Bratysława na rozgrzewkę :)
d a n e w y j a z d u
410.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/YbrPpMeaYi6bmxgK6
https://connect.garmin.com/app/activity/23158803911
https://connect.garmin.com/app/activity/23158805639
https://connect.garmin.com/app/activity/23158827131
(ślad poszatkowany, do tego dochodzi 2x +10km na/z dworca w Krk)
Nadchodzi wreszcie weekend z jako taką pogodą, czas zatem na
jakąś dłuższą wycieczkę. Wahałem się między MTB (Turrrbacz?) a szosą (Bratysława?
Koszyce?). Miały być jakieś przelotne deszcze/burze, stanęło zatem na opcji nr
2. Nie lubię deszczu na górskim szlaku. A burzy to już się boję wysoko w
górach.
Do New Targu podjadę pociągiem. Oranie po raz setny odcinka
Krk – New Targ jest bowiem niecelowe. Wolę zaoszczędzone czas, siły i energię
spożytkować na zwiedzanie Bratysławy :) Spodziewając się tłumów w pociągu, wsiądę
na pierwszej stacji skąd odjeżdża pociąg, tj. Krk Główny, choć bliżej mam do
stacji Krk Zabłocie. Okazało się to jednak niepotrzebne, pociąg jest mało
zapełniony. Podróż mija wolno i przyjemnie ;) Wolno bo to regio, więc sunie jak
tramwaj od przystanku do przystanku. A przyjemnie, bo podróż starym „kiblem”
jest atrakcją samą w sobie :) W New Targu jestem po 3 godzinach, tj. przed
11tą. Jest pochmurno. Do tego porno i dusno. Ale nie pada – to najważniejsze. Bez
problemu trafiam na moją ulubioną trasę rowerową do Trzciany (SK). Wiedzie ona
szlakiem dawnej linii kolejowej, więc jest łagodnie wyprofilowana, i przejeżdża
się przez wiele dawnych kolejowych wiaduktów oraz mostów. Po prawej super
widoki na Królową Beskidów – Babią Górę. Po lewej rzecz jasna – na (mocno
zachmurzone) Tatry. Po minięciu słowackiej granicy dostrzegam ciekawostkę – zabytkowy żuraw wodny, taki do napełniania do parowozów. To nowość, w ubiegłym roku tego
tutaj nie było, musieli niedawno dostawić. Widząc rozmoknięte okoliczne polne
drogi upewniam się, że wybór trasy szosowej był wyborem niezbicie dobrym :) Gorczańskie
szlaki na pewno toną teraz w błocie. I nie wiem kiedy wyschną, kapryśnie
zaczyna się to lato… Trasą rowerową docieram do Trzciany, gdzie wskakuję na
główną cestę (drogę). Zaraz potem jest Twardoszyn, i rynek z ogrooomnymi topolami. Drogą wzdłuż rzeki Oravy docieram do Orawskiego Podzamoka.
Obowiązkowa fotka z moim ulubionym zamkiem na szczycie skały. Trochę pokropuje,
ale przestaje. Nie na długo ;) Ujeżdżam kawałek za zamek, i zaczyna lać. No
tak. Zgodnie z prognozami, z zachodu na wschód przechodzi front z opadami
deszczu. Liczyłem że jak będę mocno cisł, to wyprzedzę front i minę go od
południa. Ale nic z tego. Kibluję na przystanku 2 godziny. W dupie mam jazdę w
deszczu. Zapas czasu duży, a wiem że deszcz na pewno przejdzie, bo śledzę
sytuację na radarach. No i wreszcie przechodzi, zatem ruszam dalij. Jazda nie
jest przyjemna, ani bezpieczna. Dziurawe, koślawe słowackie drogi z koleinami
pełnymi wody. Fontanny spod kół tak samochodów, jak i mojego roweru. Trzeba
uważać. Kawałek dalej drogi lekko przysychają. W Dolnym Kubinie robię zakupy w
Lidlu. Znowu pada. @#*(^%. Ale to tylko tak przelotnie, taka przygrywka
na koniec. Przeczekuję kwadrans pod krzaczorami, i lecę dalej. Front opadowy
wyraźnie przeszedł na wschód. Zostały tylko chmury. Ogrom chmur. Tych ciemnych
na niebie, oraz tych białych kłębów, unoszących ponad górami, z parujących
lasów. No są widowiskowe. Znam drogę doskonale, następne są Kralovany. Jest tu klimatyczna
stacja kolejowa. Gdy wracam z Bratysławy do Rabki przesiadam się tu zawsze z pośpiesznego
Tatrana, na regionalny pociąg do Trzciany. Tutaj też Orava wpada do Wagu. Od
tej pory będę zatem jechał doliną wielkiego Wagu. W okolicach Turana, Martina,
po raz pierwszy zza chmur wyłania się zachodzące Słońce. Jego blask jest coraz
to potężniejszy! W końcu Słońce spektakularnie rozświetla dolinę, a ciemne
granatowe chmurzyska zostawiam za plecami. Wraz z frontem deszczowym idą one w
siną a dal, a ja kieruję się w stronę Słońca :) No jest zjawiskowy ten wieczór.
W Martinie jak zawsze uderzam do Maca. Ogólnie nie przepadam za McDonaldami,
ale za granicą fajna sprawa - można wyklikać zamówienie na ekranie. Nie trzeba
dukać po słowacku ani po angielsku. Można też podładować telefon, z czego
skwapliwie korzystam. Najedzony ruszam dalej. Jeszcze tylko rzut oka na
kolejne, różowe tym razem chmury. Ochłodziło się znacznie. Z 25 spadło na 12
stopni. A przecież zaraz noc, i będzie jeszcze zimniej. Nad doliną Wagu zapada
zmrok. Rzeka wije się głęboką kotliną miedzy górskimi masywami. A wraz z nią
wije się wciśnięta w tą dolinę wąska szosa, oraz linia kolejowa. Zbliżam się
Żyliny. Myślałem żeby zjechać na znaną mi fajną ścieżkę rowerową biegnącą
brzegiem zalewu na Wagu. Ale jakoś przegapiłem zjazd, i cisnę do miasta jak
leci główną szosą. Przejazdem zwiedzam miasto, jakieś tam szybkie fotki. I
wskakuję na cestę nr 61. Stąd do Bratysławy jest równe 200km, cały czas tą samą
drogą, 61ką. Noc robi się coraz chłodniejsza, najniżej spadło do 7-8 stopni.
Ubieram długie spodnie, zwykłą kurtkę a na wierzch jeszcze przeciwdeszczową i
jest OK. Ile razy ja tą drogą jechałem. Mijam kolejne doskonale znane
miasteczka. Największe z nich to Povazska Bystrica, czyli Bystrzyca nad Wagiem.
Zaraz potem po lewej dobrze znana mi cementownia. Moc kofeiny kończy się. Chce
mi się spać. Ratuję się kilkoma drzemkami na przystankach. W trakcie jednej z
nich, dłuższej, wstaje nowy dzień. Póki co pochmurny, no ale potem wg prognoz
ma się rozpogodzić. W Trenczynie zamek na skale tonie we mgle. Już wjechałem na
ten co zawsze most na krajówce. Most nad wielkim Wagiem. Ale jednak zawróciłem,
bo skusiła mnie nowiutka trasa rowerowa biegnąca po wale rzeki. Postanowiłem ją
obadać. Biegnie wzdłuż rzeki oraz też chyba nowego pola golfowego. No nawet
fajna ta ścieżka, ale nie za długa. Kończy się zaraz za końcem Trenczyna. Tu trzeba
wskoczyć na inny most, i przeprawić się na drugą stronę Wagu, oraz idącego
równolegle kanału wodnego. Po drugiej stronie rzeki jest dalszy ciąg trasy
rowerowej. Okolica tonie w czerwonych kwiatach maków, słonko przygrzewa coraz
mocniej a wiatr rozwiewa resztki chmur znad gór. Rozbieram się z kolejnych
warstw ubrań. W zw. z pracami budowlanymi trasa rowerowa kończy się, i trzeba z
powrotem wskoczyć na główną szosę. Na przystanku dosypiam jeszcze trochę, i
pozbywam się resztek senności. Na horyzoncie po prawej widać już chłodnie kominowe elektrowni atomowej - znaczy to że Bratysława na wyciągnięcie ręki :)
Dzielące mnie od celu kilometry odliczają mi tablice na słupach głównej
magistrali kolejowej. Idzie ona równolegle do szosy nr 61, i tak jak ona ma
swój początek (bądź też koniec) w Bratysławie. Droga 61 mimo że główna to jest
przyjemna, bo większość ruchu koncentruje się na również biegnącej równolegle
autostradzie. Nie wiem co to za kwiaty/uprawy, ale miejsce czerwonych maków
zastępują całe łany kwiatów fioletowych :) O tym że w okolicy jest wielka
elektrownia, świadczy też mnogość linii WN, które przecinają płaski krajobraz
południowo-zachodniej Słowacji. Bo wysokie góry zostały hen daleko w tyle. To też
jest fascynujące w trasach w poprzek tego niewielkiego kraju. Mroki nocy
zapadają pośród bezkresu wysokich gór, a ranek wita mnie już ciepłym klimatem
płaskich naddunajskich nizin. W trakcie trasy zmienia się po prostu strefę
klimatyczną na cieplejszą. Kolejny większym
miastem jest Trnava, z charakterystyczną wieżą ciśnień. Jest już bardzo
gorąco. Ale to dobrze, bo woda w zalewie w Bratysławie nie powinna być zimna :)
W Trnavie wciągam coś ciepłego w Macu, i wyruszam na ostatnią prostą. Do celu
nie więcej niż 50km. Na horyzoncie majaczy już sylwetka znanej mi wieży telewizyjnej w Bratysławie. Przed Senecem ratuję się na stacji OMV energolem
oraz bagietą, aby do Bratysławy dotrzeć już bez postojów. Wiatr mi sprzyja,
wczoraj wiało w twarz a dziś w plecy. Mijam piękne zielone jeziorka z czystą
wodą. Kusi żeby się wykąpać, ale powstrzymuje się. Kapiel zaplanowaną mam
bowiem w Złotych Piaskach, w Bratysławie. Docieram o 16.30 :) Od razu ładuję
się nad zalew :) Drogę znam na pamięć. Noooo, woda jednak nie jest ciepła. Jest
chłodna, trzeba powoli się do niej wsuwać aby nie dostać szoku. Ponad godzinę
odpoczywam nad zalewem. Po czym telepię się terenową ścieżką przy brzegu, i
jadę do centrum coś niecoś pozwiedzać. Jest raptem po 18tej. Najsamprzód jednak
kupuję bilet, przez neta. Pociąg mam po 4 nad ranem, tak że 10h się poszwędam
po mieście :) Nie mam jakiegoś ściśle sprecyzowanego planu zwiedzania. Na
czuja, na pamięć docieram do centrum, i po nim będę się kręcił. Kupuję kilka
kawałków pizzy, trochę zjadam, trochę zostawiam sobie na potem. Objeździłem
m.in. zabytkową starówkę, bulwar nad Dunajem, most SNP (ten najbardziej znany, na foto tytułowym),
Stary Most (z niego robiłem to foto). Poszwędałem się po Sadzie Janka Krala – parku z ogromnymi, zabytkowymi
drzewami. Wpadam też na głupi pomysł. Zaciekawiła mnie bowiem siłownia
plenerowa, pod mostem SNP. Będąc pewien że na takich siłowniach ciężary są
rekreacyjne dopadłem te sprzęty. Ała. :D Próbowałem dźwignąć jakąś ramę do
ćwiczenia nie wiem czego, chyba barków. Ze 100kg to ważyło. Odkładam. Tylko że
złożyła się podpórka pod ten ciężar. Popchałem ją więc prawą nogą. I w tym
momencie jakieś 200kg (ja+ciężar) oparło się na mojej jednej, lewej nodze.
Zakuło w kolenie. W tym miejscu co listopadowa kontuzja… No nic nie trzasło,
ale jednak pobolewa mnie trochę to kolano. Ja to mam pomysły. Noc z sb/ndz.,
więc jest bardzo głośno, gwarno i imprezowo. Uwielbiam Bratysławę. Uwielbiam
ten Słowacki, Słowiański pierdolnik, nieład, bałagan :) Stare odrapane latarnie,
stawiane pewnie jeszcze przez czechosłowackich towarzyszy. Chodniki składające
się z łat asfaltu, piachu i chwastów. Betonowe płaskorzeźby czczące kult pracy socjalistycznej,
i inne pamiątki po poprzednim ustroju. Oczywiście są też lśniące galerie
handlowe i wysokie szklane wieże. Wszystko to pięknie ze sobą kontrastuje, i
tworzy specyficzny klimat tego miasta :) Ta noc jest ciepła i przyjemna, nie
spada poniżej kilkunastu stopni. Trochę doładowałem się energolami, trochę pokimałem
na ławkach, i jakoś dotrwałem do świtu, i do pociągu o 4.15 na ranem. EX Tatran,
ten co zawsze. Dojadę nim do Żyliny. Ogólnie to tych pociągów będzie 4 :) A przesiadki 3 :) Tak wyszło. Pakuję się do środka, wieszam rower,
ustawiam budzik, i idę w kimę. Tak że niewiela popodziwiałem krajobrazów za
oknem. W Żylinie zgrzyt. Mam 10 minut na przesiadkę. Udało mi się kupić tylko
bilet na siebie. Nie mam biletu na rower. No to mówię do konduktora łamanym
słowackim/polskim że będę chciał dokupić. Ten do mnie że nie da się, że muszę
do kasy iść. Mam 7 minut. No to lecę tym przejściem podziemnym do tej jebanej
kasy. Na szczęście nie ma kolejki. Bez problemu dogaduję po słowacku z
kasjerką, i mam miejscówkę, i bilet na rower, a nawet 2 rowery (pomyłka). Całość wyszła +20
EURO… Sprint na rowerze na peron, bieg z rowerem po schodach. Konduktor coś tam
pierdoli który wagon, ja nie rozumiem po słowacku, wpadam do jakiegoś innego.
Pociąg rusza. Uff… W tym pociągu znowu trochę się zdrzemnąłem. W Boguminie już
bez kolejowych przygód. Mam 40 minut na przesiadkę, a pociąg (regio Kolei
Śląskich) już czeka na peronie. Docieram nim do Katowic, i tu ostatnia
przesiadka na regio do Krakowa – też stoi peron obok. Zresztą tu już tyle tych
pociągów jeździ do Krakowa, że nie ma strachu. W Krakowie po 12tej.
Udana wycieczka, Bratysława zawsze spoko :) Tyle razy
jechałem do Bratysławy tą drogą, i ciągle mi się to nie nudzi. Za każdym razem
zobaczy się coś nowego, coś ciekawego. Pogoda nie była taka zła, te 2 godziny
deszczu dużo nie zmieniły. Plus taki że nie musiałem się klajstrować co chwila
kremem z filtrem UV. Użyłem go tylko raz, w niedzielę.
6.10 (pt) - 12.50 (ndz)
Kategoria > km 400-499, Powrót pociągiem
Szczyt czerwiec (zbiorówka)
d a n e w y j a z d u
0.00 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt
Stan na 17.06: 825,6km, będzie więcej
1.06 70,9km Niby dzień Dziecka, ale dniówka taka se. U/S/B. Dużo po Ruczaju/Klinach. Wiozłem chyba z 10km zakupów 10km na Rudzaj z murzyńskiego marketu... Myślałem że mi plecy odpadną. Potem jeszcze paczkę z laptopem.
2.06 65,1km Letnia dniówka na U/S/B/W
3.06 56,8km Burzowo-deszczowa dniówka na U/S.
8.06 86,8km Dniówka na Uberze, lato w pełni
9.06 62,3km Dziś Uber+Glovo. Na dalekim Ruczaju zaatakowała mnie burza, ledwie zdążyłem się schronić pod Leroyem, Jako że nie chciało przestać padać, powrót do domu w ulewie/w deszczu. Wziąłem 2x Sushi po drodze, jedno nie dojechało suche ;)
11.06 72,2km Uber/Stuart Po deszczach zostały ino chmury, i ochłodzenie do 15 stopni. Wiozłem jakieś odciski dentystyczne na Uber paczce.
12.06 81,6km Dniówka U/S. Pogoda się polepsza. Tak z ciekawości wziąłem udział w krakowskim nocnym przejeździe rowerowym. Nie wiem po co są te wszystkie przejazdy, masy krytyczne, i inne głupoty. Ostatni raz brałem udział w takiej imprezie kilkanaście lat temu (2011?), więc raz na kilkanaście lat nie zaszkodzi się przejechać ;) Ale nie jest to ani mądre ani bezpieczne. Widziałem 3 gleby, a w przecież w całym peletonie na pewno było ich więcej. W tym jeden chłop zajebał banią w asfalt. Bo nie miał lampki, i nie zauważył niskiego czarnego separatora na jezdni. Kasku też oczywiście nie miał, bo po co.
13.06 81,1km Dziś Uber, dużo po New Hucie. Znów powrót w deszczu, a rower dopiero co umyty...
14.06 72,6km Deszcze niespokojne, mały wał szkwałowy, ulewy, tęcza, Słońce, zwariowana pogoda. Z plusów kurs za 75zł na Uberze ofc.
15.06 66,6km Znów wichry, potem ulewa, a potem rozpogodzenie. Na koniec dnia fajny kurs zjazdowy do Wieliczki na Uber za 40zł.
16.06 62,1km Pogoda się stabilizuje. Za to pomylony kurs na Stuart. Na Stuarcie supportu praktycznie nie ma, więc musiałem chłopu zwrócić 50zł. A ja sobie zjadłem to gówno z KFC. W sumie niewielka strata, bo i tak chciałem zjeść coś ciepłego.
17.06 47,5km Ino tyle, bo mam dość, muszę dychnąć...
Wawa 1
d a n e w y j a z d u
207.50 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/dAra8zFtdtX3P35e8
https://connect.garmin.com/app/activity/22994275037
(na śladzie brak zwiedzania Wawy 90km, i 2 razy na dworzec/z dworca Krk 2x10km)
Lato za pasem, czas więc zwiększyć trochę dystanse oraz
ogólnie rozmach wycieczek :) A nie jeździć ciągle wzdłuż Wisły do Oświęcimia.
Na pierwszy ogień idzie Warszawa. Tak żeby sobie coś na spokojnie pozwiedzać,
czyli wariant z Radomia. Bilety kupione tydzień wcześniej, i tak ledwo się
udało. Tak bardzo brakuje miejsc w pociągach Wawa – Krk.
Rowerek narychtowany i spakowany dzień wcześniej. Start o
wpół do siódmej, pociąg mam o 7.56. Zdążam z zapasem takim że wciągam jeszcze
zapiekanę na dworcu na dobry start. Wychodzą dwa felery. Pierwszy - wziąłem nie te rękawiczko co
trzeba, tylko stare, roztegowane... Drugi to siadłem na gumie do żucia. Wkleiło
się w spodenki.
*^(*^&*%&.
Podróż do Radomia mija za to spokojnie i przyjemnie. Im
dalej na północ tym bardziej zachmurza się, ale tak było też w prognozach, a
padać z tego nie powinno. Z ciekawostek podobno jakimś objazdem jedziemy, przez
Włoszczową. Oraz w Kielcach łączenie dwóch pociągów w jeden (ten drugi
przyjechał z Gliwic). W Radomiu lekkie opóźnionko ale bez tragedii. W Radomiu
obieram kurs na Brzózę (nie Brzozę). Jest lekko pod wiatr (też zgodnie z
prognozami) ale mimo to jedzie się wybornie. Boczne drogi, mały ruch, spalone
Słońcem, pachnące żywicą sosnowe lasy Mazowsza :) Przejeżdżam pod potężną linią WN, która patrząc w jedną stronę prowadzi do majaczącej na horyzoncie ogromnej
elektrowni w Kozienicach. A gdzie prowadzi w drugą stronę? Cholera wie, ale
jest szansa że w stronę stolicy. Gdy przejeżdżam pod takimi słupami, zawsze
zachwyca mnie ogrom tych instalacji. I to że płynie nimi prąd do milionów
żarówek, fabryk, latarni ulicznych itp. itd. Z miasteczek docieram do
Głowaczowa, a stąd jeszcze bardziej boczną i dziurawą drogą do Magnuszewa. Tu
wskakuję na krajówkę, która jest bardziej ruchliwa. Okolice mocno naznaczone przez
wojnę, podziwiać można różne wojskowe pomniki i zabytki – takie jak armata (haubica?) oraz czołg T-34. Krajobraz zmienia się z lasów na morza sadów
owocowych, z który słynie Mazowsze. A ja jestem coraz bardziej głodny.
Wypatruję kebaba ale nic takiego nie ma w miejscowościach, które mijam. Dopadam
zatem sklep i ratuję się suchym prowiantem. W Piasecznie wciągam upragnionego
kebsa. Powoli zbliża się zmrok, do Wawy (tablicy WARSZAWA) dociągam chyba
punktualnie o zachodzie Słońca. Warszawa jak to Warszawa, odległości ogromne.
Zanim dojadę do centrum to 15km trzeba nakręcić… Jakieś tam małe zakupy na noc
i rozpoczynam nocne, a potem dzienne zwiedzanie. Głównie to co zawsze,
Śródmieście, PKiN, drapacze chmur, Praga, kręcę się w kółko… Jakoś nie mam
pomysłu ani sił na coś bardziej ambitnego. Noc jest ciepła i bardzo imprezowa
(sb/ndz). Zawsze nie mogę się nadziwić jakie to wszystko w tym mieście jest
ogromne, przeskalowane, w porównaniu do Krakowa. Np. takie mosty w Krk mają max
150m długości, te w Wawie kilkaset metrów do kilometra… Nie wspominając o
wysokości, którą muszą osiągać, aby wspiąć się na Skarpę Wiślaną. Biurowce,
wieżowce to już w ogóle inna liga. Ogólnie to wszystko takie piękne, potężne,
dumne i wspaniałe z jednej strony. Z drugiej strony to nie wiem czy bym się
odnalazł w takim mieście. Nawet z moją formą, przemieszczać się po takim
mieście na rowerze… Chyba wolę mój ciasny, śmierdzący i wypierdziany Kraków ;) Nie
wspominając o górach na rzut beretem :) Na takich właśnie rozkminkach mija mi
to zwiedzanie. Wciągam zapiekankę od Lussi, i podwójną jajecznicę w barze
mlecznym. Zaszywam się w krzaczorach na wschodnim brzegu Wisły, żeby dokonać
ablucji. Za pomocą 2/3 paczki mokrych ręczniczków zmywam z siebie większość
brudu i smrodu. Żeby jako tako prezentować się w pociągu. Plus czyste ciuchy
ofc. Siedząc pod mostem Świętokrzyskim (też ogromnym) podziwiałem sąsiedni most kolejowy. Jak te pociągi tam nakurwiają! W sensie ile ich tam jeździ!!!
Dosłownie pociąg za pociągiem, po 2-3 pociągi na minutę chyba!!! Miałem jeszcze
jechać na zmianę warty przy Grobie Nieznanego Żołnierza, ale brakło sił i
chęci. Posiedziałem, pokimałem sobie trochę na ławeczkach w parkach. Na koniec
pozwiedzałem sobie przejścia podziemne w okolicach dworca. No tam to się można
zgubić, prawdziwy labirynt łączący dwa dworce kolejowe, metro, biurowce i kto
wie co jeszcze. Na dworcu jak to dworcu, czasem podejdzie jakiś typ i czegoś
chce. Tak było i tym razem. Koleś mówi że mu plecak ukradli z telefonem,
laptopem, nie ma pieniędzy nie ma nic. Rodzice w Pradze, jakiś hostel mają w
Krk, chce żebym mu kupił bilet do Pragi (260zł) to mi odda pieniądze. I że jest zawodnikiem MMA i pojechał do Warszawy podpisać kontrakt... Kurwa czy
ja wyglądam na 6-latka żeby mi bajki opowiadać?! Powrót PKP niestety w
standardzie „Bangladesz”. Za krótki na takie trasy 4-członowy Flirt z za małą
ilością miejsc, za małą ilością wieszaków na rowery (zamocowanych tak że rowery
blokują przejście). Klimatyzacja nie działa, w środku temperatura równa tej na
zewnątrz, tj. 27 stopni i mała ilość tlenu w powietrzu, delikatnie rzecz ujmując…
Pociąg przepełniony, siedzenie na podłodze, bolą nogi. Pociąg wraz ze
zbliżaniem się do Krakowa wlecze się coraz bardziej, coraz częściej staje,
jedzie 20km/h, uj wie o co chodzi. Ale o dziwo to jest rozkładowo tak, jedzie
prawie 5 godzin. W Krk przed 19tą. Zdążam jeszcze na referendum.
Udana wycieczka, Wawa zawsze spoko, lubię się poszwędać na
rowerze po stolicy. A do przygód z PKP jestem przyzwyczajony ;)
6.35 (sb) - 19.50 (ndz)
Kategoria > km 200-249, Powrót pociągiem
Przejażdżka bez celu
d a n e w y j a z d u
101.80 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/cuJsvrs8qdDVVNbA6
https://connect.garmin.com/modern/activity/22754456943
Wyszedłem trochę późno, i nie miałem za bardzo pomysłu na wycieczkę. Ostatecznie wyszło takie kręcenie się po okolicy. Najpierw na centrum, jakieś pochody 3-majowe. Potem Młynówką Królewską do Mydlnik, brzegiem Lasu Wolskiego, obok zalewów w Kryspinowie dotarłem do Tyńca. Piękna letnia pogoda, tak że w Tyńcu mnóstwo rowerzystów, kamperowiczów i innych pływaków. Kładką na drugi brzeg Wisły, kawałek Velo wzdłuż Kanału Łączańskiego. Potem na drugi prom, i bokami w stronę miasta. Trochę gravelowania (to teraz modne) na szosówce, i znów Tyniec, i domu po wale wiślanym.
11.05 - 22.20
Kategoria > km 100-149
Tam gdzie zawsze :)
d a n e w y j a z d u
189.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/boPRwwB5U4XZWvyy6
https://connect.garmin.com/modern/activity/22743081031
Czyli przejażdżka do Oświęcimia :) Rowerek po wiosennym remonciku - linki, pancerze, klocki, owijka itp. Tak że jedzie się przyjemnie, zwłaszcza przednia przerzutka ładnie chodzi oraz bardzo przyjemna w dotyku jest nowa owijka. Pogoda piękna, mnóstwo rowerzystów, zwłaszcza w bliskich okolicach Krakowa. Do Oświęcimia można dojechać szlakami rowerowymi na 100 różnych sposobów. Dziś obrałem wariant: z początku za WTR, potem na drugi (patrząc od Krk) rzadko odwiedzany prom. Wody malutko, Wisła bardzo wąska. W Łączanach nazad na południowy brzeg rzeki. Docieram do Zatora, wciągam w Żabce pizzę, i się zastanawiam. Czy z powrotem, czy atakować Oświęcim? Wieje w plecy, stanęło na Oświęcimiu. Były jak zawsze mocne akcenty, pościgi i wyścigi. W Oświęcimiu małe zwiedzanko bulwarów Soły, i nazad. Aby przyspieszyć, na Zator kurs DK 44. W Zatorze znów hop na szlaki rowerowe. Trochę tu pobłądziłem, ale to dobrze, bo przez przypadek dotarłem w ciekawe miejsce. Kopiec Grunwaldzki. Nie taki rzecz jasna okazały, jak krakowskie kopce, może ma kilka metrów wysokości. Obok fajna wiata odpoczynkowa w cieniu topoli. Trochę się tam zasiedziałem, tak że na wałach Wisły złapał mnie wieczór, i niezły chłód, koło 5 stopni. Jak zwykle zatem w Tyńcu ekakuowałem się z nadwiślańskiego wału na szosę, i nią dotarłem do Krakowa.
8.30 - 00.35
Kategoria > km 150-199
Szczyt maj (zbiorówka) cz. III/III
d a n e w y j a z d u
564.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt maj (zbiorówka) cz. II/III
d a n e w y j a z d u
564.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Kategoria Zbiorówka :(
Szczyt maj (zbiorówka) cz. I/III
d a n e w y j a z d u
564.60 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty...
https://photos.app.goo.gl/mJYx36C9W4G6kzHaA
1.05 62,9km ciepło, coraz cieplej. Mały ruch w interesie, ale trochę zarobione na U/W/B
4.05 72,6km Lato! Pierwszy ciepły wieczór w tym roku :) Tak ciepły, że można przycupnąć wieczorem w parku po robocie, i wypić zimne piwko, ze wskazanie na dwa. Co też niniejszym uczyniłem :) Z ciekawostek wiozłem dziś na Uber przesyłce gipsowy odcisk szczęki. Czy jak to się tam nazywa. Trochu strach, co będzie jak uszkodzę? Zapakowany tylko w worek strunowy.
5.05 76,2km Lata ciąg dalszy. Ciepły wieczór jak wczoraj. Pojeżdżone na wszystkim, tj. Uber/Stuart/Wolt/Bolt/Glovo. Ostatnio Glovo i Wolt jakoś idą w odstawkę. Na Glovo nie lubię konieczności akceptowania wszystkiego, a na Wolt chujowej apki. Tak że ostatnio głównie Uber + Stuart, czasem wspomogę się Boltem.
6.05 65,8km Dniówka S/U/B. Mini burza.
7.05 67,0km Mały deszczyk sztuk: 2. A po deszczykach ochłodzonko, i zachmurzonko. U/S/B.
8.05 75,3km No i po lecie, taka bardziej wiosna. U/S/W.
9.05 77,0km A dziś to już długie spodnie. S/U/G/B. Dużo po Ruczaju.
10.05 76,0km Ładny dzionek na U/S/B. M.in. Górka Narodowa.
11.05 45,2km Pół-dniówka, bo po południu deszcz. U/S.
12.05 63,1km Dniówka po deszczu. Chłodno i pochmurno. U/S.
13.05 69,8km Zimny maj, zimny kraj. Dostawa na ulicę Malutką :DDD S/U/B
14.05 60,0km Trochę cieplej, ale to ciągle nie to. S/U/B.
15.05 60,3km Dziś przelotne deszcze, na zmianę chmurzyska i Słońce. Wieczorem piękny pomarańczowy zachód Słońca. Bez potrzeby skierowałem się kursami do Prokocimia/Bieżanowa/Wieliczki (Uber). Tak krajoznawczo wyszło.
18.05 91,0km Bardzo dobra dniówka, głównie Stuart. Wysokie mnożniki, popadujący mały deszczyk po deszczowym weekendzie, pierwsze przejaśnienia. Zasyfiony świeżo umyty rower.
19.05 83,4km Ładna pogoda, ale wieczór jeszcze chłodny. G/U/S/B
20.05 64,6km Pogoda ładna, ale dniówka słaba. Bez sensu jazda na Wolt, bez sensu wycieczka do Wieliczki na Jaworową, ogólnie nic nie szło. U/S/W
21.05 74,7km Dziś dniówka na S/U. Dwie ulewy, z czego w pierwszej jechałem :) Bo miałem stygnące zamówienie w torbie, płatne gotówką przy odbiorze ;) Wymyło mi całkiem olej z łańcucha, musiałem dokupić...
22.05 64,2km Dziś krócej, bo jutro wycieczka do Wawy. A dziś dwie mini wycieczki: do Skotnik, i do Mydlnik :) Co kilka km dopompowywałem koło tył, pierdolca prawie dostałem...
26.05 88,3km Letnia i dobra dniówka na U/S/W
27.05 86,1km Ciepła i wietrzna dniówka na S/U/G
28.05 69,9km Słaba dniówka na U/S/B. Słabe stawki na Uberze, rzędu 2-2,5zł/km. Trochę na północ, w stronę Zielonek, wieczorem nad Zalew Nowohucki. Ładnie tu.
29.05 77,5km Około, bo znowu zawieszony licznik... Dużo po N. Hucie, a nawet wycieczka do Raciborowic (za Hutę). U/S. Jeżdżenia dużo, ale pieniędzy mało, bo znowu Uber 2zł/km...
30.05 57,0km Znowu km przybliżone... Krótka dniówka po opadach deszczu, i zakupy w M1. Kupiłem nowy licznik Profex za 30zł, bo mnie zaraz chuj strzeli...
31.05 65,9km Wypogadza się i ociepla, dniówka na U/S/B. Wycieczka na Ruczaj.
Kategoria Zbiorówka :(
Do Oświęcimia pod wiatr
d a n e w y j a z d u
176.50 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Zapierdalacz

https://photos.app.goo.gl/9Tnw65TPUmXVFaZC9
https://connect.garmin.com/modern/activity/22662000462
Nie mając pomysłu na wycieczkę znowu poleciałem do Oświęcimia. Oczywiście dziś znów innym wariantem. Jest tyle tych tras rowerowych tam i promów że można kombinować. A dziś do Oświęcimia jechałem pod MEGA WICHURĘ. Zaraz po wyjeździe z Krakowa na wał wiślany wicher pokazał co potrafi. I do tego jeszcze załączył mi się w głowie tryb rywalizacji i robiłem jakieś mniej lub bardziej udane wyścigi z rowerzystami. Wiadomo, niedzielnych rowerzystów łykam wszystkich. Ale w okolicach Łączan przez 6 km ścigałem się z prawdziwym kolarzem, prawie wyplułem płuca a ostatecznie i tak przegrałem. Straciłem na to mnóstwo sił ale trening był niezły. Promem w Przewozie kosztem 1zł przepłynąłem na północny brzeg Wisły, i do Oświęcimia jadę za trasą WTR. Nie lubię tutaj pewnego odcinka, przez kilka km trzeba się tłuc szutrem. Na ostatnich km przed Oświęcimiem to już duło tak, że w dolnym chwycie, sporym wysiłkiem, jechałem 15-16km/h... W Oświęcimiu w nagrodę wciągam wielką zapiekanę tam gdzie zwykle. Przejazdem zwiedzam jakieś blokowiska, nawet ładny ten Oświęcim. W drogę powrotną do Zatora poleciałem krajówką, 44ką. "Poleciałem" to jest dobre słowo, gdyż prędkości z wiatrem osiągałem tu znaczne, 30-40-50km/h :) Długo się tą wichurą w plecy jednak nie nacieszyłem, gdyż jak wiadomo wieczorem wiatr z reguły cichnie. Także od Zatora, powrót szlakami rowerowymi turystycznym tempem, zmęczenie znaczne. Tym samym promem przepłynąłem znów na północny brzeg, i potem przez lasy, i stopień wodny w Łączanach znów na brzeg południowy. W Łączanach wciągam bonusową pizzę w Żabce. Nowy smak, Tex-Mex, lekko ostra, weszła pięknie :) Do Tyńca wróciłem po śladzie. W Tyńcu zmęczenie tak duże że musiałem się wspomóc energolem i batonikami w Żabce, na szczęście zdążyłem gdyż dochodziła 23cia. Już nie chciało mi się wracać na wał wiślany, tylko do Krk główną szosą. Tam bliskie spotkanie z dzikiem :) Nieźle się wystraszyłem, na szczęście chrumknął i uciekł w swoją stronę...
8.45 - 00.20
Kategoria > km 150-199
Test MTB 2!
d a n e w y j a z d u
36.50 km
0.00 km teren
h
Pr.śr.: km/h
Pr.max:0.00 km/h
Temperatura:20.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal
Rower:Szczyt

A dodam to jako osobny wpis, nie będzie tego w zbiorówce :) A dziś w ramach rozjazdu, pośmigałem trochę po Lasku Wolskim i potestowałem MTB po małych zmianach:
- tylne koło przeciągnięte na szprychach i wypośrodkowane. Opona 2,25" siedzi jak złoto na 17mm obręczy :) A i odrobinę więcej luzu ma opona względem dolnych widełek jak się ją założy na tak wąską obręcz. Szeroka guma na tyle jednak być musi. 2,1" to nie to samo co 2,25" :)
- dołożone gąbeczki olejowe w widelcu, nasączone olejem 15W, dołożone odrobinę ciśnienia w komorze powietrznej. Widelec teraz jest bardzo czuły a jednocześnie nie zapada się :)
A w ramach testu podjechałem szlakiem pod ZOO, potem kawałek kamienno-wapiennym szlakiem pod kopiec, i zjechałem również terenem moją ulubioną terenową ścieżką. Kiedy ja tu ostatnio jechałem?! W 2024?! Wiatrołomy dawno uprzątnięte. Jednak chyba jakieś ulewy zmieniły ukształtowanie terenu na jednym fragmencie, tak że bałem się puścić w dół... Objechałem alternatywnym, łagodnym wąwozikiem... Albo po prostu się starzeję? Przecież ja kilkanaście lat temu śmigałem w dół po tych uskokach na MTB na kołach 26" i semislickach 2"...
https://photos.app.goo.gl/9gUoisKs6VQ47S3B9
https://connect.garmin.com/modern/activity/22585495882
Kategoria Terenowo





























