamienista, bez piasku. Niby kilka dzieci plumka się w
wodzie, ale ja się chyba nie skuszę. Woda też jakaś taka nie za czysta. Będę
musiał się zadowolić myciem w kranikach z wodą tego co się da umyć publicznie.
A to co publicznie myć nie wypada, umyję w krzakach mokrymi chustkami, jak
zawsze. Tymczasem obieram kurs na centrum. Przeprawiam się z powrotem na
wschodni brzeg rzeki, tym razem dłuuuugachnym mostem kolejowym, z alejką dla
pieszych/rowerzystów. Znany mi już klimatyczny port/stocznię? na Dunaju
podziwiam tym razem z góry, z innej perspektywy niż zwykle. Kieruję się dalej
ku centrum. Na celowniku mam standard, który trzeba odwiedzić zawsze, tj.
Parlament, Most Łańcuchowy i Wyspę Małgorzaty. Budapeszt jest naprawdę ogromny,
a ja jadę na czuja. Zajechałem trochę za daleko na południe, ale to dobrze, bo
przy okazji zaliczam Bazylikę Św. Stefana. Patrzę wreszcie na mapę i cofam się
ku Parlamentowi. Rozświetlony złocistym światłem gmach jest naprawdę
niesamowity, za każdym razem zachwyca mnie tak samo. Porobiłem kilka fotek, przejechałem jeszcze na drugą stronę rzeki, aby zrobić jak zawsze, to jedno
najlepsze zdjęcie - zdjęcie tytułowe. Tylko bowiem z drugiej strony Dunaju można objąć cały
budynek w jednym kadrze. Przy okazji zaliczyłem nie mniej niesamowity Most Łańcuchowy. Potem Mostem Małgorzaty na Wyspę Małgorzaty (fotek brak, zapomniałem). Pomimo że jest środek
nocy to Budapeszt jak zwykle tonie w ciężkim, gorącym, dusznym powietrzu. A
Wyspa Małgorzaty, otoczona wodami Dunaju, jest miejscem nieco chłodniejszym, dlatego
też popularnym wśród nocnych biegaczy. W krzakach dokonałem ablucji oraz
przebrałem się w czyste ubrania. Jest północ a ja mam już dość. Ze zwiedzania
wzgórza zamkowego nici, nie mam siły się tam wspinać. Już trochę przysypiam na
ławeczkach. Pociąg o 5.30. Ostatnie godziny szwędałem się bez celu wte i wewte
po bulwarze, i w okolicach dworca Nyugati. O 4 nad ranem w Budapeszcie 29 stopni… Jadę na ten dworzec. On sam w sobie też jest atrakcją turystyczną.
Jest to dworzec czołowy, a nie przelotowy. Przykryty ogromną, zabytkową halą zaprojektowaną przez samego Eiffla! (tego od wieży Eiffla). Wszystko pięknie
odnowione w ostatnich latach. Mój pociąg o 4.30 już czeka na peronie, ale drzwi
jeszcze zamknięte. Metropolitan, kierunek: Praga. Ja wysiądę w Brzecławiu i
potem przesiadka w drugi. Pospacerowałem jeszcze trochę, kupiłem coś do
jedzenia i ładuję się do środka. Tymczasem nad Budapesztem wstaje kolejny
upalny dzień. W pociągu mały zgrzyt, z biletem coś nie tak… Konduktor coś
pierdoli po węgiersku, innego języka chyba nie zna, jak to Węgrzy. W końcu ustala że nie mam
biletu na siebie, tylko na rower. Chcę zapłacić kartą, karta nie działa.
Gotówki (forintów) brak, mam tylko PLNy… Na szczęście karta poszła, wsuwając ją
przez czytnik uff… Skasowali mnie na ponad stówę za bilet Budapeszt-Szob
(odcinek węgierski) + opłata za wystawienie w pociągu… Wtedy myślałem że pewnie
Czesi coś popierdolili (bilet kupiony przez Ceske Drahy). Gdy jednak po
słowackiej stronie konduktorom z moim biletem wszystko się zgadza, już wiem że
to nie wina Czechów, a Węgrów – czytnik biletów nie działa im jak powinien, ja
bilet miałem dobry… Z okiem pociągu podziwiam jeszcze Bratysławę, a przesiadkę
mam w Brzecławiu, na południowym skraju Czech. Choć jest na nią jakieś 10 minut
a pociąg którym jadę jest opóźniony, to na szczęście jest skomunikowanie. Drugi pociąg czeka
grzecznie po drugiej stronie peronu aż przyjedzie pierwszy. Porta Moravica. Ja bilet mam kupiony tylko
do polskiej granicy, Bogumina. Ale dokupuję przez stronkę PKP IC kolejny, i dojądę tym
pociągiem już do Krakowa. W Boguminie tylko przesiadka w inny wagon, bo tu
pociąg jest dzielony na dwa pociągi. Część wagonów jedzie do Krakowa, a część
do Wrocławia. W Krk o 13.30. Jakże inna pogoda, 20 stopni i zachmurzenie. Ale
to tylko chwilowa przerwa w upałach – upały w Krk wrócą lada dzień, ze zdwojoną
siłą ;)
Udana wycieczka, trudna trasa w upale pokonana, Budapeszt
pozwiedzany. Czegóż chcieć więcej? Chyba tylko tego, że trzeba się wreszcie
przygotować przez każdą taką trasą i ułożyć sobie w domu plan zwiedzania, żeby
zobaczyć w Budapeszcie coś nowego, jakieś nowe zabytki, parki itp. a nie ciągle
to samo. Ale nawet bez planu zobaczyłem coś nowego. M.in. teraz patrzę na ślad
i tym razem zaliczyłem w Budapeszcie aż 7 mostów :) A gdyby taki cel ustanowić,
i zaliczyć je wszystkie? Jest ich 10, z czego jeden bardzo daleko na południu
miasta, na obwodnicy. Więc może chociaż 9?
7.30 (pt) - 15.25 (ndz)
Kategoria > km 350-399, Powrót pociągiem
Turbacz 2
d a n e w y j a z d u
108.50 km
23.50 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

https://photos.app.goo.gl/ZXnnEUuPB3DJ9qi98
https://connect.garmin.com/app/activity/23747327496
Dwójeczka w tytule, gdyż to drugi Turbacz w tym roku :) Trzy Turbacze to był by dobry wynik. Sobota wieczór, szybka decyzja. Jutro 30 stopni i zero szans na burze, zatem to idealna pogoda na wycieczkę w góry. Aby się jednak nie zamęczać, i nie orać asfaltem w dwie strony, podjadę pociągiem do New Targu. Akurat udało się kupić bilet na ostatnie miejsce siedzące z rowerem.
Wyruszam 7.30, pociąg z Krakowa Głównego 8.53. Podróż mija wolno i przyjemnie. Wolno bo 115km w 2 godziny to nie jest rekordowy czas (a pociąg IC, czyli pośpiech). Jedzie z nami też dziwny rowerzysta, który chyba nie wie co to Turbacz, mówi o jakichś asfaltach i szutrówkach :D Pewnie myśli że to jakaś wieś, a nie najwyższy szczyt Górców. Mniejsza jednak o to. W New Targu o 11tej, uzupełniam zapasy i ruszam ostro do góry. A jest co kręcić, zółty szlak jakkolwiek łatwy by nie był, to jednak to są Beskidy, i są kamienie, stromizny i błoto. A "jedynka" u mnie słaba, raptem 30x46. Następny napęd muszę kupić z kasetą 48 albo i 50 bo to nie jest jazda. Co stromsze odcinki podprowadzam, bo to nierówna walka. Błota trochę więcej niż zwykle, wszak były ostatnio deszcze i burze. Ruch turystyczny bardzo intensywny, mnóstwo piechurów, rowerów (głównie zelektryfikowanych) a nawet inne 4 kołowe pojazdy które jadą tam nie wiem czy do końca legalnie. Może tak, a może nie, a może ch*j to wie. Na szczęście dziś zero bandytów na krosach i kładach. 2 godziny i wiaderko potu później jestem na szczycie :) Tzn. prawie na szczycie, bo pod schroniskiem. Tu to już w ogóle tłumy, dawno takich nie widziałem. Wciągam to co zawsze, tj. naleśniki z dżemem +piwko, żeby nie zbankrutować (48zł). Potem końcowy atak na szczyt, pod betonowy obelisk. Jak zawsze podjechane 99% (bez jednego progu z korzeni), a zjechane 100%. Pogoda super stabilna, godzina młoda, czas na zjazd. Oczywiście ulubionym, czerwonym do Rabki :) Tu też bez niespodzianek, dwie kamienno-błotniste strome rynny zaraz za Turbaczem jak zwykle sprowadzam. A potem to już prawie że płynna jazda. Prawie, bo "wieczne kałuże" są za sprawą ostatnich deszczy bardziej rozległe. Jedno małe wodowanie było, prawego buta ;) Na Starych Wierchach zgodnie z odwieczną tradycją międzylądowanie (odpoczynek), i międzytankowanie (piwko) :) Odcinek Stare Wierchy - Maciejowa - Rabka to już z górki na pazurki, tempo ekspresowe. Błota też mniej niż na odcinku Turbacz - Stare Wierchy. Na Maciejowej zajeżdżam pod schronisko, trzeba by je kiedyś obadać i napić się piwka. Ale to już nie dziś, co za dużo to niezdrowo. Szybko lot do Rabki, końcówka szlaku wysypana kamieniami, ależ się po tym leci. Z ciekawostek taki oto znak postawili, w polach, na górskim szlaku :D W Rabce jak zawsze ten co zawsze Cheeseburger tam gdzie zawsze. Mniam. Z ciekawostek parowóz jechał, z pociągiem retro, niestety nie zdążyłem uwiecznić na fotce. Rabka - Kraków to 65km asfaltu do nawinięcia. Formalność. W dół do Mszany, pod górę do Kasiny, jedna, druga przełęcz i dłuuuugi lot w dół do Dobczyc. Vmax prawie 70km/h. W Dobczycach wspomagam się jeszcze kebsem (otwarte do północy codziennie!). Na koniec kilka hopek Pogórza Wielickiego do wciągnięcia, i potężny zjazd do Wieliczki. Noc ciepła, forma dobra, tak że ta asfaltowa końcówka to też jest przyjemność z jazdy. W parku jeszcze oskrobalem rower patykiem z błota, i domyłem mokrymi chustkami.
Udana wycieczka :) Taki Turbacz Idealny. Pogoda idealna, piwka takoż. Bez sensu orać asfaltem na MTB w dwie strony, w jedną wystarczy.
7.30 - 1.15
Kategoria > km 100-149, Powrót pociągiem, Terenowo
Rozjazd
d a n e w y j a z d u
60.40 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Taka tam chmurka ;)
https://photos.app.goo.gl/1YVprS3t6FJnTrMm9
https://connect.garmin.com/app/activity/23696186042
Taki tam rozjazd po wczorajszem :) W sumie to najbardziej
interesowała mnie dziś zapiekana na Kazimierzu. Jednak pozamykane było, za
wcześnie. Więc wciągnąłem zapiekanę pod Halą Targową, też dobra. Pogoda dziś
mocno burzowa. Pierwsze burza szykowała się w mieście, ale ostatecznie minęła
Kraków. Pojechałem trochę bez planu wzdłuż Rudawy, w stronę Lasku Wolskiego. W
pewnym momencie zza lasu wyłoniła się niczego sobie chmurka :) Chmura szelfowa.
Taka chmura mówi jedno: CHOWAĆ SIĘ PRZED BURZĄ! No i znalazłem schronienie w
wiacie na wózki pod Lidlem. Nie całkiem szczelne ale wystarczające. No i
lunęło. Jak na tak groźną chmurę burza nie była jakaś przepotężna, bez gradu a
pioruny gdzieś daleko. Gdy się wypogodziło ruszyłem dalej. Temp. to chyba spadła z 30 na 20 stopni po tej ulewie. Okrążyłem Las Wolski
i przez Tyniec wróciłem do miasta i do domu.
Kategoria > km 050-099
Wiedeń :)
d a n e w y j a z d u
400.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/ApYvQjRU36ajgXRU8
https://connect.garmin.com/app/activity/23635124343
https://connect.garmin.com/app/activity/23638156503
Do tych śladów plus circa 15km to dojazdy na dworzec, przesiadki itp.
No czas trochę rozkręcić ten sezon, z tras 400+ to zrobiłem
do tej pory ino Bratysławę. Myślałem początkowo nad jakimś Budapeszcikiem albo
Balatonikiem. Stanęło jednak na Wiedniu, gdyż ostatni raz byłem tam w 2023!
Przez Czechy też możliwe że ostatnio jechałem w 2023 roku. Aby sobie trochę
ułatwić, podjadę pociągiem gdzieś na Śląsk. Pierwotnie chciałem do
Bielska-Białej, ale pociągi nie jeżdżą do odwołania, ciężarówka rozwaliła
wiadukt… No to start z Czechowic-Dziedzic będzie. Stamtąd do Wiednia planowo
350-360km, ze zwiedzaniem będzie akurat te 400.
Środa wieczór, jak zwykle nie mogę usnąć przed długą trasą… 4
nad ranem a ja dalej nie śpię… Pociąg z Krk Głównego 6.41, budziki ustawione na
5tą... Zajebiście. No nie ma szans, przestawiam budzik na 7.30, a pojadę
następnym pociągiem - o 9.04. Budzik dzwoni. Coś tam pospałem, jakieś 3 godziny.
Na dworcu melduję z dużym zapasem czasu. I tu czeka na mnie pierwsza atrakcja
:) Mianowice to pociąg jest tą atrakcją. Jechał będę prawdziwym rodzynem –
pięknie odrestaurowanym EN71, w żółto-granatowych barwach! Takich jak sprzed 20
lat! Różne spółki kolejowe mają bowiem zachowane pojedyncze egzemplarze starych
lokomotyw/pociągów w historycznych malowaniach, i właśnie taki mi się trafił :)
W środku też oczywiście skaj + sklejka, tak jak ma być. W przedziale mam też
ciekawą pasażerkę z równie ciekawym rowerem. Pomagam wnieść. Co za krowa :D W
sensie o rower mi chodzi, chyba ze 30 kilo waży. W pociągu zajmuję się głównie
spaniem i jedzeniem bułek. Z Czechowic-Dziedzic startuję o wpół do jedenastej. Pogoda
piękna z małymi zastrzeżeniami. Te małe zastrzeżenia to potencjalnie burzowe
chmury na południu. Ale trzeba być dobrej myśli, takie wysokie białe chmurzaste
grzyby mogą, ale nie muszą przekształcić się w burzę. Tymczasem lecę sobie
bocznymi drogami gdzieś przez Śląsk, pośród pól uprawnych i stawów rybnych. A
wiatr sprzyja, wieje raczej w plecy. Przez pomyłkę prawie wjeżdżam do Bielska-Białej. Pomyłkę da się jednak dość łatwo naprawić, i wrócić na właściwy
kurs bez nadkładania wielu km. A właściwy kurs do DW 944 na Cieszyn i granicę
PL/CZ. Akurat trafiłem na remont tej drogi… Ruch wahadłowy, korki, światła i
klejący się do opon gorący asfalt, trochę to spowalnia. Docieram do Skoczowa,
miasta mocno naznaczonego przez historię i wojny. O czym świadczy mnogość
pomników, tablic pamiątkowych i murali. Stąd do Cieszyna już rzut beretem. Kilka
hopek do wciągnięcia, i już jestem w tym granicznym mieście. Na moście
granicznym PL/CZ melduję się o godz. 14. Oczywiście zapomniałem zrobić zakupy w
Polsce… Szybko opuszczam Czeski Cieszyn, i zaczynam jazdę przez czeskie
zadupia. Obieram kurs cestą 648 na Frydek-Mistek. Mozolnie nawijam podjazdy
czeskich wyżyn, a upał nie pomaga. Chmury na horyzoncie dalej trochę niepokoją.
Dowlekam się do Frydka, i tu robię zakupy w Tesco. Czechy, niby bliski Słowacji
kraj ale jakże inny jest ten świat. O wiele ładniejsze, bogatsze, bardziej kolorowe
i zadbane są te miasteczka, wsie, domy, ławki, przystanki, chodniki, parki, i
ogólnie cała przestrzeń publiczna. Mniej śmieci i syfu, drogi z reguły gładkie
jak stół. Nawet takie Frydecko-Misteckie blokowisko ma jakiś tam swój urok,
jest ład, porządek, zieleń i wesołe kolory. Coś tam dychnąłem w cieniu, i
ruszam dalej. Przez park i kolejowe tereny opuszczam Frydek, następny
check-point: Pribor. Jadę teraz serwisówką wzdłuż autostrady, która wije się
wzdłuż niej to prawą, to znowu lewą stroną. I zalicza wszystkie możliwe hopki wokół :) A autostrada w dole, gładka i prosta. W Priborze odwiedzam typowy ryneczek, jak to w typowym małym czeskim miasteczku. I wciągam porządnego kebsa
– tego mi było trzeba :) Droga na Nowy Jiczyn to dalszy ciąg tych hopek wzdłuż
autostrady. Nowy Jiczyn to również typowe małe czeskie miasteczko, z podobnym
zadbanym ryneczkiem i kamienicami. (A może w Jiczynie był ten kebs? Ciężko
spamiętać). Za Nowy Jiczynem jest Stary Jiczyn. Za nim zaś do zaliczenia
kolejny znaczący podjazd, z charakterystycznym pałacykiem-nie pałacykiem na
szczycie. Znam dobrze tą drogę, jechałem tędy wiele razy, na Pragę, Brno, czy
na Ołomuniec. Zbliża się wieczór. Słońce zasnuwa się chmurami, gdzieś tam hen
na horyzoncie ewidentnie pada. Świadczą o tym niewielkie smugi opadowe na
niebie. Ale patrzę na radary pogodowe, i tu gdzie jadę jest czysto. Zachód
Słońca dość malowniczy – jego pomarańczowa tarcza wyłania się spod ciemnych
chmur i za chwilę znika za horyzontem bezkresu czeskich wyżyn. Na dobrze mi
znanym rozstaju dróg z krzyżem skręcam jak zawsze w prawo. W Belotinie obieram
zaś główniejszą drogę, nr 47, i docieram nią do Hranic, już nocą. Rundka przez
starówkę, jest tu charakterystyczna rozświetlona wieżą, dobrze ją pamiętam. Zaraz
potem Lipnik nad Becvou, i Prerov, nic z tych miasteczek już zapamiętałem. Cała
ta nocna jazda zlewa mi się w jedna całość, a jedno miasteczko podobne do
drugiego. Podejmuję też decyzję o zmianie, tj. skróceniu trasy. Idzie tak wolno
że misternie zaplanowany plan nie ma sensu. Pierwotnie bowiem chciałem ominąć
Brno od południa, i do Austrii wjechać przez Laa an der Thaya. Pojechać trochę nowymi,
niejechanymi jeszcze czeskimi/austriackimi drogami. Zamiast tego polecę prosto
na Brzecław. A kilometrów i tak jak zwykle nabijam więcej po drodze. I tak samo
do Wiednia wyjdzie pewnie 350. Przez to całe Laa an der Thaya byłoby pewnie pod
400… Zmieniam zatem drogę z 47ki na 55kę. Z plusów koniec ciągłego sprawdzania
map, tą 55ką dociągnę już do samego Brzecławia, czyli pod austriacką granicę :)
Nocna jazda przez Czechy jest niesamowita. Noc jest ciepła. Żniwa w pełni,
ogromne rozświetlone kombajny zjadają zboże hektar po hektarze. Towarzyszy temu
niezwykle przyjemny zbożowy zapach, nie sposób go opisać. Kolumny kombajnów i
traktorów z przyczepami śmigają też jeden za drugim po drodze, transportowane pod
osłoną nocy z pola na pole. Powoli kończy mi się jedzenie a wody już to nie mam
w ogóle. Uratowała mnie całodobowa stacja benzynowa, nie tak częste zjawisko w
Czechach. Świt wita mnie w Otrokovicach. To już trochę większe miasto, z wielką fabryką opon Continental na przedmieściach. Wstaje kolejny piękny dzień. Z
plusów to skończyły się pagórki, południe Czech jest bardziej płaskie. Z
minusów jestem coraz bardziej głodny. Chodzi mi po głowie jakiś McDonald. Oraz
minus jest też taki, że zaczynam się zacierać… Dokładnie to pachwiny.
Poskąpiłem Sudocremu i mam efekty. Teraz nadrabiam zaległości w smarowaniu, ale
to już nie to samo, dalej trochę boli. Lepiej zapobiegać niż leczyć. Kunovice.
Jest McDonald! Ale otwarty od 7mej… A jest 6.45. Myślę sobie poczekam. Wybija
jednak 7 godzina a im powoli coś idzie otwieranie tego przybytku… Srał ich
pies, jadę głodny dalej. W tych okolicach są też piękne asfaltowe trasy
rowerowe. Z tym że są one zawsze kawałek od szosy, pośród pól i zbóż. Nie
bardzo chce mi się szukać wjazdu na nie, stąd za wiela z nich nie skorzystałem. Veseli nad Moravou. Tu na pewno coś zjem. Albo i nie. Pokręciłem się po mieście
i nie znalazłem jednak żadnego otwartego kebsa/bistro... Albo jakieś
restauracje, gdzie trzeba wchodzić do środka (a ja brudny i śmierdzący), albo kebab ale jeszcze zamknięty…
Można by coś suchego kupić w sklepie ale ja uparłem się na ciepły posiłek.
Wkurwiony i głodny jadę dalej. Mapy Google pozbawiają mnie złudzeń. Czeskie
zadupia to czeskie zadupia. Przed granicą żadnego McDonalda już nie będzie. Ale
jest KFC w Brzecławiu! I ten KFC mi już tylko siedzi w głowie… Ciągnę głodny i
spragniony resztkami sił przez spaloną Słońcem czeską patelnię. Hodonin mijam
tranzytem, nie mają KFC ani McDonalda. Cel to KFC w Brzecławiu.
„MAMY MOMENTALNE ZAVRENO DO 15.30” (mamy chwilowo zamknięte do 15.30).
Taka karteczka na drzwiach. No kurwa szlag mnie trafi… Jest
14ta dopiero. Obok jest Tesco, zrobię przynajmniej zakupy. Znajduję wreszcie w
mieście otwartego kebsa i zaspokajam głód. Mijam zakłady przemysłowe i kieruję
się do Austriackiej granicy. Do opuszczonych zabudowań dawnego przejścia
granicznego docieram o 15.30.
"REPUBLIK OSTERREICH"
Aj przypominają mi się chwile z 2019 roku, kiedy pierwszy
raz jechałem do Wiednia i dotarłem do Austriackiej granicy :) To było coś!
Kiedyś to było. Ale dziś też jest fajnie. Niefajna jest za to pogoda. Ale to
już też chyba taka tradycja, że w Austrii zawsze się kiepści pogoda i mi
dokuczają burze i wiatry. Otóż nad Austrią widzę zasnute ciemnymi chmurzyskami
niebo, a wiatr zaczyna duć prosto w ryj. Zerkam na radary pogodowe i już
wszystko jasne. Od Wiednia idzie burza. Prosto na mnie… Do Wiednia mam jakieś
80km. Co tu robić. No na razie jadę dalej, do pierwszego miasteczka, a potem
się zobaczy. Na razie burza jest jeszcze daleko. Więc walczę z tym wichrem i
ciągnę powoli do przodu. Krajobraz zadupi północnej Austrii jest bardzo
sielski. Jak okiem sięgnąć pola uprawne, częściowo już po żniwach. Gdzieniegdzie
małe zagajniki. I spośród tych pól wyrastające monumentalne wiatraki elektrowni
wiatrowych. Są wszędzie, jest ich mnóstwo, ich sylwetki towarzyszyć mi będą
przez wiele kilometrów. I te całe odludzia przecięte są jedną czarną nitką gładkiego
jak stół asfaltu. No nic tu nie ma poza tym. Żadnych zabudowań na horyzoncie. Nie
ma nawet wiat przystanków autobusowych, widocznie autobusy tu nie jeżdżą. Tak
że od jednej maleńkiej wioseczki z malutkimi domkami przy granicy, do kolejnej,
ciut większej, mam 10km. Grosskrut. Tu się zatrzymuję i badam sytuację. No wg
map burza niechybnie mnie dojedzie. Coraz mocniej dmucha, widać też pierwsze
pioruny. Do BullenDORFu 8km, mogę nie zdążyć. Pie*dole, nie będę jechał w
burzy. Znajduję bezpieczne schronienie pod jakimś urzędem gminy (?). Marian, tu
jest jakby luksusowo! Ławeczki, pitnik z ciepła (!) wodą, są nawet ogólnodostępne kibelki, ze
wszystkimi udogodnieniami :) No i czekam na to uderzenie burzy. Ale burza nie
nadchodzi. Pokropiło ino trochę. Burza skręciła na wchód, nad Słowację.
Straciłem prawie godzinę, ale kto mógł to przewidzieć. No to ciągnę dalej na
ten Wiedeń. Burza przeszła ale chmury zostały, takie deszczowe, i trochę
popaduje. I dalej wieje w twarz. Ogólnie ciężko, pagórki, wiatr, zmęczenie,
pachwiny otarte, jeden wielki kryzys. Z plusów to się ochłodziło. Napędza mnie już
głównie wizja zwiedzania Wiednia a nie mięśnie. Za HobersDORFem (same DORFY…
DORF DORF DORF) wjeżdżam na drogę nr 7. Jest to jakaś taka droga dla ruchu
lokalnego. Alternatywa dla tych co nie chcą lub nie mogą jechać równoległym
autobahnem nr A5. Czyli m.in. dla rowerków :) Podobnie jak w Czechach,
autostrada idzie gładko i prosto, a ta droga lokalna zalicza górki i pagórki
wokół, tak że jest co pedałować. Na tankstelli tankuję się jeszcze jednym
energolem, i łapię wiatr w żagle :) A i pogoda się poprawiła. Potężny zjazd przez
WolkersDORF i ostatnia prosta na Wiedeń :) W przerwie między lasami widzę już
czerwone światła drapaczy chmur, a kawałek dalej tablicę
"WIEN"
Ta sama tablica przy której tak się cieszyłem w 2019 roku,
gdy byłem tu po raz pierwszy. Wiedeń to też pierwsza zdobyta przeze mnie
zagraniczna stolica. Dochodzi 22ga. Bilet mam już kupiony na 6.10. Tak że 8h na
zwiedzanie mi zostaje. Trochu mało, liczyłem na więcej. Że zobaczę trochę
Wiednia za dnia też a nie tylko w nocy. No ale nie o to chodzi żeby króliczka
złapać tylko żeby go gonić, trzeba przyjechać tu jeszcze raz :) A na razie
ciągnę prosto, i prosto drogą nr 7 do centrum. Wiedeń jak to Wiedeń, cały w
tych zmyślnych ścieżkach rowerowych. Do tego prawie wszystkie ulice, chodniki
odlane solidnie z betonu, w mniejszości z asfaltu. Prawie zero kostki Dauna,
czy płyt chodnikowych. Automaty ze szlugami, czynne (!) budki telefoniczne,
stojaki z darmowymi gazetami, bardzo charakterystyczne jest to miasto. Zanim
zacznę właściwe zwiedzanie muszę coś zjeść. Zajeżdżam do kebaba, mówię łamanym
EN/DE co chcę kupić i czekam. I czekam. A ten turas każe mi czekać. Obsługuje
jakiegoś murzyna, potem innego ciapaka, a mój kebab gdzie?! To mi wygląda na
dyskryminację na tle rasowym. Na szczęście jeszcze nie zapłaciłem. Spierdalam
stąd. Jadę dalej głodny. Docieram mostem na długachną wyspę na Dunaju. Taką
pełną parków, zieleni, alejek itp. Akurat jest tu jakaś impreza, więc tłumy
ludzi. Z wyspy widaćdzielnicę drapaczy chmur, ale dziś tam niestety nie dotrę,
brak sił i czasu. Przejeżdżam innym mostem na drugi brzeg rzeki i widzę że
zaraz będę zwiedzał McDonalda. MNIAM :) Po posileniu się plan zwiedzania mam
mniej więcej taki, żeby pokręcić się po najbardziej zabytkowym centrum miasta.
INNERE STADT na mapie. Tak mi się wydaje, że to chyba to. Docieram do
przepotężnej katedry, więc chyba się nie mylę. To musi być zabytkowe centrum. Katedra
Św. Szczepana. Jest tak przeogromniasta, a plac wokół stosunkowo nieduży. Więc
pomimo wielu prób nie udaje się zrobić sensownej fotki. Pokręciłem się w kółko,
dotarłem do znanej mi już fontanny, niestety w nocy nieczynnej. No tak, przyjechałem
jak zwykle bez planu zwiedzania, więc w sumie największa atrakcja dziś to ta
katedra. Żadnych innych wielkich zabytków, symboli Wiednia dziś nie zobaczyłem.
Brak sił, brak czasu, brak planu, wszystko na wariata. Zobaczyłem jeszcze tylko
ogromnego platana :) Potem znowu pod te katedrę. Spróbować lepszych zdjęć ale
to bez sensu. Jest za duża. Poszwędałem się po parkach i krzakach, umyłem
mokrymi chustkami i przebrałem w czyste ubrania. Tak by w pociągu śmierdzieć
trochę mniej. Zrobiłem małe zakupy na stacji benzynowej z pieskiem (znany
piesek) i w sumie to by było na tyle. Pociągłem powoli w kierunku dworca WIEN HAUPTBAHNHOF. Zdecydowanie jeden z najbardziej imponujących dworców jakie
widziałem. 12 peronów. Bez problemu odnajduję właściwy i pakuję się do
właściwego pociągu. EC 106 odjazd 6.10. Jedzie przez Kato do Warszawy. Ja jednak
dojadę nim tylko do Bohumina w Czechach, pod polską granicą. A potem wrócę przez
Polskę dwoma regio. Bo tak mi wyszło lepiej ze względów
ekonomiczno-organizacyjnych (kupiłem przed trasą bilet bez opcji zwrotu, żeby w
razie czego nie stracić 240zł tylko 140zł). W pociągu deko się zdrzemnąłem i z
niewielkim opóźnieniem jestem w Boguminie. Mała rundka po mieście, i już czeka
na osobnym peronie regio Kolei Śląskich do Katowic. Pociąg pustawy, więc podróż
mija mi przyjemniej niż tym EC. Nad Śląskiem grzmi i kotłuje się, ale teraz to
już se może :) W Kato przesiadka na rozkopanym (?!) dworcu na kolejny regio do
Krakowa. A ten dworzec w Kato to przecież niedawno był robiony, znowu go
rozwalają?! W domu przed 16tą.
Udana wycieczka. Wiedeń wszedł ciężko, ale Wiedeń zawsze
ciężko wchodzi. Może trochę mało pozwiedzane ale to się jeszcze nadrobi :)
~7.30 (czw) - 15.50 (sb)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Koszyce
d a n e w y j a z d u
275.30 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

Zdjęcie z Preszowa, bo z Koszyc nie mam żadnej fajnej fotki ;)
https://photos.app.goo.gl/SDWMPooKpBvX8bLKA
https://connect.garmin.com/app/activity/23484433379
https://connect.garmin.com/app/activity/23484446928
Nadszedł czas na kolejną szosową traskę. Ale jakoś tak
wymęczony jestem po ostatnich upałach, że raczej taka 2-dniowa wchodzi w grę,
niż 3-dniowa. Myślałem coś nad Czechami (Brno?) ale ostatecznie stanęło na
sprawdzonym kierunku – Słowacja, Koszyce :) Tym razem pogoda ma być normalna, tj. ludzkie
temperatury 20-25 stopni, brak burz, a opady możliwe tylko w niedzielę. Aby
urozmaicić sobie trochę jazdę przez Polskę, tym razem wystartuję z Tarnowa.
Także wstać musiałem o nieludzkiej, porze, wpół do piątej.
Regio do Tarnowa z Bieżanowa odjeżdża o 5.13. W pociągu wciągam kilka bułek. Z Tarnowa startuję o wpół do siódmej. Od razu kieruję się na wojewódzką 977, i
nią dotrę aż do Słowackiej granicy. Poranny chłód szybko ustępuje, i można
zdjąć kurtalon. Droga jest mocno pagórkowata, przecina bowiem pogórza i zalicza
różne przełęcze i wyżyny. Pod górę wtaczam się z wysiłkiem, za to zjazdy są
spektakularne, kilka razy zbliżam się do 70km/h :) Przez większość trasy
pomagał mi też będzie wiatr w plecy. Z miasteczek zaliczam Tuchów, a potem
wspinam się do centrum Ciężkowic, które usytuowane jest na górce, ponad główną
drogą. Z ciekawostek mijam Ciężkowickie Skamieniałe Miasto – rezerwat przyrody
z różnymi skalnymi tworami. Po kolejnym potężnym zjeździe docieram do większej mieściny – Gorlic. Zwiedzam przejazdem i dalej kieruję się 977 ku słowackiej
granicy. W czasie odpoczynku na przystanku, podbija do mnie miejscowy jegomość (z
Ropicy Górnej), i tu miłe zaskoczenie. Nie chce kasy, nie chce papierosa, nic
ode mnie nie chce :) Tzn. chce. Chce mi dać piwo :) Ja się wzbraniam, ale ostatecznie i
tak rozdziera ośmiopak i daje mi jednego Harnasia. Niby nic, jakieś tanie syfiaste
piwsko, ale taki miły gest przywraca wiarę w ludzi. Tymczasem zaczynam najcięższy
dziś podjazd – na przeł. Małastowską (604m n.p.m.). Ma tu ewidentnie miejsce jakiś amatorski wyścig
kolarski, gdyż z góry mija mnie kilkadziesiąt szosowców, z którymi wymieniam
pozdrowienia. Na szczycie przełęczy cmentarze wojenne, krzyże, kaplice, pełno tego w tych
okolicach. Wojny Polski nie szczędziły, a w tych okolicach rozegrało się wiele krwawych bitew. O tym że zbliżam się do granicy, świadczą
napisy z nazwami miejscowości w dwóch językach – w tym po Ukraińsku, cyrylicą.
W końcu jest i Konieczna, i opuszczone przejście graniczne. Kooolejny potężny
zjazd :) Docieram do drogi nr 77, która zaprowadzi mnie do Bardejowa. Pozwiedzałem przejazdem. Tak przyjemnie się leci z wiatrem w plecy, że
zapominam kupić coś do jedzenia, i dłuższy odcinek jadę na odcięciu. Na
Slovnafcie ratuję się jakąś bagietką, ale to oczywiście nie jest to. Myślami
jestem już w Preszowie, tam na pewno jest jakiś McDonald. Znam dobrze te
okolice. Wskakuję na znaną mi szeroką krajówkę, 18kę, mijam hangary lotniska i jest
Preszów. I drogowskazy na McDonalda :) Wciągam coś niezadrogiego, podładowuję
telefon, w Lidlu robię zaległe zakupy. Przejazdem małe zwiedzanko – w sumie to
co zawsze: starówka, wielki gmach jakiegoś Preszowskiego urzędu (foto tytułowe), kolejowe
obszary na południu, i wylot na Koszyce. Do Koszyc rzut beretem, ze 30km.
Kawałek główną drogą, numer 20, ale do Koszyc nią nie wjadę. Zmienia się ona
bowiem przed samym miastem w ekspresówkę. W Budzimirze trzeba skręcić w boczna
drogę w prawo, wspiąć się na wzgórza, i po drugiej stronie zjazd w dolinę rzeki
Hornad. Wzdłuż Hornadu wjeżdża się już do Koszyc. Na tych wzgórzach przed
Koszycami łapie mnie zmrok, tak że do miasta docieram przed 22gą. W planie jest
zwiedzanie miasta, i powrót pociągiem o świcie. Docieram na starówkę, na
charakterystyczny podłużny plac. Główną atrakcją jest tu ogromny gmach katedry Św. Elżbiety. Poza tym są tu też skwery, fontanny i inne pomniejsze zabytki. Mimo że jest noc sb/ndz
życie nocne w Koszycach jest raczej skromne, grzeczne i spokojne. Przypadkowo
dostrzegam McDonalda, i już wiem że kolejnym punktem zwiedzania będzie menu z
burgerami :) Posilony ruszam dalej. Nie mając pomysłu trafiam na znaną mi już alejkę rowerowo-pieszo-biegową na południe, wzdłuż Hornadu. Kiedyś dotarłem nią
do zalewu na południowych przedmieściach Koszyc, ale dziś w nocy chyba nie ma
to sensu. Tak że zawracam i do centrum wracam kręcąc się po osiedlach,
blokowiskach. Trafiam w jakiś ślepy zaułek, chodzik kończący się w chaszczach i
krzaczorach i muszę zawracać. Znów trafiam na starówkę. Chwilę usiadłem na
ławce i już jakiś cygan się przypierdolił do mnie i chciał pieniędzy… To jest
prawdziwa zaraza te dziady ciemne, największy problem Słowacji chyba… Tak
patrzę na rozkłady pociągów, i wychodzi mi że trzeba wracać pierwszym jaki
jest, o 4.43. Bo dojadę nim tylko do Lipian, stamtąd 20km do Leluchowa, i
kolejne 10km do Muszyny, i stamtąd kolejny pociąg/pociągi do Tarnowa/Krakowa. Bliżej, jak te Lipiany, polskiej
granicy nic nie jeździ. A kiedyś jeździło, nawet do Muszyny chyba dało się
dojechać bezpośrednio z Koszyc. A pogoda w niedzielę ma być niepewna,
możliwe opady deszczu. Tak że wsiadam w ten pierwszy vlak o 4.43. Bilet 5 EUR. W
Lipianach o 6 rano. Pogoda póki co rześka i słoneczna :) Ale to się zmieni. Po
chwili niebo zasnuwa się chmurami i zaczyna kropić. Tak że ciągnę ile sił w
nogach na przełęcz. A potem siup w dół, przez Lubotin, Circ, na Leluchów.
Przestaje kropić. Docieram do ogromnej stalowej wiaty dawnego przejścia granicznego. 2
lata temu uratowała mi tyłek – schroniłem się tu przed wielką burzą i
gradobiciem :) Dziś nie ma takiej potrzeby. Jest pochmurno, deszcz wisi w
powietrzu, ale ryzyko burzy żadne. Pozostaje dociągnąć ostatni odcinek
Leluchów-Muszyna, ok. 10km fajnej bocznej drogi wzdłuż rzeki. Mocno rozkopaana,
ruch wahadłowy, światła, ale ja nie zwracam na to uwagi bo ruch jest żaden.
Jest całkiem chłodno, 11 stopni na liczniku! W Muszynie o wpół do dziewiątej.
Wypada coś przekąsić i obadać pociąg. Z jedzenia niestety nici, o tej porze w
niedzielę wszystko pozamykane, nawet Żabka… W dodatku zaczyna lać, w ostatniej
chwili wpadam pod wiatę na peronie. O 9.25 najbliższy Regio do Tarnowa. Kupuję
bilet przez neta i pakuję się. Pociąg wlecze się do Tarnowa 3 godziny. Ale to
dobrze, można podziwiać góry i widoki za oknem. W Tarnowie godzina przerwy,
muszę coś zjeść. Wciągam hot-dogi w Żabce. Do Krk wróce ICekiem. Ten dla
odmiany jedzie dość szybko, coś koło 45-50 minut, Vmax 150km/h :) Wysiadam na
Głównym, a nie w Płaszowie, żeby dokręcić jeszcze 10km w drodze do domu.
Udana wycieczka, Koszyce zawsze spoko. Taka pośredniej
długości, 1,5-dniowa, nie samym Budapesztem czy Balatonem człowiek zżyje. Choć
i tam trzeba się wybrać w tym roku, tylko muszę zebrać siły i wstrzelić się w
odpowiednie okienko pogodowe.
4.40 (sb) - 15.40 (ndz)
Kategoria > km 250-299, Powrót pociągiem





























